Mruczanka I Po Świętach

Świątecznie miało być i radośnie, i tyle sie miało wydarzyć. Wigilia w domu, w pierwszy dzień świąt rajd po znajomych, w drugi – do Osobistego Taty Puchatka na obiad, a „po drodze” także do osobistej mamy, co samo w sobie miało być wydarzeniem (dlaczego wydarzeniem – napiszę później, oddzielnie, bo to temat, o którym napisać chcę już od jakiegoś czasu, ale bardzo trudno mi zacząć…).
Miało być. Ale nie było.
Boże Narodzenie to w Puchatkowie jakiś szczególnie pechowy czas – od kilku lat w święta lub tuż po nich coś sie wydarza. „Coś” to znaczy głównie choroby jakieś. Ale tak jak w tym roku, to chyba jeszcze nie było.
Potwory (wsystkie tsy, panie doktoze) przechodziły serię Paskudnych Choróbsk w zasadzie od października z krótkimi przerwami. Ile razy wydawało się, że wreszcie wszyscy zdrowi – znowu któreś coś łapało.
M. była już załamana – zwłaszcza, że nasze Potwory generalnie (jeśli nie liczyć małych, acz umęczliwych przypadłości związanych z alergicznością) są dziećmi zdrowymi i chorują rzadko.
Tymczasem w mieście powiatowym G. jakieś wredne wirusy krążyły. W październiku wszystkie dzieci znajomych były chore, a to jednocześnie, a to na zmianę. W przedszkolu M. z piętnastki dzieci w pewnej chwili została trójka. W zerówce Pietruszki stan był zbliżony.
A w Puchatkowie seria. Pietruszka – jak to Pietruszka – jak złapał wirusa, to szło mu w oskrzela i kaszel. Piłeczka kaszlu nie łapie, za to idzie jej w uszy. Zapalenie. Pyszczak – oskrzela, jak starszy brat. A że mały, to kłuli go w tyłek (jakieś paskudztwa na rozkurczanie oskrzeli, żeby gorzej nie było…). A jak człowiek ma sześć miesięcy, to NIE DA SIĘ wytłumaczć mu, że to dla jego dobra. I trzeba go siłą trzymać, kiedy Pani Małgosia (anioł ze strzykawką, swoją drogą!) kłuje tę małą pupe. A on się wyrywa i krzyczy strrrasznie, a w tym krzyku wyraźnie słychać „Dlaczego mi to robicie?!” – I można umrzeć na wyrzuty sumienia…
Dobrze chociaż, że takie małe to po pięciu minutach zapomina…
No, kanał po prostu.
Na półtrora tygodnia przed świetami wydawało się, że wreszcie nastał spokój. Ale nie – wredny wirus, jak się okazało, tylko się przyczaił. I w poniedziałek przed wigilią zaczęło się od nowa.
Pietruszka – kaszel jak stary gruźlik. Piłeczka – „Mamo, uszko mnie boli”. Do pani doktor. Syropy, piguły, siedzieć w domu. W środę do kontroli.
W środę, zważcie. W wigilię.
Kontrola: Pietrucha lepiej (choć, jak się potem okazało, chwilowo). Piłka – gorzej (!). Antybiotyk jednak (a już mieliśmy nadzieję, że się wywinie…).
W dodatku rozchorowała się M.
M. choruje rzadko, ale jak już ją weźmie – to mocno. W wigilię jeszcze jakoś funkcjonowała, jakieś ciasta piekła i sprzątała, podczas gdy Puchatek robił grzybową (wigilijna grzybowa, specjalność zakładu!), lepił pierogi i uszka.
Wieczerza wigilijna była miła, w gronie czysto wewnątrzpuchatkowym, bo Szanowny Teść – który miał przyjechać – też się (…dla odmiany…) rozchorował.
Pierwszy dzień świąt to była KLĘSKA. Potwory chore i marudne, jakieś syropy, kropelki, inhalacje – i tak przez cały Boży (bądź co bądź…) dzień.
M. padła. Bolało ją gardło, głowa i cała reszta też. Jak dostała paracetamol jakiś, to dwie – trzy godziny było lepiej, a potem od nowa.
Tylko Pyszczak – na razie – uchował się zdrowy. No i Puchatka wirus nie zdołał zmóc (choć próbował…).
„Świateczna atmosfera” przesiąkła głównie zapachem leków. Nastroje średnie. Dziś przed południem Puchatek pomknął do Stolicy z prowiantem i lekami dla Teścia („Jedziesz do dziadka? Z ciastem? To jak Czerwony Kapturek!” – zauważyła przytomnie Piłeczka. Wilka nie zarejestrowano.)
Nienawidzę, jak dzieci są chore. Nastraja mnie to zupełnie nieświątecznie. Widok łez w oczach na widok kolejnej łyżki kolejnego Obrzydliwego Syropu (piliście kiedyś Zinnat?) sprawia, że – irracjonalnie – mam poczucie winy. Widok policzków czerwonych od gorączki i odgłos kaszlu sprawiają, że odechciewa mi się świąt i paru innych rzeczy.
No dobrze, dziś już jest lepiej. Pietruszka wyraźnie zdrowszy (po tatusiu to ma – nawet jak go już coś weźmie, to szybko zdrowieje). Piłeczka – jak to Piłeczka, narzeka ale też wyraźnie jest już z górki. M. na szczeście też się lepiej czuje. Pyszczak na razie nic nie złapał (choć katar, skubaniec, ma, więc jeszcze się okaże co z tego będzie…).
Czyli niby już z górki.
Ale mówiąc szczerze – jestem tymi świętami zmęczony.
Ot, co.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s