Mruczanka po Nerwowym Dniu

Tak, po prostu bywają takie dni. Jak się nic nie dzieje – to nic, a jak się dzieje – to wszystko na raz. Wiadomo.

Wczoraj był właśnie dzień z tej drugiej kategorii.

A zaczął się tak spokojnie… Piłka na wakacjach, M. w domu z chłopakami coś tam robi, Puchatek pracuje (rzecz prosta).

Dzwonek do furtki. Pan z gazowni. Że na chwilę gaz wyłączali (remontują gazociąg…), więc żeby sprawdzić, czy już leci. Leci, leci – kuchenka po odpaleniu działa.

Ale kilka minut później okazuje się, że piec nie działa. Ni du du. Na piecu (w piwnicy) pali się pomarańczowa lampka która zgodnie z instrukcją oznacza „awarię palnika”.

Co robić? Instrukcja mówi: zresetować. Po szóstej próbie zresetowania Puchatek sobie odpuścił i zadzownił po fachowca. Musiał się długo napraszać, żeby fachowiec przyjechał OD RAZU, a nie „w środę” (trzy dni latem z dwójką Potworów bez ciepłej wody – marzenie każdego rodzica, prawda?). Stanęło na wersji „za godzinę”.

Tymczasem już za pół godziny okazało się, że siódma próba zresetowania pieca pomogła i piec normalnie odpalił. Zadzwonił więc Puchatek do fachowca, przesunął jednak na środę (żeby mimo wszystko zajrzał). I dobrze zrobił, bo właśnie kiedy rozmawiał z góry rozległo się głośne „ŁUP”, a potem niemniej głośny ryk Pucka, który właśnie bawił się był z dwójka koleżeństwa w podobnym wieku (dzieci znajomych wpadły z wizytą).

Samym rykiem Puchatek się aż tak nie przejął (wiadomo, dziecię czasem się w coś walnie, a zgodnie z filozofią ś.p. puchatkowego dziadka „…jak krzyczy, znaczy że żyje”). Ale w chwilę później przez wrzask Pucka przebił się głos M., wołający Puchatka, żeby SZYBKO TU PRZYSZEDŁ.

Puchatkowa żona do przesadnych panikarek nie należy, ale tym razem głos sugerował że COŚ SIĘ STAŁO.

Ano stało – Pucek raczył był wleźć na górę piętrowego łóżka (gdzie sypia jego starszy brat) i się z tej góry zwalić. I po drodze przywalić łepetyną w jakiś kancik.

Rozcięcie nie było może szczególnie imponujące (oj tam, jakieś trzy centymetry – cóż to jest w porównaniu z tym, co potrafiła Piłeczka…) – natomiast ilość lejącej się krwi jednak poniekąd imponowała.

Szpital. Izba przyjęć. Oględziny, wywiad… Szycie? A nie, szycie nie – bo „u nas nie ma chirurga dziecięcego, trzeba jechać do Warszawy”. Bo chirurgom ze Szpitalnego Oddziały Ratukowego (poza sytuacjami zagrożenia życia bodajże) nie wolno takich rzeczy robić. W tłumaczeniu na polski znaczy to zapewne, że nie mają podpisanego stosownego kontraktu z NFZ i nikt szpitalowi za taką procedurę nie zapłaci.

Co robić? Chirurg na SOR zalożył tylko prowizoryczny opatrunek. Ale jak to – z krwawiącym trzylatkiem z rozciętą głową do Warszawy? Samochodem, pociągiem? – Ależ nie – oburzył się pan doktor. – Oczywiście że nie. Zawieziemy państwa KARETKĄ.

I M. z Puckiem pojechali do Warszawy KARETKĄ, a Puchatek za nimi, samochodem, żeby było jak wrócić.

Cała proceudra w szpitalu na Działdowskiej – papierologia, ocena, dezynfekcja, trzy szwy, opatrunek, wypis – zajęła łącznie jakieś 20 minut plus kwadrans czekania w kolejce. I tylko po to wysłano KARETKĘ z kierowcą i ratownikiem medycznym, która do warszawy jechała ponad godzinę (korki, godziny szczytu), a potem przecież musiała jeszcze wrócić.

Czy ktoś mi wmówi, że w mieście G (30 tysięcy mieszkańców, cały powiat – bodaj ponad 50 tysięcy) takie przypadki zdarzają się na tyle rzadko, że bardziej opłaca się za każdym razem wysyłać KARETKĘ, niż zatrudnić na miejscu chirurgów dziecięcych? Co to za idiotyzm, słowo daję?

Nie chiałbym być źle zrozumiany: zdaję sobie sprawę, ża takie drobiazgi jak ryczące, zakrwawione dziecko wiezione do Warszawy w godzinach szczytu (przy obecnych korkach ponad godzinę w jedną stronę) nikogo nie wzruszy ani w NFZ, ani w dyrekcji szpitala. Rozumiem także, że fakt iż rodzice „przy okazji” tracą pół dnia także nie jest argumentem dla nikogo. Ale czy PIENIĄDZE też nie są?

Bo podobno pieniędzy nie ma na służbę zdrowia… A są na to, żeby bez sensu wozić karetką na zabieg, który przecież bez kłopotu wykonałby każdy chirurg…

O tym, że skancerowany Pucek rzecz prosta nie dał się położyć w karetce na leżance, tylko jechał u mamy na kolanach, bo w karetce rzecz prosta NIE BYŁO fotelika dla dziecka – to już nawet szkoda gadać. Kto by się tam bezpieczeństwem przejmował, jak trzeba się spieszyć?… A policja przecież karetki do kontroli nie zatrzyma.

***

Tak czy owak – Pucek wrócił do domu z pocerowaną czaszką i opatrunkiem. Bardzo był dzielny, tylko w czasie szycia trochę się spłakał.

***

A jak już wszyscy byli w domu, a Pucek zmeczony przeżyciami spał, to Pietruszka wylał sobie na nogę garnek z wrzątkiem. Na szczęście wrzątek „już trochę wystygł” (gotował się dziesięć minut wcześniej), a błyskawiczna Akcja Zdzierania Spodni i Skarpetek sprawiła, że tym razem wizyta w szpitalu nie była konieczna – wystarczyła zimna woda. A mówił tata, że się w kuchni piłki nie podrzuca? A mówił.

*** 

A wieczorem (tak już na deser) Puchatek dowiedzał się, że jego znajoma (czy raczej – znajoma puchatkowego ojca, ale bardzo przez Puchatka lubiana) mieszkająca w Paryżu, złamała sobie staw biodrowy. Pani ma 91 lat i nie wygląda to dobrze.

No i? Co dalej?

*** 

Dalej było dziś, kiedy Puchatek miał odwozić M. z chłopakami tam, gdzie już jest Piłeczka – i na godzinę przed wyjazdem Opelek odmówił posłuszeństwa. Pan mechanik przez telefon po opisie westchnął, że chyba rozrząd poszedł (a konto bankowe Puchatków zawyło z przerażenia). Na szczęście okazało się, że nie – jakieś głupstwo, którego usunięcie zajęło minutę. Kabelek czy co – już mi się nawet, powiem szczerze, pytać o szczegóły nie chciało. Grunt, że Opelek zadziałał i działa znakomicie.

No i zawiózł Puchatek resztę rodziny na wakacje, a sam wrócił w celach pracowniczych. I jest Puchatek Słomianym Wdowcem Bezdzietnym.

Pozostaje mieć nadzieje, że kolejny Tego Typu Dzień nastąpi nie wcześniej, niż za pół roku.

Ot, co.

(Przed?) Wakacyjnie

Uff.

Koniec roku szkolnego chyba specjalnie jest tak naładowany wydarzeniami, żeby nadejście wakacji cieszyło jeszcze bardziej…

Zakończenie roku w szkole zwykłej, zakończenie roku w szkole muzycznej, do tego jeszcze zakonczenie roku w przedszkolu M.

Wszystko to naprawdę bardzo miłe… W szkole – potwory z jakimiś nagrodami, wyróżnieniami i czym tam jeszcze. W muzycznej – tak samo, piątki, nagrody za konkursy i tak dalej. W przedszkolu – przedstawienie na koniec roku, rodzice wzruszeni jak stare sienniki, M. dostała trzy pudełka czekoladek i pięć kilo kwiatków (jakby nie można było odwotnie, Kocia Twarz!).

No i – wakacje. Again.

To znaczy: Potwory mają wakacje. M. ma wakacje (choć coś tam jeszcze robi, kończy i poprawia w przedszkolu). Ale Puchatek bynajmniej wakacji jeszcze nie ma…

***

Piłka wyjechała dziś na dziesięciodniowy obóz ze szkoły muzycznej, z panią od fletu. M. z pozostałymi powtorami dołączy do niej już w poniedziałek, co nie zmienia faktu że Piłka na „dzisiaj, jutro, pojutrze i popojutrze” (cytując klasyków) pojechała SAMA. No dobra, nie sama oczywiście – jest ukochana pani od fletu, jest kilka ulubionych koleżanek – ale jednak BEZ RODZICÓW. Była pełna entuzjazmu. Zobaczymy tylko, czy entuzjazm nie skończy się wieczorem, jak trzeba będzie pójść spać bez przedsennego przytulenia w wykonaniu mamy i taty. We’ll see. 😉

***

W poniedziałek, jako rzekłem, M. z pozostałymi Potworami dojeżdża do Piłki. Puchatek zostaje w domu i swoje robi, bo ktoś musi na ten obóz zarobić, prawda?

Po powrocie z obozu (za 10 dni) Puchatek wyjeżdża na trzy dni z Pietruszką w Tatry. To jest pietruszkowy prezent na Pierwszą Komunię – męska wyprawa z tatą. Plany – wejść powyżej 2 tysięcy metrów (na Kopę Kondracką konkrenie). Się zobaczy.

***

A potem Puchatki ruszają na Wyprawę. Najpierw do rodziny M. na Dolny Śląsk, stamtąd – do Niemiec (prawie pod francuską granicę) odwiedzić znajomych. A od znajomych – do Francji. Gdzie? To się zobaczy. Masyw Centralny? Wogezy? Szampania i Owernia? Może kawałek dalej? Wszystko będzie zależało od wytrzymałości Potworów na podróżowanie. I na mieszkanie w namiocie…

Witaj, przygodo. 😉

***

Jeszcze z kronikarskiego obowiązku: Pucek skończył trzy latka. A Puchatki miały dwunastą (!) rocznicę ślubu.

Dwanaście lat pod jednym dachem z Puchatkiem – już za samo to M. powinna mieć wolną kartę wstępu do Nieba z opcja czerwonego dywanu. Jak męczennicy… 

Mruczanka Powycieczkowo-Przedwakacyjna

Puchatek uniżenie przepasza, ale ostatnio pisać nie ma: a. siły, b. czasu oraz c. ochoty specjalnej. Nie, w zasadzie nic poważnego – ot, taki przedwakacyjny kryzys powoli narastający (jak pieczarki na… wiadomo czym) na nadmiarze pracy i zmęczenia przy jednoczesnym niedomiarze czasu i pieniędzy.

Pyszczak – zwany ostatnio głównie Puckiem – skończył był trzy lata. Tort był, goście byli i w ogóle impreza na całego.

Pucek to dziecię niezwykłe – zdecydowaniem i siłą przebicia mógłby obdzielić batalion radzieckich czołgów, a wrodzoną delikatnością i subtelnością także przypomina pojazd pancerny. A w dodatku – jak to trzecie dziecko – doskonale wie, że jest najmłodszy i że jest zabawny, więc uwielbia się wygłupiać w taki sposób, o jakim starsze potwory w tym wieku nawet nie myślały. Jakbyście zobaczyli takiego trzyletniego clowna… Uff.

***

A wczoraj Puchatki pojechały były do Puław. Bo w Puławach (Puchatek kiedyś o tym był pisał) mieszkali od wojny puchatkowi dziadkowie po kądzieli – i nadal tam w zasadzie mieszkają, tyle że z mieszkanka na pierwszym piętrze przeprowadzili się (najpierw dziadek, a dziewięć lat później także babcia) na drugą strone ulicy Piaskowej, na piękny, parkowy cmentarz.

A że Potwory nigdy jeszcze w Puławach nie były, to wybrały się Puchatki na rodzinną wyprawę. Najpierw na rzeczony cmentarz, potem na mszę do kościoła w którym Puchatek był ochrzczony, potem do fantastycznego parku Czartoryskich, a potem – w ramach obiadu – na rodzinną pizzę. Puchatek zamówił dwie pizze (bądź co bądź na pięć osób!) – ale nie wziął pod uwagę faktu, że te pizze są NAPRAWDĘ duże… Skończyło się na tym, że dwie połówki pojechały w pudełkach z Puchatkami w drogę, dzięki czemu dziś nie trzeba było gotować obiadu.

Z Puław pojechaliśmy jeszcze do Kazimierza (na zwiedzanie i lody…) i wpół do dziesiątej wieczorem byliśmy z powrotem w G.

***

A poza tym… Jak w poprzednim wpisie. „Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz – będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę… Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze – może orzeźwi cię, ale do nikąd dojść nie pomoże.”

Tak się właśnie czuję. Pewnie mi przejdzie. Kiedyś.

Mruczanka o Wielkich Emocjach

Uwierzcie mi, nie trzeba chodzić do kina ani czytać romansów, żeby obejrzeć prawdziwe emocje…

Ot, szkolne przedstwienie przygotowane przez pierwszaków (pisałem o nim w poprzedniej notce). Rodzice zgromadzeni w niewielkiej klasie – głównie mamy (bo to Dzień Matki w końcu), kilku ojców też. Niby już czas żeby zaczynać, ale pani wychowawczyni czeka jeszcze chwilę, bo jeszcze ostatni rodzice dobiegają, bo jeszcze ktoś z pracy dojeżdża o kilka minut spóźniony…

No, w końcu wszyscy są. Możemy zaczynać…

– Nie, nie możemy zaczynać! Jeszcze nie ma mojej mamy!!! – jedna z dziewczynek (nazwijmy ją Kasia) stoi w pierwszym rzędzie i patrzy na panią wychowawczynię wzrokiem wyrażający wszystko – od przerażenia po autentyczną rozpacz. – Ona na pewno zaraz przyjdzie! Obiecała że przyjdzie!

Wychowawczyni, osoba wrażliwa i „na miejscu”, ulega. – No dobrze, zaczekajmy jeszcze trzy minutki, jeśli państwo nie mają nic przeciwko temu – zwraca się do rodziców. Rodzice, wyczuwając rozmiar dziecięcej rozpaczy, oczywiście nie mają nic przeciwko temu.

Jakieś rozmowy, jakieś chichoty, ktoś z kimś gawędzi o zbliżającej się wycieczce, ktoś szybko załatwia jakies sprawy przez komórkę…

A mała Kasia stoi wśród innych dzieci i czeka. Cała jest czekaniem, od pięt po czubek głowy. Nic nie mówi, nic nie robi, po prostu stoi z wzrokiem wbitym w drzwi sali i małymi piąstkami zaciśniętymi tak, że kostki jej bieleją. Patrzę na nią i rozumiem, że te trzy minuty to dla niej wieczność. Jej milczenie jest głośniejsze niż szum rozmów w klasie, głośniejsze niż krzyk. No mamo, gdzie ty jesteś?! Przecież obiecałaś…

Trzy minuty mijają szybko (…jak dla kogo…). Trzeba zaczynać. Kasia nie płacze, stoi i patrzy na drzwi. Nic nie mówi,  po prostu patrzy. Mam wrażenie, że drzwi za chwilę ustąpią pod jej spojrzeniem – tyle w nim rozpaczy, tęsknoty, nadziei, wszystkiego po trochu.

I właśnie kiedy pani wychowawczyni zaczyna mówić, że trudno, że trzeba zaczynać – otwierają sie drzwi i wpada kasina mama. Zadyszana, widać że biegła. Pani wychowawczyni uśmiecha się, a Kasia…

Kasia po prosu eksploduje. – Dlaczego cię nie było?! Czekałam na Ciebie! Wszyscy rodzice już są! Obiecałaś że przyjdziesz! – krzyczy z takim napięciem w głosie, że ciarki przechodzą mi po plecach. I rzuca się na mamę tak, że przez chwilę nie jestem pewien, czy chce ją przytulić czy uderzyć.

Na szczęście mama nie ma wątpliwości i przytula ją bardzo mocno. – Przepraszam – mówi cicho. – Przepraszam córeczko. Stałam w korku. Ale już jestem. Obiecałam i jestem.

Po chwili „przedstawienie” się zaczyna – a mała Kasia śpiewa piosenki tak, jakby miała tym śpiewaniem skały kruszyć, jakby od tych piosenek zależało je życie.

A mama siedzi z przodu – widzę ją z profilu. I widzę łzy w kącikach jej oczu.

Dla takich chwil warto żyć, naprawdę.

Mruczanka Z Wywiadówki

W Dniu Matki zostały Puchatki zaproszone do szkoły Potworów na „uroczyste przedstawienie” wystawiane z tej okazji przez klasę Piłki. Przedstawienie urocze, coś jeszcze o nim napiszę – ale tu nie o tym.

Po przedstawieniu (które trwało jakiś kwadrans) dzieci poszły jeszcze na boisko, a pani wychowawczyni klasy wykorzystała okazję, żeby zrobić mini-wywiadówkę. Bo się koniec roku zbliża, wiadomo.

No i wyczytywała, które dzieci maja najlepsze „wyniki w nauce” i będą miały jakieś nagrody (dzieci z problemami oczywiście nie wyczytywała).

We wszystkich „rankingach” na pierwszym miejscu powtarzało się to samo dziecko. Zgadnijcie, które.

Ale najlepsze przyszło na końcu. Pani wychowawczyni przeczytała wyniki testu szybkości czytania (oczywiście też tylko te z górnej piątki). To taki test robiony dzieciom standardowo, co roku: dzieciak dostaje do czytania tekst, którego nie zna a nauczycielka mierzy szybkość – ile słów na minutę delikwent czyta. A potem są tabele odnoszące to do standardów…

No i słyszymy:

– Jaś Kowalski – bardzo dobrze, 70 słów na minutę, jakby był już w drugiej klasie… Adaś Malinowski, nawet 75 słów na minutę, to w zasadzie początek trzeciej klasy… Asia Nowak, 40 słów na minutę, norma dla końcówki pierwszej klasy… Aha, no i oczywiście Piłka Puchatkówna – tu pani wychowawczyni popatrzyła na Puchatków znad okularów z porozumiewawczym uśmiechem. – No, co ja mogę powiedzieć, 107 słów na minutę. To jest w zasadzie poziom połowy szóstej klasy…

– Słuchaj, a ty byłaś kiedyś prymuską? – zapytał Puchatek małżonkę po wyjściu ze szkoły. – Bo ja nigdy!

– A ja kiedyś byłam – rozpromieniła się M.

– No to wszystko jasne – westchnął Puchatek ciężko. – To jednak twoje geny

Jestem tatą prymuski. Ale obciach! 😉 

Zmęczenie

Jestem zmęczony. I nie chodzi o to wykłe zmęczenie związane z końcem roku szkolnego, zabieganiem i zapracowaniem (choć to oczywiście też).

Jestem zmęczony tym, co robię. Tym, że siedzę i tłumaczę jakieś (pardon) kompletne pierdoły, które ani mnie nie interesują, ani nie są nawet specjalnie pożyteczne. Że siedzę całymi dniami zajmując się czymś, co robię wyłącznie w celach zarobkowych.

Przez ostatnie parę lat wyglądało to tak, że pracowałem nad różnymi bzdurami „dla chleba”, ale przynajmniej raz w roku miałem jakąś odskocznię – coś ciekawego, ambitnego, wciągającego (tak jak kiedyś Tybet, a potem te Chiny).

W ubiegłym roku niestety juz tak nie było, w tym też się nie zanosi. „Moja” książka była w finale Nagrody Kapuścińskiego – no i co z tego? Może w przyszłości coś pozytywnego z tego wyniknie – ale nic nie wskazuje na to, aby miała to być najbliższa przyszłość.

Mam poczucie straty czasu. Czasu, który chciałbym poświęcić na coś zupełnie innego. Mam kilka naprawdę fajnych pomysłów. Dwa znich są nawet dosyć konkretne. Pomysły na książki, które mógłbym napisać. Krystalizują się, ubierają w jakieś całkiem namacalne kształty.

I co z tego? Nie napiszę ich (na razie?…), bo najbanalniej nie mam na to czasu. Bo muszę siedzieć i tłuc jakieś idiotyzmy – bo z czegoś trzeba żyć i dzieci utrzymać. Bo żeby coś tworzyc musiałbym przynajmniej raz w tygodniu do tego przysiąść. Albo mieć na to przynajmniej godzinę dziennie. A nie mam nawet kwadransa.

Gdybym miał jakieś większe oszczędności – pewnie bym zostawił na chwile to, co robię i zajął się tymi projektami. Ale nie mam. Gdybym wygrał w Lotto. Dostał spadek. Albo coś w tym rodzaju…

Gdyby babcia miała wąsy…

No dobra, nie byłbym sobą jakbym nie dodał: na wszystko przyjdzie czas. Pewnie coś się w końcu zmieni. Pewnie już za parę miesięcy, za rok – dwa będzie inaczej.

Ale na razie jestem zmęczony. Mam dość. Bardzo. Potrzebuję jakiejś odmiany, potrzebuję drogi, wędrowania (niekoniecznie w sensie dosłownym). Czekam, rozglądam się – może gdzieś otwiera się właśnie jakaś furtka, jakas nowa ścieżka, jakaś okazja?…

Może. Ale na razie jej nie widzę i muszę dalej pełznąć pod górkę, choć mam ochotę na zupełnie inną Wędrówkę…

*** 

Hey, Mister Tambourine Man, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to

Hey, Mister Tambourine Man, play a song for me – In the jingle jangle morning I’ll come followin’ you (…)

My senses have been stripped, my hands can’t feel to grip / My toes too numb to step Wait only for my boot heels to be wanderin’

I’m ready to go anywhere, I’m ready for to fade Into my own parade, cast your dancing spell my way I promise to go under it (…)

Then take me disappearin’ through the smoke rings of my mind / Down the foggy ruins of time, far past the frozen leaves The haunted, frightened trees, out to the windy beach Far from the twisted reach of crazy sorrow

Yes, to dance beneath the diamond sky with one hand waving free / Silhouetted by the sea, circled by the circus sands With all memory and fate driven deep beneath the waves Let me forget about today until tomorrow…

 

Mruczanka Pokomunijna

Krótko. Komunia się odbyła. Było… Jak by to najlepiej ująć? Spokojnie było. Dzieci były dobrze przygotowane (chwała księdzu wikariuszowi i siostrze która je przygotowywała!). Stroje były jednakowe (choć… ale o tym niżej). Pieśni były dobrze dobrane. Wszystko odbyło się jak trzeba. Nawet ilość Upiorych Wierszyków była ograniczona do minimum (o zjawisku Upiornych Wierszyków pisałem TUTAJ).

A po komunii pojechaliśmy do domu, byli goście w liczbie rozsądnej i różne dobre rzeczy (w ilości nierozsądnej, dzięki czemu jeszcze przez kolejne trzy dni nie musimy obiadów gotować, a ciasta mamy tyle że jakby przyszedł batalion głodnych żołnierzy, to by się nieźle zasłodził).

***

Jeszcze miało być o strojach…

Od początku (od września ubiegłego roku) było wiadomo, że dzieci idą do komunii w jednakowych strojach (i chwała Bogu). Chłopcy w ministranckich komżach, dziewczynki w takich dłuższych albach. Jeśli ktoś koniecznie chciał swoje dziecko jakoś wyróżnić, mógł dać dziewczynce białe rękawiczki (połowa miała) albo wianek czy stroik (większość). No i dobrze – przynajmniej rewii mody nie było.

Są jednak rodzice, którzy po prostu muszą (inaczej się uduszą). Tak więc jedna z małych komunistek na tej standardowej białej albie miała przepięknościowe bolerko z jakiejś błyszczącej, białej włóczki (nie wiem – wielbłądzia wełna? Kaszmir? Bo zwykła wełna to na pewno nie była…). Ale że to wszystko i tak białe, to – siłą rzeczy – nie rzucało się w oczy. No i to wyraźnie był problem, bo przecież właśnie o to chodzi, żeby się rzucało w oczy, prawda?

Co zatem mogą zrobić nieszczęśni rodzice, skoro stroje jednakowe? Jak podkreślić wyjątkowość i szczególność dziecięcia swego, skoro dodatki sprawy nie załatwią?

To proste – można na przykład podjechać pod kościół bryczką. Nie, nie żartuję. Elegancka bryczka zaprzężona w dwa białe araby, ze stangretem w cylindrze i latarenkami zajechała pod kościół, po czym wysiadła z niej mała komunistka i jej rodzice. A po mszy ta sama bryczka podjechała znwou i całą rodzinę zabrała. Nie wiem gdzie, ale przpuszczam że do wynajętej sali.

Tak więc jeśli zapytacie mnie co jest najtrudniejsze w czasie Pierwszej Komunii dziecka – odpowiem: Nie parsknąć śmiechem na widok dziewięciolatki w białej albie wysiadającej z bryczki, którą spokojnie mogłaby jechać do ślubu, gdyby akurat była księżną.

Mruczanka Po

Jak już wiedzą wszyscy którzy mają zwyczaj czytać gazety, Puchatkowa książka niestety nagrody nie zdobyła. A było tak blisko…

Od początku odnosiło się wrażenie, że z pięciu finalistów największe szanse mają dwie książki: „moja” i właśnie Swietłany Aleksijewicz (w przekładzie Jerzego Czecha). Jeśli chodzi o pozostałe (uwaga, to mja czysto subiektwna ocena!), to:

– „Toast za przodków” Wojciecha Góreckiego to znakomity reportaż i świetna książka, ale chyba na poziomie „reportażowym” dotyka spraw mniej intensywnych i budzących mniejsze emocje (przez co wcale nie chcę powiedzieć, że mniej ważnych”).

– „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Cooper (w przekłądzie Agnieszki Nowakowskiej) – mnie się bardzo podobała, ale mam wrażenie że sama tematyka (Aborygeni, trudna historia relacji między nimi a białymi w Australii) jest dla polskiego czytelnika bardzo odległa.

– „Uśmiech Pol Pota” Petera Fröberga Idlinga (w przekładzie Mariusza Kalinowskiego) – moim zdaniem najsłabsza z tych pięciu książek pod względem czysto literackim, mapisana momentami dość pretensjonalnie (i mam pewność, że nie jest to kwestia tłumaczenia).

Nagroda „reportaż literacki” zakłada – tak to rozumiem – docenienie zarówno warstwy „reportażowej”, jak literackiej. Moim zdaniem „Lekcje Chińskiego” i „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” jeśli chodzi o wagę reportażu stały na podobnym poziomie. Natomiast na poziomie literackim (powtarzam, to moje prywatne zdanie) książka Pomfreta jest jednak lepsza.

Co nie zmienia faktu, że zwycięska książka Aleksijewicz jest po prostu wstrząsająca. Przeczytajcie, warto.

***

Historie uboczne z Nagrodami związane…

Miałem okazję (wreszcie) poznać osobiście „mojego” autora. Okazał się być człowiekiem przesympatycznym, bardzo normalnym, inteligentym i otwartym. W zasadzie już jesteśmy „umówieni” na tłumaczenie kolejnej jego książki (co i o czym – tego na razie nie zdradzę).

Miałem też okazję wziąć udział w panelu tłumaczy, razem z pozostałą trójką tłumaczy – finalistów nagrody. Niezwykłe doświadczenie… Jerzy Czech, Mariusz Kalinowski, Agnieszka Nowakowska – uznane nazwiska, ludzie o dużym dorobku translatorskim i niewątpliwi profesjonaliści… A obok ja, jako „jeden z nich” 🙂 Urosłem.

I w ogóle muszę przyznać („Obywatele, chwalcie się sami…”), że w ciągu tego weekendu usłyszałem na swój temat dużo naprawdę miłych i krzepiących opinii. I wiem – z kontekstu… – że nie były to opinie czysto grzecznościowe, że to całe szanowne gremium naprawdę uważa mój przekład za badzo dobry.

„Wiesz, miałeś wyjątkowe szczęście do tłumacza” – powiedziała Pewna Znana Dziennikarka do „mojego” autora, podcza gdy ja stałem obok. „Nie mówisz po polsku więc trudno ci to ocenić, ale muszę ci powiedzieć, że tę książkę czyta się tak, jakby została napisana po polsku.”

Poczułem się doceniony…

(Szkoda tylko, jednakowoż, że to docenienie nie przełożyło się od razu na jakieś wartości finansowe. No ale cóż, widocznie nasza łazienka musi jeszcze trochę poczekać na ten remont…).

***

W wczoraj była Pierwsza Komunia Pietruszki. Ale o tym napiszę później, bo to zupełnie inna historia, cytując klasyków.