Mruczanka Limerykowo Zachwycona

Dziś REWELACYJNY ciąg dalszy pewnego konkursu.

Jakiś czas temu Puchatek organizował tu konkurs na limeryki z nazwami miejscowości „Płyćwia” i „Rozprza”.

Wyniki konkursu można sobie przypomnieć TUTAJ. Zwyciężczynią (bezapelacyjną) została wówczas Matsa, której Puchatek zresztą do dziś (z uwagi na odległość…) winien jest czekoladę. Dobrą. Z orzechami.

I wtedy, na koniec, w komentarzach, na pytanie o inne „wredne” nazwy miejscowości, Puchatek napisał:

>>Puchatek zawsze jakiś wredny pomysł znajdzie, czemu nie? Na poczatek >>proponuję „Albuquerque”. To w Teksasie, jakby kto ptał 🙂

No i Matsa – niezawodna – po dłuższym czasie przypomniała sobie o tym i… napisała. Puchatek się zachwycił! Więc zamieszcza – bo to naprawdę warte przeczytania!

Wiwat dla Matsy! Puchatek sugeruje czytelnikom uważne wczytanie się zwłaszcza w ten drugi limeryk, bo to mistrzostwo absolutne.

A zatem: Made By Matsa.

Pewien kowboj co żył w Albuquerque
raz oskomę miał na cukierki.
Zamiast grzecznie je wziąć
Wolał kapelusz miąć
Mówiąc – hola! nie ze mną te gierki!

i wersja druga, żeńska 😉

Young, sweet girl spod town Albuquerque
Miała pink (malowane) pazurki.
dłonie też miała pink,
Bo się zatkał jej sink,
Gdy z pink crayon robiła raz wiórki.

No, powiedzcie sami – rewelacja, czyż nie?

😀

Mruczanka Antybankowa – c.d.

Wygląda na to, że wszystkie zastrzeżenia da się jakoś wynegocjować. Czyli – wszystko wskazuje na to, że rzeczony kredyt (patrz – poprzednia notka) jednak weźmiemy.

No i bardzo dobrze – zawsze lepiej płacić mniejsze raty, niż płacić większe raty, a jeśli do tego jeszcze można zainwestować i płacić mniej za ogrzewanie – to już znakomicie.

Tylko…

Jak sobie pomyślę o ilości rzeczy, które trzeba będzie załatwić… O kolejkach w sądzie wieczystoksięgowym, żeby zrobić wpis do hipoteki… O urzędzie skarbowym, w którym trzeba będzie zapłacić zryczałtowany podatek za wpis hipoteki kaucyjnej (durne dziewiętnaście złotych, ale biegania tyle samo, co z każdą inną sprawą)… O pięciu milionach papierków, które „w terminie X dni” muszę dostarczyć do banku PO otrzymaniu kredytu…

…to mi się odechciewa. Wszystkiego.

Mruczanka Antybankowa

Pisał Puchatek TUTAJ, że się stara o kredyt na Spłatę Kredytu i Coś Jeszcze. No i właśnie przyszło mailem, że jest decyzja kredytowa. A po otwarciu maila okazało się nawet, że pozytywna.

No i niby pięknie… Tyle, że Puchatek w kwestiach finansowych ostrożny jest do potęgi. Przeczytał sobie tę decyzję baaardzo uważnie. I oczywiście znalazł co najmniej trzy sprawy, które mu baaaardzo nie podchodzą, i które jutro telefonicznie z bankiem wyjaśnić musi.

No bo tak: że ostateczne oprocentowanie będzie wyższe niż to, które rzeczony Bank wypisuje na swoich wielkich, reklamowych plakatach, to Puchatek nie miał wątpliwości. Reklama reklamą, a z czegoś bank żyć musi. Oprocentowanie (choć wyższe, niż w „promocji” powiedziano) jest i tak duuużo niższe, niż to, które Puchatek płaci obecnie. Tak, że rata kredytu byłaby i tak niższa, niż obecna – i to mimo, że chce Puchatek wziąć o 20 000 Polskich Nowych (jak mawia Inside) więcej. No i super.

To, że bank domaga się dostarczenie paru dokumentów, które Puchatek dawno dostarczył – to w sumie też pestka. Się wyjaśni. A jak nie – kopie są w domu, się dostarczy. No i super.

Niestety, są w „decyzji kredytowej” trzy punkty, które zdecydowanie NIE SĄ super. I tak (Puchatek przeprasza, ale jest wkurzony, więc przechodzi na opis w pierwszej osobie. No.):

1. Bank żąda od kredytobiorcy ubezpieczenia na życie – to rozumiem (no bo jakby mnie szlag trafił, to żeby bank nie był stratny). Jeśli ubezpieczenie już jest (a jest) – bank żąda cesji tegoż na swoją rzecz. OK.
I tylko mały problem: moje ubezpieczenie opiewa na sumę WYŻSZĄ, niż suma kredytu, którą chcę od banku. Wyższą (w zależności od rodzaju mojej ewentualnej śmierci 😉 od 20 procent do 80 procent. A Bank życzy sobie być „jedynym uposażonym” w tej polisie.

I tu składam protest: mogę podpisać cesję ubezpieczenia DO WYSOKOŚCI DŁUGU wobec Banku. Ale jeśli (odpukać) zginę w wypadku, to dlaczego Bank ma dostać z mojego ubezpieczenia sumę zdecydowanie przewyższającą mój dług? Dlaczego reszty (po spłaceniu długu) nie ma dostać moja rodzina? Ubezpieczenie wykupiliśmy nie po to, żeby dogodzić Bankowi, ale po to, żeby w razie tak zwanego „czego” moi bliscy mieli za co żyć (bo na razie jestem „jedynym żywicielem” i tal dalej).

2. Choć kredyt ma być we Frankach szwajcarskich, Bank żąda wpisu do hipoteki w wysokości konkretnej sumy w złotówkach, przy czym suma ta jest WYŻSZA O 40 PROCENT od sumy kredytu. O co chodzi? O ryzyko kursowe? To niech Bank wpisze do hipoteki sumę w CHF. Poprzedni Bank tak zrobił – jest w hipotekę wpisana suma w Euro. Dlaczego obciążenie hipoteki ma być prawie o połowę wyższe, niż suma, którą biorę z banku?

3. Te „dodatkowe pieniądze” – jak pisałem – mają być przeznaczone na ocieplenie domu i wymianę ogrzewania. Opisałem to we wniosku, w rubryczce „data zakończenia inwestycji” wpisałem październik przyszłego roku. Tymczasem w „decyzji” stoi, że mam się rozliczyć z tej inwestycji (łącznie z dokumentacją fotograficzną) w ciągu czterech miesięcy od uruchomienia kredytu. Jeśli kredyt uruchomiony będzie teraz, to jak sobie to, przepraszam, szanowny Bank wyobraża – że będę w styczniu ocieplał dom? Że będę w lutym wymieniał ogrzewanie? A dzieci trzymał w tym czasie w lodówce (no bo w lutym ma być -10, a w lodówce jest jakieś 3 – 4 stopnie, to zawsze trochę cieplej…)?

Co to za brednie? Czy ktoś poza analitykiem finansowym w ogóle czytał mój wniosek kredytowy? Czy też walnięto standardowe formułki dla klientów z cyklu „befsztyk raz”?

No, Szanowny Banku, ja myślałem, że jest konkurencja i że się klienta traktuje poważniej. Zobaczymy, co Bankowi Fachowcy powiedzą. Bo na takich warunkach to ja tej umowy nie podpiszę. O ile jeszcze tę zawyżoną hipotekę mogę przełknąć, o tyle sprawy ubezpieczenia nie odpuszczę, a czteromiesięczny termin „realizacji inwestycji” nie wchodzi w grę.

Ano, zobaczymy.

Mruczanka Taka Sobie

Nienawidzę, jak pada. Panie Boże, na świecie jest tyle miejsc, w których lecącą z nieba wodę uznano by za błogosławieństw. Nie mogłoby popadać właśnie tam? Musi u nas? Błoto na naszej uliczce sięga już wyżej dziurek. Dowolnych.

***

Pietruszka od Mikołaja (za pośrednictwem dziadka…) dostał komputer. Nie, spokojnie, nikt nie kupuje trzylatkowi prawdziwego komputera! Zabawkę taką. Ale – trzeba przyznać – edukacyjną. Teraz może jeszcze ciut na wyrost, ale już za chwileczkę, juz za momencik na tym „komputerze” (rrrróżowym skądinąd…) będą się mogli oboje uczyć angielskiego.

A na razie Pietruszka siedzi, rozkłada komputer (ów ma bowiem formę laptopa) i z wielce poważną miną mówi do Piłeczki:

– Ja tu placuję. To jest mój gabinet. Placuję na komputezie.

***

Nie znoszę współpracować z ludźmi, którzy udają zaangażowanie w to, co robią.

To znaczy – rozumiem, że takie podejście  zdarza się w pracy zawodowej. Wiadomo, życie różnie się układa, nie zawsze zarabiamy na chleb tak, jak byśmy chcieli, więc bywają takie sytuacje, że człowiek musi robić dobrą minę do złej gry i udawać, że robi coś z pełnym zaangażowaniem, podczas gdy w rzeczywistości głęboko go to nie obchodzi…

Nie rozumiem natomiast sytuacji, w której ludzie angażują się w coś z własnej woli, „społecznie”, bez przymusu – a potem to lekceważą, olewają mówiąc niekulturalnie. Nie rozumiem sytuacji, kiedy w rozmowie „teoretycznej” każdy jest chętny do działania, ma mnóstwo pomysłów, z przekonaniem wygłasza sądy o tym, co ważne i co z tego wynika – a jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że nie ma kto wszystkich tych wspaniałych pomysłów realizować. Bo ten ma to, tamten co innego, ów wyjeżdża a kolejny cierpi na Poważny Ból Paznokcia Małego Palca U Prawej Nogi.

Jak mam z takimi ludźmi współpracować, to mi się odechciewa.

Mruczanka Prorocza

Już wiem. Wiem, kiem będzie Pietruszka, jak dorośnie. Inside, załamiesz się – on będzie matematykiem.

Był kiedyś taki dowcip o matematykach – test, jak rozpoznać, czy ktoś ma umysł matematyka (Inside, uważaj). Należy mu zadać mu prostą, dwuczęściową zagadkę:

1. Siedzisz w domu, masz wyłącznie kubełek i kran z bieżącą wodą. Dom zaczyna się palić. Co robisz?

Tu oczywiście każdy normalny człowiek odpowiada: „Nalewam wodę do kubełka i gaszęe ogień”.

2. Teraz część druga: siedzisz w domu, masz wyłącznie kubełek i kran z wodą, ale kubełek jest już napełniony. Zaczyna się palić – co robisz?

Odpowiedź matematyka: Wylewam wodę z kubełka, mam pusty kubełek i kran z wodą – a zatem sprowadzam zadanie do poprzedniego.

Ha, ha, ha.

A teraz scena z niedzielnego popołudnia.

Puchatek zwykle siedzi w ciągu dnia w gabinecie i pracuje (ciężko, rzecz prosta). Kiedy M. wypuści już „przedszkolaków” do domu, robi obiad, a potem – to już taka tradycja – mówi Pietruszce, żeby zawołał tatę na rzeczony posiłek. Pietruszka przychodzi pod drzwi gabinetu, a że jeszcze nie umie klamki otworzyć, puka w nie energicznie wołając „Tatusiu, choć na obiadek!”. I jest bardzo dumny.

Ale wczotaj była niedziela. Puchatek nie pracował. Zaszedł jeno do gabinetu, żeby ściągnąć pocztę. Toteż drzwi od gabinetu były otwarte.

Przyszedł Pietruszka. Zdziwił się. I co zrobił? Tak, właśnie tak. ZAMKNĄŁ drzwi do gabinetu (zatrzasnąć jest łatwo), poczym zapukał i wygłosił tekst powyższy.

Inside, co Ty na to? Ma szanse na karierę naukową?

Bo słuch muzyczny też ma niczego sobie (swoją drogą wszyscy znani mi matematycy mają dobry słuch. Ciekawe).

:))))

Mruczanka Zamyślona

Czego boją się Wasze dzieci?

Nie, nie chodzi mi o złego psa sąsiadów, agresywnego kolegę w przedszkolu czy gniew rodziców, kiedy zdarzyło się rozbić zabytkowy wazon po babci. Chodzi mi o te irracjonalne, dziecięce lęki, siedzące gdzieś tam w małych główkach, tym gorsze, że niezrozumiałe nawet dla rodziców… Te głębokie, poza świadomością umieszczone strachy, tkwiące korzeniami w jakichś ciemnych czasach jaskiń i drapieżników Z Zewnątrz…

Każdy ma takie lęki. Kiedy dorastamy – racjonalizujemy je, oswajamy, umiemy z nimi żyć. A jednak gdzieś tam są – najlepszym dowodem to, jak bardzo lubimy się bać w sytuacjach kontrolowanych (nie ma to jak dobry horror, nieprawdaż? 😉

Mój Pietruszka jest wielkim wrażliwcem i introwertykiem. Ma – na nasze psychologiczno-pedagogiczne spojrzenie – nawet lekkie rysy spektrum autystycznego (bardzo lekkie).

Wielu rzeczy się boi – przy czym zawsze są to przedmioty czy zjawiska nie kojarzące się (nam…) z jakimkolwiek zagrożeniem.

Kiedy miał półtora roku bał się pokrętła od kaloryfera. Takie małe, czarne kółko, którym w starych typach kaloryferów regulowało się przepływ wody. Zawsze, kiedy wchodził do pokoju, z wyraźnym lękiem przyglądał się temu dziwnemu przedmiotowi.

Później pokrętła „zanikły”, za to pojawił się lęk przed latarnią, która stoi na podjeździe między nami a domem sąsiadów. W ciągu dnia latarnia nie robiła żadnego wrażenia, ale wieczorem, kiedy się zapaliła – była najwyraźniej obiektem przerażającym. Pietruszka bał się wtedy nawet podejść do okna. Co dziwne – inne okoliczne latarnie (skądinąd identyczne…) nie robiły na nim wrażenia.

Potem latarnia stopniowo zanikała (choć do dziś Pietruszka nie lubi momentu, kiedy latarnia się zapala; ale już się jej tak wyraźnie nie boi, teraz to raczej „przyzwyczajenie”).

Teraz (od jakichś dziewięciu miesięcy) Pietruszka boi się muzyki, która płynie z naszej wieży. To ważne połączenie: nie chodzi o muzykę jako taką. Kiedy włączę tę samą płytę w gabinecie na komputerze, to wszystko jest OK; Jak byliśmy na słynnym weselu, to Pietruszka tańczył, skakał i był Pierwszym Imprezowiczem. Natomiast jak włączę wieżę, która stoi w dużym pokoju – to jest panika. Nie, właściwie nie panika – histeria. Przerażenie. Nie pomaga przytulanie, nie pomaga spokojne tłumaczenie (które w wielu sprawach u Pietruszki działa znakomicie).

Nie, nie jestem sadystą – po prostu chwilowo (…miejmy nadzieję…) nie włączamy muzyki, kiedy Pietruszka nie śpi. Ale o co chodzi? Nie wiemy. Jest parę teorii. Jedną z nich jest lekka nadwrażliwość słuchowa, prawie potwierdzona przez Znajomą Panią Psycholog Dziecięcą. To akurat nie dziwi – Pietruszka ma to po tatusiu, który też ma w uszach dodatkowy, prywatny wzmacniaczyk i wszystko słyszy o poziom głębiej. A wieża – choć nie najnowsza – jest dosyć dobrej klasy i odtwarza dźwięk na naprawdę przyzwoitym poziomie, a więc podaje zapewne różne harmoniczne, których nie przenoszą komputerowe głośniczki czy wielkie kolumny nagłośnieniowe…

A wczoraj w nocy Pietruszka obudził się ze strasznym płaczem po jakimś koszmarnym snie. Okazało się, że śnił mu się… telewizor.

„ZEPSUTY!!! Telewizol zepsuty! Ty go naplaw! Naplaw go tatusiu! Zepsuty telewizol!”

Nie mógł się uspokoić przez bitą godzinę! Nie chodziło o to, że „telewizor się zepsuł, więc nie będzie można obejrzeć dobranocki”. Nasze Potwory nie są bardzo telewizyjne, jedyne, co oglądają to właśnie dobranocka, a i to nie zawsze. O tym, że telewizor (skądinąd liczący sobie chyba ze szesnaście lat) nigdy zepsuty nie był, nawet nie wspominam.

Tu chodzi o coś innego. O jakiś wewnętrzny lęk, o jakieś zakłócenie ustalonego porządku świata… O jakiś pierwotny chaos, który za sprawą tego „zepsutego telewizora” wpycha się w jego rzeczywistość… Wpycha się i odziera go z poczucia bezpieczeństwa.

Rano, po obudzeniu, pierwsze pytanie brzmiało: „Czy telewizol jest zepsuty?” Nasze zapewnienia nie pomagały. Temat wracał przez cały dzień. Kiedy wieczorem włączyliśmy „bajkę” – Pietruszka był tak spięty, że aż sztywny. Nawet sobie pomyślałem, że gdyby zadziałały prawa Murphy’ego i ten cholerny telewizor akurat by się zepsuł… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Bajka obejrzana, pudło wyłączone… A Pietruszka zrzucał z siebie napięcie jeszcze do samego pójścia do łóżka.

Jak dziecko boi się złego psa, to ja mogę tego złego psa pogonić. Jak boi się sam wejśc do ciemnego pokoju – mogę wejść z nim, albo zapalić mu światło. Ale jak pojawia się taki lęk – głęboki, irracjonalny, atawistyczny jakiś… – to jestem bezsilny.

Pocieszam się, że ja w dzieciństwie też taki byłem. Też miałem nadaktywną wyobraźnię, też miałem masę irracjonalnych lęków i dziecięcych strachów. I że z tego się jednak wyrasta – a towarzysząca temu wrażliwość pozostaje i może być bardzo cenna.

Pocieszam się też, że Pietruszka – z wielu względów – ma jednak znacznie lepsze warunki do walki z lękami, niż ja miałem w dzieciństwie.

Ale i tak czasem mi go strasznie żal…

Mruczanka Pocztowa

Puchatek miał wysłać list. Miał go wysłać SZYBKO. Bo dziś piątek, a list miał być w poniedziałek w stolicy u odbiorcy. Absolutnie koniecznie.

Poleciał Puchatek jak dziki na pocztę. Papierek stosowny na „polecony” wypełnił. Nalepkę z dumnym napisem „PRIORYTET” nakleił. Stanął w kolejce do okienka. I czeka.

I czeka.

I czeka…

Albowiem na poczcie w trzydziestotysięcznym mieście G., w Dzień Jak Najbardziej Powszedni, w Godzinach Południowych, czynne były dwa okienka.

Dwa okienka z sześciu, żeby być dokładnym. W pozostałych widniały zachęcające karteczki z napisami „OKIENKO NIECZYNNE” (jakby ktoś miał wątpliwości).

A do każdego z dwóch czynnych okienek po kilkanaście osób, a każda z kilkunastu osób trzyma w ręku średnio od trzech do pięciu rachunków do zapłacenia.

A pani w okienku (jednym i drugim) stuka na komputerze w tempie znudzonego ślimaka. I z takąż miną.

– Przepraszam, ale dlaczego są czynne tylko dwa okienka? – zainteresował się Puchatek lekko zirytowany po pierwszych dwudziestu minutach stania.

– Ano widzi pan, nie mamy ludzi do pracy – odpowiedziała pogodnie pani w okienku.

Ano widzę. I niech mi ktoś potem jeszcze opowiada o dramatycznym bezrobociu…

Mruczanka Podróżna – Tatry Nocą

Widzieliście kiedyś wchód słońca w górach?

Nie mówię o poranku na Krupówkach czy w hotelowym oknie 😉

Nie wiem, dlaczego akurat dziś przypomniała mi się takie dwie wyprawy. Ale nagle, nie wiadomo skąd, obrazy sprzed kilku (…nastu) lat stanęły mi przed oczami jak żywe. I sprawiły, że Gdzieś-Tam-W-Środku coś mi się znowu zaczęło kręcić wokół Podróżowania.

Kiedyś, w cztery osoby (jeszcze za czasów wczesnostudenckich, jeszcze zanim poznałem M.) wybraliśmy się w góry nocą. To znaczy – wyszliśmy z domu w Murzasichlu popołudniem. Poszliśmy przez Dolinę Suchej Wody, aż na Halę Gąsienicową. Przy Murowańcu byliśmy koło dziesiątej (wieczorem, że dodam dla jasności).

Posiedzieliśmy dwie godziny – kilkadziesiąt metrów od schroniska, na jakichś kamieniach. Trochę gadając, trochę milcząc. Był środek lata, noc – jak na tę wysokość nad poziomem morza – wyjątkowo ciepła, księżyc w nowiu, więc niebo rozgwieżdżone do nieprzytomności…

A o północy ruszyliśmy dalej. No, młodzi byliśmy i głupi. Dziś jesteśmy już tylko głupi, niestety. 😉

I poszliśmy… na Kościelec. Droga, która normalnie zajmuje około dwóch godzin, zajęła nam prawie trzy. Nawet nie dlatego, że było ciemno (wbrew pozorom światło gwiazd doskonale wystarcza do sprawnego poruszania się w odkrytym terenie…) – ale dlatego, że było pięknie. A jak jest pięknie to spieszenie się nie ma sensu…

Na Kościelcu byliśmy przed trzecią w nocy. Siedliśmy sobie i…

I co? I nic. Siedzielismy. Nie rozmawialiśmy prawie. Głęboka noc wysoko w górach, kiedy wszędzie dookoła widać gwiazdy – to przeżycie z gatunku nieopisywalnych. Pamiętacie „Kordiana”? „Gwiazdy na górze, gwiazdy na dole…”. Gwiaździste niebo sprawiało wrażenie idealnej półkuli nad naszymi głowami. Półkuli, której „dolne” brzegi były poniżej miejsca, z którego patrzyliśmy!

Chłodno było – powyżej 2000 nad poziomem morza rzadko bywa ciepło. Opatuliliśmy się w swetry i kurtki (ach, nie były to jeszcze czasy, kiedy każdy miał polar…).

A potem – już przed czwartą – zaczęło świtać.

Najpierw gwiazdy zaczęły jakby lekko blednąć. Potem niebo wyraźnie zmieniło kolor – z głębokiej czerni na nieprawdopodobny granat. Potem zaczęło się robić coraz jaśniej. Aż w końcu…

Słońce w wysokich górach wschodzi… inaczej. Nie pojawia się nad wschodnim horyzontem, jak na nizinach. Pierwsze jego promienie widać – paradoksalnie – na zachodzie. Bo kiedy słoneczna kula jeszcze nie jest widoczna, jeszcze nie wynurza się zza gór – jej promienie już padają na szczyty po przeciwnej stronie.

Wierzchołki turni – najpierw same czubki, niewielki punkty – nagle (tak, nagle!) zaczynają świecić na czerwono, czerwienią tak intensywną, tak uderzającą, że sprawia wrażenie żywej. Kilka chwil (sekund? Minut?) później ta żywa czerwień spływa w dół, a jej miejsce na wierzchołkach gór zajmuje płynne złoto. Potem złoto także rozlewa się coraz niżej, a szczyty rozpalają się pełnym, jasnym światłem dnia – podczas gdy w dolinach trwa jeszcze noc, panuje jeszcze mrok, powoli ustępujący przed spływającym z góry światłem…

I kiedy złote światło na widocznych na zachodzie górach dociera już powoli do dna dolin – z przeciwnej strony nad szczyty wynurza się słońce.

Gdybyście kiedyś mieli okazję – spróbujcie to zobaczyć. Niekoniecznie na Kościelcu (wchodzenie na niego nocą to jednak dosyć ryzykowna zabawa, nawet latem…). To naprawdę niepowtarzalny spektakl.

Potem schodziliśmy z powrotem – przez Cichą Wodę do Murzasichla. W milczeniu. Jakoś nikt z nas nie miał ochoty nic mówić…

****

Ładne parę lat później miałem okazję zobaczyć wschód słońca w znacznie wyższych górach, na wysokości prawie 5000 metrów…

Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał Kipling.

Mruczanka Literacko-Ekonomiczna

Ceny książek to temat – rzeka. Iluż to dobrych książek Puchatek nie kupił, bo zwyczajnie były za drogie…

A z drugiej strony – jak można NIE KUPOWAĆ ksiażek? Sytuacja ciut bez wyjścia…

Wczoraj Puchatek wysiadł był z kolejki w Mieście Stołecznem, przedreptał przez podziemia… I nagle cofnął się o kilkanaście metrów, bo dotarła do niego treść plakatu wiszącego w oknie niewielkiej księgarenki.

Plakat był duży, napisany czerwonym flamastrem i głosił:

„PROMOCJA!!! Dziś książki Umberto Eco o 15% taniej!”

Wparował Puchatek do rzreczonej księgarni. I rzeczywiście – zniżka! Najnowsza powieść Eco – „Tajemniczy płomień królowej Loany” – zamiast 45 zł kosztowła 38,25. I juz – już miał Puchatek ją kupić, kiedy błysnęła my w gowie myśl godna doprawdy Biednego Humanisty Z Rodziną Na Utrzymaniu.

– Przepraszam – zwrócił się Puchatek do Pani Sprzedwczyni – a czy może mają państwo wydanie w miękkiej okładce?

Pani Sprzedawczyni spojrzała na Puchatka jak na pluskwę, ale przyznała, że państwo mają. Przyznała także – jeszcze bardziej niechętnie – że także wersję w miękkiej okładce obejmuje rzeczona promocja.

No i bomba. 🙂

Puchatek stał się posiadaczem wyżej wymienionego dzieła (…w miekkiej okładce…) za jedyne 33,80.

Jest sukces? Jest!

:-)))))

Mruczanka Okołoliteracka

Chce Wam napisać kilka słów o bajkach – bo przeżyłem wstrząs niejaki z nimi związany.

Uwaga na początek: w zasadzie gatunek literacki, o którym mówię, nazywa się „baśń”. „Bajka” tak naprawdę to trochę co innego – krótki utwór, najczęściej wierszowany, w którym występują zwierzęta, przedmioty czy (rzadziej) czarodziejskie istoty jako symbole i alegorie spraw ludzkich. Po polsku najbardziej znane bajki pisał Krasicki („Wół minister” chociażby). Natomiast opowieść prozą – taka jak te, które tworzył Andersen czy choćby bracia Grimm – nazywa się „baśń”. Ale ponieważ w języku potocznym te dwie nazwy występują zamiennie – ja także pozwolę sobie na nieco nieprecyzyjne używanie terminu „bajka”, co mi (mam nadzieję…) wybaczycie. Zresztą nie bardzo macie inne wyjście, szczerze mówiąc. 🙂

Baśnie to cudowny gatunek literacki. Wbrew pozorom nie są wyłącznie zmyślonymi historiami – często jest w nich Prawda bardzo głęboka, czasami – prastara, pierwotna Mądrość zawarta w prostych (pozornie) opowieściach. J.R.R. Tolkien – sam przecież mistrz baśni – napisał kiedyś taki esej literaturoznawczy „Drzewo i liść”. To rozprawa o tym, czym są baśnie, skąd się wzięły, dlaczego są tak ważne w ludzkiej kulturze. Nie, zapewniam Was, to nie jest nudny teoretyczny wykład. To z pasją napisany tekst o tym, co jego Autorowi było przecież osobiście bliskie. Warto go przeczytać – zwłaszcza, jeśli kiedyś zafascynował nas „Władca Pierścieni”. TRZEBA go przeczytać, jeśli chce się na poważnie komentować twórczość Tolkiena albo (nie daj Boże…) przenosić ją na ekran. Może gdyby Peter Jackson po nią sięgnął, uniknąłby paru żenujących błędów, które popełnił kręcąc swoje ekranizacje…

Ale to była w zasadzie dygresja. Sam bardzo lubię bajki, zresztą ileś tam ich w życiu sam napisałem. Dlatego z ciekawościa sięgam po każde nowe wydanie książek z bajkami, zwłaszcza takie, które podaje te same, tradycyjne historie „na nowo opowiedziane”.

No i dochodzimy do meritum, czyli do zapowiedzianego na początku wstrząsu…

Potwory moje dostały kiedyś przepięknie wydana książkę z bajkami. Wielka, kolorowa, z cudownymi ilustracjami – aż się chciało otworzyć. Z jakichś powodów (nie pamiętam jakich) książka powędrowała gdzieś na górną półkę z adnotacją „na później”.

Wczoraj wieczorem wyciągnęliśmy ją z górnej półki ze zdziwieniem (bo, rzecz prosta, zapomnieliśmy o niej dokumentnie).

Ucieszyliśmy się. Potwory takoż, bo czytanie przed snem to czas święty i ukochany.

Zaczęliśmy zatem czytać Potworom bajki z pięknej książki – same „klasyki”: „Trzy świnki”, „Czerwony Kapturek”, „Jaś i Małgosia”…

I to był błąd. Bo niestety okazało się, że piękna szata graficzna to najlepsze (czy raczej – jedyne…) co w tej książce warte pokazania dziecku.

Bajki okazały się „wersjami uwspółcześnionymi”. Co to znaczy? Ha.

W domach bohaterów znajdują się telewizory i inne nowoczesności. Jaś i Małgosia odjeżdżają w ostatniej scenie samochodem, który kupili za złoto czarownicy. Trzy świnki oglądają teledyski.

OK., to jeszcze można by znieść, choć ewidentnie psuje nastrój i urealnia coś, co z definicji powinno być od realiów oderwane, a przez to uniwersalne (patrz – esej Tolkiena).

Gorzej, że bajki te zostały „uczesane”, ugrzecznione, można powiedzieć – upoprawnione politycznie. W „Czerwonym Kapturku” wilk nie zjada babci – babcia chowa się przed nim do szafy. A kiedy przychodzi drwal z siekierą – nie zabija wilka, nie rozcina mu brzucha (bo i po co, skoro babci tam nie ma…), tylko grozi mu siekierą, a wilk ucieka przerażony i „…nigdy już nie próbował nikogo zjeść” (czy jakoś tak).

Jaś i Małgosia co prawda wpychają czarownicę do pieca, ale okazuje się, że „…wcale nie umarła, tylko odleciała na swojej miotle i nikt jej więcej nie widział”.

Jakub (ten co dostał magiczną fasolkę, zresztą z irracjonalnych przyczyn przemianowaną w tej wersji na „magiczny groszek”) w ostatniej scenie ścina łodygę magicznej fasoli, ale ścigający go olbrzym nie spada, tylko zostaje zawieszony na górnej, „dyndającej” części łodygi i musi wspiąć się z powrotem. O tym, że bajka kończy się opisem tego, co kupili sobie Jakub i jego stara matka za złoto olbrzyma (m. in. nowy dom i – oczywiście – samochód) już nawet nie wspominam.

Co za koszmar. Jedną z funkcji bajek jest to, że dziecko (jeśli akurat do niego bajka jest adresowana, co wbrew pozorom wcale nie jest oczywiste…) ma spokojną pewność, że „zło” zostało pokonane, że czarownicy już nie ma, że olbrzym na pewno już nie wróci. A tu okazuje się, że nie ma tej pewności. W imię „poprawności politycznej” i „unikania opisów przemocy”.

Najlepsze na koniec. Bajka o trzech świnkach zaczyna się od tego, że trzy świnki mieszkają z mamą w małym domku. Świnki strasznie hałasują – grają na instrumentach, bez przerwy słuchają teledysków w telewizji (!!!), aż w końcu mama – świnka mówi im, że ma tego dosyć, że ten domek jest za mały i muszą iść w świat, poszukać sobie własnych domków, gdzie będą mogły hałasować do woli.

Przesłanie dla czterolatka? „Nie hałasuj, bo cię rodzice wyrzucą z domu”. No, po prostu bomba.

Na razie nie chcemy odbierać Potworom przyjemności, więc „czytamy” im te bajki własnymi słowami. Ale od dziś zamierzam przeglądać przed kupieniem każdą książkę dla nich, nawet taką, którą znam. Bo podobno ktoś już planuje wydać „ocenzurowaną kulturowo” wersję „Opowieści z Narnii” Lewisa – w takiej formie, żeby była „politycznie poprawna”, a więc nie zawierała bezpośrednich odniesień do chrześcijaństwa…