Historia

Niby jest lepiej. Chwilami aż za bardzo.
Mama w jednej chwili jest cierpiąca i obolała (bądź co bądź ma pęknięty obojczyk i parę innych urazów), nie jest w stanie chodzić, a kiedy z wyrazem bólu na twarzy przesiada się (czy raczej przeciąga…) z kanapy na wózek, żeby dojechać do łazienki, to człowiekowi się serce kraje.
Ale żeby serce za bardzo się nie pokroiło, to w chwilę później robi różne rzeczy, od których i mnie, i T. – i całą resztę otoczenia – serdecznie szlag trafia. I – żeby nie było wątpliwości – NIE CHODZI o to, co robi nie do końca świadomie. Chodzi właśnie o to, co robi ABSOLUTNIE świadomie.
Byłem u niej wczoraj pół dnia. Pomagałem jej przesiadać się z kanapy na wózek i z powrotem, jak chciała iść do łazienki, podawałem co trzeba…
Przyszedł T., ale musiał jeszcze na chwile wyjść (po jakieś zaległe papiery do szpitala). Poprosił, żebym jeszcze przed wyjściem zagrzał Mamie obiad. Jasne, nie ma sprawy. Zagrzałem, dałem jej leki, zjadła, pokazała że chce się położyć. OK.
Kiedy wychodziłem – zmęczona i obolała (tak to w każdym razie wyglądało) leżała pod kołdrą.
Kiedy T. dojechał do domu – niecałe dwadzieścia minut później! – Mama siedziała już w znakomitym humorze przy stole. Paliła papierosa i – rzecz prosta – piła piwo.
Rzeczywiście, jak robiłem sobie kawę widziałem, że w lodówce stała puszka piwa. Ale okazało się, że kiedy T. wrócił, puszka nadal tam stała.
To było inne piwo. Piwo, które moja Mama musiała sobie przynieść sama ze sklepu jeszcze przed wypadkiem, czyli jakieś dwa tygodnie temu. Jak się potem okazało, ma także gdzieś „zachomikowane” większe ilości papierosów.
Mama nie mówi, Mama chodzi o kuli, Mama praktycznie nie wychodzi z domu. Okazuje się jednak, że ma absolutnie dość energii żeby pójść do sklepu (samoobsługowego zapewne, bo to nie wymaga rozmawiania z obsługą) po piwo i papierosy. I że zrobić to tak, aby nikt o tym nie wiedział, czyli na przykład w czasie godzinnej nieobecności T.
Mama nie wszystko rozumie, nie wszystko kojarzy, czasami chyba nie dociera do niej, co ludzie mówią… Ale gdzie jest butelka piwa i paczka papierosów schowane tam (co najmniej) dwa tygodnie temu – jak się okazuje kojarzy doskonale.
No, to już generalnie wiecie, w czym rzecz.
***
– Wiesz, jak Mama wypiła piwo, to nagle się okazało, że i kojarzy lepiej, i wszystko rozumie, i więcej do niej dociera… – T. był wyraźnie zdziwiony (nie mówiąc o tym, że wkurzony; choć ja byłem wkurzony bardziej). – A może to jest tak, że przynajmniej część jej problemów z kojarzeniem wynika z tego, że PRZEZ PEWIEN CZAS NIE PIJE, tak jak w szpitalu? A jak się napije, to jej świadomość wraca?
Doszło do niego.
No, cholera jasna, zrozumiał. Fakt, o dwadzieścia pięć lat za późno, ale jednak. A jeszcze parę lat temu jak próbowałem mu to wytłumaczyć, to się niemal w czoło pukał.
A to tak właśnie jest. To się nazywa uzależnienie.
I wszystkie – WSZYSTKIE – problem zdrowotne mojej Mamy z tego właśnie wynikają.
W całej rodzinie zawsze krążyły anegdoty, że ta Mama to taka pechowa – ludzie łamią sobie nogi na nartach czy w górach, a ona ileś razy łamała sobie nogę czy rękę we własnym domu czy tuż przed nim… Ale to nie był żaden pech, to był alkohol. Tylko do pewnego momentu nikt – poza mną… – nie chciał o tym głośno mówić.
A jak złamała sobie nogę tak pechowo, że musieli jej wszczepić endoprotezę stawu biodrowego – to niby dlaczego? Dlatego.
A jak – prawie czterdzieści lat temu, ja miałem wtedy bodaj roczek… – miała wypadek, na skutek którego doznała wstrząsu mózgu i pęknięcia podstawy czaszki, to niby z innego powodu? A dziś neurolog mówi, że ten jej mikrowylew sprzed paru lat – ten, który stopniowo pozbawił ją mowy i (jak się okazuje) paru innych funkcji poznawczych – także mógł być, choć to brzmi nieprawdopodobnie, pośrednim skutkiem tamtego wypadku. I że nie bez znaczenia – rzecz prosta – był fakt wypalania przy tym przez ostatnie pół wieku dwóch paczek papierosów dziennie.
Moja Mama nigdy nie była chorowita. Wszystkie jej poważne problemy ze zdrowiem – to, że ma trudności z chodzeniem, że chodzi wyłącznie o kuli, że nie może mówić, że coraz mniej rozumie z otaczającego ją świata – to efekt picia i palenia.
A także – last, but not least – to, ilu osobom wokół siebie narozwalała życie, napsuła krwi, przysporzyła cierpień różnych.
Pewnie pomyślicie, że nie powinienem tak o Niej pisać. Ale właściwie dlaczego? Czytają to osoby, które mnie osobiście nie znają. A te, które mnie osobiście znają – i tak o tym wiedzą.
Nie zrozumcie mnie źle. To moja Matka. Kocham ją, chcę jej pomóc i boli mnie to, że ona cierpi.
Ale obok bólu jest też we mnie głęboka świadomość tego, co leży u podstaw całego tego problemu. I tego, ilu innych ludzi cierpiało i cierpi przez Nią.
Ona jest teraz fizycznie w takim stanie, w jakim moja babcia (a Jej matka) była na rok przed śmiercią. I w jakim na półtora roku przed śmiercią była moja Niania, ta, co zmarła trzy lata temu.
Tyle, że moja babcia w chwili śmierci była po dziewięćdziesiątce, a mojej Niani dwóch lat brakowało do setki.
Moja Matka ma sześćdziesiąt sześć lat.

Bez Mruczenia

Jest źle. Mama spędziła tydzień w szpitalu. Podejrzewali pęknięcie podstawy czaszki – ale nie. To „tylko” obojczyk i silne ogólne potłuczenie.
Dlaczego o dziesiątej wieczorem usiłowała wychodzić z domu? Nie wiadomo. Nie próbowała wychodzić z psem, bo smycz wisiała grzecznie na wieszaku. Nie szła raczej do sklepu – bo pora nie ta, zresztą Mama z powodu problemów neurologicznych raczej sama do sklepu nie chodziła (od dwóch lat w zasadzie nie mówi).
Mieszkanie, w którym mieszka jest na piątym piętrze, które to piętro jest w zasadzie poddaszem – winda dochodzi tylko do czwartego. Jedno piętro trzeba zejść po schodach. Potknęła się? Zakręciło się jej w głowie (ciśnienie miała, jak się potem okazało, bardzo niskie)? Spadła ze schodów.
T. – jej mąż – musiał wieczorem wyjść, wrócił akurat kwadrans po tym, jak sąsiad z czwartego, zaniepokojony łomotem na schodach, wyjrzał na korytarz i zobaczył ją leżącą we krwi. I wezwał pogotowie.
Zawieźli ją do szpitala, ponieważ twarz miała we krwi – na chirurgię twarzowo-szczękową. Tam okazało się, że twarz akurat najmniej uszkodzona. Ale przy okazji zrobili jej pełne badania, rzecz prosta.
A więc „przy okazji” wyszło, że jest w fatalnym stanie ogólnym. Ciśnienie, morfologia, płyny, krążenie – wszystko do ostrego leczenia. A problemy neurologiczne – tak, jak podejrzewałem – pogłębiły się do tego stopnia, że w zasadzie są już problemami psychiatrycznymi.
O tym, jak wyglądał tydzień szpitalu, nie będę Wam opowiadał. Powiem tylko, że panie pielęgniarki z oddziału chirurgii twarzowo-szczękowej szpitala uniwersyteckiego na Lindleya w Warszawie jak na mój gust mają już wolny wstęp do nieba z opcją wkraczania po czerwonym dywanie. Nie wiem, co by było gdyby nie one.
W czwartek wróciła do domu. Siedzi z mężem, który ma 70 lat i jest po zawale.
W zasadzie nie ma z nią kontaktu. Nikt – nawet T., który mieszka z nią pod jednym dachem od 35 lat – nie jest w stanie określić, co do niej dociera, a co nie. Czy wie, że nie powinna wstawać, ale o tym zapomina? Czy nie wie? Nie wiadomo. Wiadomo, że usiłuje wstawać, co oczywiście kończy się osunięciem z fotela na podłogę.
Na złamany obojczyk – mimo obiekcji – trzeba jej jednak będzie założyć normalny gips, bo elastyczną „ósemkę” natychmiast zrywa (a w sklepie mówili, że pacjent sam tego zdjąć nie zdoła… Nie znali mojej Mamy…). Nie chce pić. Od czwartku wypiła pół litra wody. W dodatku ma problemy żołądkowe po lekach, więc prawdopodobnie dziś znowu trafi do szpitala, bo inaczej może się odwodnić.
Pytanie, czy na oddział internistyczny, czy na psychiatrię.
No, to już wiecie co robiłem przez ostatni tydzień.
Ciekawe, co będę robił przez kolejny.
***
Muszę Wam opowiedzieć o tym, jak to wszystko wygląda i dlaczego moja Mama jest w takim a nie innym stanie poniekąd „na własne życzenie”.
Ale to już nie teraz. Teraz w lekkiej panice zastanawiamy się „co dalej”.

Wkurzanka

Łączny stan zadłużenia dwóch zleceniodawców wobec Puchatka: 10 tysięcy złotych.
Okres opóźnienia: 10 dni.
Stan konta Puchatka: 2,5 tysiąca złotych na minusie.
Czyli „wisi” mi 10 tysięcy, a ja mam 2,5 tysiąca debetu, za który – oczywiście – zapłacę odsetki.
No i czy nie można cholery dostać? 😦

Mruczanka Pourodzinowa

Będzie długo, uprzedzam. Sorry 🙂
We wtorek Pietruszka miał urodziny. Siódme skądinąd. Tak, czas leci jak głupi…
Byli goście z zerówki, impreza i w ogóle.
Pietruszka kończy siedem lat, a ja chcę Wam o Nim kilka słów powiedzieć. Chcę Wam opowiedzieć o naprawdę niezwykłym dziecku.
Pietruszka zawsze był… Specyficzny. Zadawał pytania nie ze swojej kategorii wiekowej, interesował się różnymi rzeczami, którymi dzieci w jego wieku raczej się nie fascynowały… No cóż, mówiliśmy sobie – inteligentna bestia (no, ma po kim 😉
Ale od mniej więcej dwóch lat stawało się coraz bardziej jasne, że „inteligentny” to określenie niewiele mówiące. To jakby ktoś stanął nad morzem i powiedział „No, spory ten staw…”.
Jak się ma takiego małego dziwaka w domu, na co dzień, to się tego po prostu nie zauważa. Tak – inteligentny, jasne – dużo wie, szybko się nauczył czytać, lubi liczyć, jego ulubioną zabawka jest kalkulator (!), ale… Wszystko w granicach normy. Wpływ genów (no tak, oboje rodzice dzięki Bogu też do najgłupszych nie należą), wpływ środowiska (dom w którym się rozmawia, czyta, tłumaczy dzieciom i odpowiada na pytania…).
Otóż nie, „granice normy” nie obejmują Pietruszki. I naprawdę nie piszę tego dlatego, że to moje dziecko.
Pierwszy sygnał, który kazał nam się uważniej sprawie przyjrzeć (choć oczywiście na wiele rzeczy zwracaliśmy uwagę wcześniej), dała nieoceniona pani T., czyli pietruszkowa wychowawczyni z zerówki. Osoba spokojna, kompetentna, lubiąca dzieci i naprawdę oddana swojej pracy. Przyszedłem do niej w grudniu, żeby dowiedzieć się co i jak. Powiedziałem od razu, że nie martwię się o pietruszkowy rozwój intelektualny, bo wiem, że na tym poziomie sobie radzi – ale przyszedłem raczej zapytać o to, jak funkcjonuje w grupie etc.
Pani T. poparzyła na mnie uważnie. – Wie pan, powiedzenie że on sobie „radzi” jest trochę mało adekwatne. Pracuję z klasami zerowymi …naście lat, widziałam dzieci bardziej i mniej inteligentne, lepiej i gorzej radzące sobie z literkami czy cyferkami… Ale taką sytuację mam po raz pierwszy. Proszę zrozumieć: na tle innych dzieci on nie jest intelektualnie „lepszy”, czy nawet „najlepszy w grupie”. To nie ta kategoria. On jest intelektualnie nie o poziom, ale o kilka poziomów wyżej od reszty. Wie pan, oni go lubią, on ich lubi, ale ON NIE MA Z NIMI O CZYM ROZMAWIAĆ.
I zaraz dodała, że oczywiście jego poziom rozwoju intelektualnego nie zawsze idzie w parze z poziomem rozwoju emocjonalnego…
A potem – właśnie z powodu „rozwoju emocjonalnego” (o czym będzie niżej…) rozmawiałem ze znajomą, która jest pracownikiem bardzo naukowym na wydziale psychologii UW, a poza tym prowadzi terapię rodzin ze szczególnym uwzględnieniem dzieci. Chciałem ja zapytać o radę w paru sprawach, wychodząc z założenia, że własnego dziecka nigdy człowiek obiektywnie nie „widzi”. I dobrze zrobiłem, bo Ania – osoba skądinąd po prostu niezwykła – wysłuchawszy mnie uważnie powiedziała mi kilka rzeczy pozornie absolutnie oczywistych, na które ja ani M. nie wpadliśmy, bo… Bo nie. Bo to nasze dziecko i cała obiektywna wiedza psychologiczna i pedagogiczna nam się do niego nie odnosi…
Ale – poza wszystkim innym – Ania wysłuchawszy co Pietruszka robił w jakim wieku popatrzyła na mnie uważnie i powiedziała:
– Ale zdajesz sobie sprawę, że Piaget uznałby, że to po prostu niemożliwe? Że niektóre rzeczy, które robi twoje dziecko, teoretycznie są możliwe dopiero na poziomie operacji formalnych, czyli (bardzo optymistycznie patrząc) po 10 roku życia?
To zdanie trochę mnie zmroziło.
I zaczęliśmy z M. analizować. I ta analiza zmroziła nas jeszcze bardziej.
Pietruszka generalnie jest „matematyczny”. Liczby, liczby, liczby. Jak rano się budzi, to jego pierwsze słowa brzmią: „Tato, a wiesz ile jest…”. No dobra, jest sporo dzieci które lubią liczyć. Ale…
Pietruszka miał niecałe sześć lat (!), kiedy WYMYŚLIŁ, że istnieją liczby ujemne. Zaczął sprawę drążyć, kazał sobie tłumaczyć – i po tygodniu, w wieku sześciu lat, potrafił już robić na liczbach ujemnych podstawowe operacje (Ile jest -8 + 15? A ile jest 4 * -3?)
Od tego czasu (czyli w ciągu ostatniego roku) nauczył się m. in. przeliczania ułamków dziesiętnych na zwykłe (!), potęgowania, mnożenia i dzielenia ułamków (zwykłych!) i tak dalej. Przy czym istotne jest określenie „nauczył SIĘ”, bo to nie ja ani nie M. go tego uczyliśmy. To znaczy – jasne, odpowiadaliśmy na jego pytania (jeszcze na tym poziomie radzimy sobie z matematyką…), ale TREŚĆ tych pytań była taka, że po naszej odpowiedzi on WIEDZIAŁ, jak coś się robi.
Zna pojęcie pierwiastka (nie tylko kwadratowego). Rozumie co to jest „liczba pierwsza”. Dla zabawy operuje wielkimi liczbami – na ulubionym kalkulatorze (to już drugi, pierwszy „zajeździł”na amen…), ale coraz częściej także „w głowie”. Rozumie, że przy mnożeniu przez siebie liczb składających się z jedynki i iluś tam zer trzeba te zera „dodać”.
Przedwczoraj odkrył (jak?!), że jeśli weźmiemy dowolną liczbę wielocyfrową _podzielną_przez_dziewięć_ (np. 162) i dowolnie zmienimy kolejność jej cyfr (261, 621, 612, 216…) to otrzymana liczba także będzie podzielna przez dziewięć.
Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo – przypomnę tylko, że mówię o dziecku siedmioletnim, które (co istotne) nie ma rodziców naukowców, matematyków czy fizyków… Sprawdźcie sobie, gdyby Wam się chciało, w których klasach szkoły podstawowej uczy się dzieci takich historii.
Oczywiście (oczywiście?…) jego wiedza w innych dziedzinach także daleko wykracza poza poziom zerówki. Geografia, kosmologia (planety, układ słoneczny), czy ja wiem… – prawo o ruchu drogowym… Ale matematyka to zdecydowanie numer jeden i sytuacja ekstremalna.
Oczywiście są też dziedziny, w których jego o dwa lata młodsza siostra przegania go o dwie długości: na przykład umiejętności plastyczne. Ale to nie jest istotne. Istotne jest coś innego.
***
Każdy kij ma dwa końce, jak wiadomo.
Bo Pietruszka przy całym swoim „umyśle mutanta” pozostaje siedmioletnim dzieckiem. Dzieckiem, któremu jego intelekt sprawia chwilami poważne problemy. Bo – mówiąc najogólniej i w dużym uproszczeniu – jego rozwój emocjonalny „nie dogania” tego intelektualnego.
Bo Pietruszka jest dzieckiem bardzo lękowym (od dzieciństwa zresztą). Bo często nie potrafi oswoić swoich emocji. Bo jest strasznie wrażliwy i bardzo łatwo go zranić. Bo wygląda tak, jakby cała energia jego rozwoju szła w intelekt, a sfera emocjonalna była „niedoinwestowana”.
Dlatego bardzo zastanawiamy się nad wyborem szkoły dla niego. Dlatego niespecjalnie entuzjastycznie podchodzimy do propozycji pani T., która sugeruje że Pietruszka powinien przejść stosowne badania i pójść od razu do drugiej, jeśli nie do trzeciej klasy.
On może dużo w życiu osiągnąć. Ale też może mieć dużo problemów. Pamiętacie „Piękny umysł”?… No właśnie.
Rozwój intelektualny – i oparcie emocjonalne. W równowadze. Inaczej będzie kiepsko. Długa droga przed nami.
No, to się wygadałem…

Mruczanka pozytywna (w miarę)

Coś Puchatek ostatnio smęci, więc jakiś pozytyw by się przydał dla wyrównania nastroju…
Duże Amerykańskie Wydawnictwo (w skrócie DAW), co to z nim Puchatek współpracuje, wyraźnie nie odczuwa (na razie?) skutków Okropnego Kryzysu, bo książek wydaje krocie. Kolejne telefony od kolejnych zaprzyjaźnionych pań redaktorek, kolejne propozycje i ustalanie terminów…
Na pulpicie puchatkowego jabola (pulpit w szkocką kratę, jakby ktoś miał wątpliwości…) wisi specjalny dokumencik tekstowy o wdzięcznej nazwie „Plany.rtf” – w którym (jak można się domyśleć)  są plany pracy na najbliższy czas: tytuły książek, ich orientacyjna objętość i termin oddania tłumaczenia. No i aktualnie ostatnia pozycja na liście ma termin „Do końca grudnia 2009”. A wszystkich pozycji jest tyle, że raczej wolnych terminów między nimi nie ma. A jest dopiero styczeń. Kryzys? Jaki kryzys?
Dodatkowym plusem jest fakt, że ani jedna z czekających w kolejce książek nie jest książką kucharską ani poradnikiem z gatunku „jak sprzątać dom”. Są tu głównie książki przyrodnicze (np. o instynktach zwierząt czy jakieś tam „tajemnice przyrody”) – nie są to może wyżyny intelektualne, ale jednak rzeczy ciekawe i sensowne. No i jest jedna rzecz naprawdę bardzo ciekawa – dotycząca historii biblijnej, co prawda w formie encyklopedycznej, ale i tak dobrze napisana i bardzo (aż dziwnie!) dobrze zredagowana, także od strony naukowej.
Czyli: mam co robić do końca roku (!), za przyzwoite pieniądze (DAW płaci sporo i szybko), a w dodatku jest to dosyć ciekawe i w miarę inteligentne.
Są i minusy: raczej w tym roku nie zdążę zrobić nic „ambitnego, choć za mniejsze pieniądze”, takiego jak Tybet czy ta ostatnia książka o Dalajlamie. Ale też kryzys sprawił, że wcale nie jest pewne czy Małe Wydawnictwo które mi takie rarytasy zlecało w ogóle w tym roku będzie coś nowego wydawać.
Problemów natury egzystencjalnej to nie rozwiązuje – ale pieniądze na egzystencję też się przydadzą…

Mruczanka Bez Pary

Puchatek zapadł w sen zimowy. Nie ma siły na nic – a niektóre rzeczy mimo braku siły robić musi (na przykład pracować. Musi.). Siłą rzeczy na te, których nie musi, nie ma już siły zupełnie, ale to zupełnie zupełnie. Ot co.
Co, że to brzmi zawile? Trudno. Na tłumaczenie Puchatek JESZCZE BARDZIEJ nie ma siły. O ochocie nie wspominając.
***
Z fazą snu zimowego łączy się Faza Ogólnokryzysowa. To taka faza, kiedy Puchatek naprawdę najlepiej by zrobił przesypiając parę tygodni (co najmniej), bo jak tylko nie śpi, to zaczyna (wewnętrznie) marudzić. I narzekać. Na życie – ogólnie i szczegółowo.
Na przykład na to, że ostatnio nie robi NIC poza siedzeniem przy robocie. Nic. Nie ma czasu oglądać czegokolwiek, nie ma czasu czytać, nie ma czasu żyć. Że w ogóle wychodzi z domu wyłącznie po to, żeby zrobić zakupy albo gdzieś podrzucić Potwory (a ponieważ są ferie, to chwilowo nawet ta opcja odpada).
A w dodatku – z powodów snozimowych i kryzysowych – czas spędzany na robocie ni czorta nie chce się przekładać na ilość wykonanej pracy. Czyli – mówiąc po polsku – niby Puchatek zap… znaczy zasuwa jak dziki kłapouch, a robota ciągle wisi i ciągle wydaje się, że zrobiło się jej za mało.
A za oknem jest ciemno. I mokro. I paskudnie, szczerze mówiąc. I puchatkowy nieuleczalny optymizm poszedł się okopać, chwilowo (miejmy nadzieję).
Celtowie (przynajmniej ci z Wysp) mieli taką wizję „raju na ziemi”, państwa doskonałego, utopii – nazywało się to „Królestwo lata”. O, to tam właśnie mógłbym mieszkać.
No dobra, dosyć, bo się zamarudzę.

Mruczanka z Wiruskiem

No, żesz Kocia Twarz. Jak już się wydawało, że wreszcie się wszystkie choróbska skończyły – to się (w zasadzie) zaczęło od nowa. Bo w mieście powiatowym G. panuje aktualnie grypa. I w Puchatkowie też.
Grrrrypa. Kocia Twarz, Potwory Starsze chore, Pyszczak kończy poprzednią chorobę – ale nie ma gwarancji, że nie złapie i tego, a Puchatek…
Dziś już trochę lepiej, ale wczoraj…
Puchatek rzadko choruje, naprawdę rzadko. A jak już choruje – to lekko i bez sensacji. Ale tym razem Puchatka wzięła prawdziwa grypa. Przez cały dzień leżał Puchatek martwym misiem i nie był w stanie podnieść się z kanapy. Aż się M. przestraszyła, bo jak się z Puchatkiem piętnaście wiosen znają, a od dziesięciu dzielą dach nad głową, to go jeszcze w takim stanie nie widziała. Łeb Puchatkowi pękał (do licha! Uprzejmie proszę automatyczny słownik o niepodkreślanie słowa „łeb”! Tak, łeb pisze się przez „b” na końcu, a nie przez „p” – niezależnie od tego, co automatyczny słownik sądzi!). Kocia Twarz, chyba jeszcze nigdy w życiu mu tak nie pękał! A jak trzeba było zakaszleć, to Puchatek przechodził przyspieszony kurs astronomii, bo mu wszystkie gwiazdy przed oczami stawały…
No dobra, dość tego użalania się nad sobą. Dziś – jako rzekłem – już jest lepiej. Z Potworami też – tylko Piłeczka jeszcze zalega.
Czy te cholerne choróbska się kiedyś skończą?!
***
A tu tyle książek czeka na przeczytanie, tyle muzyki wisi w powietrzu… A my co? Jak nie praca w kółko, to choroby. Kocia Twarz. 😦

Mruczanka Sylwestrowa

Taaak, sylwester będzie upojny. Jak co roku od paru lat. Czyli – Potwory do łóżek o Zwykłej Porze (no, może ciut później, ale niewiele…) a Puchatki jeszcze o północy wystawią nosy przez balkon, żeby popatrzeć na fruwające po okolicy fajerwerki.
A przedtem może jakiś film sobie obejrzą, czy co… Się zobaczy. Może nawet wybiorą się do Pobliskich Znajomych (z Potworami, rzecz prosta) na „imprezę sylwestrową”, która (siłą rzeczy) zakończy się kole ósmej. Wieczorem, żeby nikt nie miał wątpliwości. Ale to jeszcze zależy od tego, co powie Pani Doktor o stanie ogólnym Potworów, z których dwa idą dziś do kontroli (przegląd pogawarancyjny, pochorobowy) a jeden – do przeglądu z uwagi na katar i takie różne.
I wiecie co? Puchatkowi to odpowiada. Puchatek nigdy specjalnie imprezowy nie był. Owszem, potańczyć, poszaleć… Godzinkę, dwie… No, trzy góra. I starczy. A najulubieńszą puchatkową formą spędzania sylwestra było spędzanie go w towarzystwie różnych Fajnych Znajomych, z którymi można było przegadać całą noc. I to nie koniecznie w domu, przy piecu – zdarzały się Puchatkowi sylwestrowe wieczory przy ognisku na Budzowym Wierchu w Murzasichlu albo (the best of the best…) sylwester w drodze, w Bieszczadach, gdzie północ złapała nas akurat na przełeczy w Brzegach Górnych, czyli w połowie drogi z Ustrzyk Górnych do Wetliny…
***
Podsumowania? Eeee, tam.
Choć w zasadzie można by napisać tyle: kończący się rok był znacznie (ZNACZNIE) lepszy od poprzedniego. Wiele ważnych i trudnych spraw się wyjaśniło. Urodził się Pyszczak. Czegóż chcieć więcej?
A jednak Kropla Goryczy – o której pisałem w poniedziałek – jest silniejsza, wyraźniejsza niż kiedykolwiek. Czuję jej smak przez cały czas. Jest głęboko ukryty i dobrze zakamuflowany pod słodką polewą, jaka polukrowana jest tegoroczna rzeczywistość. Ale jest.
Tak, „dodaje smaku”. Ale czasami bardzo chciałbym, żeby zniknęła. Choć na parę chwil. Żeby można było tak po prostu cieszyć się jakąś chwilą bez tego upartego, odwiecznego „ale…”.
Ale do tego trzeba by przestać myśleć, wyłączyć analizę rzeczywistości (…i auto-analizę). A to jest w moim przypadku niewykonalne. Po prostu się nie da.
Więc dalej będzie tak samo. I nic się na to nie poradzi.
Tak, wiem że tak po prostu jest. Wiem, że gdyby było inaczej, to po prostu nie byłbym ja.
Ale czasami jestem zwyczajnie zmęczony.

Mruczanka Taka Sobie

„Zawsze, nawet w najwspanialszych chwilach życia, nawet wtedy kiedy jesteśmy absolutnie szczęśliwi, jeśli poszukamy głęboko w sercu, znajdziemy taką małą, ale wyraźną kropelkę goryczy. Kropelke smutku, niespełnienia. Ona tam zawsze jest. Kiedyś myślałam, że to wszystko psuje. Dziś myślę, że to właśnie – paradoksalnie – nadaje smak i głębię temu, co robimy. Uczy nas, że choćby było nie wiem jak dobrze – zawsze może być jeszcze lepiej.”
Tak mi kiedyś powiedziała pewne mądra osoba. I miała rację.

Mruczanka I Po Świętach

Świątecznie miało być i radośnie, i tyle sie miało wydarzyć. Wigilia w domu, w pierwszy dzień świąt rajd po znajomych, w drugi – do Osobistego Taty Puchatka na obiad, a „po drodze” także do osobistej mamy, co samo w sobie miało być wydarzeniem (dlaczego wydarzeniem – napiszę później, oddzielnie, bo to temat, o którym napisać chcę już od jakiegoś czasu, ale bardzo trudno mi zacząć…).
Miało być. Ale nie było.
Boże Narodzenie to w Puchatkowie jakiś szczególnie pechowy czas – od kilku lat w święta lub tuż po nich coś sie wydarza. „Coś” to znaczy głównie choroby jakieś. Ale tak jak w tym roku, to chyba jeszcze nie było.
Potwory (wsystkie tsy, panie doktoze) przechodziły serię Paskudnych Choróbsk w zasadzie od października z krótkimi przerwami. Ile razy wydawało się, że wreszcie wszyscy zdrowi – znowu któreś coś łapało.
M. była już załamana – zwłaszcza, że nasze Potwory generalnie (jeśli nie liczyć małych, acz umęczliwych przypadłości związanych z alergicznością) są dziećmi zdrowymi i chorują rzadko.
Tymczasem w mieście powiatowym G. jakieś wredne wirusy krążyły. W październiku wszystkie dzieci znajomych były chore, a to jednocześnie, a to na zmianę. W przedszkolu M. z piętnastki dzieci w pewnej chwili została trójka. W zerówce Pietruszki stan był zbliżony.
A w Puchatkowie seria. Pietruszka – jak to Pietruszka – jak złapał wirusa, to szło mu w oskrzela i kaszel. Piłeczka kaszlu nie łapie, za to idzie jej w uszy. Zapalenie. Pyszczak – oskrzela, jak starszy brat. A że mały, to kłuli go w tyłek (jakieś paskudztwa na rozkurczanie oskrzeli, żeby gorzej nie było…). A jak człowiek ma sześć miesięcy, to NIE DA SIĘ wytłumaczć mu, że to dla jego dobra. I trzeba go siłą trzymać, kiedy Pani Małgosia (anioł ze strzykawką, swoją drogą!) kłuje tę małą pupe. A on się wyrywa i krzyczy strrrasznie, a w tym krzyku wyraźnie słychać „Dlaczego mi to robicie?!” – I można umrzeć na wyrzuty sumienia…
Dobrze chociaż, że takie małe to po pięciu minutach zapomina…
No, kanał po prostu.
Na półtrora tygodnia przed świetami wydawało się, że wreszcie nastał spokój. Ale nie – wredny wirus, jak się okazało, tylko się przyczaił. I w poniedziałek przed wigilią zaczęło się od nowa.
Pietruszka – kaszel jak stary gruźlik. Piłeczka – „Mamo, uszko mnie boli”. Do pani doktor. Syropy, piguły, siedzieć w domu. W środę do kontroli.
W środę, zważcie. W wigilię.
Kontrola: Pietrucha lepiej (choć, jak się potem okazało, chwilowo). Piłka – gorzej (!). Antybiotyk jednak (a już mieliśmy nadzieję, że się wywinie…).
W dodatku rozchorowała się M.
M. choruje rzadko, ale jak już ją weźmie – to mocno. W wigilię jeszcze jakoś funkcjonowała, jakieś ciasta piekła i sprzątała, podczas gdy Puchatek robił grzybową (wigilijna grzybowa, specjalność zakładu!), lepił pierogi i uszka.
Wieczerza wigilijna była miła, w gronie czysto wewnątrzpuchatkowym, bo Szanowny Teść – który miał przyjechać – też się (…dla odmiany…) rozchorował.
Pierwszy dzień świąt to była KLĘSKA. Potwory chore i marudne, jakieś syropy, kropelki, inhalacje – i tak przez cały Boży (bądź co bądź…) dzień.
M. padła. Bolało ją gardło, głowa i cała reszta też. Jak dostała paracetamol jakiś, to dwie – trzy godziny było lepiej, a potem od nowa.
Tylko Pyszczak – na razie – uchował się zdrowy. No i Puchatka wirus nie zdołał zmóc (choć próbował…).
„Świateczna atmosfera” przesiąkła głównie zapachem leków. Nastroje średnie. Dziś przed południem Puchatek pomknął do Stolicy z prowiantem i lekami dla Teścia („Jedziesz do dziadka? Z ciastem? To jak Czerwony Kapturek!” – zauważyła przytomnie Piłeczka. Wilka nie zarejestrowano.)
Nienawidzę, jak dzieci są chore. Nastraja mnie to zupełnie nieświątecznie. Widok łez w oczach na widok kolejnej łyżki kolejnego Obrzydliwego Syropu (piliście kiedyś Zinnat?) sprawia, że – irracjonalnie – mam poczucie winy. Widok policzków czerwonych od gorączki i odgłos kaszlu sprawiają, że odechciewa mi się świąt i paru innych rzeczy.
No dobrze, dziś już jest lepiej. Pietruszka wyraźnie zdrowszy (po tatusiu to ma – nawet jak go już coś weźmie, to szybko zdrowieje). Piłeczka – jak to Piłeczka, narzeka ale też wyraźnie jest już z górki. M. na szczeście też się lepiej czuje. Pyszczak na razie nic nie złapał (choć katar, skubaniec, ma, więc jeszcze się okaże co z tego będzie…).
Czyli niby już z górki.
Ale mówiąc szczerze – jestem tymi świętami zmęczony.
Ot, co.