Mruczanka w Oczekiwaniu…

Jutro wieczorem – uroczysta gala Nagród Kapuścińskiego. Organizatirzy – sadyści – oczywiście trzymaja buzie na kłódki i dopiero na samej gali ogłoszą, która z pięciu finałowych książek dostała nagrodę.

Tak, wiem, nagrda nie jest najważniejsza – sam fakt wejścia do finału otwiera wiele nowych możliwości i tak dalej. Pisałem o tym wcześniej.

Ale nie ukrywam, że zdobycie tej nagrody dałoby mi bardzo dużo… I to nie tylko w wymiarze satysfakcji. Te parę groszy też by się bardzo przydało. Akurat teraz…

No cóż – jutro już będzie wszystko wiadomo.

***

A w niedzielę pietruszkowa Piersza Komunia. Też dużo przemyśleń – ale to już nie teraz. 

Mruczanka Perspektywiczna

Pucek porozsypywał na schodach zewnętrznych orzechy. Włoskie. W dużej ilości. W skorupkach, znaczy.

Puchatek (który o tym nie wiedział) wychodzi z domu z Piłką, żeby ją odwieźć do szkoły. Widzi rozsypane orzechy, więc mówi do Córki Jedynej:

– Uważaj, Pucek nabałaganił, można się zabić na tych schodach!

A Piłka (lat siedm i pół) odpowiada śmiertelnie poważnie:

– No właśnie! A ja mam jeszcze plany życiowe! 

Mruczanka z Drogą Mleczną

Chciałem się z Wami podzielić czymś, co na mnie zrobiło ogromne wrażenie. Film jest zrobiony metoda poklatkową – czyli nie kręcony kamerą, ale złożony z iluś tam (…tysięcy) „normalnych” zdjęć. Jak dla mnie – to jest mistrzostwo świata.

Coś we mnie ten film porusza… Jakąś strunę, jakieś wspomnienia, jakieś marzenia i myśli. Obejrzyjcie, oceńcie sami. Tylko – najlepiej – nie ogladajcie tego na małym obrazku: na dole (zaraz na lewo od napisu „vimeo”, na prawo od liter „HD”) można włączyć tryb pełnekranowy. Enjoy…

 

The Mountain from TSO Photography on Vimeo.

Mruczanka (Bez)Finansowa

Noż, Kocia Twarz, znowu to samo. Jeden pracobiorca winien Puchatkowi 2,5 tysiąca. Drugi – nieco więcej. Gmina (!) winna Puchatkom (czyli przedszkolu) 1,5 tysiąca zaległej dotacji (bo nagle zabrakło w kasie, wypłącili tylko część i to z opóźnieniem, druga część miała być dziś. Nie ma).

Razem, jak łatwo obliczyć, daje to ponad 6,5 tysiąca.

Tymczasem stan konta Puchatków wynosi 2,5 tysiąca… na minusie. I rachunek za gaz na tysiąc złotych wisi do zapłacenia z terminem do czwartku.

Cholera By To Wzięła. Hej. 

Mruczanka PrzedUrodzinowa

– Pucku, a ile ty latek skończysz w czerwcu? – pyta Pucka dziadek L.

– Tsy! – odpowiada Pucek mądrze i zgodnie z prawdą.

– A urządzisz urodziny? I będą świeczki?

– Tak! – cieszy się Pucek.

– A ilu gości chcesz zaprosić?

– Nie ciem gości! – oburza się Prawie Trzylatek. – Sam źjem tort!

Mruczanka Przed Tsunami

„Dzień świra”? W Puchatkowie Dzień Świra jest co tydzień (najczęściej w czwartek). Dzień Świra to betka. Dzień Świra jest dla mięczaków.

W Puchatkowie wielkimi krokami zbliża się Miesiąc Świra, z którego pierwsze dwa tygodnie będą Tylko Dla Prawdziwych Hardkorów.

15. maja Pietruszka ma Pierwszą Komunię. Przygotowania do tej uroczystości w naszej parafii odbywają się w zasadzie bezboleśnie – nie ma stu tysięcy czterogodzinnych spotkań, dzieci traktowane są… no, jak dzieci, ksiądz wikary (bo to na szczęście on odpowiada za to przygotowanie) to młody, badzo sympatyczny człowiek, który w dodatku sprawia wrażenie autentycznie wierzącego i zaangażowanego, siostra zakonna opiekująca się „pierwszokomunistami” jest po prostu znakomita, ksiądz proboszcz (przy wszystkich zastrzeżeniach, jaki Puchatki do niego mają…) nie jest typem nachalnie wyciagającym rękę po pienądze… Całe przygotowanie prowadzone jest naprawdę sensownie i – co dla nas bardzo ważne – „normalnie”, bez odjazdów, bez nakręcania, bez żadnej (mówiąc skrótowo) „polityki”.

Przy okazji – po raz pierwszy doceniam fakt istnienia katechezy w szkole. Zawsze dość krytycznie na to patrzyłem, uważając – jako osoba „zaangażowana” – że to jednak spłycanie i sprowadzanie katechezy do poziomu jeszcze jednej lekcji. I te zastrzeżenia podtrzymuję – co nie zmienia faktu, że z punktu widzenia rodziców którzy poza „pierwszokomunistą” mają jeszcze dwójkę Potworów fakt że dziecko ma tę „lekcję religii” w szkole i nie trzeba go wozić czy prowadzać na jeszcze jedne zajęcia – można uznać za duży plus. Zwłaszcza, że szkolna pani katechetka też sprawia wrażenie osoby sympatycznej i „normalnej”.

Ale jakby „normalnie” do kwestii Pierwszej Komunii nie podchodzić, zawsze będzie to jednak dodatkowa operacja logistyczna. Nie, nie urządzamy – jak to podobno jest teraz w zwyczaju – hucznego przyjęcia na sto osób. Niemniej – na Komunię przyjedzie kilka osób z najbliższej rodziny i chrzestni Pietruszki, co już daje łącznie około 15 osób (bo chrzestni mają dzieci). Co razem z Puchatkowem daje już osób 20. Te 20 osób zje jakiś obiad (bez odjazdów, ale czymś jednak gości wypada nakarmić), zje jakiś kawałek ciasta, wypije kawę czy inną herbatę.

Wszystko to trzeba przygotować, ugotować, popiec. Trzeba też na tę okazję ogarnąć Chatkę Puchatków, która – przy trójce Potworów i chronicznym braku czasu – jest na co dzień urocza oazą Twórczego Bałaganu (to taki eufemizm oznaczający stan dezorganizacji nieco mniejszej niż po wybuchu bomby atomowej, ale na pewno większej niż po zwykłym granacie).

A – jak na złość – akurat w piątek i sobotę przed Komunią odbywają się imprezy związane z Nagrodą Kapuścińskiego. I Puchatek musi w piątek wieczorem być na Uroczystej Gali (w Warszawie, rzecz prosta) a w sobotę – spędzić trzy godziny na Targach Książki (najpierw panel tłumaczy, potem spotanie z Autorem, w którym tłumacz rzecz prosta też musi wziąć udział).

A to oznacza, że w sobotę – kiedy najwięcej będzie przygotowań i roboty – M. zostanie sama z Potworami na gospodarstwie. Fatalnie.

No dobrze, może nie całkiem „sama” – już ktoś z nieocenionych Przyjaciół zadeklarował że przyjdzie i coś pomoże, już Ciocia rzuciła, że się pojawi i weźmie Potwory na spacer… Choć tyle.

A jeszcze okazało się, że w sobotę wieczorem (!), oczywiście też w Warszawie (!) Urząd Miasta (który jest współorganizatorem Nagrody) urządza… uroczystą kolację dla autorów i tłumaczy. Na której – rzecz prosta – nie wypada nie być. Fajnie.

A po komunii jest Biały Tydzień, czyli też czas dość zajęty. A – jak na złość – w tym właśnie tygdoniu (i kolejnym) Pietruszka musi CODZIENNIE być na zajęciach rehabilitacyjnych (ma jakieś lekkie skrzywienie kręgosłupa, lekarz go skierował: przez dwa tygodnie codziennie po pół godziny ćwiczeń – na szczęście rzut beretem od domu). I nawet nie można było zmienić dat, bo kolejne wolne miejsca na takiej serii ćwiczeń są za cztery miesiące…

No, a potem już będzie czerwiec – a w czerwcu tradycyjnie jest dużo różnych „dodatkowych atrakcji” wynikających z różnych puchatkowych zaangażowań.

Ma ktoś na zbyciu trochę wolnego czasu?…

Mruczanka Post-Beatyfikacyjna

Tak sobie myślę…

Beatyfikacja Jana Pawła II była dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem. Kiedy Banedykt XVI wygłosił oficjalną formułę i odsłonięto „oficjalny” portret nowego błogosławionego, to przyznam że miałem łzy w oczach (osoby które mnie znają dobrze wiedzą, że to nieczęsty przypadek…).

Przez kolejne dwa dni przyglądałem się (w Internecie głównie) reakcjom Różnych Ludzi. Reakcje były – oczywiście – do bólu przewidywalne.

Z jednej strony – krytyka doskonale przewidywalna. Krytyka, która ani na jotę nie zmieniła się od 20 lat. Zarzuty z jednej strony – że ultrakonserwatysta, że wsteczny, że na aborcję się nie zgadzał i tak dalej. Z drugiej strony – że modernista, że za bardzo do przodu, że „ta beatyfikacja to katastrofa, bo Jego nauczanie było przeciw Tradycji Kościoła” i tak dalej, i tak dalej. Z jednej strony panie feministki, dla których aborcja jest najważniejszym prawem człowieka. Z drugiej – lefebryści, którzy tyłem do ludu i po łacinie nie mogą zapomnieć, że ich przywódcę ekskomunikował.

Z drugiej strony – zachwyty, gładkie słówka, peany na cześć, zdania tak patetyczne i ociekające słodyczą, że niedobrze się robiło od samego słuchania. Znakomita większość – też oczywiście – kompletnie bezrefleksyjna. Widać – widać wyraźnie – że najbliższy czas przyniesie nam dużo nowych pomników Błogosławionego, dużo ulic Jego imienia, ileś tam parafii pod Jego wezwaniem… I że ani trochę nie zbliży nas do jakiejkolwiek refleksji nad tym, co On głosił.

Krytyka – TAKA krytyka, która nie jest uczciwą dyskusją tylko przetwarzanym na różne sposoby stwierdzeniem „nie lubimy Go, bo myślał inaczej niż my” – po prostu mnie nudzi. Nic z niej nie wynika.

Ale te przesłodzone zachwyty wcale nie są lepsze. Bo z nich też nic nie wynika. Kolejny pomniczek, kolejna uliczka, kolejne bardzo wzruszające przedstawienie… I co z tego?

Najgłośniej – i najsłodziej – czczą Jana Pawła II ludzie, którzy w codziennym życiu wyraźnie pokazują, że z Jego słów i myśli nie zrozumieli nic. Ludzie, którzy każdym czynem, każdym słowem, każdym telewizyjnym wystąpieniem przeczą Jego wizji świata i Kościoła. Co, rzecz prosta, zupełnie nie przeszkadza im odmieniać Jego imienia przez przypadki. „Papież zasłużył, żebyśmy tu byli” – oznajili politycy Pewnej Dużej Partii jadąc na beatyfikację do Rzymu. No, napracował sie na to, ale w końcu zasłużył. Jak to dobrze – bo gdyby nie załużył, to by nie pojechali. I cała beatyfikacja nie miałaby już tego spelndoru i rozmachu, prawda?

Ale pal sześć polityków – mnie znacznie bardziej boli to, co się dzieje w Kościele. Jest jakaś taka dziwna prawidłowość: im więcej w kościele parafialnym Jego portretów, zdjęć w gablotkach i przypominania w kazaniach, tym jakoś dziwnie mniej w parafii Jego wizji kościoła.

Portret na ścianie? Tak! łzawe wspominki Jego pontyfikatu? Jasne. Kremówki papieskie? Oczywiście. „Barka” śpiewana na mszy (zwykle – w najmniej liturgicznie odpowiednim miejscu)? Obowiązkowo.

Ale czy w parafii istenieje rada duszpasterska? Czy realizuje się w niej Jego wizję wspólnoty Kościoła? Czy liturgia sprawowana jest tak, jak Kościół zaleca? Czy proboszcz ma jakąś pełną, całościową wizję pracy duszpasterskiej, choć trochę wychodzącą poza odprawianie kolejnych nabożeństw? Czy wciela się w życie soborowe i późniejsze zalecenia dotyczące liturgii, wystroju świątyni, nieupolityczniania „Grobów Pańskich”, kazań opartych na czytaniach z dnia, a nie na widzimisię proboszcza?

Nie,  nie, nie. Bo po co, prawda? Łatwiej pomniczek postawić i obrazek powiesić. I zaśpiewać Barkę zagryzając kremówką.

Bo to nic nie kosztuje.

Przepraszam, że narzekam – ale tak sobie myślę, że jakby Jan Paweł II wszedł dziś do niektórych polskich parafii, jakby zobaczył jak one funkcjonują, to jakby jednego z drugim księdza proboszcza kopnął w….

Mruczanka Wielkanocna

Tak, wiem, z lekkim opóźnieniem. Ale po prostu za dużo się dzieje…

Wyjeżdżaliśmy na te święta. Pierwszy raz w życiu (to znaczy – w naszym życiu rodzinnym, czyli od 12 lat).

Nie, nie bylismy u rodziny, nie wyjechaliśmy też do ciepłych krajów. Byliśmy w miejscowości o uroczejnazwie Sikórz, siedemnaście kilometrów za Płockiem. Postanowiliśmy wyrwać się z zabiegania i codzienności (i z bylejakości liturgicznej naszej parafii, co tu dużo mówić…) i spędzić te Trzy Dni zupełnie inaczej.

Wyjeżdżaliśmy w czwartek – w Wielki Czwartek – przed południem. A początek Wielkiego Tygdonia okazał się tak intensywny, że nawet nie zdążyliśmy w gruncie rzeczy zrobić świątecznych porządków. Nie piekliśmy mazurków. Nie robiliśmy sałatek. I tak dalej.

I wiecie co? Jakoś nam tego zupełnie nie brakowało (zwłąszcza sprzątania…).

Triduum Paschalne. Po prostu – takie, jak powinno być. Wszystko było na swoim miejscu – każda liturgia, każdy znak, każde słowo. Nikt sie nie spieszył do domu, żeby jeszcze jednego mazurka upiec albo jeszcze jedno okono umyć. Nikt nie patrzył ze zniecierpliwieniem na zegarek, chociać Wigilia Paschalna skończyła się (razem z procesją!) koło wpół do pierwszej w nocy.

Ta liturgia mówi sama za siebie. Każdy znak, każdy symbol, każde słowo i śpiew są na swoim miejscu. Nawet ktoś, kto nie zna i nie rozumie liturgii, ba – nawet człowiek niewierzący jeśli ma choć odrobinę wrażliwości na symbole i gesty – może zrozumieć o co w tym chodzi.

Czuwanie. Cisza. Śpiew. Kzyż. Potem ciemność. A potem w ciemność wdziera się światło – i rozszerza się, rozpala, potężnieje. Proste znaki: woda, opozycja ciemności i światła, opozycja ciszy i śpiewu, kołatek i dzwonów.

Śmierć i Życie.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=3G5Qdlm72hG&login=mimikla&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Wulkanizacyjna

A dziś Wam Puchatek opowie, jak artystycznie zrobil z siebie idiotę…

Wiosna. Ciepło. Słonko i takie tam. A Puchatkowóz ciagle na zimowych oponach jeździł – bo zwyczajnie nie było kiedy pojechać na zmiane kapci…

No więc dziś rano się zebrałem i po odwiezieniu Pietruszki do szkoły zostawiłem Piłkę na chwilę w domu i wybrałem się do pobliskiego (na sąsiedniej ulicy) zakładu, gdzie zawsze zmieniam opony.

Tak, opony własnie, nie koła – bo nie mam zapasowych felg. Za każdym razem trzeba przekładać.

No więc cztery duże plastikowe worki z oponami do bagażnika – i jedziemy. Namiejscu o tej porze bez kolejki, akurat konczyli zmieniać opony w jakiejś pięknej terenówce – i podjeżdżamy. Pan opelka podniósł na pneumatycznym podnośniku, kola z jednej strony zdjął, na specjalnej maszynie ściagnął opony z felg, a potem wyjął z puchatkowego bagażnika worki z letnimi oponami i po zlokalizowaniu opowiednich („lewy przód, lewy tył”) zaczął je zakładać.

I wtedy właśnie zobaczyłem byłem, że TO NIE TE OPONY. Moje letnie opony to były jakies Dębice – a to co pan wyjął z mojego bagażnika to najwyraźniej były gumy Michelin Energy. Czyli – jak szybko skojarzyłem – stare opony od nieistniejącego już peugeota, te z którymi go kupiłem, a które po pierwszym sezonie poszły na emeryturę. A nowe (trzyletnie) Dębice musiały zostać w garażu…

Złapałem się za głowę. Powiedziałem panu, w czym problem.

– Nie ma problemu – usmiechnął się pan wulkanizator. – Wskakujmy do mojego auta i podjedziemy do pańskiego garażu po te właściwe.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Puchatkowy garaż znajduje się w odległości jakichs 300 metrów, więc daleko nie było. Wpadłem do garażu klnąc włąsną głupotę, pan razem ze mną, łapiemy drugi komlet opon, pan wulkanizator na wszelki wypaek zagląda do środka worków – i naszym oczom ukazują się…

…cztery IDENTYCZNE opony Michelin Energy. Tylko wyraźnie starsze i bardziej zniszczone.

Przyznam, że w tym momencie zgłupiałem. Przecież to niemożliwe, to historia rodem z Archiwum X: były stare Micheliny i nowe Dębice, są dwa komplety Michelinów… A gdzie Dębice? Metamorfoza, transmutacja, głupi dowcip Harry’ego Pottera? Złodzieje, którzy włamali się do garażu i ukradli Dębice, podrzucając w zamian (lepsze skądinąd) Micheliny?

Pan wulkanizator popatrzył na mnie z sympatią i jakby odrobiną współczucia – ale na sugestię że może w warsztacie przez pomyłkę dali mi CZYJEŚ Micheliny zamiast moich Dębic pokręcił głową.

– U nas się takie pomyłki nie zdarzają, zresztą obok stało tylko fiat Uno, który ma inny rozmiar opon.

Wrócilismy do zakładu – pan lekko ubawiony, ja w stanie głebokiego szoku. Założyli mi te letnie Micheliny, zimówki wpakowali do bagażnika…

Dopiero w godzinę po powrocie do domu doznałem olśnienia. Co się wydarzyło?

To banalnie proste. W 2008 r. kupiłem nowe letnie opony Dębicy do Peugeota. Stare Micheliny leżały w garażu obok zimówek.

Ale przecież w październiku ubiegłego roku Peugeot zmienił właściciela. Jak myślicie, czy nowy właściciel odjechałby nim, gdyby auto nie miało opon?

No jasne, że nie.

I peugeocik pojechał sobie bodaj gdzieśpod Siedlce… na tych „nowych” letnich Dębicach. A my kupiliśmy opelka. A opoelek miał na felgach… Micheliny. Takie same, jak te stare z peugeota – tylko nowsze.

I kiedy zmieniałem opony na zimowe – to oczywiście zdjąłem te Micheliny. A Dębice… no właśnie.

Musze zajrzeć do tego warsztatu i opowiedzieć panom o mom zaćmieniu. Będe mieli radochę…

Mruczanka Prawie Przedświąteczna

M. roiąc porządki wyciągnełą skądś wielkanocnego baranka. Mały, biały, plastikowy baranek- wiadomo. Nawet nie wiem, skąd się wziął.

Pucek (lat już rawie trzy!) patrzy na barabka lekko zdziwony (bądź co bądź poprzedeniej Wielkanocy nie pamięta).

– Jak myślisz, Pucku, co to jest? – pyta M.

– Piesek? – pyta dziecię niepewnie…

Wszyscy tłumią śmiech. M. tłumaczy:

– To nie piesek. To jest baranek.

Pucek uśmiechnięty, na dziobie wyraźny przebłysk zrozumienia:

– Aaaa, baranek Shaun?