Powakacyjnie – raz jeszcze

Tak, wiem, sporo czasu mi to zajęło… Ale początek roku szkolnego to czas z gatunku „dzień świra”, a w moim przypadku – pomnożony przez trzy.

Jak napisałem – 7 300 kilometrów.

Najpierw do Jarosławia (podkarpackie), gdzie Piłka była na warsztatach muzycznych. Potem do C., czyli na Dolny Śląsk (…i już prawie tysiąc kilometrów w dwa dni). W C. kilka dni u Cioci, zwiedzanie rodziny, impreza imieninowa Pucka i urodzinowa moja. A potem – w drogę.

Drogę (wybaczcie…) opiszę w dużym skrócie.

Najpierw przez Niemcy, do Nadrenii, gdzie mamy przyjaciół. Trzy dni u nich. Tam jest szóstka dzieci, więc razem z Potworami to już było naprawdę niezłe szaleństwo…

Potem – od nich – przez południe Francji do Awinionu. Tak, mamy zdjęcia na Moście. To znaczy – Potwory mają, bo ja robiłem.

Z Awinionu – pod Barcelonę, do Sitges. Pięć dni, z czego dwa w Barcelonie. Stadion Camp Nou (jakże by inaczej… koszmarna wyciągarnia pieniędzy – ale Potwory zachwycone. O dziwo – wszystkie trzy, panie doktorze). Oceanarium. Katedra. Barri Gòtic i najlepsze lody na świecie. Sagrada Familia. Gaudi. Paella. Czyli, generalnie, Standardowy Barceloński Zestaw Turystyczny.

Potem z Barcelony na północ. Montserrat. Pireneje. Andorra. Trzy dni. Pisałem Wam już kiedyś, że Pireneje są wspaniałe? No to potwierdzam. Są. Widzieliśmy orły. I dzikie konie. I nawet znaleźliśmy kemping, na którym mieszkaliśmy z M. w 2000 r.

Z Andorry w dół. Carcassonne. Potem przez Pays Cathare (Chateau de Puivert!) i dalej na wschód. Masyw Chartreuse. Włochy.

Okolice Turynu – Sacra di San Michele (podobno właśnie ten klasztor posłużył Umberto Eco jako inspiracja do opisu opactwa z „Imienia róży”).

Potem dalej na wschód – okolice Lago Maggiore, klasztor Santa Catarina del Sasso. Przepiękne.

I dalej. Szwajcaria. Wysokie Alpy, droga z serpentynami na wysokości prawie 2,5 tys. m n.p.m. A potem – dolina Lauterbrunnen (tu także odniesienia literackie – podobno Tolkien miał ten widok przed oczami, kiedy opisywał dolinę Rivendell). Fantastyczne miejsce.

I potem już tylko powrót przez Niemcy do Polski.

O, i tak to było.

***

Zmęczyliśmy się (fizycznie), odpoczęliśmy (emocjonalnie), dokonaliśmy czegoś RAZEM.

A poza tym?… Dziwnie. Dziwnie się czułem, podróżując bez Niej. Wdychając atmosferę tych wszystkich miejsc, jadąc serpentynami, patrząc na te orły nad Xixerellą. Ileś razy łapałem się na myśli, że jak wrócimy, to Jej wszystko opowiem, że to czy tamto na pewno Jej się spodoba, że będzie się śmiała, jak usłyszy, że…

No właśnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s