Mruczanka Obolała

Pro memoria:

1. Do cięcia grubego plastiku bardzo ostrym nożem należy zakładać rękawice ochronne.

2. Punkt 1. jest szczególnie istotny w przypadku osób, którym sprawne ręce potrzebne są do zarabiania na życie.

3. Plastikową bańkę po wodzie należy zawsze ciąć od siebie. Nigdy w kierunku ręki trzymającej bańkę.

4. Bardzo ostry nóż ześlizgujący się z ciętego plastiku przecina skórę na dłoni nawet nie zwalniając ruchu.

5. Mięsień poduszki kciuka też.

6. Na szczęście na kości się zatrzymuje.

7. Mięsień przebity nożem na głębokość 2 centymetrów boli jak cholera.

8. I krwawi jak jasny szlag.

9. Jedną ręką nie da się założyć sensownego opatrunku.

10. Jadąc na izbę przyjęć, należy wziąć ze sobą trochę dodatkowej gazy / ligniny / chusteczek higienicznych, aby czekając w kolejce do chirurga nie zalać krwią serdeczną podłogi. W końcu panie sprzątaczki i tak mają dość roboty…

*** 

– Miał pan pecha – powiedział z głębokim westchnieniem chirurg opatrując rękę, kiedy udało mu się już zatamować krew (obyło się nawet bez szycia, kto by pomyślał…).

– To nie miało nic wspólnego z pechem, panie doktorze – odparł Puchatek z przekonaniem. – To była zwykła głupota, niestety…

Mruczanka Symfoniczna Poniekąd

Tak jak obiecałem (choć później, niż obiecałem…) słów kilka o albumie „Secret Symphony” Katie Melua (wybaczcie, jakoś nie mogę się przekonać do odmiany tego nazwiska… „Katie Meluy”? Brzmi fatalnie…).

Ponieważ płyta ukazała się już ponad dwa miesiące temu, zdążyłem przeczytać sporo recenzji. Jest wśród nich sporo głosów krytycznych – z gatunku „bardzo ładne, ALE..”. Jak się wczytać uważniej, to wszystkie te „ale” sprowadzają się do tego, że piosenkarka śpiewa co innego (albo – śpiewa inaczej) niż spodziewali się autorzy recenzji po jej kolejnej płycie.

Ja nie mam tego problemu, bo niczego nie oczekiwałem. Wszystkie dotychczasowe albumy Katie mają pewne cechy wspólne – ale też każdy jest trochę inny. Ma inny nastrój, inne przekazuje emocje, inne pejzaże maluje (tak muzyczne, jak tekstowe). 

Ale jedno pozostaje niezmienne: autentyzm i szczerość wykonania. Katie Melua należy do tego typu artystów, których najbardziej lubię słuchać (czy raczej – do jedynego typu artystów, którego słuchać w ogóle mam ochotę…) – artystów którzy przez swoją muzykę naprawdę mają coś do powiedzenia. Ogromnym atutem wszystkich jej płyt są znakomite teksty: teksty poważne lub zabawne, czasami melancholijne czy wręcz smutne (jak „Blue Shoes” z drugiego albumu „Piece by piece”), czasami zabawne (jak kapitalne „My Aphrodisiac Is You” z „Call Off the Search”) – ale zawsze autentyczne.

Coraz mniej – kiedyś już o tym pisałem – jest dziś artystów, którzy myślą o tym, co śpiewają. Dominujące zjawisko we współczesnej muzyce popularnej to niestety ludzie jakże trafnie zwani „wykonawcami”. Oni nie tworzą, nie mówią, oni tylko wykonują cudze piosenki. Tak, czasami wykonują je bardzo efektownie i z ogromnym profesjonalizmem (mógłbym tu wymienić wiele największych gwiazd światowego show-businessu…) – ale to tylko wykonanie. To jest nijakie. Nudne po prostu. Tu jest zupełnie inaczej.

„Secret Symphony” różni się od poprzednich albumów Katie tym, że tym razem piosenkarka śpiewa głównie „cudze” teksty. Tyle, że te „cudze” natychmiast stają się jej własnymi – bo śpiewa je tak szczerze i świadomie, że każde słowo nabiera sensu i w każde można uwierzyć. Miłosne wyznania z piosenki „Secret Symphony”, afirmacja życia i nadziei w „Gold In Them Hills” i „Better Than A Dream”, nieco surrealistyczny tekst „Moonshine”, nostalgiczne „The Bit Tthat I Don’t Get” czy „All Over The World”, czy wreszcie ironiczne „Nobody Knows You”… Katie Melua śpiewa to wszystko tak, że słucham jej głosu – i wierzę w to, co chce mi powiedzieć.

„Secret Symphony” to album znacznie delikatniejszy i bardziej subtelny niż „The House”. To przede wszystkim zasługa muzyki: Katie wróciła na tej płycie do współpracy z Mikiem Battem, który był producentem jej trzech pierwszych studyjnych albumów. Batt jest autorem muzyki do części utworów i producentem całej płyty.

Ale tym, co sprawia że „Sceret Symphony” brzmi inaczej niż wcześniejsze nagrania Katie jest aranżacja: zespół z którym piosenkarka nagrywała wcześniej jest mocno okrojony (choć na perkusji nadal gra kapitalny Henry Spinetti, a na gitarze – niesamowity muzyk o polsko brzmiącym nazwisku – Luke Potashnick). Ale całe „nowoczesne”, jazzowo-bluesowe instrumentarium brzmi tylko – że tak to ujmę – na pierwszym poziomie. Głębię, klimat, nastrój – a także niesamowite, miękkie „smaczki” płynące gdzieś pod i nad linią melodyczną – tworzy tu orkiestra symfoniczna. I to jest strzał w dziesiątkę! Ostatnio co prawda wielu artystów „popowych” sięga po klasyczne instrumentarium – niestety duża część tych eksperymentów jest nie do końca udana. Delikatnie mówiąc. Bo to żadna sztuka do dowolnego utworu (najczęściej popowego, ale zdarza się to i z ostrzejszym rockiem) „dograć” partie skrzypiec, fletów czy jakiś klarnet. Niby pasuje (musi, amatorzy tego nie piszą…) – ale jak się głębiej wsłuchać, to czuje się że ta „klasyka” jest trochę dolepiona na siłę, „żeby było bardziej ambitnie”. Nieźle udało się to Stingowi (album „Symphonicities”) – ale on po prostu wziął swoje „stare przeboje” i nieco je przearanżował.

„Secret Symphony” to zupełnie inna bajka: to album który od początku tworzony był z myślą o takiej aranżacji. Nowe piosenki zostały napisane „na orkiestrę”, stare – kompletnie przearanżowane tak, że powstała zupełnie nowa jakość. Brzmienie orkiestry na tej płycie jest absolutnie naturalne, doskonale wkomponowane w kompozycje, świetnie zgrane ze specyficznym, plastycznym głosem wokalistki. Smyczki w „Gold In Them Hills” – choć są „w tle” – brzmią tak, jakby to one stanowiły bazę tej piosenki, a cała reszta (gitara, skądinąd znakomita…) została do ich dopisana. Płynny, wiolonczelowy podkład w „Better Than A Dream”… Kapitalne – choć bardzo subtelne – „drewno” w niesamowitym „Moonshine” (swoją drogą: zaśpiewane to jest tak, że sam Clapton by się nie powstydził!). A już bluesowy standard „Nobody Knows You” z orkiestrową sekcją dętą!… Palce lizać po prostu (nota bene: jak sobie człowiek uświadomi, że to jest „kawałek” napisany bodaj na początku lat dwudziestych XX w., to aż się dziwnie robi…). No i tytułowa, a zarazem finałowa piosenka „Secret Symphony” – spokojna, delikatna, niezwykle romantyczna – w której cała orkiestra ma swoje pięć minut (a dokładnie trzy minuty i 52 sekundy).

Nie kupuję argumentów krytyków, którzy – takie można odnieść wrażenie – chcieliby, żeby Katie Melua całe życie śpiewała kolejne wersje swojego pierwszego albumu „Call Off the Search”. Dla mnie ta płyta to czysta przyjemność – piękna muzyka, świetne aranżacje, fantastyczny głos, a „na dokładkę” mądre teksty, nad którymi warto się zatrzymać.

Zdecydowanie – Puchatek Poleca. 

Mruczanka Postkomunijna i Nie Tylko

Pierwsza komunia się odbyła. Sama uroczystość przebiegła bez większych zgrzytów – może nie licząc księdza proboszcza, który zaczął kazanie od tego, że będzie mówił krótko, po czym mówił długo. Niestety. (Bo z kazaniami naszego proboszcza to jest trochę jak w starym żydowskim dowcipie:

– Wiesz Icek, ten gość co przemawiał wczoraj na zebraniu mówił godzinę bez przerwy…

– A o czym mówił?

– A tego, widzisz, akurat nie powiedział…)

A potem jeden z pierwszokomunistów, składając uroczyste podziękowania, w nerwach i tremie palnął na cały kościół, prosto w mikrofon:

– Kochany książę proboszczu!…

Wszyscy parsknęli śmiechem. Książę Proboszcz też.

***

Goście przyszli, pojedli, pogadali i poszli. Było naprawdę miło, rodzinnie, a po południu także koleżeńsko. Piłka dostała jakieś tam prezenty – ale niewielkie, bo Puchatki twardo wszystkim mówiły, że NIE O TO CHODZI i drogich prezentów sobie nie życzą. Wyjątkiem był prezent od dziadka: obiecany i dawno przez Piłkę wymarzony aparat fotograficzny – ale było zaznaczone, że jest to jednocześnie prezent na imieniny, które Piłka też ma „na dniach”. Aparat małpka, maleńki, ale – jak to dzisiejsze małpki – ma sto tysięcy funkcji i bajerów. Piłka jest szczęśliwa jak ciele w grochu.

***

A pies marki malamut miał wczoraj operację. Prawdziwą. W narkozie. Resekcja dwóch sutków (nowotwór) i sterylizacja (bo bez niej nowotwór powiedziałby prawdopodobnie „zaraz wracam”). Wczoraj był bardzo biedna, dziś już chodzi i je, humor jej powoli wraca.

Pies ma lat dziesięć – więc jak na spore bydlę niemało – ale poza wykrytym właśnie guzem jest zdrów jak byk. Więc chyba będzie dobrze.

Puchatek tylko przez grzeczność nie powie, ile go ta operacja kosztowała… 

Profesjonalnie, Czyli Zawodowo

Zmieniłem system pracy. Na dłużej? Nie wiem, zobaczymy.

Dotąd było tak:

– jedno Duże Wydawnictwo, które regularnie dawało mi kolejne książki do tłumaczenia, czasami do redakcji;

– jedno Bardzo Małe Wydawnictwo, które wrzucało mi coś circa raz na rok;

– i jeden Duży Portal, który regularnie (zwykle – raz dziennie) podrzucał mi do tłumaczenia teksty prasowe z anglojęzycznych gazet do swojego przeglądu prasy zagranicznej.

Duże Wydawnictwo było głównym źródłem dochodu – minus był taki, że znakomita większość tego co dla nich robiłem to były jakieś niezwykle ambitne pozycje typu książek kucharskich czy amerykańskich „cudownych poradników” typu „Jak wyczyścić wszystko za pomocą gwizdka i cążków do paznokci”. Czyli nudno, mało ambitnie, ale w miarę przyzwoicie płacili.

Małe Wydawnictwo – odwrotnie. Płacili kiepsko, ale za to robiłem dla nich rzeczy ciekawe (takie jak Tybet czy Chiny, z którymi O Mało Co nie zdobyłem Nagrody Kapuścińskiego). Raz na rok mogłem sobie pozwolić na miesiąc gorzej płatnej pracy, w zamian mając okazję robić rzeczy inteligentne, ambitne i mające jakiś sens.

Portal – płacił dobrze, roboty przy tym było niewiele (jeden artykuł dziennie), a zawsze jakieś dodatkowe pieniądze z tego były. No i – co też nie bez znaczenia – jak przez dwa miesiące tłumaczyłem jakąś kolejną książkę kucharską czy poradnik uprawiania grządek, to przynajmniej miałem jakąś „odskocznię intelektualną” w postaci tekstów z analizami politycznymi, recenzjami nowych filmów czy płyt, tematami społecznymi…

Wszystko to dobrze funkcjonowało przez ładne pięć lat. Ale ostatnio trochę zaczęło się sypać…

Najpierw Małe Wydawnictwo – w związku z kryzysem i wyjątkowo trudnym rynkiem książki w Polsce – chwilowo zawiesiło działalność (wydawanie książek zawsze było dla tych ludzi raczej hobby niż sposobem na zarabianie – ale kiedy wydawane książki przestały się nawet zwracać, postanowili przystopować).

Potem Duże Wydawnictwo zaczęło się psuć. Psucie polegało bardzo długo przede wszystkim na tym, że ciągle wydłużał się okres płatności. Dziesięć lat temu, kiedy zaczynałem z nimi współpracować, pieniądze były na koncie najdalej w dwa tygodnie po podpisaniu rachunku. Później ten czas się stopniowo wydłużał – w ubiegłym roku był to już miesiąc, a ostatnio nawet więcej (tak, wiem że to i tak niewiele, że są firmy którym zapłacenie zajmuje znacznie więcej czasu – tyle, że jakoś nigdy nie pocieszało mnie to, że komuś jest gorzej…). Ostatnio jednak psucie się przybrało niestety gorszy wymiar: od głównej Pani Redaktor usłyszałem, że w związku z kryzysem etc. wydawnictwo będzie negocjować stawki z tłumaczami.

Jako tłumacz pozwolę sobie przetłumaczyć Wam to idiomatyczne wyrażenie z języka korporacyjnego na polski: „negocjować stawki” znaczy tyle, co „płacić mniej”. Negocjacje polegają na tym, że zleceniodawca mówi ci: „Dotąd płaciliśmy panu X złotych za stronę tekstu, teraz będziemy płacili X – n za stronę. Czy zgodzi się pan na takie warunki?”

I oczywiście, jak to w przypadku negocjacji, możesz odpowiedzieć przecząco. A zleceniodawca może wtedy powiedzieć ci „adieu”.

(BTW – w rozmowie z redaktorkami dla których zwykle tłumaczyłem usłyszałem, że ich zdaniem to idiotyzm: jeśli zapłaci się mniej za tłumaczenie, to albo trzeba zatrudnić gorszego tłumacza, albo pogodzić się z faktem, że dobry tłumacz będzie się mniej starał, bo będzie musiał „przerobić” większą ilość tekstu w tym samym czasie, żeby „wyjść na swoje”, czytaj: przeżyć i utrzymać rodzinę. Obie możliwości oznaczają, że z gotowym tłumaczeniem znacznie więcej pracy ma redakcja – a więc redaktor spędza nad pojedynczą książką więcej czasu. Co z kolei oznacza, że albo wydaje się mniej książek, albo trzeba zatrudnić więcej redaktorów. Czyli oszczędności na tłumaczu i tak wymuszają wydanie większej ilości pieniędzy gdzie indziej – albo pogodzenie się z mniejszymi obrotami…).

Wszystkie te zmiany nałożyły się na fakt coraz bardziej dynamicznego rozwoju stron i portali internetowych – a każdy szanujący się portal musi mieć sensowny przegląd prasy zagranicznej. A co z tego wynika?

A z tego wynika, że redaktorzy z Dużego Portalu już od dwóch lat molestowali mnie, żebym brał od nich więcej tekstów do tłumaczenia – bo wolą wykorzystać tłumacza sprawdzonego, dobrego i dokładnego („Obywatele, chwalcie się sami…”), niż znajdywać trzech nowych.

Dotąd twardo odmawiałem, traktując pracę dla Dużego Portalu jako dodatek do pracy właściwej. Ale teraz?…

Generalnie pożegnałem się z Dużym Wydawnictwem (absolutnie pokojowo i z perspektywą potencjalnej dalszej współpracy w przyszłości, ale jednak). Kroplą która przelała czarę była informacja O ILE wydawnictwo zamierza zmniejszyć stawkę bazową. Powiedzmy tak: już od dawna ich stawki trudno było nazwać konkurencyjnymi, a te które zaproponowali teraz są niższe o 20 procent. I jeszcze wprost powiedzieli, że okres płatności wydłuży się do „około 60 dni”. No to bez przesady…

Duży Portal płaci więcej (SPORO więcej). Duży Portal płaci szybko – pieniądze za teksty z danego miesiąca dostaję najdalej do połowy kolejnego. Duży Portal od ręki jest mi w stanie dać trzy razy tyle pracy, ile robiłem dla nich dotąd.

No to, do licha, nad czym tu myśleć?…

Dotąd miałem jeszcze obiekcje natury – nazwijmy to – prestiżowej: bądź co bądź „tłumacz książek” brzmi dużo lepiej, niż „tłumacz tekstów prasowych”… Ale bądźmy szczerzy: ostatnia KSIĄŻKA jaką tłumaczyłem to były te Chiny. Robiłem to cztery lata temu – w 2008 r (tyle, że w druku ukazało się dopiero w styczniu 2010, a Nagroda Kapuścińskiego za 2010 r przyznawana była dopiero w 2011, rzecz prosta). CZTERY LATA. „Książki” które tłumaczyłem od tego czasu to były – jakem napisał – książki kucharskie, poradniki… Nie oszukujmy się – dużo ciekawsze i ambitniejsze jest już tłumaczenie tekstów prasowych.

No i jeszcze jedna zaleta tego układu: nawet jak trafi mi się wyjątkowo nudny, głupi czy źle napisany artykuł, to to jest JEDEN tekst. Dwie godziny, góra trzy – i po sprawie. Następny może być dużo ciekawszy. A niektóre ambitne poradniki o uprawie grządek tłumaczyłem (płacząc rzewnymi łzami…) przez dwa czy trzy miesiące… OK., jak takie dzieło zdarzy się raz – można przeżyć, ale jak się takie rzeczy robi przez cztery lata, to ma się ochotę wyć.

No i tak to wygląda. Na razie – jest dobrze, wygląda na to, że pracując tyle co dotąd, zarobię o jedną trzecią więcej. A może za dwa, trzy lata kryzys się skończy i ktoś jednak będzie chciał wydawać coś ambitniejszego?… W moim przekładzie, znaczy się?…

We’ll see. 

Mruczanka Przed-Pierwszokomunijna

Tak, to już w niedzielę – Pierwsza Komunia Piłki.

Sama Przed-Pierwszokomunistka podchodzi do tego na spokojnie. A jej rodzice?…

Rodzice są zmęczeni. Zmęczeni ogólną atmosferą, rozłożeniem akcentów, różnymi drobiazgami które – nawet jeśli nie należą do najwyższej kategorii ważności – po prostu irytują. Nie chce mi się pisać o co konkretnie chodzi – szkoda czasu. Ale mogę Wam powiedzieć, na czym polega problem w szerszej perspektywie.

No bo tak: w zasadzie nie jest źle. Ksiądz proboszcz jest jaki jest (to temat na oddzielną notkę… Może kiedyś…) – nie jest to może nasz ideał kapłana, ale „da się wytrzymać”, a poza tym w przygotowania pierwszokomunijne w zasadzie się nie wtrąca.

Ksiądz wikary – człowiek dość młody, sympatyczny, a przy tym „wierzący”: jak mówi kazanie czy rozmawia z dzieciakami, to widać że to co mówi nie jest dla niego czystą teorią, że naprawdę tym żyje, że jest w tym swoim głoszeniu bardzo uczciwy.

Siostra, która przygotowuje dzieciaki też nie jest zła. Co prawda ta która to robiła w ubiegłym roku była zdecydowanie lepsza, ale i tej trudno coś zarzucić. Jest miła, ciepła, potrafi z dziećmi rozmawiać, a przy tym naprawdę ma „poukładane w głowie”, herezji nie głosi i w ogóle – poza drobiazgami – trudno się do czegoś przyczepić.

O co nam w takim razie chodzi?…

Rozmawialiśmy z M. – nie tylko o zbliżającej się komunii, ale w ogóle o naszej parafii – i doszliśmy do wniosku, że wiemy na czym polega nasz problem: my po prostu mamy zawyżone standardy.

Od wielu, wielu lat żyjemy oboje (najpierw oddzielnie, a od jakiegoś czasu wspólnie 😉 w środowisku, w którym pewne sprawy są po prostu oczywiste. Od wielu lat obracamy się wśród ludzi, dla których wiara jest sprawą istotną – i którzy tę wiarę traktują serio. A „serio” – to dla nas znaczy także „rozumnie”, nigdy bezmyślnie. Przyzwyczailiśmy się do tego, że myślimy. Że słuchamy. Że widzimy. Że znak ma znaczyć, a nie tylko „być”. Że każde słowo ma swoje znaczenie. Że wiara (a więc także sakramenty) to przede wszystkim relacja. Czy też, inaczej mówiąc, spotkanie.

Przyzwyczailiśmy się do współpracy z kapłanami reprezentującymi pewien poziom – nawet jeśli nie intelektualny (ludzie są różni), to przynajmniej duchowy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że od kapłanów (podobnie zresztą, jak od siebie samych…) trzeba wymagać. Że poprzestawanie na poziomie „średnim” prowadzi donikąd. Że podążanie po linii najmniejszego oporu jest bez sensu. Że „if something is worth doing – it’s worth doing well”.

„Magis” mówił Ignacy Loyola. „Wypłyń na głębię” – wołał słowami Chrystusa Jan Paweł II.

I może dlatego tak trudno nam znieść sytuację w której na pierwszy rzut oka nic złego się nie dzieje, ale w której wszystko (z założenia, intencjonalnie) jest tak absolutnie przeciętne.

Irytuje nas, że dzieci dziewięcioletnie traktuje się jak przedszkolaki. Że wszystkie „wierszyki” i „podziękowania” napisane są takim językiem, jakby ktoś chciał stworzyć karykaturę. Że myli się „poziom dziecka” z infantylizmem.

Irytuje nas, że w czasie przygotowań do komunii więcej (znacznie więcej…) czasu poświęca się na ustawienie dzieci w równych rządkach i nauczenie jak mają łapki składać – niż na wprowadzenie ich ciut głębiej (choć na ich poziomie intelektualnym, oczywiście) w to, czym właściwie jest Eucharystia.

Płaskie to wszystko. Nijakie. Sztampowe. Schemat goni schemat. Widać to szczególnie w języku, jakim się o tym wszystkim mówi – i jakim każe się mówić tym dzieciom.

Nasza Piłka i tak ma ulgowo – bo w domu usłyszy co i jak… I coś tam przyswoi… 

Mruczanka Majowa

Zwiedzaliśmy poniemiecki bunkier kolejowy (380 metrów, beton, tory, mokro i ZIMNO jak jasny szlag). Obejrzeliśmy romański kościółek z XI w., podobno jeden z najstarszych w Polsce. Widzieliśmy żubry. Pucek poznał strażaków (prawdziwych!), którzy pozwolili mu założyć strażacki kask, strażacką kamizelkę (sięgała do kostek…), potrzymać strażackiego węża i usiąść za kierownicą strażackiego samochodu. Jeśli Wam napiszę, że ukochaną kreskówką Pucka jest „Strażak Sam”, to chyba zrozumiecie, co to dla niego znaczyło. Przez pół godziny Pucek stanowił jedno, wielkie, czteroletnie szczęście. Dwadzieścia kilo żywego zachwytu.

A następnego dnia popłynęliśmy kajakami po Pilicy. Przez nieco ponad cztery godziny pokonaliśmy dobre dwadzieścia kilometrów (ze Spały do mostu w Mysiakowcu). Słońce, cisza, śpiew ptaków. Zwłaszcza na pierwszym odcinku ze Spały do Inowłodza trasa jest naprawdę piękna. Rzeka meandruje, brzegi są porośnięte lasem, po wodzie pływają kaczki i perkozy, zrywają się do lotu łabędzie, a ptaki śpiewają tak, że aż się niesie. I żadnych ludzi, przez prawie półtorej godziny żywego ducha, żadnych odgłosów poza naturalnymi. Cisza jak w środku wielkiej puszczy…

Potwory były przeszczęśliwe, a Pucek zwłaszcza – mimo że w normalnych warunkach posadzenie go w jednym miejscu na cztery godziny (z krótką przerwą na plaży w Inowłodzu) mogłoby się skończyć czymś na kształt niewielkiej wojny atomowej.

*** 

Marzy mi się majówka w Bieszczadach, jak za dawnych czasów. W małej grupce przyjaciół – albo po prostu tylko we dwoje. Marzy mi się żeby tak jak dawniej pójść z Wetliny przez Przełęcz Karłowicza na Połoninę Wetlińską, a z niej na Caryńską. I żeby wracając w środku nocy leżeć sobie na szosie w Brzegach Górnych i gapić się w gwiazdy.

Ale pewnie jeszcze parę lat musi minąć, zanim to znowu będzie możliwe.

*** 

Maj to jednak magiczny miesiąc. Koniec zimy – definitywnie. Początek lata.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=0nEYaoj4JMC&login=rynna&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Z Opadniętymi Rękami

Ratunku…

Wybrano wczoraj „oficjalny przebój reprezentacji Polski na Euro 2012”. Szczegóły, tekst i melodią znajdziecie TUTAJ – wybaczcie, ale nie mam siły tego cytować.

Melodia jak melodia – ot, takie sobie skoczne hopla-hopla, coś między najprymitywniejszym disco-polo a zabawą w remizie. Czyli gniot, nie da się ukryć – ale skoczny, dynamiczny i łatwo wpadający w każde ucho, a więc spełniający wszystkie wymagania „piosenki stadionowej”. OK., nie mój cyrk, nie moje małpy, jak mawiali klasycy – ani mnie na stadiony nie ciągnie, ani na dyskotekę: chcą, niech śpiewają.

Ale ten tekst?…

Dobrze, ja naprawdę rozumiem że piosenka do śpiewania na stadionie w czasie meczu nie musi być wybitnym dziełem poetyckim; że nie musi mieć głębi, drugiego dna ani przesłania głębszego niż „strzelcie gola, patałachy”. Ale, do licha ciężkiego TO COŚ to jest jakaś kompletna kpina! Na poziomie językowym nawet przeboje disco-polo stały wyżej. „Koko koko euro spoko, piłka leci hen, wysoko”. Powiedzcie mi, że to sen. Tego typu wierszyki układa mój starszy syn z kolegami z klasy. Konkretnie z TRZECIEJ klasy. Podstawówki.

I to ma być oficjalna piosenka?…

Przyznam, że jak to zobaczyłem, miałem dwie myśli – dokładnie w tej kolejności. Pierwsza – że znakomita większość ludzi z zagranicy którzy przyjeżdżają na Euro 2012 nie zna polskiego, więc nie będzie sobie zdawać sprawy, jak bardzo się ośmieszamy.

A drugą – wybaczcie – najkrócej chyba można by ująć w zdaniu: „Jaka reprezentacja, taka piosenka”.

Czuję się głęboko zażenowany.

O samym zjawisku pt. „Euro 2012” też coś napiszę, ale nie teraz. Poczekam, aż mi trochę absmak przejdzie.

 

Bardzo Serio

Muszę kilka słów na ten temat napisać – bardziej dla siebie w gruncie rzeczy, niż dla kogoś kto to będzie czytał: żeby trochę poukładać własne emocje, zgodnie z zasadą „co zwerbalizowane, to uświadomione”.

Czytam gazety, słucham jakichś wiadomości w radiu (to drugie głównie w czasie jazdy samochodem) – nie sposób w ostatnich dniach uniknąć informacji o wydarzeniach związanych z trwającym właśnie procesem Andersa Breivika, mordercy z Norwegii. Słucham,czytam – i łapię się na tym, że to jedne z nielicznych ostatnio informacji, które budzą we mnie aż tyle emocji.

Breivik podnoszący rękę w faszystowskim pozdrowieniu, wygłaszający przed sądem swoje tyrady, narcystycznie wzruszający się własnym filmikiem propagandowym. Breivik „żądający” kary śmierci lub uniewinnienia, bo „tylko to byłby oznaką szacunku”.

„Dlaczego morderca traktowany jest jak człowiek, dlaczego ma uczciwy proces, dlaczego nie potraktuje się go tak samo, jak on potraktował swoje ofiary?” – tego typu pytania (oczywiście w znacznie mniej poukładanej i kulturalnej formie…) padają codziennie na setkach forów internetowych, na listach dyskusyjnych, w telewizyjnych talk-show. Oczywiście, to pytania wynikające z emocji, z wściekłości, z bezsilności w gruncie rzeczy – ale odpowiedź na nie jest stosunkowo prosta (co nie znaczy, że łatwa do przyjęcia): „Dlatego, że tym właśnie się od niego różnimy”.

A jednak jest w tym wszystkim coś, czego mi brakuje.

Brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział temu człowiekowi prosto w oczy kim jest i dlaczego naprawdę zrobił to, co zrobił. Bo na razie – niezależnie od wymiaru kary etc. – Breivik naprawdę wierzy w te dyrdymały, które głosi.

W studiach telewizyjnych i radiowych, na łamach poważnej prasy i amatorskich blogów – podobnie zresztą jak w autobusach i kolejkach po bułki – trwa dyskusja „dlaczego”. Analizuje się „manifest” mordercy, jego deklaracje, jego wytłumaczenia.

A ja mam ochotę krzyknąć: BZDURA! Nic nie rozumiecie. W ten sposób tylko realizujecie jego scenariusz.

Bo prawdziwy powód tego co zrobił Breivik jest inny. I nie ma nic wspólnego z taką czy inną ideologią, naprawdę.

Powód jest prosty. Jest zresztą zawsze taki sam – czy chodzi o Breivika, czy o tego łotra który bohatersko strzelał do małych dziewczynek w Tuluzie, czy kogokolwiek.

Breivik zrobił to co zrobił tylko i wyłącznie z tego powodu, że jest nikim. Jest małym, nic nie wartym, tchórzliwym człowieczkiem – małą gnidą, która po prostu nie potrafi zaistnieć inaczej, jak tylko zabijając i niszcząc. I to jest jedyna odpowiedź na pytanie „dlaczego”. I taką właśnie odpowiedź powinien Anders Breivik usłyszeć. Ktoś powinien mu to prosto w oczy powiedzieć. Ktoś powinien przed nim stanąć – tam, na tej sali sądowej – powiedzieć mu w twarz:

Panie Breivik, jesteś pan nikim. Jesteś pan megalomanem, narcyzem, a w dodatku – wbrew wysokiemu o sobie mniemaniu – parszywym tchórzem. Tak, panie Breivik, tchórzem.

Bo przecież to nie przypadek, że na swoje ofiary wybrałeś pan te dzieciaki na Utoyi. Najsłabsze możliwe ofiary. Bezbronne. Nie zaatakowałeś pan posterunku policji czy bazy wojskowej. Nie pojechałeś pan walczyć do Afganistanu czy Iraku. Pojechałeś pan na Utoyę i strzelałeś do bezbronnych dzieci. A jak tylko pojawiła się uzbrojona policja, to wbrew dzisiejszym deklaracjom o gotowości na śmierć – natychmiast grzecznie się pan poddałeś.

I właśnie dlatego, panie Breivik, niczym się pan nie różnisz od innych bandytów strzelających do bezbronnych ludzi. Od tego sukinsyna z Tuluzy, od tych Talibów którzy strzelają do wychodzących ze szkoły dziewczynek bo uważają że dziewczynki nie powinny się uczyć, od bandytów którzy strzelali do dzieciaków w szkole w Biesłanie…

Można wierzyć w różne rzeczy. Można wyznawać różne idee. Ale jeśli w imię tych idei morduje się z zimną krwią niewinnych i bezbronnych ludzi – te idee tracą jakiekolwiek znaczenie. Człowiek strzelający do uciekających dzieci jest nikim, panie Breivik. Niezależnie od tego, czy robi to w imię idei prawicowych czy lewicowych, religijnych czy antyreligijnych.

Uczciwy proces – tak. Rezygnacja z kary śmierci – tak, mimo wszystko. Tym się, powtarzam, do Breivika różnimy. Ale szkoda, że nikt nie powie Breivikowi w oczy prawdy o nim samym. Prawdy, które może (może…) zachwiałaby jego narcyzmem i samozachwytem, jego nadętą megalomanią. Że nikt nie powie mu: jesteś pan nikim, jesteś tchórzem. Może TO właśnie byłaby dla niego najmocniejsza kara.

***

Choćby ludzie walczyli o najszlachetniejszą sprawę, o najbardziej słuszne racje, choćby „na wejściu” mieli rację – jeśli zaczną dochodzić swoich praw wysadzając w powietrze niewinnych ludzi czy strzelając do dzieci, przegrywają. Przegrywają podwójnie – raz, bo ludzie odwracają się od nich i ich (choćby najsłuszniejszej) sprawy, przejęci wstrętem, oburzeniem, obrzydzeniem. I drugi raz, bo walcząc ze złem (czy z tym, co uważają za zło) sami stają się źli, sami stają się zatem tym, z czym walczą. Oto prawdziwa klęska…

Mruczanka Zdziwiona (Mimo Wszystko)

Pietruszka ma nową pasję – Rummikub. Dostał grę na dziesiąte urodziny – a że to cyferki i kombinacje z nimi związane, to go oczywiście wciągnęło. Gra ze mną, gra z M., nawet z młodsza siostrą (choć niechętnie, bo „…ten bachor nic nie rozumie i wszystko mu trzeba tłumaczyć”). 

Ale rodzinne rozgrywki możliwe są stosunkowo rzadko (czas, praca, wiadomo…). Pietruszka zakręcił się zatem i znalazł w Internecie miejsce, gdzie gra się w Rummikub on-line. Zasady są proste: wchodzisz do „pokoju” i jeśli akurat jest „wolna” osoba która czeka na grę, to system was zestawia i jest partyjka jeden na jeden.

Grają tam ludzie z całego świata (gra nie wymaga komunikacji werbalnej…), w różnym wieku – niemniej jednak znakomita większość jest od Pietruszki sporo starsza.

Gra tak od dwóch tygodni – ale dopiero kilka dni temu rzuciłem okiem na statystyki (na stronie musisz się zalogować, masz indywidualny nick, więc wiadomo co i jak). I co?

Pietruszka wygrywa średnio osiem partii na dziesięć. A że większość graczy w sygnaturkach podaje swój wiek i / lub wrzuca zdjęcia (on tego nie zrobił na szczęście), więc mam porównanie.

I widzę (z niejaką dumą, acz i zadziwieniem) jak mój dziesięcioletni syn łoi skórę różnym Francuzom, Amerykanom, Rosjanom i Niemcom mającym po 17, 18 czy 25 lat. Gdyby rejestrując się podał wiek, pewnie większość z tych ludzi nie chciałaby z nim grać (…z takim dzieciakiem?). Ale nie podał, więc zgadzają się na partyjkę – i dostają w tyłek.

Właśnie chwilę temu (siedzi w domu, bo jest mocno przeziębiony) spuścił łomot  jakiejś osiemnastoletniej Francuzce. Wystarczył mu kwadrans.

Tiaaaa…. 

No i jak to jest…?

Znajomi mają trójkę dzieci. Dwoje własnych (w sensie – biologicznych) i jedno (środkowe) adoptowane. Bo tak.

Zawsze chcieli mieć więcej. Myśleli nawet o jeszcze jednej adopcji – ale na razie nie były to plany sprecyzowane. Trochę na zasadzie „w przyszłości”.

Miesiąc temu, jak grom z jasnego nieba, telefon. Pani z opieki społecznej z miasta X. Dzwoni, jak oznajmiła, w zasadzie prywatnie.

„Bo państwo jesteście rodzicami adopcyjnymi takiej dziewczynki… No więc właśnie u nas do domu małego dziecka trafiła inna mała dziewczynka, biologiczna siostra tamtej. I także jest przeznaczona do adopcji. Więc pomyślałam, że gdybyście państwo chcieli, to pewnie z uwagi na to że adoptowaliście jej siostrę mielibyście pierwszeństwo… Gdybyście państwo mogli podjąć decyzję w ciągu tygodnia czy dwóch…”

Znajomi nie potrzebowali dwóch tygodni. Wystarczył jeden wieczór, jedna długa rozmowa – i decyzja zapadła. Tak, jeśli to będzie możliwe, adoptują tego malucha.

Zgłosili się. Wypełnili papiery, dostarczyli pięć miliardów zaświadczeń i pierydliard Bardzo Ważnych Papierków. Sprawa miała być formalnością. Dwa tygodnie, mówili urzędnicy. Znajomi „na gwałt” wymienili samochód na większy. Kupili wózek, jakieś ciuszki na początek.

Od tego czasu minęło już półtora miesiąca. Najpierw nie było jakiegoś papierka z sądu. Potem był, ale nie tam gdzie trzeba. Potem potrzebna była jakaś tam decyzja. Potem ktoś się odwołał. Potem okazało się, że owszem, sąd rodzinny zadecydował o skierowaniu dziecka do adopcji, ale nie wyznaczył opiekuna prawnego (czy jak to się tam nazywa). I że dziecko jest w X., a adopcja przez naszych znajomych (mieszkających pod Warszawą) wymaga najpierw ustanowienia tymże opiekunem (czy jak tam…) odpowiedniej instytucji w Warszawie.

Posiedzenia sadu odbywają się raz na… Nie wiem dokładnie. Każdy papierek i każda decyzja musi „nabrać mocy urzędowej”, uprawomocnić się, czyli odleżeć. Minęło półtora miesiąca i nic nie wskazuje na to, żeby to był koniec tej zabawy. Urzędnicy i sąd przerzucają się papierkami – czyli, mówiąc wprost, uprawiają czystą, nie skażoną cieniem sensu biurokrację. Bo przecież decyzja zapadła – dziecko ma być adoptowane. Teraz tylko trzeba podjąć decyzję kto je adoptuje i umożliwić to od strony prawnej. I nikt mi nie wmówi, że nie dałoby się tego zrobić w tydzień, najwyżej w dwa.

Półtora miesiąca. A mała dziewczynka leży w domu dziecka. Ma już ponad siedem miesięcy. Te miesiące to czas kluczowy dla jej życia, da rozwoju emocjonalnego, dla zdrowia. Powinna być w domu. Powinna mieć rodziców. Powinna być kochana i być „czyjaś”.

Jasne, można powiedzieć że siedem miesięcy to ciągle jeszcze małe dziecko. Że szybko się przyzwyczai, że zapomni…

Nie tak szybko. Jej starsza siostra trafiła do naszych znajomych kiedy miała trzy miesiące. Co może kojarzyć i rozumieć dziecko trzymiesięczne? Wydawałoby się, że niewiele, prawda?

A widzieliście kiedyś trzymiesięczne dziecko – zdrowe, nie upośledzone etc. – które nie pozwala się przytulić? Nie i już. Przez pierwszy miesiąc nie można jej było wziąć na ręce – nie wiedziała, o co chodzi. Potem już można ją było podnieść, ale przy próbie przytulenia (takiego zwyczajnego, jak matka przytula małe dziecko…) dziewczynka sztywniała i wyciągała przed siebie wyprostowane rączki broniąc się przed takim kontaktem. Minęło ponad pół roku, zanim to się zmieniło.

A kwestie zdrowotne, psychologiczne, jakieś ewentualne deficyty, z którymi trzeba zacząć pracować JAK NAJSZYBCIEJ (a przecież, nie oszukujmy się, w Domu Małego Dziecka nikt się tym nie zajmie)?

Jest dziecko, które ma być adoptowane. Są ludzie, którzy chcą je adoptować. Mają warunki (tak materialne jak psychologiczne), są „sprawdzeni” (przecież jedno dziecko już adoptowali), mają wszystko co trzeba żeby tym dzieckiem zając się choćby dziś.

I czekają. A dziecko leży w domu dziecka.

A papierki krążą. Bo sąd pracuje w godzinach. Bo urzędnikom wygodniej jest w innych godzinach. Bo każda instytucja „po drodze” musi pokazać, że jest ważna i potrzebna. Bo w końcu komu zrobi różnicę kolejny miesiąc, prawda?

„Niech ona wreszcie trafi do domu!” – mówi niemal ze łzami w czach nasza znajoma. „Do naszego albo do innego, ale gdzieś gdzie będzie u siebie. Każdy kolejny miesiąc, każdy tydzień to dla niej strata. Po co?…”

Bo tak.

…mać.