Mruczanka Po

Jak już wiedzą wszyscy którzy mają zwyczaj czytać gazety, Puchatkowa książka niestety nagrody nie zdobyła. A było tak blisko…

Od początku odnosiło się wrażenie, że z pięciu finalistów największe szanse mają dwie książki: „moja” i właśnie Swietłany Aleksijewicz (w przekładzie Jerzego Czecha). Jeśli chodzi o pozostałe (uwaga, to mja czysto subiektwna ocena!), to:

– „Toast za przodków” Wojciecha Góreckiego to znakomity reportaż i świetna książka, ale chyba na poziomie „reportażowym” dotyka spraw mniej intensywnych i budzących mniejsze emocje (przez co wcale nie chcę powiedzieć, że mniej ważnych”).

– „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Cooper (w przekłądzie Agnieszki Nowakowskiej) – mnie się bardzo podobała, ale mam wrażenie że sama tematyka (Aborygeni, trudna historia relacji między nimi a białymi w Australii) jest dla polskiego czytelnika bardzo odległa.

– „Uśmiech Pol Pota” Petera Fröberga Idlinga (w przekładzie Mariusza Kalinowskiego) – moim zdaniem najsłabsza z tych pięciu książek pod względem czysto literackim, mapisana momentami dość pretensjonalnie (i mam pewność, że nie jest to kwestia tłumaczenia).

Nagroda „reportaż literacki” zakłada – tak to rozumiem – docenienie zarówno warstwy „reportażowej”, jak literackiej. Moim zdaniem „Lekcje Chińskiego” i „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” jeśli chodzi o wagę reportażu stały na podobnym poziomie. Natomiast na poziomie literackim (powtarzam, to moje prywatne zdanie) książka Pomfreta jest jednak lepsza.

Co nie zmienia faktu, że zwycięska książka Aleksijewicz jest po prostu wstrząsająca. Przeczytajcie, warto.

***

Historie uboczne z Nagrodami związane…

Miałem okazję (wreszcie) poznać osobiście „mojego” autora. Okazał się być człowiekiem przesympatycznym, bardzo normalnym, inteligentym i otwartym. W zasadzie już jesteśmy „umówieni” na tłumaczenie kolejnej jego książki (co i o czym – tego na razie nie zdradzę).

Miałem też okazję wziąć udział w panelu tłumaczy, razem z pozostałą trójką tłumaczy – finalistów nagrody. Niezwykłe doświadczenie… Jerzy Czech, Mariusz Kalinowski, Agnieszka Nowakowska – uznane nazwiska, ludzie o dużym dorobku translatorskim i niewątpliwi profesjonaliści… A obok ja, jako „jeden z nich” 🙂 Urosłem.

I w ogóle muszę przyznać („Obywatele, chwalcie się sami…”), że w ciągu tego weekendu usłyszałem na swój temat dużo naprawdę miłych i krzepiących opinii. I wiem – z kontekstu… – że nie były to opinie czysto grzecznościowe, że to całe szanowne gremium naprawdę uważa mój przekład za badzo dobry.

„Wiesz, miałeś wyjątkowe szczęście do tłumacza” – powiedziała Pewna Znana Dziennikarka do „mojego” autora, podcza gdy ja stałem obok. „Nie mówisz po polsku więc trudno ci to ocenić, ale muszę ci powiedzieć, że tę książkę czyta się tak, jakby została napisana po polsku.”

Poczułem się doceniony…

(Szkoda tylko, jednakowoż, że to docenienie nie przełożyło się od razu na jakieś wartości finansowe. No ale cóż, widocznie nasza łazienka musi jeszcze trochę poczekać na ten remont…).

***

W wczoraj była Pierwsza Komunia Pietruszki. Ale o tym napiszę później, bo to zupełnie inna historia, cytując klasyków. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s