Jesień

 

Nie cierpię jesieni, już kiedyś o tym pisałem. Za zimą też nie przepadam, ale kiedy przyjdzie prawdziwa zima, to przynajmniej wiadomo, o co chodzi. A jesień – to takie trochę nie wiadomo co. Ni pies, ni wydra. Raz taki dzień jak dziś, z pięknym słońcem, złotymi i czerwonymi liśćmi i całą tą jesienną kolorowanką dla przedszkolaków, która choć trochę wynagradza fakt bezsensownej operacji zmiany czasu, przez którą niedługo już koło trzeciej będzie się robić ciemno…

A potem znowu plucha, mżawka, mokro, paskudnie. Jakby mało było innych problemów (…i innych powodów do smęcenia…).

A za ścianą trzy Potwory bawią się ze sobą zgodnie. Słyszę śmiechy, dowcipy i wygłupy. Może chorzy są?…

Nobel, Nobel!

A zatem literackiego Nobla dostała w tym roku Swietłana Aleksijewicz.

Mieszane uczucia (i nie, zapewniam, wcale nie dlatego, że w 2011 r. jej książka zgarnęła Nagrodę Kapuścińskiego, a nie „Lekcje Chińskiego” Pomfreta…).

Z jednej strony – jej książki to kapitalne reportaże (choć nie wszystkie – bp np. „Ostatni świadkowie” są moim zdaniem średni; ale „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to niesamowita książka).

Z drugiej – mam wrażenie, że coraz częściej literacki Nobel jest raczej nagrodą za kierunek, za „istotność” poruszanych tematów, niż za literaturę. Bo na poziomie czysto literackim to, co pisze Aleksijewicz, moim zdaniem nie jest wybitne. Żeby nie było nieporozumień: nie twierdzę, że to jest literacko złe, nie twierdzę nawet, że jest przeciętne. Ale wybitne – nie.

Tak, wiem, zgodnie z życzeniem Alferda Nobla nagroda miała trafić „…w ręce osoby, która stworzy najbardziej wyróżniające się dzieło w kierunku idealistycznym.” Niemniej to, co pisze Aleksijewa, na poziomie czysto literackim trudno porównywać (że wymienię tylko kilku noblistów z ostatnich lat…) z Haroldem Pinterem, Orhanem Pamukiem, Doris Lessing czy Mario Vargasem Llosą. Nawet Modiano czy Le Clézio – choć prywatnie (proszę nie strzelać…) uważam, że są nudziarzami, są też niewątpliwie wielkimi pisarzami.

A Aleksijewicz jest świetną reporterką (dwie nagrody Kapuścińskiego absolutnie zasłużone!), ale pisarką jest w najlepszym wypadku „powyżej średniej”.

Tak, tak, to tylko moje prywatne zdanie…

Jeszcze o tym samym…

…Bo samotność ma różne formy, różne wymiary.

Czasami jest rozpaczliwą pustką, wielką czarną dziurą, która wsysa wszystko, co znajdzie się w polu jej ciążenia – i nic, co wpadnie za jej horyzont zdarzeń, nie jest w stanie przebić się na zewnątrz.

Kiedy indziej sprowadza się do konkretów – tęsknoty za kimś, kogo nie ma i już nie będzie. Za rozmową, dotykiem dłoni, spojrzeniem, uśmiechem.

A czasami jest po prostu taką męczącą potrzebą, żeby od czasu do czasu dla odmiany wypić kawę w czyimś towarzystwie i po prostu pogadać. Z kimś, kto ma więcej niż trzynaście lat.

Nad Książką

Czytam Murakamiego. Nikt chyba nie pisze o samotności tak, jak on. Jego bohaterowie zawsze – prawie zawsze – są samotni. Nawet, jeśli mają jakichś przyjaciół, jakieś bliskie osoby, jakichś przyjaciół / mężów / żony / kochanków, to gdzieś tam głęboko są bardzo samotni. Samotność jest głównym tematem jego prozy.

I jest to właśnie typowa „samotność epoki postmodernizmu” – samotność w tłumie, samotność u boku bliskiej osoby, w grupie przyjaciół, w łóżku z kochankiem / kochanką, w podróży, na zatłoczonej ulicy… Samotność, która nie daje się pokonać, ogarnąć, zmienić. To dlatego tak częstym motywem w książkach Murakamiego jest sytuacja, w której osoba bliska bohaterowi znika. Czasami nie wiadomo, co się z nią stało, czasami maczają w tym palce jakieś siły nadprzyrodzone (motywy będące japońskim odpowiednikiem południowoamerykańskiego realizmu magicznego), czasami po prostu odchodzi „bez możliwości powrotu” albo popełnia samobójstwo…

Kiedyś uważałem, że najlepszą książką o samotności jest „Buszujący w zbożu”. Ale Salinger tylko pokazuje samotność. Pokazuje ją w sposób przejmujący, głęboki, bolesny – ale tylko pokazuje. Murakami przeprowadza jej wiwisekcję, rozbiera ją na czynniki pierwsze, wgryza się, próbuje zrozumieć – nie tyle jako stan, w którym się znajdujemy, ale jako fenomen, jako dynamiczne, żywe, nieustannie mutujące zjawisko.

Salinger ukazuje stan – Murakami analizuje, bada, szuka przyczyn, korzeni, źródeł. I nawet jeśli prędzej czy później dochodzi do tego samego (nie oszukujmy się…) wniosku, który sformułowali już autorzy tragedii antycznych, to jednak pozwala tę swoją (swoją?) samotność trochę lepiej zrozumieć.

I dalej…

Rok szkolny się rozwija. Plan lekcji dużo, naprawdę dużo lepszy niż w ubiegłym roku. Niemała w tym zasługa faktu, że Pietruszka poszedł do gimnazjum – i to takiego, gdzie nie ma przepełnienia, nie ma pracy na zmiany i w ogóle jest dość spokojnie (…a przy okazji szkoła ma najlepsze wyniki nauczania w powiecie – ze wszystkich gimnazjów publicznych). Pietruszka chodzi zatem codziennie na ósmą, wraca koło wpół do trzeciej, a do szkoły dojeżdża kolejką (10 minut), więc odpada mi jedno jeżdżenie…

***

Pietruszka z Piłką mają takie dni, kiedy nie powinni przebywać w tym samym pomieszczeniu. Takie dni, kiedy zachowują się, jakby ich coś w odwłoki ugryzło. Oboje robią się wtedy wredni i złośliwi (na dwa zupełnie różne sposoby, ale na podobnym poziomie intensywności). Kłócą się jak dwa półgłówki (no przepraszam, takie są fakty), nakręcają jak stare budziki, a przy okazji obrywa się i Puckowi, którego głównym grzechem jest fakt, że przypadkiem znajduje się na linii ognia i – nie zwracając uwagi na napiętą sytuację – usiłuje coś powiedzieć. W końcu (za każdym razem) dochodzi do takiego momentu, kiedy muszę wkroczyć, żeby nie doszło do rękoczynów. 

Dziś mnie już po prostu szlag trafił – odstawiłem na bok całą dyplomację i psychologię, obsobaczyłem oboje od góry do dołu jak święty Michał diabła, kompletnie niepedagogicznie nie dając im dojść do głosu oznajmiłem (tonem, nie ukrywam, wściekłym) że mam dość ich idiotycznych kłótni, jestem zmęczony wrzaskami i złośliwościami – i pogoniłem oboje na górę do swoich pokojów, kończąc klasycznym, belfersko-rodzicielskim tekstem, że jak im przejdzie, to ewentualnie mogą zejść.

I poszli. Ale się cicho zrobiło… I chyba polityka była dobra, bo jak za jakiś czas wrócili, to w zasadzie do wieczora był spokój.

***

A ja…?

Siedzę, pracuję, sprzątam, gotuję, wożę, pracuję… Mówiąc krótko robię wszystko, poza tym, na co naprawdę miałbym ochotę – bo na to już albo nie starcza czasu, albo pieniędzy, albo w ogóle nie ma szans.

I tak będzie jeszcze dość długo, zapewne.

Powakacyjnie – raz jeszcze

Tak, wiem, sporo czasu mi to zajęło… Ale początek roku szkolnego to czas z gatunku „dzień świra”, a w moim przypadku – pomnożony przez trzy.

Jak napisałem – 7 300 kilometrów.

Najpierw do Jarosławia (podkarpackie), gdzie Piłka była na warsztatach muzycznych. Potem do C., czyli na Dolny Śląsk (…i już prawie tysiąc kilometrów w dwa dni). W C. kilka dni u Cioci, zwiedzanie rodziny, impreza imieninowa Pucka i urodzinowa moja. A potem – w drogę.

Drogę (wybaczcie…) opiszę w dużym skrócie.

Najpierw przez Niemcy, do Nadrenii, gdzie mamy przyjaciół. Trzy dni u nich. Tam jest szóstka dzieci, więc razem z Potworami to już było naprawdę niezłe szaleństwo…

Potem – od nich – przez południe Francji do Awinionu. Tak, mamy zdjęcia na Moście. To znaczy – Potwory mają, bo ja robiłem.

Z Awinionu – pod Barcelonę, do Sitges. Pięć dni, z czego dwa w Barcelonie. Stadion Camp Nou (jakże by inaczej… koszmarna wyciągarnia pieniędzy – ale Potwory zachwycone. O dziwo – wszystkie trzy, panie doktorze). Oceanarium. Katedra. Barri Gòtic i najlepsze lody na świecie. Sagrada Familia. Gaudi. Paella. Czyli, generalnie, Standardowy Barceloński Zestaw Turystyczny.

Potem z Barcelony na północ. Montserrat. Pireneje. Andorra. Trzy dni. Pisałem Wam już kiedyś, że Pireneje są wspaniałe? No to potwierdzam. Są. Widzieliśmy orły. I dzikie konie. I nawet znaleźliśmy kemping, na którym mieszkaliśmy z M. w 2000 r.

Z Andorry w dół. Carcassonne. Potem przez Pays Cathare (Chateau de Puivert!) i dalej na wschód. Masyw Chartreuse. Włochy.

Okolice Turynu – Sacra di San Michele (podobno właśnie ten klasztor posłużył Umberto Eco jako inspiracja do opisu opactwa z „Imienia róży”).

Potem dalej na wschód – okolice Lago Maggiore, klasztor Santa Catarina del Sasso. Przepiękne.

I dalej. Szwajcaria. Wysokie Alpy, droga z serpentynami na wysokości prawie 2,5 tys. m n.p.m. A potem – dolina Lauterbrunnen (tu także odniesienia literackie – podobno Tolkien miał ten widok przed oczami, kiedy opisywał dolinę Rivendell). Fantastyczne miejsce.

I potem już tylko powrót przez Niemcy do Polski.

O, i tak to było.

***

Zmęczyliśmy się (fizycznie), odpoczęliśmy (emocjonalnie), dokonaliśmy czegoś RAZEM.

A poza tym?… Dziwnie. Dziwnie się czułem, podróżując bez Niej. Wdychając atmosferę tych wszystkich miejsc, jadąc serpentynami, patrząc na te orły nad Xixerellą. Ileś razy łapałem się na myśli, że jak wrócimy, to Jej wszystko opowiem, że to czy tamto na pewno Jej się spodoba, że będzie się śmiała, jak usłyszy, że…

No właśnie.

Życie (czy Jak Tam to Nazywają)

Szkoła. Się zaczęła, znaczy.

Pucek w drugiej klasie, w zasadzie bezboleśnie (szkoła ta sama, pani ta sama, koledzy ci sami…). Piłka w szóstej. Pietruszka dojeżdża do gimnazjum – da Sąsiedniego Miasteczka, gdzie przybytek ten jest lepszy „naukowo”, a przy tym nie ma w nim tłumu.

Kolejny rok szkolny. Kolejne dziesięć miesięcy codzienności. Co ten czas przyniesie?

***

Tak, wiem (już mi niektórzy z Was przypominali…), że mam napisać coś o wakacjach. Napiszę. Tylko za chwilę, bo nawał roboty mi się na głowę posypał, co oczywiście ma swoje dobre strony, ale czasu na wszystko brakuje.

Za Jakie Grzechy…

Właśnie wyszedł mój teść. 

Wpadł, jak to on, ni z gruszki ni z pietruszki. Tym razem nawet nie zadzwonił. Wnukom jakieś historyjki opowiadał, posiedział godzinę i tyle go widziałem (na szczęście). Ale oczywiście w ciągu tej godziny zdążyłem się już dowiedzieć, że gdyby M. zażywała Jakieś Tam Ziółka, zamiast tej szkodliwej chemioterapii, to na pewno… Dobrze, że mam tyle lat, ile mam, że już jestem bardziej odporny, że potrafię zachować spokój i NIE powiedzieć tego, co naprawdę myślę.

Jakże ten człowiek jest męczący. Ileż wprowadza niepotrzebnego zamieszania, niepokoju, nerwowości. Nie znoszę tego poczucia, że muszę uważać na każde słowo, żeby przypadkiem nie zahaczyć o jakieś „niebezpieczne” tematy – czy to medyczne, czy polityczne.

A z drugiej strony – żal mi go. Wiem, że Ją bardzo kochał. I że Ona kochała jego. I że chciałaby, żeby miał dobry kontakt z wnukami. Więc się staram, naprawdę się staram. Ale dużo mnie to kosztuje.

Przed drogą

Jeszcze tylko jutro. Jeszcze się tylko spakować („się” i Pucka, Pietruszka się spakuje sam, Piłka od zeszłego Piątku jest już w Jarosławiu, na warsztatach, gdzie gra na flecie, śpiewa, tańczy, pisze artykuły i robi jeszcze sto pięćdziesiąt innych rzeczy, o których informuje na bieżąco…).

W niedzielę rano jedziemy z chłopakami do Jarosławia, przejąć Piłkę. W poniedziałek rano – z Jarosławia do C., na Dolny Śląsk – drobne pięćset pięćdziesiąt kilometrów. W C. trzy, może cztery dni, żeby Potwory nacieszyły się ciociami i vice versa.

A potem – w drogę. Plany są wielkie. Jak wszystko wyjdzie, to przejedziemy jakieś pięć tysięcy kilometrów. Niemcy, Francja, Hiszpania (morze, Barcelona, Pireneje), potem powrót przez północ Włoch i Szwajcarię (Alpy!).

Potwory nie mogą się doczekać. Ja…

Nie wiem. Znowu ambiwalencja uczuć. Z jednej strony – też się cieszę na tę wyprawę. Na to, że wreszcie oderwę się od codzienności, od pracy… Że wreszcie – po tak długim czasie! – ruszę w drogę. Cieszę się na podróż, na to fizyczne zmęczenie połączone z poczuciem wędrowania, na noclegi w namiocie, ciche poranki gdzieś w górach czy nad morzem, na widoki, zapachy, wrażenia, szum wiatru… Na to poczucie wolności, które zawsze mnie dopada, kiedy gdzieś wyruszam.

Z drugiej strony – ta cholerna świadomość, że nigdy już nie będzie tak samo. Że to już nie to samo. Że najwspanialsze widoki i najcudowniejsze trasy nie będą takie same – bez Niej.

***

Zastanawiałem się, czy na te pierwsze inne wakacje nie zabrać ich do Szkocji. Ale nie, jeszcze na to dla nich a wcześnie. Pietrucha byłby pewnie zachwycony, Piłka może też, choć mniej – ale Pucek?… Co on by tam robił? Nie, jeszcze dwa – trzy lata. Muszą dorosnąć (zwłaszcza niektórzy).

Ale ta wyprawa także będzie (absolutnie świadomie…) wyprawą „po śladach”. I dobrze. Wszyscy czworo musimy sobie jeszcze wiele rzeczy przepracować.

***

To chyba pierwszy raz – jak daleko sięgam pamięcią – kiedy perspektywa wyruszenia w podróż tak do końca nie cieszy, kiedy myśli o nowej wędrówce towarzyszy męcząca myśl z gatunku „…tak, ale…”.

Myślę, że to „ale” będzie już zawsze. (Kto to napisał, że nie ma okrutniejszych słów od „zawsze” i „nigdy”? Elliott? Cummings? Heaney? Nie pamiętam…)

Muzycznie

„Moim” instrumentem zawsze była gitara klasyczna. Nie, żebym tak naprawdę coś potrafił – ale po paru latach w ognisku muzycznym (…dawno, dawno temu…) i właśnie bardzo „klasycznym” treningu umiem trzymać ten instrument, umiem wydobyć z niego taki dźwięk, o jaki mi chodzi, umiem zagrać to i owo, umiem akompaniować trochę lepiej, niż na poziomie prostych akordów… (Akompaniować komuś, niestety, bo moje niedomykające się struny głosowe jak wiadomo niespecjalnie nadają się do śpiewania).

Cokolwiek – i w jakimkolwiek stylu – trzeba było zagrać, zawsze grałem to na „klasyku”.

Mam też w domu gitarę dwunastostrunową. Lubię to dźwięczne, jasne, szerokie brzmienie – ale realnie sięgam po nią dwa, trzy razy w roku (na przykład w czasie corocznych parafialnych jasełek, gdzie niektóre pastorałki w wykonaniu bandy dzieciaków w wieku od 6 do 12 lat brzmią bardziej dynamicznie z towarzyszeniem „dwunastki”).

Ale ostatnio jakoś mnie „naszło” na gitarę akustyczną. Metalowe struny, inny rezonans – nigdy mnie to nie kręciło, ale gdyby tak…?

Nawet się rozglądałem po Allegro, ale żeby kupić sensownego „akustyka” (z dobrym dźwiękiem i w ogóle…) trzeba wydać minimum koło tysiąca złotych. Okazało się jednak, że niezawodny Z. ma w swojej kolekcji coś, co może mi pożyczyć „na dłużej”. No to pożyczyłem. Trochę poprawiłem siodełko, wymieniłem struny (bo tamte, choć prawie nie używane, miały bodaj z pięć lat) – i gra.

I nawet gra fajnie. Siedzę sobie teraz wieczorami, kiedy Potwory już śpią, i brzdąkam. Gram sobie różne typowo akustyczne kawałki, ale też „tłumaczę” to, co grałem „od zawsze”, na język gitary akustycznej. Idzie mi dość opornie. Inne brzmienie i metalowe struny sprawiają, że prawa ręka musi chodzić zupełnie inaczej, czasami dynamiczniej, czasami znacznie ostrożniej. Węższy gryf z kolei powoduje, że lewa ręka też musi się „przyzwyczajać”… No i – nie oszukujmy się – nie mam już 15 lat (bo tyle miałem, kiedy zacząłem grać).

Ale zabawa jest przednia…