Mruczanka Zdrrrrrowotna…

Kocia Twarz. Znowu Puchatkowi zaczynają plecki nawalać. Znowu pobolewa, znowu gdzieś tam jakieś skurcze się skurczają przy kręgosłupie dolnym. Tak samo się zaczynało te dwa miesiące temu… Profilaktycznie się Puchatek podlecza tym samym, co mu Pan Doktor wtedy przpisał i pomogło… I czasem znowu pomaga… A czasem wcale.

Kocia Twarz. O co chodzi?! Przświetlenie kręgosłupa wykazało niezbicie, że puchatkowy wyżej wymieniony organ zdrowy jest jak byk. Żadnych ucisków nerwów, żadnych deformacji, żadnych tam zwyrodnień. Wszystko OK.

No ale jak OK, jak nie OK?! Znowu zaczyna atakować. No dobra, Puchatek rozumie, stan zapalny… Ale jeśli to się rozwinie (a wszystko na to wskazuje) – to będzie już TRZECI identyczny stan zapalny w ciagu ostatniego roku. W tym samym miejscu.

No to sie Puchatek pyta, dlaczego?! Jak prześwietlenie OK, jak wyniki badań OK, to dlaczego, Kocia Twarz, nie OK?!

$%**&#$%@@  &*&%$$ !!!

😦

Mruczanka Uspokajająca

No i się okazało. Jak już laminator wystygł był, to go Puchatek rozkręcił (odważnie). No i niestety – Archiwum X by się nie zainteresowało. Cała folia (z zawartością) była… w środku. Zgnieciona w taką gustowną harmonijkę. Zaczepiło się o coś – bo początek strony był ładnie zalaminowany, a dopiero potem (jakieś dwa centymetry dalej) coś utkwiło.

Czarów nie ma.

Laminatora na razie też. Może kolega D. naprawi, bo Puchatek to taki więcej humanista. Rozkręcić – rozkręcił, ale jakby zaczął skręcać, to by na pewno zostały jakieś „niepotrzebne” części…

Mruczanka Z Archiwum X

 

No bo – jakem kiedyś pisał – M. planuje uruchomić od września takie mini-przedszkole. Kilkoro dzieci, na początek – głównie latorośle znajomych, po cztery godziny dziennie, przez cztery dni w tygodniu… A jak się uda i rozkręci – to po roku można spróbować to zalegalizować i zacząć działalność… za przeproszeniem – gospodarczą…

…ale nie o tym miało być…

Bo to przedszkole ma być prowadzone według pedagogiki Marii Montessori (nie będę wyjaśniał, jak ktoś chce, niech sobie poczyta choćby tu: www.montessori.pl )

No i M. robi różne pomoce do pracy z dziećmi. Między innymi różne obrazki. A żeby się obrazki nie psuły, to trzeba je zalaminować.

I tu się właśnie dziwne rzeczy dziać zaczęły.

Laminator kupiliśmy juz pół roku temu (na Allegro, za nieduże pieniądze, ale nowy całkiem). Folię takoż. I dziś przyszła ta wiekopomna chwila, kiedy pierwsze przygotowane obrazki trzeba było zalaminować.

Folię Puchatek wziął. Obrazki włożył. Wszystko jak trzeba, zgodnie z instruckją. Laminator się nagrzał. Stosowna lampka się zapaliła. Puchatek włożył folię w odpowiedni otwór i z ciekawością patrzył, jak cały arkusz – folia razem z obrazkami – znika w nim powoli, wciągany silniczkiem stosownym.

Ale ciekawość Puchatka zaczęła powoli zamieniać sie w przerażenie, bo z drugiej strony laminatora… nic nie wychodziło.

Folia formatu A4. Włożona wzdłuż. Laminator ma najwyżej dziesięć centymetrów szerokości. A tu z jednej stronu wchodzi folia A4, a z drugiej nie wychodzi nic. Nic!

NIC!!!

Weszła cała folia. Nie wyszło nic. Do tej pory, a było to już dwie godziny temu. To już chyba nie wyjdzie.

I gdzie tu zasada zachowania materii (że o logice nie wspomnę)?

A może to jest laminator – czarna dziura???

A może go ktoś zaczarował? Jakiś wredny Harry Potter mugolom dowcip zrobił?

Czy jeszcze co innego?

I śpij tu człowieku z takim urządzeniem pod jednym dachem.

Agencie Mulder, co pan na to?

😐

 

Mruczanka Ornitologiczna – 3.

Noc spokojna. Rano – jeszcze jeden ptaszek, ale już taki raczej pisklak. Gorączka na razie jest. Pietruszka po porannym pisklaku zasnął spłakany z powrotem i spał jeszcze do dziewiątej. Teraz się obudził, humor mu nawet dopisuje. Pić chce (najchętniej duuuuużo, a pan doktor kazał po troszku… Bo jak dużo na raz, to zaraz jest Pavo Cristatus, a chodzi o to, żeby jednak płyny do brzusia wlewać i żeby tam zostawały…). Jedzenia dalej odmawia. Gorączka na razie nie ustępuje, ale jest nieduża.

Mogło być gorzej…

Mruczanka Na Gapę

W poniedziałek jechał sobie Puchatek pociągiem z Warszawy do G. Przyszedł Pan Sprawdzacz Biletowy. Puchatek sięgnął do kieszeni po bilet…

…a biletu nie było.

A przecież rano, jadąc do Warszawy, Puchatek kupił bilet „powrotny”. Kupił na pewno, bo Pan Sprawdzacz takoż chodził i sprawdził.

Bilet zawsze wkłada Puchatek do tej samej kieszeni. Na wszelki wypadek sprawdził Puchatek pozostałe. Potem plecak. Potem jeszcze raz kieszenie, tylko w innej kolejności. Nic. To znaczy nie „nic”, bo mnóstwo rzeczy w tych kieszeniach było – dokumenty, klucze, pieniądze, jakieś papiery… Ale biletu – ani śladu.

– Chyba musi mi pan wypisać karę… – mruknął Puchatek zrezygnowany do Pana Sprawdzacza.

Pan Sprawdzacz okazał się kulturalnym człowiekiem. – Niech pan jeszcze spokojnie poszuka – poradził.

Okazało się jednak, że szukanie spokojne też nic nie dało. Brak, zero, nul, nichts, none.

I teraz przed Puchatkiem leży mandacik do zapłacenia. Za brak biletu. Stówa do tyłu – to samo w sobie stanowi poważny negatyw.

A do tego dochodzi jeszcze pytanie rodem z Archiwum X – GDZIE SIĘ PODZIAŁ TEN CHOLERNY BILET??????

Wyparował, kocia twarz, czy co? Kosmici go porwali? Zmienił stan skupienia? Wybrał wolność?

Czary jakie, czy co….

😦

Mruczanka Zaskoczona Niepozytywnie

No, wrócił Puchatek do domu. Aaaa, bo nic nie mówił, że jedzie? A to przeprasza przeuprzejmie i juz nadrabia.

M. z Potworami wywiózł Puchatek do Chojnowa. Wczoraj, czyli w piątek. 450 kilometrów, czy coś koło tego. Pociągami. A dziś – z powrotem, samotnie, autostopem oczywiście (…żeby nie wyjść z wprawy 😉

No bo, niestety, Polański czeka – i do końca czerwca (czyli do czwartku…).

Tym razem podróż przebiegła bez przygód – do tego stopnia, że ostatnim stopem doejchał prosto do G.

Ciekawostka z drogi.

Jeden pan kierowca opowiadał Puchatkowi – z niekłamanym podziwem – o pewnym swoim znajomym ze szkoły. Znajomy ów – zostawiwszy w Polsce żonę i trzyletnie dziecko – wyjechał na dwuletni kontrakt, przedłużóny potem o następne dwa lata, na platformę wiertniczą u wybrzeży jakichśtam. Zarobił przez te cztery lata tyle, że teraz może do końca życia nic nie robić, żonie „w prezencie” przywiózł znakomity samochód, kupił dom, posłał dziecko do najlepszej szkoły i jeszcze sto innych rzeczy zrobił, których Puchatek już nie pamięta, ale na pewno były wspaniałe i drogie. – To jest gość, łeb ma, rodzina na całe życie ustawiona, burżuje teraz!

…A Puchatek sobie wyobraził, że wyjeżdża teraz, zostawiając M. i trzyletniego (co za zbieg okoliczności…) Pietruszkę (o Piłeczce nie wspominając) – i że wraca za cztery lata… z walizką pieniędzy… Co tam z walizką, z ciężarówką pieniędzy… Tirem po prostu…

…a Pietruszka ma lat siedem, idzie właśnie do szkoły i pewnie po cichu się zadstanawia, kto to jest ten pan z brodą…

…i tak sobie Puchatek myśli, że chyba woli ściubić rachunki, jeździć autostopem jeszcze kilka lat i nie mieć kina domowego czy czego tam jeszcze…

Jak można, do cholery, zostawić własne dziecko na CZTERY LATA???? Trzyletnie dziecko, które jak tata wyjeżdża na pięć dni (jak Puchatek dziś rano), to buzię w podkówkę układa i – choć lubi chojnowskie ciocie i dziadka – na płacz mu się zbiera???

Ludzie to maja na…ane. Przepraszam.

😦

Mruczanka Niechętna

Siedzę, pracuję. M. z Potworami na spacerze. Dzwonek do furtki. Przy furtce pan o twarzy mocno ogorzałej, ubrany biednie, wąsaty. Myślę – pewnie po złom, chodzą czasem tacy zbieracze. No i bomba, bo po remoncie sprzed miesiąca coś by się znalazło.

Nie. Pan tłumaczy mi pół po polsku, pół po niewiadomojakiemu, że jest z byłej Jugosławii, że głodny, że na chleb nie ma… „Bosnia-Herzegowina, pane, glodny, chleba ne ma…” – i już ręka na klamce od furtki, już chce wchodzić. W tym momencie zza domu wybiega Szelma. Szelma to chodząca łagodność, z każdym się chce bawić, potencjalnego złodzieja zapewne zaliże z radości na smierć… Ale pan o tym nie wie. Na szczęście. Dwadzieścia siedem kilo żywego psa pędzące z szybkością naddźwiękową w stronę furtki skutecznie zniechęca do (nieproszonego) wejścia.

Pieniędzy z zasady nie daję, dopóki nie sprawdzę, kto zacz. Mówię więc (akurat absolutnie zgodnie z prawdą…), że pieniędzy nie mam, ale skoro głodny, niech poczeka. I przynoszę z kuchni chleb (świeżutki…) i małe co nie co.

Spojrzenie pana przy furtce zmienia się z błagalnego we wściekłe. Tą samą mieszanką językową (…jakoś to nie brzmiało jak serbo-chorwackie naleciałości…) tłumaczy mi, gdzie mogę sobie ten chleb wsadzić (tłumaczenie wolne) i że on potrzebuje dwa złote – tym razem na pociąg (?).

Mówię mu – patrząc w oczy – że pieniędzy nie mam, że przecież mówił, że jest głodny, że chleb…

Patrzy na mnie już nie ze złością, ale z najwyższą pogardą. Chleb trzyma w ręce – ale chyba tylko dlatego, że na niego patrzę (prawdopodobnie wyrzuci go potem do najbliższego kosza…). Mamrocze coś jeszcze (ale nie „pod nosem”, tylko w moją stronę) – słów nie rozumiem, ale brzmią obraźliwie. Idzie, dzwoni jeszcze do sąsiadów po drugiej stronie podjazdu i w głębi (nikogo nie ma, rzecz prosta). Idzie dalej, wciąż oburzony.

Kocia twarz, ja rozumiem, że jemu o forsę chodziło – ale mógłby przynajmniej popracować na PR-em. Gdyby wziął ten chleb i podziękował (…bo przecież głodny!) – to następnym razem pewnie dałbym mu kilka złotych… Ale nie – pogarda, wyższość – chleb mu dają! Co oni sobie myślą, chamy jedne! Że on tu po chleb przyszedł?

Nie znoszę naciągactwa, chamskiego, ordynarnego naciągactwa.

Mruczanka Rocznicowa, Choć Nieoficjalna

Sześć lat… jak ten czas leci… Goście już poszli, zmywarka chodzi płenę parą (jeszcze chyba ze trzy wsady, zanim wszystko się wymyje…). Może pora na małe podsumowanie?

Dorobek tych sześciu lat wygląda następująco (kolejność niechronologiczna):

Potwory – dwa;
Przeprowadzki – jedna (ale jaka!)
Zmiany pracy – w sumie pięć
Pies – jeden (…i starczy!)
Remonty – dwa (choć zależy, jak liczyć…)
Plany na przyszłość – ???

Nie jest źle.

***

Sześć lat?!!!

Eeee, niemożliwe… Może coś Puchatek źle liczy? Ale bez przesady. Z matematyki nigdy Puchatek orłem nie był, ale do sześciu zliczyć to jeszcze umie… 1999 – 2000 – 2001 – 2002 – 2003 – 2004 – 2005. No, sześć lat jak obszył.

Niby wszystko OK – dzieci w wieku stosownym (Pietruszka trzy lata i prawie cztery miesiące, Piłeczka – półtora roku i jeden dzień), daty się zgadzają, metryczki, dokumety… Oooo, właśnie, właśnie, jest odpis aktu ślubu, można sprawdzić… Wszystko się zgadza.

I tylko jak sobie Puchatek patrzy na M., to jakoś mu się nie zgadza.

No po prostu nie zgadza i już.

Tak NIE WYGLĄDA kobieta z sześcioletnim stażem małżeńskim i dwójką dzieci.

Ten Mickiewicz to wiedział, do kogo poematy pisać… ;))))

Puchatek Wciąż Zapatrzony 🙂

Mruczanka Esktremalna Z Potworami

Zachciało się Puchatkom sportów ekstremalnych… Niby wiadomo, że Potwory małe, że szaleństwa wykluczone – odpowiedzialność rodzicielska i tak dalej. Ale świadomość świadomością, a podświadomość też nie od macochy i swoje forsuje 😉

Wymyśliły Puchatki wyprawę na rowerach. Rowery są dwa, dwa foteliki dla dwóch potworów, no i dwa Puchatki jakby nie patrzeć też są. Czyli – wszystko gra. Potwory w fotelikach jeździć lubią, co wypróbowano na ośmiokilometrowej trasie z G. do Leśnej Podkowy.

Tym razem zatem Puchatki wymyśliły, że wsiądą na rzeczone pojazdy i wybiorą się do K., odwiedzić znajomego księdza, co to był w K. został proboszczem. Trasa około dziesięciu kilometrów sobie liczyła, czyli – jak naiwnie założył Puchatek – godzinkę w jedną stronę.

Wyjazd planowano na czwartą (po południu, rzecz prosta). Niestety – akurat przed czwartą minut kilka lunęło i zaczęła się burza. Wyprawa zatem zaczęła się o wpół do szóstej.

„Tam” dojechały Puchatki bez problemów. O wpół do siódmej, zgodnie z planem, były już w K. Ksiądz akurat miał jakichś ludzi w kancelarii, coś tam jeszcze załatwiał był, Puchatki na dworku przed plebanią siedziały i gawędziły, Potwory odkryły piaskownicę (no, tak uczciwie mówiąc była to górka piachu przeznaczonego do prac budowlanych, ale nie chcieliśmy Potworów wyprowadzać z błędu…). Piłeczka uprawiała swój ulubiony sport („Jak ubrudzić się w maksymalnym wymiarze w ciągu minimalnego czasu tak, żeby do prania było wszystko, łącznie z chusteczką na głowie”). Pietruszka oznamił, że jest pieskiem, nazywa się Gala (po znajomym labradorze…), toteż chodził na czworakach i co jakiś czas dobitnie oznajmiał, że „HAU HAU”. No, sielanka po prostu.

Ksiądz rozmowy skończył, wyszedł, herbatka, ciasteczka, miła (choć z konieczności krótka) pogawędka… No i zaczęło sie robić późno. Wracamy.

Puchatek podjął męską decyzję – zamiast wracać szosą (wieczór, tiry się snują i w ogóle mało bezpiecznie…), wrócimy szlakami przez las. Szlaki na mapie jak byk, niebieski prawie do samej Chatki Puchatka prowadzi, lasy piękne, żyć nie umierać po prostu.

O, święta naiwności! Tu nie Tatry, Puchatku, tu nie Puszcza Kampinoska. Szlaki turystyczne, owszem, były. Kiedyś. Dziś też są. Na mapie. Bo znaki na drzewach dawno się zatarły, a odnowiono tylko te przy głównych drogach. A mapa okazała się być mapą sprzed lat piętnastu (lekko licząc). W dodatku w skali mało przyjaznej przy takich odległościach (1:200 000 – czyli jeden centymetr na mapie to dwa kilometry w realu).

No i, jak młodzi kiedyś mawiali, czad. Zrobiła się godzina wpół do dziesiątej (wieczorem, żeby nie było wątpliwości), półmrok (zwłaszcza w lesie), a Puchatek ni czorta nie wiedział, gdzie się mianowicie znajduje. Siłą rzeczy – nie wiedział także gdzie znajduje się cała reszta gromadki, która przecież była z nim razem. Uuuu, kiepsko.

Problem niby niewielki – jak sie ma minimalne wyczucie kierunku i stron świata (a Puchatek, nie chwaląc się, ma), to się wie, że jadąc z K. na północny wschód prędzej czy później wyjedzie się na szosę do G. Problem tylko czy „prędzej”, czy „później”, bo dziesiąta (PM, jak mawiają anglosasi) to pora ABSOLUTNIE GRANICZNA na układanie Potworów w stan spoczynku. Potem już tylko wycie i awantura jak stąd do Władywostoku.

Na szczęście spotkały Puchatki Doświadczonego Rowerzystę Nie Potrzebującego Mapy, Bo Tutejszego, który życzliwie i uprzejmie drogę wskazał. I już za pięć dziesiąta Puchatki były w Chatce. Ufff.

Czyli wszystko się skończyło dobrze całkiem.

A Potwory – zwłaszcza Pietruszka – to znakomici podróżnicy. Nie marudziły, nie narzekały, podziwiały widoki, komentowały krajobrazy („Oooo, klowa! Duza klowa carna i biała tez!”).

Wnioski – KUPIĆ MAPY OKOLICY. Najlepiej sztabówki, takie 1:10 000. I wyjeżdżać wcześniej 😉