Mruczanka Z Cytatem

Nie mogę się oprzeć. W dzisiejszej gazecie – przy okazji krótkiej recenzji zbioru felietonów o. Tomasza Dostatniego, dominikanina z Lublina – pojawił się cytat, który jakiś czas temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Słowa Dietricha Bonhoeffera (ewangelickiego pastora zresztą) które – moim zdaniem – są jednym z najlepszych komentarzy do współczesnego świata (nie tylko do współczesnej Polski). Pozwolę sobie zacytować:

„(…) głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż przewrotność. Przeciw złu można protestować, można je demaskować, w razie potrzeby można mu przemocą zapobiec. Zło obarczone jest zawsze zarodkiem samozagłady, gdyż pozostawia w człowieku co najmniej niesmak.

Wobec głupoty jesteśmy bezbronni. Protestami czy przemocą nic się nie wskóra, argumenty na głupiego nie działają, faktom, które przeczą jego uprzedzeniu po prostu nie wierzy. W tych przypadkach staje się nawet krytyczny, a kiedy faktów ominąć nie można odsuwa je zwyczajnie na bok, jako nic nie mówiące, sporadyczne przypadki. Nigdy już więcej nie podejmujmy próby przekonania głupca, odwołując się do sedna rzeczy. Jest to bezsensowne i niebezpieczne”.

Znamy to skądś?

Tak Po Prostu

Dziś pewnie nazwano by ją nianią.

Kiedy byłem mały (bardzo) – opiekowała się mną. Prowadzała na spacerki, karmiła, siedziała ze mną, kiedy Osobista Mama była w pracy (…lub gdziekolwiek indziej…).

Czytała mi książeczki. Bajek nie opowiadała, bo nie umiała. Robiła najlepsze placki ziemniaczane na świecie. Nauczyła mnie wiązać buty. Spędzałem z Nią co roku część wakacji u Jej rodziny na wsi. Zawsze miała dla mnie czas.

Potem ja przyjeżdżałem odwiedzać ją. Odwiedzać, porozmawiać… Pomóc w czymś? O, nie, pomóc sobie nie dawała bardzo długo. Kiedy już nie mogła wychodzić z domu, zgadzała się czasem na to, żebym jej zrobił zakupy, ale zawsze widać było, że źle się z tym czuje.

Przez całe lata nie zmieniała się. To znaczy – zmieniała, jak każdy człowiek z wiekiem. Problemy z nogami, z reumatyzmem, z czymś tam jeszcze… Ale nie zmieniało się jej podejście do życia. Chodziła juz z trudem i o kuli, ale podłogę w domu pastowała sama – bo przecież nikt inny tak dobrze tego nie zrobi, prawda?

Żartowaliśmy z Osobistym Tatą, że Ona nigdy nie umrze – no bo przecież jak można odejść, skoro trzeba jeszcze posprzątać, kurze zetrzeć, no i ta podłoga, której przecież nikt tak nie wypastuje… Nikt…

Była na moim ślubie – a kiedy składała nam życzenia, miała łzy w oczach. „A ja cię na rękach nosiłam… Taka jestem szczęśliwa, że doczekałam…”.

To samo powiedziała, kiedy urodził się Pietruszka, potem Piłeczka…

Ale wiek swoje robił. Od trzech lat właściwie nie wychodziła z domu. Od pół roku nie mogła sama wstać z łóżka.

Od dwóch tygodni leżała w szpitalu. Nieruchoma, nie do końca świadoma tego, co się wokół działo.

Bezduszne babska – nie wiadomo dlaczego zwane pielęgniarkami – założyły chyba, że nie ma już po co się starać. Więc się nie starały. Wysunięta kroplówka pozostawała wysunięta tak długo, aż przyszedł ktoś z nas i ją poprawił. Albo aż zjawił się lekarz i nakrzyczał.

Leżała w czteroosobowej sali, na siódmym piętrze szpitala-molocha.

Wczoraj przed południem przyszedłem. Na chwilę. Może na dużo krócej, niż powinienem. Właściwie było już wiadomo, właściwie pytanie brzmiało już nie „czy”, tylko „kiedy” (choć na dobrą sprawę przecież o każdym z nas można powiedzieć to samo…). Wychodząc zajrzałem do szpitalnej kaplicy. Zaczepiłem księdza kapelana, poprosiłem, żeby do niej zajrzał z Sakramentem Chorych. „Czy jest przytomna?” – zapytał. „Trochę. Ale chyba kojarzy, co się dzieje. A na pewno by tego chciała” – odpowiedziałem. „Dobrze, zaraz pójdę…”

Poszedł – był u niej pół godziny po moim wyjściu.

Cztery godziny później odeszła. Nikt nawet nie zauważył.

Za miesiąc skończyłaby 98 lat. Była jednym z najlepszych ludzi, jakich miałem szczęście spotkać w życiu.

******

(…)Naucz wierzyć, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół;
Że gdziekolwiek są, dobrze im jest – bo są z nami, choć w innej postaci…

I przekonaj, że tak ma być, że od głosów ich wciąż drży powietrze…
Że odeszli po to, by żyć – i że teraz już będą żyć wiecznie
(…)
(Z.Preisner)

Mruczanka Z Wiertłem

Puchatki były dzisiaj z Pietruszką u dentystki. Albowiem w pietruszkowej piątce pojawiła się była kropeczka, którą to kropeczkę czujne oko M. wypatrzyło natychmiast. Czujne oko M. nie dało sobie także wmówić (mimo usilnych prób ze strony Puchatka), iż rzeczona kropeczka to zapewne ziarenko maku z bułki, ze śniadania. Skoro po trzech dniach kropeczka nadal tam jest – zadecydowała M. – trzeba, żeby ją fachowiec zobaczył.

Ano, jak trzeba to trzeba. Zadzwonili zatem Puchatki do Polecanego Przez Znajomych Gabinetu Dentystycznego (w szyldzie duży napis: „Dzieci mile widziane”.). Umówili. Poszli.

Pierwsza wizyta – tydzień temu – była tylko kontrolna, żeby się Pietruszka nie zniechęcił. Pani dentystka ząbki obejrzała, pochwaliła, jaki dzielny pacjent, dała dzielnemu pacjentowi prezent z Dużego Pudła z Prezentami.

I powiedziała – niestety – że rzeczywiście, że jest kropeczka, że ona by jednak radziła ją „zrobić”, bo to niby nic, ale nigdy nie wiadomo, a teraz to ledwie kropeczka na szkliwie, muśnięcie „borówką”, maźnięcie odpowiednią żywicą – i po krzyku, a za rok czy dwa, to nie wiadomo…

Puchatki skonsultowali się z Pietruszki Chrzestną Mamą, skądinąd pediatrą. No bo niektórzy twierdzą, że mleczaków to lepiej w ogóle nie robić, i tak wypadną…

Ale Chrzestna Mama stwierdziła, że jej zdaniem lepiej zrobić. Argumenty podała te same, co pani dentystka. No to zapisały się Puchatki (a raczej zapisały Pietruszkę).

Wyprawa była całą rodziną. Puchatek wlazł był z Pietruszką do gabinetu, M. z Piłeczką czekały w poczekalni.

Pietruszka siadł na fotel – a raczej na kolana Puchatka siedzącego na fotelu. Pani dentystka WYJAŚNIŁA czteroletniemu pacjentowi, co mu będzie robić, rzeczowo i spokojnie, w słowach zrozumiałych dla dziecka. Potem psik-psik popsikała jakimś lekkim znieczulaczem i dalej borować! Całe borowanie trwało dokładnie osiem sekund (zegar wisiał na ścianie, Puchatek patrzył na niego cały czas…). Pietruszka przez moment spiął się, trochę nawet jąknął, łezki miał w oczach – ale się nie ruszył, tylko łapki na tatowych rękach zacisnął. A potem już żywica, a potem takim niebieskim światełkiem pani dentystka świeciła do pietruszkowej paszczy (bo żywicę się utwardza ultrafioletem…) i już, po krzyku.

Pietruszka zlazł z fotela, łezki otarł jeszcze z niepewną miną, ale jak mu pani dentystka podetknęła pod usmarkany nosek Duże Pudło z Prezentami, to zapomniał o całej historii i wybrał sobie Piękny, Zielony Samochodzik.

A jak wychodzilismy z gabinetu, to Pietruszka był już usmiechnięty od ucha do ucha, za to M. słuchająca pod drzwiami miała łzy w oczach.

No i proszę – Pietruszka niby taki delikatny, taki introwertyk, wszystko przeżywa, wielu rzeczy się boi… Ale jak przyjdzie co do czego, to jest naprawdę dzielny i potrafi swój lęk pokonać. No, w każdym razie ja w jego wieku (podobno, jak twierdzi Osobisty Tata Puchatka) taki dzielny u dentysty nie byłem…

Dumny jestem z mojego Pietruszki. Dzielny facet. 🙂

Mruczanka Z Kontynuacją Mimo Wszystko

Trudno mi ostatnio zebrać się i coś tu napisać.
Po pierwsze – jakże to banalne… – jestem zmęczony siedzeniem po osiem godzin dziennie przed ekranem komputera w celach zarobkowych i spędzanie kolejnego kwadransa w celach rozrywkowych już mnie nie pociąga. Nawet limeryki ostatnio zaniedbuję…

Po drugie – przyznam, że trochę jestem przybity naszą rzeczywistością. Od dłuższego czasu nie włączam telewizora w porze, kiedy nadawane są programy informacyjne. Nie mogę. Za bardzo mnie to wszystko irytuje. Nie chcę tu pisać o polityce (nie po to powatało to miejsce…), a z drugiej strony – cały czas stoi mi przed oczami zdjęcie, które zamieściłem w poprzednim wpisie – i SZLAG MNIE TRAFIA.

A z drugiej (trzeciej?…) strony, jest tyle rzeczy, które chciałbym napisać. Tyle spraw, które warto pokazać…

No dobrze. Trzeba zatem wziąć się w garść, wymazać sprzed oczu wredne gęby Mężów Od Stanu (szybki quiz – kto wymyślił to określenie?) i zacząć jednak coś pisać.

Miały być Mruczanki Podróżne, miały być bajki – no, chyba nie pozwolimy, żeby nasi Ókohani Politycy psuli nam zabawę?

Na początek zatem – w ramach odtrutki na poprzednie zdjęcie:

To ze strony http://www.isleofskye.com

Od razu lepiej, nieprawdaż? 🙂

Pomóżcie Ofiarom – nie Urzędowi Skarbowemu

Przestańcie płakać. Od naszych łez naprawdę nikomu nie będzie lepiej.

Jeśli naprawdę chcecie pomóc – zróbcie coś. Oddajcie krew. Wpłaćcie parę groszy.
Choćby TUTAJ.

Tylko nie dajcie się nabrać na akcję „pomocy przez SMS” – zwróćcie, proszę, uwagę, że nasze „soldarne państwo” pobiera od każdego SMSa 22% podatku. Jeśli możecie wpłacić te 2,44 zł – wpłaćcie je na konto. Inaczej ci naprawdę potrzebujący dostaną 2 zł, a 44 gr pójdzie w Worek Bez Dna zwany Urzędem Skarbowym.

Wyjatkowe draństwo, swoją drogą.

Mruczanka Zarżnięta

No normalnie zwariować można.

Kończę te upiorne ciasteczka tłumaczyć – juz mi się ciasteczka śnią po nocach i zapewniam, że nie są to sny przyjemne…

Od początku lutego miałem tłumaczyć książkę o rowerach. Ale zadzwonił zleceniodawca z pytaniem, czy mógłbym najpierw zrobić mu coś innego, bo nagle wypadło i pilne.

No świetnie. Tylko że to zajmie tydzień. Czyli na rowery zostanie miesiąc, a to mało (liczyłem pięć tygodni).

Bo potem już czeka kolejna rzecz, która zajmie trzy tygodnie (czyli do końca marca).

Kwiecień zarezerwowany znowu dla wydawnictwa R-D, czyli again rzecz mało intelektualna (na szczęście już nie ciasteczka…), za to bardzo dobrze płatna.

W maju – kolejna książka, tym razem „poważna” i ciekawa. No i bomba.

A tu zleceniodawca – ten od rowerów – rzuca, że on będzie miał jeszcze jedną książkę, tylko czy zdążę, bo bardzo duża jest. 800 stron standardowych! Czyli – przy najlepszych układach, łatwym języku i sprawnej pracy – trzy miesiące.

No i niby się wszystko świetnie składa – trzy miesiące jak obszył, akurat do końca sierpnia trzeba by to zrobić. I pieniądze spore. I w ogóle.

A Kocia Twarz! Mowy nie ma. Bo to by oznaczało, że będę na tym siedział przez czerwiec, lipiec i sierpień.

Oooo, nie. Nie po to przeszedłem „na swoje”, żeby całe lato zasuwać. Jakieś priorytety mieć trzeba. Co najmniej na dwa tygodnie trzeba wyjechać (CO NAJMNIEJ!) – i to tak, żeby w tym czasie nie trzeba było nic robić. Należy się – i nam, i Potworom.

Ale wtedy nie mam szans zdążyć.

Ano, trudno. Jest wyjście – podzielić się tą książką z Osobistą Siostrą. Oddać jej – ja wiem – jedną trzecią. Jej się parę groszy przyda, a my będziemy mieli wakacje.

To natomiast, co warto napisać, to fakt, w jaki zleceniodawca argumentował, dlaczego chciałby, żebym to ja mu tę książkę zrobił, a nie kto inny.

Powiedział mianowicie: – Wiesz, trochę chcielibyśmy „wyjść z niszy”, rozszerzyć tematykę, zaistnieć… Chcielibyśmy, żeby ta książka była dobrze rozreklamowana, żeby ją zauważono… No i sam rozumiesz, że musi być przetłumaczona na poziomie, dobrym językiem i w ogóle…

No, nie powiem, urosłem we własnych oczach.

„Obywatele, chwalcie się sami, nikt za was tego lepiej nie zrobi” – mawiał Tuwim. 😉

A wczoraj przegadałem z Kimś przez telefon GODZINĘ I CZTERDZIEŚCI PIĘĆ MINUT. Ło mattko, jedyna osoba, z którą zdarzało mi się gadać przez telefon dłużej, to moja żona (jak jeszcze nie była moją żoną, to gadaliśmy przez telefon dłuuugo… Ale z nią już nie gadam przez telefon, tylko na żywo. Co nie znaczy, że krócej 🙂

Bo ja generalnie nie umiem długo rozmawiać przez telefon.

Bo co to za rozmowa, jak człowiek ma jedną rękę zajętą słuchawką i tylko jedna mu zostaje do machania! 😉

Mruczanka Polarna

No, o temperaturach Puchatek pisać nie będzie, bo i o czym. Wszyscy wiedzą. Dziś raczej o ich ubocznych skutkach…

Wstał Puchatek rano. Nawet trochę za rano, jak na fakt, że była niedziela i w ogóle. Ale co było robić – Piłeczka o godzinie siódmej minut czterdzieści obudziła się, siadła na łóżeczku i (jeszcze z zamkniętymi oczami…) zaczęła śpiewać. O krasnoludkach, co to pod grzybami mają budki. A potem zażyczyła sobie „tało dące”, czyli kakao gorące.

No to powlókł się był Puchatek do kuchni. Kubeczek piłeczkowy wziął. Kubeczek okazał się być brudnym (na, zapomnieli Puchatki wieczorem wymyć, bo się był drań schował…).

Sięgnął zatem Puchatek nad zlew, kran odkręcił…

…. – powiedział kran. I wzruszył kurkami.

O, kurki wodne!

Rozbudził się był Puchatek w tempie ekspresowym. Za telefon złapał. Do wodociągów zadzownił. Wodociągi (choć niedziela) odebrały od razu.

– Wody nie ma? Eee, my żadnej awarii nie mamy. Musiało u pana zamarznąć. – powiedziały wodociągi radośnie.

Puchatek próbował nawet tłumaczyć, że skoro nie ma wody, to wodociągi OWSZEM, MAJĄ awarię – ale miła pani w słuchawce kazała wezwać hydraulika i pożegnała się grzecznie.

Hydraulika przywieźli znajomi. Pan Zbyszek – PRAWDZIWY fachowiec, jakich niewielu… – rury opukał, zaworki sprawdził, kluczem postukał i orzekł stanowczo:

– No, zamarzło…

…i na szczęście fachowcem będąc powiedział jeszcze:

– O, tu zamarzło. Ma pan nagrzewnicę?

Puchatek nie miał. Ale Znajomi mieli. Pożyczyli.

Pan Zbyszek pojechał (w dodatku odmówił przyjęcia zapłaty, twierdząc, że przecież nic nie robił, więc pieniędzy nie weźmie…). A Puchatek wziął pożyczoną nagrzewnicę (to taka jakby suszarka do włosów, tylko większa i ciut gorętszym powietrzem dmucha…) i zaczął nagrzewać wskazane miejsce.

No i trzeba panu Zbyszkowi oddać sprawiedliwość raz jeszcze: po kwadransie nagrzewania woda jako żywo poleciała.

Dlaczego jednak zamarzło, skoro w piwnicy, skoro poniżej poziomu gruntu i w ogóle nie miało prawa?

Otóż miało. Rurka szła przez kotłownię. W kotłowni stoi piec. Gazowy, od centralnego ogrzewania. Zgodnie z wszelkimi przepisami pomieszczenie w z piecem gazowym musi mieć „nawiew zewnętrzny”. Czyli taką niewielką dziurę w ścianie, ewentualnie z kawałkiem rury.

Bo jak piec spala gaz, to potrzebuje powietrza. Jak potrzebuje – to zasysa. A jak zasysa – to musi być stały dostęp, czyli rzeczony „nawiew zewnętrzny”.

A inteligentni panowie, którzy …naście lat temu budowali dom (który potem stał się Chatką Puchatków) nie pomyśleli. Bo im zapewne za pracę płacono, a nie za myślenie…

No i puścili rurkę z wodą DOKŁADNIE pod tym wlotem powietrza. Czyli – jest dziura w ścianie z kawałkiem rury, tuż nad powierzchnią gruntu (wychodzi w ogródku). Od podłogi piwnicy – jakieś metr pięćdziesiąt. A poniżej – jakieś trzydzieści centymetrów nad podłogą – biegnie rzeczona rurka, która w dodatku dokładnie w tym miejscu rozdziela się na trzy.

No i tak: jak piec spala, to zasysa. Jak zasysa, to wciąga powietrze. Jak wciąga – to przez rzeczony otwór wpływa z dworu zimne powietrze. A zimne powietrze (…”praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb…”) opada. Opada zimnym strumieniem PROSTO na rzeczoną rurkę. Z wodą.

Jak na dworze jest minus pięć, to nie ma sprawy (w kotłowni jest wtedy plus dziesięć). Jak nawet jest minus piętnaście, to jeszcze nie ma sprawy. Ale jak jest minus dwadzieścia pięć…

Jak jest minus dwadzieścia pięć, to nawet w zamkniętym pomieszczeniu opadające na rurkę powietrze wciąż ma jakieś minus piętnaście. Czy minus dziesięć, whatever.

A temperatura zamarzania wody… Wiadomo.

Na razie Puchatek zawinął rzeczone rurki jakąś izolacją i zrobił nad nimi daszek z tektury. Może wystarczy. Jak nie wystarczy – to już przynajmniej wiadomo, gdzie grzać. A latem tak czy owak wymiana pieca etc, to i ten wlot się przerobi i rurki przesunie. Uf.

Mruczanka Bez Szans

Ech, życie.

Zamarzyło mi się, wydawało się, a tu Kocia Twarz. Jak Zwykle Zresztą, cytując Klasyków 😉

Wszystko zaczęło się od tego, że półtora roku temu kupiłem sobie w sklepie Jednej Dużej Sieci dyktafon cyfrowy. No bo się przydawał w pracy i przydaje nadal. Pisałem o tym kiedyś.

Ponieważ dyktafon rzeczony parę złotych był kosztował, kupiłem go na raty. Raty spłaciłem jak przykładny klient, za pomocą zlecenia stałego. Niewielkiego zresztą.

Ha. Przed świętami Jedna Duża Sieć Sklepów RTV przysłała mi… kartę stałego klienta. Z pięknym listem, że „…doceniając znakomitą obsługę kredytu…” etc. Co w tłumaczeniu na polski brzmi: w nagrodę za terminowe spłacanie rat damy panu szansę wydania jeszcze trochę kasy w naszym sklepie.

Karta ma to do siebie, że wystarczy z nią przyjść do rzeczonego sklepu i okazać dokumenty, żeby móc od ręki i bez żadnych zaświadczeń o zarobkach i innych takich kupić dowolny produkt na raty.

Ma to swój urok, bo przy moim obecnym systemie pracy zaświadczenia o zarobkach nie przyniosę, o zatrudnieniu nie wspominając 🙂

No i bomba. I zamarzyłem sobie, że w takim razie może uda się kuopić coś, o czym marzę od dawna, a czego za gotówkę – rzecz prosta – nie kupię.

Bo zamarzył mi się aparat. O, taki właśnie. Cyfrowa lustrzanka. 8 milionów pikseli. Ach.

No i Kocia Twarz. Oczywiście.

Bo te słynne „raty na zero procent” to owszem są, ale jak się bierze najwyżej na pół roku. A taka zabawka kosztuje tyle, że na pół roku to wychodzi prawie sześćset złotych miesięcznie. Ha, ha, ha. Odpada w przedbiegach.

Ja myślałem raczej o trzech latach. Tyle, że wtedy to jest „normalny” kredyt. Oprocentowanie (kosmiczne!!!), ubezpieczenie kredytu i parę innych szczegółów. Rata miesięczna jest do przyjęcia, ale po podliczeniu okazuje się, że w ciągu tych trzech lat za aparat, który kosztuje trzy i pół tysiąca złotych dopłacam dodatkowo prawie tysiąc siedemset, czyli połowę jego ceny.

 

Czyli – jako rzekłem – Kocia Twarz.

 

Jeszcze nie tym razem…

 

Bez szans. Ech. 😦

Mruczanka O Poecie

Zmarł Ks. Jan Twardowski.

Tyle by się napisać chciało ale… Ale właściwie po co?

Był A.D. 1989. Dzień przed maturą (pisemną, z polskiego, czyli przed pierwszym egzaminem maturalnym…) poszedłem sobie do kina, a potem na starówkę. Ot tak, żeby połazić i odpocząć (wiadomo, że ostatniego dnia przed maturą uczyć się nie ma sensu…).

Na  starówce spotkałem znajomego. Szliśmy sobie, ze wszystkich sił starając się nie rozmawiać o Tym, Co Jutro, kiedy zagadał nas jakiś człowiek, wnoszący ciężkie paczki do Księgarni św. Jana Chrzciciela (która wówczas znajdowała się tuż przy katedrze, na Kanonii). Jak się okazało był to ksiądz, bodaj dyrektor tej księgarni, któremu nawaili jacyś robotnicy i musiał szybko sam przenieść do środka ileś tam paczek z książkami. Widząc młodych ludzi zapytał, czy nie zechcielibyśmy mu pomóc.

Zechcieliśmy, czemu nie? We trójkę w kwadrans przenieśliśmy na zaplecze wszystkie paczki. Ksiądz w podzięce poczęstował nas jakimś ciastkiem, poczym rozerwał jedną z paczek i dał nam w prezencie po książce.

To był tom (czy raczej zbiór kilku tomów) poezji ks. Twardowskiego „Nie przyszedłem pana nawracać”.

Moje zamiłowania poetyckie były w tamtych czasach dużo bardziej klasyczne. Potrafiłem w kółko czytać Mickiewicza, Norwida, kochałem Tuwima (to mi zresztą zostalo do dziś…), Staffa, Gałczyńskiego… Ks. Twradowskiego prawie nie znałem (no tak, było kilka wierszy, które nawet w późnopeerelowskiej szkole były w programie nauczania, w klasie maturalnej, w ramach „poezji współczesnej” – ale na tym się kończyło…)

Kiedy wróciłem do domu, zacząłem czytać. Czytałem prawie do północy. Wiedziałem, że jutro matura, że powinienem już spać… Ale nie mogłem skończyć.

A potem jeszcze długo siedziałem i myślałem o tym, com przeczytał…

A wiersze Ks. Twardowskiego zostały już na stałe w moim prywatnym spisie lektur.

Kilka lat później poznałem Księdza osobiście, raz nawet jako dziennikarz przeprowadziłem z Nim jakąś krótką rozmowę… I opowiedziałem mu, jak to w noc przed maturą czytałem Jego wiersze.

Popatrzył na mnie znad okularów z lekkim niepokojem i powiedział:

„Ale mam nadzieję, że zdałeś tę maturę…?”

Zdałem, Księże Janie. Jasne.

🙂

Poeci nie umierają cali. Wiadomo.