Mruczanka Bardzo Grzeczna

Pietruszka z mamą u Jednej Cioci. Na stole leżą pierniczki. Pietruszka lubi pierniczki. Pyta zatem grzecznie i uprzejmie:

– Mamo, mogę pielnicka?
– Możesz, oczywiście.

– Mamo, mogę… (sytuacja powtarza się pięciokrotnie).

Za szóstym razem Pietruszka mówi zdecydowanym, pewnym głosem:
– A telaz wezmę sobie pielnicka bez pytania. Mamo, mogę wziąć bez pytania?..

Kurtyna.

Mruczanka Poświąteczna

Święta, święta i… wiadomo. Najpierw się człowiek nabiega, potem nasprząta, a potem tak naje, że już nic dalej mu się nie chce…

Puchatki wigilię spędzały w Chatce, rzecz prosta. W tym roku jednakowoż nie całkiem same, bo zaproszona została Ciocia. Ciocia Puchatka.

Ciocia zwykle spędza ten wieczór szczególny ze Starszą Córką i jej rodziną (Młodsza Córka mieszka u Wuja Sama), ale w tym roku cała rodzina Starszej Córki wybyła była na święta do… Egiptu. I zamiast choinki mieli piramidę. Co kto lubi.

Wigilia z Ciocią była całkiem sympatyczna – a najśmieszniej było, jak Ciocia wyciagnęła z torby Skarb Wielki, czyli zdjęcia Puchatka i Puchatkowej Mamy z czasów prehistorycznych.

M. śmiała się do rozpuku, a Potwory rozdziawiały paszcze nie mogąc uwierzyć, że ten śmieszny trzylatek na czarno-białym zdjęciu, z loczkami jak aniołek, w spodenkach na szelkach – to ich osobisty Tata.

– A gdzie JA wtedy byłem? – zapytał oczywiście Pietruszka, głosem podejrzliwym, wietrząc jakiś podstęp. Tłumaczenia, że go jeszcze WCALE nie było na niewiele sie zdały – to chyba przekracza możliwości rozumienia Prawie-Pięciolatka…

W Pierwszy Dzień Świąt – błogie lenistwo, Puchatki udały się tylko do kościoła, a i to samochodem.

W Drugi Dzień – po południu, zgodnie z Nową Tradycją, udały się Puchatki do znajomych na Autentyczne Kolędowanie. Była gitara, organki i mnóstwo śpiewania, a Potwory – w towarzystwie innej dzieciarni zresztą – skakały i tańczyły.

A dziś (czyli w środę) rano Puchatki miały Efektowną Pobudkę, bo w świątecznym ferworze Puchatek oczywiście zapomniał był, że dziś jest tak zwana Śmieciowa Środa.

Śmieciowa Środa przypada co dwa tygodnie – około ósmej rano zjawiają się panowie śmieciarze z Wielką Pomarańczową Śmieciarką (obiektem westchnień i zachwytów Pietruszki). Toteż należy – najlepiej we wtorek wieczorem – wystawić za furtkę kubły ze śmieciami.

A jak się zapomni, to panowie śmieciarze bezlitośnie dzwonią do furtki i wtedy trzeba naprawdę-bardzo-szybko-się-ubrać-i-pędem-zbiec-na-dół-i-wystawić-kubły-bo-panowie-się-spieszą. A jeśli się akurat jeszcze leży w łóżku, to jest to operacja ze wszech miar zabawna.

Nie ma to, jak Efektowna Pobudka po świetach. Od razu człowiek się budzi, wskakuje na najwyższe obroty i może się brać do pracy.

Co niniejszym Puchatek idzie czynić.

Howgh.

Boże Narodzenie

Dziś tylko wiersz. Po angielsku.

John Mason Neale był angielskim poetą – stosunkowo mało znanym poza Wielką Brytanią. Napisał ten wiersz na podstawie staroangielskiej legendy o królu Wenceslasie, który „on the feast of Stephen”, czyli drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia (w dniu św. Szczepana) pomógł biedakowi (swojemu poddanemu) zbierać drewno na opał. Zresztą przeczytajcie.

Później ktoś podłożył ten tekst pod znacznie starszą muzykę kolędy pochodzącej ponoć z XIII wieku. Jeśłi ktoś chce posłuchać muzyki w tle – jest TUTAJ.

A jeśli ktoś chce usłyszeć najbardziej chyba znane wykonanie – Loreeny McKennitt – może fragment ściągnąć (legalnie) STĄD.

Posłuchajcie:

Good King Wenceslas looked out on the Feast of Stephen,
When the snow lay round about, deep and crisp and even.
Brightly shone the moon that night, though the frost was cruel,
When a poor man came in sight, gathering winter fuel.

“Hither, page, and stand by me, if you know it, telling,
Yonder peasant, who is he? Where and what his dwelling?”
“Sire, he lives a good league hence, underneath the mountain,
Right against the forest fence, by Saint Agnes’ fountain.”

“Bring me food and bring me wine, bring me pine logs hither,
You and I will see him dine, when we bear them thither.”
Page and monarch, forth they went, forth they went together,
Through the cold wind’s wild lament and the bitter weather.

“Sire, the night is darker now, and the wind blows stronger,
Fails my heart, I know not how; I can go no longer.”
“Mark my footsteps, my good page, tread now in them boldly,
You shall find the winter’s rage freeze your blood less coldly.”

In his master’s steps he trod, where the snow lay dinted;
Heat was in the very sod which the saint had printed.
Therefore, Christian men, be sure, wealth or rank possessing,
You who now will bless the poor shall yourselves find blessing.

Mrrrrruczanka Zakrrrrręcona

Wybaczcie, ale naprawdę nie mam kiedy pisać. Jakieś krótkie notki wrzucam na Puchtka Politycznego, ale to tylko komentarze na bieżąco, bardziej emocjonalne niż przemyślane. A i to nieczęsto.

M. ma właśnie drugą sesję swojego kursu, czyli codziennie wybywa z domu koło czwartej po południu i wraca z Warszawy koło północy. A ja – co za tym idzie – do czwartej zasuwam, żeby nie narobić sobie za dużych zaległości z robotą (…bo na koncie ciagle minus, choć coraz mniejszy…), a od czwartej jestem Super-Tatą i zajmuję się Potworami. A jak potwory zasną to już nie mam siły…

Zajmowanie się Potworami ostatnio sprowadza się do pilnowania, żeby się nie pozabijały. Chodzi zarówno o to, żeby nie pozabijały się nawzajem (…), jak też o to, żeby nie pozabijały się osobiście (to drugie dotyczy zwłaszcza Piłeczki, której niezwykły talent do włażenia w najmniej sensowne miejsca, a następnie spadania z nich, zdecydowanie rozwija się z wiekiem).

A propos – z wiekiem… Piłeczka skończyła (wczoraj) trzy lata. A że zawsze jest do przodu (chodzić zaczęła, jak miała dziesięć miesięcy), to uczciła trzecie urodziny w ten sposób, że zaczęła mówić „R”. Ale żebyście słyszeli to „RRRR”! No i, rzecz prosta, teraz już jej się myli, gdzie „R”, a gdzie „L”, wiec wygłasza głębokie teksty w rodzaju „Moja rarka rubi mreko!”.

A Pietruszka, który w marcu skończy lat pięć (poważny wiek…), ciągle jeszcze jest na etapie „L”. Ciekawe.

***

Sprawy przedszkolne – w toku. Wygląda na to, że strażaków uda się przeskoczyć mniejszym kosztem, niż początkowo wyglądało (co nie znaczy, że małym). Aktualnie papiery są już w starostwie – jeśłi Taki Jeden Pan Urzędnik nie przyczepi się do niczego ważnego, to wygląda na to, że już w połowie stycznie przedszkole (tfu, tfu) ruszy.

***

I jeszcze na koniec – uroczy dialog Pietruszki z Pewną Ciocią.

Ciocia (półżartem): Pietruszko, może pomożesz mi zmywać naczynia?

Pietruszka (absolutnie poważnie): Nie, ja będę zmywał naczynia jak będę dolosły.

Ciocia (zaintrygowana): Dlaczego dopiero wtedy?

Pietruszka (tonem wyjaśniającym): Bo wtedy będę juz wiedział, jak się włącza zmywalkę…

Ano, prawdziwy mężczyzna XXI wieku! 😉

***

A Trzyletnia Piłeczka wygląda tak:

Ot, Tak…

wszystko co piękne jest przemija
wykwint i zbrodnie dawnych czasów
skrzętnie zebrane po muzeach
niedbale śpiące na katedrach
gotyk płynący z kolumn lasu

szlachetne miasta, ras przypływy
siwe paryże czy marsylie żółtawe
prędko trzeba żegnać

wszystko co piękne i szczęśliwe
wątłą przychylność zyska nieba
i może trwać tak krótką chwilę

trwałość
czym jest na świecie trwałość
tym czym brzęczenie kastanietów

i w wieczne nie oblecze ciało
nic na tej ziemi dłoń niczyja

i dla kilofów i poetów
wszystko co piękne jest
przemija

wszystko co piękne jest
przemija
wszystko co piękne jest
zostaje

choć nawet czas i ten przeminie
ludzie okrzyki drzewa burze
śmieszne materie nieulękłe
zwierzęta kwiaty na polanie
wszystko przemija co jest piękne
wszystko co piękne jest
zostaje

(Jerzy Zagórski)

Mruczanka Z Koszyczkiem

Piłeczka: – Mamusiu, ja ciem ten kosiciek.

M.: – Który koszyczek, córeczko?

Piłeczka (radośnie): Ten, z któlym iszłam* do kościółka na Bozie Nalodzenie i niosłam w nim jajecka i ciembaskę!

Kurtyna opada ze śmiechu.

___

*”Iszłam” – Czas przeszły, liczba pojedyncza, rodzaj żeński, pierwsza osoba od czasownika „iść”.

Nadzieja Zatrzymana w Czasie

Chciałem napisać o tym wczoraj, ale… jakoś nie mogłem.

Wczoraj rano, jak zwykle przed wzięciem się do pracy, przeglądałem informacje i depesze agencyjne (takie przyzwyczajenie z czasów dziennikarskich – zanim zaczniesz dzień, sprawdź, co się od wczoraj wydarzyło). Oczywiście pierwsza wiadomość, na jaką trafiłem na wszystkich polskich portalach dotyczyła tragedii w kopalni Halemba. Że już wiadomo… Że wszyscy nie żyją… Że ratownicy dotarli do ostatnich ciał…

Łzy bezsilności na twarzach bliskich, znicze pod bramą, kwiaty, prezydent ogłasza żałobę narodową…

Czytałem to wszystko o wpół do dziewiatej rano.

Godzinę później kupiłem w kisoku gazetę, a w gazecie…

Wiecie, kiedy zamyka się numer gazety, którą dostajecie do rąk w czwartek rano? Zwykle – najdalej po dziesiątej wieczorem w środę. Jeśli coś sie akurat ważnego dzieje – można to przeciagnąć, można do ostatniejchwili wprowadzać poprawki, odświeżać wiadomości – ale jeśli gazeta ma być rano w kiosku, jeśli ma się zdążyć ją wydrukować i rozwieźć, to później niż o północy raczej się jej zamknąć nie da (mówię o dużych gazetach z rozbudowaną, nowoczesną bazą wydawniczą, takich jak „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Dziennik” czy główne bulwarówki; niskonakładowe czy „cięższe” technicznie tytuły muszą oczywiście zamykać się dużo wczesniej.

Kiedy więc wziąłem do ręki gazetę, na pierwszej stronie widniały informacje o tym, że choć szanse na odnalezienie żywych są niewielkie, to prawdopodobnie nad ranem ruszy ponownie akcja ratownicza, że dopóki nie ma pewności, to jest nadzieja…

Nadzieja zatrzymana w czasie. Nadzieja, która – w momencie, kiedy gazeta trafiła do sprzedaży – była już nieaktualna…

***

Widziałem zdjęcie zrobione przez automatyczną kamerę na jednej ze stacji metra w Madrycie, na której wybuchła bomba w serii zamachów.

Na zdjęciu (dosyć marnej jakości, siłą rzeczy) widać peron, ludzi czekających na pociagi, rozmawiających, czytających gazety. Na pierwszym planie kilka osób na ruchomych schodach – jakiś chłopak z walkmanem na uszach, jakaś para w czułym objęciu, jakiś starszy pan z aktówką…

…a na dole, gdzieś u końca peronu, za ich plecami, widać wybuch. Kula białożółtego światła właśnie zaczyna rosnąć – za ułamek sekundy połowa tych ludzi nie będzie już żyła. Za ułamek sekundy fala uderzeniowa rzuci nimi jak szmacianymi lalkami, chwilę potem – kiedy przebrzmi juz huk wybuchu – słychać będzie krzyk rannych, płacz umierających, szum opadającego gruzu.

Ale to dopiero za ułamek sekundy. W tym momencie – w momencie uchwyconym na zdjęciu – ci ludzie jeszcze idą, rozmawiają, przytulają się, kompletnie nieświadomi tego, co dzieje się za ich plecami. Kompletnie nieświadomi tego, że ich życie właśnie się kończy albo diametralnie zmienia.

Tam już jest śmierć – ale dla nich jeszcze jej nie ma. Już – i jeszcze nie, teologiczny wymiar czasu.

***

Kokonowicz, czyli Gdzie Ja U Licha Żyję?

Coraz bardziej przeraża mnie historia pana Kokonowicza – kandydata na prezydenta Białegostoku.

Nie, nie chodzi mi o to, że „ktoś taki kandyduje”. Nie chodzi mi także o to, że ktoś tam na niego (dla jaj głównie) głosował.

Chodzi mi o to, że robi się komedię na całą Polskę (i nie tylko, bo już w zagranicznej prasie były komentarze) robiąc idiotę z człowieka… chorego. Przecież wiadomo, że człowiek, który go zgłosił, zrobił to „dla kawału”, przecież wiadomo, że pan Kokonowicz nie rozumie całej sytuacji…

Rozumiem jeszcze głupców, którzy zachwycają się jego „spotami wyborczymi” na YouTube – „ciemny lud” kupi wszystko, a im bardziej okrutny spot, tym częściej będzie oglądany.

Bo ten spot JEST okrutny. Biedny, bezdomny człowiek, ewidentnie lekko ograniczony umysłowo, został po chamsku wepchnięty w nie swoją rolę, postawiony przed kamerą przez jakiegoś s…syna, który jego kosztem dostarczył rozrywki „ciemnemu ludowi”.

Nie rozumiem natomiast mediów, które bezmyślnie podtrzymują tę „modę”. Nie rozumiem dziennikarzy – czasmi tak wrażliwych społecznie – którzy nie stają w obronie tego człowieka.

Człowiek bezdomny, upośledzony, z inteligencją poniżej średniej pozostaje człowiekiem. Ma tę samą godność i prawo do ludzkiego traktowania, jak każdy z nas. Czym różni się facynacja spotami z Kokonowiczem od fascynacji słynnym filmikiem o wkładaniu nauczycielowi kosza na głowę? Albo (to niedawne historie) o dręczeniu zwierząt przed kamerą czy znęcaniu się nad chłopcem z zespołem Downa przez „kolegów” z klasy?

Czy równie głośno śmialibyście się z filmu pokazującego, jak niewidomy człowiek poprowadzony przez „życzliwego” wpada do szamba?

Czy za tak samo zabawne uznalibyście nagranie ataku padaczki? Przecież to takie śmieszne – ktoś się rzuca po podłodze i piana mu z ust leci… Ha ha ha…

Kiedyś miejska gawiedź ganiała po uliczkach „idiotów” i podkładała nogi ślepcom, żeby śmiać sie z ich nieporadnych upadków. Dziś to samo stado – choć mające zapewne o sobie dużo wyższe mniemanie – korzysta już z komputerów i ogląda filmy w Internecie. Ten sam bezmyślny motłoch, który w rzymskim Koloseum, podniecony zapachem krwi, wrzeszczał „…dobij, dobij!” – dziś z lubością wgapia się w supernowowczesne ekrany LCD. Zmieniła się technologia, ale nie treść igrzysk.

Podobno mają się ukazać koszulki z podobizną Kokonowicza… A więc już ktoś na tym robi forsę. Bo to śmieszne takie.

„Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.”

Mruczanka z Namysłem

Czytam sobie ostatnio eseje T.S. Eliota o literaturze (a w zasadzie o krytyce literackiej).

Uderzył mnie taki fragment:

(…) w stosunku do każdego pisarza zajmującegoi się estetyką skłonny jestem zadać sobie pytanie: „Jakie dzieła literackie, malarskie, rzeźbiarskie, muzyczne i architektoniczne rzeczywiście podobają się temu teoretykowi?”. Oczywiście, zawsze możemy – i na tym polega niebezpieczeństwo, na jakie może narazić się krytyk-filozof – przyjąć jakąś teorię, a potem wmówić sobie, że podobają nam się tylko te dzieła sztuki, które są z nią zgodne.

Kiedy słucham współczesnych teoretyków sztuki (zwłaszcza literatury), odnoszę wrażenie, że znakomita większość poszła dokładnie tą drogą…

***

A jak już jesteśmy przy Eliotcie:

The Naming of Cats is a difficult matter,
It isn’t just one of your holiday games;
You may think at first I’m mad as a hatter
When I tell you a cat must have
THREE DIFFERENT NAMES.
First of all, there’s the name
that the family use daily,
Such as Peter, Augustus, Alonzo or James,
Such as Victor or Jonathan, George, Bill Bailey —
All of them sensible everyday names.
There are fancier names
if you think they sound sweeter,
Some for the gentlemen, some for the dames;
Such as Plato, Admetus, Electra, Demeter —
But all of them sensible everyday names.
But I tell you,
a cat needs a name that’s particular,
A name that’s peculiar, and more dignified,
Else how can he keep his tail perpendicular,
Or spread out his whiskers,
or cherish his pride?
Of names of this kind I can give you a quorum,
Such as Munkustrap, Quaxo or Coricopat
Such as Bambalurina or else Jellylorum —
Names that never belong to more than one cat.
But above and beyond
there’s still one name left over,
And that is the name that you will not guess;
The name no human research can discover —
But the CAT HIMSELF KNOWS,
and will never confess.
When you notice a cat in profound meditation,
The reason, I tell you, is always the same.
His mind is engaged in rapt contemplation
Of the thought,
Of the thought,
Of the thought of his name:
His ineffable effable
Effanineffable
Deep and inscrutable singular name.

Mruczanka Pod Górkę

Sami fachowcy, Kocia Twarz.

Pani gminna architektka (?) – skądiną babsztyl wredny, nieprzyjemny i złośliwy (bywalcy wiedzą, że Puchatek rzadko takich określeń uyżywa…) okazała się ponadto być osobą niekompetentną. Puchatek bowiem zażądał od pani podstawy prawnej owych słynnych „30 procent” (patrz poprzednia notka), a pani rzeczona dała Puchatkowi kserówkę Ustawy o Prawie Budowlanym.

Już przy czwartej lekturze wskazanego przez panią punktu Puchatek zauważył, że Ustawa mówi o „30 proc. powierzchni CAŁKOWITEJ budynku”. Natomiast pani architekt mówiła, że chodzi o „30 proc. powierzchni UŻYTKOWEJ budynku”.

Dla niewtajemniczonych – powierzchnia CAŁKOWITA jest o wiele większa (bo to powierzchnia liczona po obrysie ścian zewnętrznych – więc w tej sytuacji łatwiej sie w tych 30 prec. zmieścić.

Poszedł Puchatek do rzeczonej pani i zwrócił uwagę na tę nieścisłość.

A opani architekt (-ka?) odparła z miną znudzoną, że „…owszem, ustawa mówi o powierzchni całkowitej, ale miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego mówi o użytkowej”.

Na to Puchatek powiedział pani, że w takim razie rzeczony plan (…skądinąd jej autorstwa, rzecz prosta…) jest w tym punkcie SPRZECZNY Z USTAWĄ, a w takim razie obowiązuje – oczywiście – zapis ustawowy…

Z pani powietrze uszło jak z przekłutego balonika i zaczęła coś mamrotać, że „przecież nie jest BARDZO sprzeczny…” (jakby można było być trochę w ciąży…).

Zatem magiczne 30 proc. najprawdopodobniej uda się przeskoczyć.

***

Ale nie cieszmy się za szybko – fachowcy są wszędzie. Kolejnym wybitnym fachowcem okazał się pan „rzeczoznawca” od spraw przeciwpożarowych, który Puchatkom sporządził opinię – jak się okazuje – niezgodną z przepisami przeciwpożarowymi.

Teraz okazuje się, że według nich (przepisów znaczy) należałoby jednak:

– obudować klatkę schodową drzwiami ognioodpornymi, oraz

– zainstalować na niej automatyczne urządzenia oddymiające.

Całkowity koszt operacji – lekko licząc koło 8 tysięcy złotych, może więcej.

Jeśli tego nie uda się przeskoczyć – możemy zapomnieć o przedszkolu, po nas na to zwyczajne nie stać.

Będziemy mogli otworzyć „klubik” czy inną „opiekę nad dziećmi” (bo do tego nie potrzebujemy opinii strażaków) – czyli nie dostaniemy gminnego dofinansowania. Czyli – jeśli M. i druga przedszkolanka nie mają pracować za friko (tzn. pracować na czynsz, ZUS i opłaty) trzeba będzie podnieść czesne.

A najgorsze, że cała ta operacja (obudowanie, urządzenia etc.) jest w przypadku tego budynku kompletnie bez sensu. Nic nie daje, za to utrudnia ewakuację. No ale przecież, jak wiadomo, „…nie chodzi o to, żeby się nie spaliło, ale żeby się spaliło zgodnie z przepisami”.

Czyli – jak to ujął Puchatkowy znajomy – stworzenie przedszkola jest niezgodne z prawem, za to absolutnie zgodne z prawem jest to, że przedszkola nie ma a dzieci mogą sie pętać po ulicy.

A to Polska właśnie.