Mruczanka Wiosenna Nareszcie

Ano tak, wiosna nadeszła. Lepiej późno, niż wcale. Co prawda za oknem akurat nieco leje, ale co tam. Da się żyć.

Potwory (żeby było śmieszniej) wróciły ostatnio we wspólnych zabawach do tematyki bożonarodzeniowej. Nie pytajcie mnie, dlaczego. Coś im się przypomniało i tyle. W związku z tym bawią się w Boże Narodzenie. „Ja jestem Malija, a ti jesteś Józief”. Lalka – przy innych okazjach nosząca zupełnie normalne imię Edytka – gra rolę Pana Jezusa. No i bomba – tyle, że zabawy Potworów są specyficzne wysoce. Ponieważ w zabawach Potworów – niezależnie od aktualnej tematyki i „obsadzenia ról” – pewne Stałe Elementy pojawić się muszą. Stałe Eelementy wynikają natomiast z Ogólnych Zainteresowań – zwłaszcza Ogólnych Zainteresowań Pietruszki.

No i oglądamy tu bardzo specyficzne sceny – na przykład „Maliję” i „Józiefa” razem z „Panem Jeziusem” jadących samochodem (albo kolejką WKD…) do Warszawy, w odwiedziny do Babci Małgosi. Albo tych samych Bohaterów naprawiających traktor. Albo rozwożących listy (to motyw z „Listonosza Pata”). Ostatnio Święta Rodzina jechała na wycieczkę do lasu, szukać liści. Z tego, co zrozumiałem, „Malija” siedziała za kierownicą wielkiego BMW.

Mruczanka Genetyczna

Powiedzcie, czy Wasze dzieci mają swoje ulubione przytulanki, z którymi zasypiają? No, wiecie – ukochany miś czy króliczek, którego trzeba mocno, mocno przytulić, bo bez tego sen nijak nie przychodzi… Piłeczka ma takich mnóstwo – codziennie zasypia z innym pluszakiem. Za to Pietruszka…

Pietruszka też ma przytulankę, z którą zasypia. Trzyma ją w łapkach, a ostatnio nawet kładzie na niej głowę. Przytulanka nie jest jednak pluszowa. Przytulanką jest… książeczka z wierszykami Tuwima („Lokomotywa”, „Rzepka”, „Ptasie Radio”) z ilustracjami Levitta i Hima.

Czy zamiłowania literackie są dziedziczne? 😉

Mruczanka Kryzysowa

Mam kryzys. Tak po prostu – kryzys pracy (nie)twórczej.

Siedzę, pracuję, zarabiam dosyć, żeby nas utrzymać i jeszcze trochę więcej, niczego mi niby nie brakuje w życiu…

A jednak brakuje. Brakuje mi właśnie jakiejkolwiek działalności „twórczej”. Jakiejś odrobiny poezji w życiu… „Poezja” to nie tylko wiersze, chodzi mi raczej o tworzenie czegoś własnego (gr. „pojeo”).

Kiedyś przynajmniej prowadziłem scholę. OK, nic wielkiego, zwykła parafialna schola, dziesiątka ludzi w różnym wieku – od gimnazjalistów po osoby pod trzydziestkę – która zbierała się raz w tygodniu, żeby półtorej godzinki pośpiewać, a potem śpiewała na mszach na przykład.
Nic wielkiego – ale coś żyło, ale człowiek miał odrobinę satysfakcji widząc, jak grupka kompletnych amatorów (…pod „dyrekcją” także nieprofesjonalisty przecież…) po pół roku jest już w stanie zaśpiewać czysto naprawdę niełatwe wielogłosy, że (w przeciwieństwie niestety do wielu znanych mi parafialnych schol…) nie śpiewa na mszach „byle czego, byle pobożnie”, że nie zarzyna uszu upiornym „sacro-polo”, ale porusza ludzi swoją muzyką…

A dziś? W mojej „nowej” (od czterech lat) parafii w G. stworzenie scholi czy chóru nie wchodzi w grę (taki układ). Grać nie ma jak, gdzie i z kim. Na pisanie własnych rzeczy też nie ma ani czasu, ani – przede wszystkim – siły (jakem już kiedyś pisał, po ośmiu godzinach spędzonych przy komputerze w celach zarobkowych jakoś nie ma się już weny na następną godzinę „dla przyjemności”).

I tak to się toczy. Siedzę, pracuję, zarabiam… Ale brakuje mi „czegoś więcej”.

No, to sobie pomarudziłem.

Mruczanka Lutowa II

A dzisiaj Podli Rodzice zostawiają Potwory na całe trzy godziny na pastwę Wujka D.

Bo dzisiaj M. ma urodziny. Nie powiem, które, bo mógłbym źle skończyć 😉

*****

A widzieliście tę reklamówkę w telewizji, we której Stary Góral niezawodnie przepowiadał turystom deszcz, bo go w krzyżu łupało? No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) Puchatek ma też taki skaner, przepowiadający nieomylnie nadejście wiosny. Otóż jak ma się już uwiosennić na świecie, to Puchatkowi na jakieś dwa-trzy tygodnie nabija zatoki. Najpierw trochę (niemiłe uczucie), potem bardziej (BARDZIEJ niemiłe uczcucie…), a w końcu Puchatek chodzi i czuje się tak, jakby gdzieś w kościach czaszki, po obu stronach, na wysokości nosa miał dwa mocno napompowane baloniki. I wtedy już wiadomo, że jest wiosna.

No więc na razie jesteśmy na pierwszym etapie. Więc nie dajcie sie nabrać, choćby jeszcze nawet się zimno zrobiło i śnieg napadał – to chwilowe. Wiosna idzie.

„Boli cię głowa? Szczęśliwcze, to jedyny dowód, że masz głowę!” 😉

Mrucznaka Lutowa

Ano, z tym naszym zdrowiem to jakoś tak… różnie (dzięki za troskę, Kinio :). Niby lepiej, a nie do końca jakoś. Potwory się przechorowały krótko, niby już w poniedziałek były zdrowe, ale Pietruszka ni z tego ni z owego we wtorek wieczorem pawia był uwolnił nagle a niespodziewanie. I ogólnie biedny był niezmiernie. I o co chodzi?
A wczoraj wprawdzie już wszystko było dobrze, ale cały dzień jakiś słaby był, jakiś śnięty… A wieczorem zasnął w pół zdania, z książeczką w ręce – po prostu leżał w łóziu, oczka mu się zamknęły i już. A to nie jest zwykły stan Pietruszki o ósmej wieczorem – zwykle jeszcze co najmiej pół godzinki imprezowania…

Ano, zobaczymy.

Tak Po Prostu – II

Pogrzeb był bardzo spokojny i cichy. Najbliższa rodzina (która musiała przyjechać aż z Wielkopolski), parę znajomych osób… Mała grupka ludzi. Mała, ale znacząca. Bo każdy z tej grupki coś Jej zawdzięczał. Niektórzy trochę. Inni – na przykład ja – dużo.

Duża, „elegancka” parafia w samym centrum Warszawy. Ksiądz proboszcz – człowiek nobliwy, z kościelnymi tytułami, o którym wiele ust w diecezji szepcze, że prędzej czy później będzie biskupem – powiedział, że jak jest pogrzeb osoby, która była parafianką od czterdziestu paru lat, to żaden wikariusz, tylko on sam musi mszę odprawiać. I odprawił – spokojnie, z godnością i sercem. Widać było, że to nie było „kolejny odhaczony pogrzeb”.

W jednej z modlitw pogrzebowych są słowa, w których dziękuje się Bogu za „…zmarłego i wszystkich, którym służył i pomagał w swoim życiu”. Dawno tak namacalnie nie odczuwałem sensu tych słów.

A potem Cmentarz Bródnowski, pełen śniegu i drzew. I już.

Przy samym Jej grobie rośnie czarna brzoza. Tak po prostu.

*****

Kiedy wróciliśmy (bo pojechaliśmy oboje) okazało się, że Potwory wprawdzie z „babysitterką” (naszą dobrą znajomą) bawiły się świetnie, ale za to jakoś dziwnie wyglądają… Nie powiem „niewyraźnie”, bo mi jeszcze kto kryptoreklamę zarzuci.

No i rzeczywiście. Pietruszka – 39 stopni w cieniu. Piłeczka – trochę mniej, ale za to kaszelek, co to się snuł za nią od tygodnia, wyraźnie zdecydował jednak zostać na dłużej. Że nikt go nie zparaszał, to chyba dodawać nie muszę… Gość nie w porę…

No to sobie chorujemy. W aptece wydałem wczoraj majątek, ale też przytargałem do domu torbę wielkości zeppelina. Taki syropek, owaki syropek, takie kropelki, inne kropelki – wszystko, co Pani Doktor kazała. I się leczymy. A tu pogoda piękna, a tu by się chciało na dwór… Ech, życie.

Niech już będzie wiosna…

Tak Po Prostu

Dziś pewnie nazwano by ją nianią.

Kiedy byłem mały (bardzo) – opiekowała się mną. Prowadzała na spacerki, karmiła, siedziała ze mną, kiedy Osobista Mama była w pracy (…lub gdziekolwiek indziej…).

Czytała mi książeczki. Bajek nie opowiadała, bo nie umiała. Robiła najlepsze placki ziemniaczane na świecie. Nauczyła mnie wiązać buty. Spędzałem z Nią co roku część wakacji u Jej rodziny na wsi. Zawsze miała dla mnie czas.

Potem ja przyjeżdżałem odwiedzać ją. Odwiedzać, porozmawiać… Pomóc w czymś? O, nie, pomóc sobie nie dawała bardzo długo. Kiedy już nie mogła wychodzić z domu, zgadzała się czasem na to, żebym jej zrobił zakupy, ale zawsze widać było, że źle się z tym czuje.

Przez całe lata nie zmieniała się. To znaczy – zmieniała, jak każdy człowiek z wiekiem. Problemy z nogami, z reumatyzmem, z czymś tam jeszcze… Ale nie zmieniało się jej podejście do życia. Chodziła juz z trudem i o kuli, ale podłogę w domu pastowała sama – bo przecież nikt inny tak dobrze tego nie zrobi, prawda?

Żartowaliśmy z Osobistym Tatą, że Ona nigdy nie umrze – no bo przecież jak można odejść, skoro trzeba jeszcze posprzątać, kurze zetrzeć, no i ta podłoga, której przecież nikt tak nie wypastuje… Nikt…

Była na moim ślubie – a kiedy składała nam życzenia, miała łzy w oczach. „A ja cię na rękach nosiłam… Taka jestem szczęśliwa, że doczekałam…”.

To samo powiedziała, kiedy urodził się Pietruszka, potem Piłeczka…

Ale wiek swoje robił. Od trzech lat właściwie nie wychodziła z domu. Od pół roku nie mogła sama wstać z łóżka.

Od dwóch tygodni leżała w szpitalu. Nieruchoma, nie do końca świadoma tego, co się wokół działo.

Bezduszne babska – nie wiadomo dlaczego zwane pielęgniarkami – założyły chyba, że nie ma już po co się starać. Więc się nie starały. Wysunięta kroplówka pozostawała wysunięta tak długo, aż przyszedł ktoś z nas i ją poprawił. Albo aż zjawił się lekarz i nakrzyczał.

Leżała w czteroosobowej sali, na siódmym piętrze szpitala-molocha.

Wczoraj przed południem przyszedłem. Na chwilę. Może na dużo krócej, niż powinienem. Właściwie było już wiadomo, właściwie pytanie brzmiało już nie „czy”, tylko „kiedy” (choć na dobrą sprawę przecież o każdym z nas można powiedzieć to samo…). Wychodząc zajrzałem do szpitalnej kaplicy. Zaczepiłem księdza kapelana, poprosiłem, żeby do niej zajrzał z Sakramentem Chorych. „Czy jest przytomna?” – zapytał. „Trochę. Ale chyba kojarzy, co się dzieje. A na pewno by tego chciała” – odpowiedziałem. „Dobrze, zaraz pójdę…”

Poszedł – był u niej pół godziny po moim wyjściu.

Cztery godziny później odeszła. Nikt nawet nie zauważył.

Za miesiąc skończyłaby 98 lat. Była jednym z najlepszych ludzi, jakich miałem szczęście spotkać w życiu.

******

(…)Naucz wierzyć, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół;
Że gdziekolwiek są, dobrze im jest – bo są z nami, choć w innej postaci…

I przekonaj, że tak ma być, że od głosów ich wciąż drży powietrze…
Że odeszli po to, by żyć – i że teraz już będą żyć wiecznie
(…)
(Z.Preisner)

Mruczanka Z Wiertłem

Puchatki były dzisiaj z Pietruszką u dentystki. Albowiem w pietruszkowej piątce pojawiła się była kropeczka, którą to kropeczkę czujne oko M. wypatrzyło natychmiast. Czujne oko M. nie dało sobie także wmówić (mimo usilnych prób ze strony Puchatka), iż rzeczona kropeczka to zapewne ziarenko maku z bułki, ze śniadania. Skoro po trzech dniach kropeczka nadal tam jest – zadecydowała M. – trzeba, żeby ją fachowiec zobaczył.

Ano, jak trzeba to trzeba. Zadzwonili zatem Puchatki do Polecanego Przez Znajomych Gabinetu Dentystycznego (w szyldzie duży napis: „Dzieci mile widziane”.). Umówili. Poszli.

Pierwsza wizyta – tydzień temu – była tylko kontrolna, żeby się Pietruszka nie zniechęcił. Pani dentystka ząbki obejrzała, pochwaliła, jaki dzielny pacjent, dała dzielnemu pacjentowi prezent z Dużego Pudła z Prezentami.

I powiedziała – niestety – że rzeczywiście, że jest kropeczka, że ona by jednak radziła ją „zrobić”, bo to niby nic, ale nigdy nie wiadomo, a teraz to ledwie kropeczka na szkliwie, muśnięcie „borówką”, maźnięcie odpowiednią żywicą – i po krzyku, a za rok czy dwa, to nie wiadomo…

Puchatki skonsultowali się z Pietruszki Chrzestną Mamą, skądinąd pediatrą. No bo niektórzy twierdzą, że mleczaków to lepiej w ogóle nie robić, i tak wypadną…

Ale Chrzestna Mama stwierdziła, że jej zdaniem lepiej zrobić. Argumenty podała te same, co pani dentystka. No to zapisały się Puchatki (a raczej zapisały Pietruszkę).

Wyprawa była całą rodziną. Puchatek wlazł był z Pietruszką do gabinetu, M. z Piłeczką czekały w poczekalni.

Pietruszka siadł na fotel – a raczej na kolana Puchatka siedzącego na fotelu. Pani dentystka WYJAŚNIŁA czteroletniemu pacjentowi, co mu będzie robić, rzeczowo i spokojnie, w słowach zrozumiałych dla dziecka. Potem psik-psik popsikała jakimś lekkim znieczulaczem i dalej borować! Całe borowanie trwało dokładnie osiem sekund (zegar wisiał na ścianie, Puchatek patrzył na niego cały czas…). Pietruszka przez moment spiął się, trochę nawet jąknął, łezki miał w oczach – ale się nie ruszył, tylko łapki na tatowych rękach zacisnął. A potem już żywica, a potem takim niebieskim światełkiem pani dentystka świeciła do pietruszkowej paszczy (bo żywicę się utwardza ultrafioletem…) i już, po krzyku.

Pietruszka zlazł z fotela, łezki otarł jeszcze z niepewną miną, ale jak mu pani dentystka podetknęła pod usmarkany nosek Duże Pudło z Prezentami, to zapomniał o całej historii i wybrał sobie Piękny, Zielony Samochodzik.

A jak wychodzilismy z gabinetu, to Pietruszka był już usmiechnięty od ucha do ucha, za to M. słuchająca pod drzwiami miała łzy w oczach.

No i proszę – Pietruszka niby taki delikatny, taki introwertyk, wszystko przeżywa, wielu rzeczy się boi… Ale jak przyjdzie co do czego, to jest naprawdę dzielny i potrafi swój lęk pokonać. No, w każdym razie ja w jego wieku (podobno, jak twierdzi Osobisty Tata Puchatka) taki dzielny u dentysty nie byłem…

Dumny jestem z mojego Pietruszki. Dzielny facet. 🙂

Mruczanka Polarna

No, o temperaturach Puchatek pisać nie będzie, bo i o czym. Wszyscy wiedzą. Dziś raczej o ich ubocznych skutkach…

Wstał Puchatek rano. Nawet trochę za rano, jak na fakt, że była niedziela i w ogóle. Ale co było robić – Piłeczka o godzinie siódmej minut czterdzieści obudziła się, siadła na łóżeczku i (jeszcze z zamkniętymi oczami…) zaczęła śpiewać. O krasnoludkach, co to pod grzybami mają budki. A potem zażyczyła sobie „tało dące”, czyli kakao gorące.

No to powlókł się był Puchatek do kuchni. Kubeczek piłeczkowy wziął. Kubeczek okazał się być brudnym (na, zapomnieli Puchatki wieczorem wymyć, bo się był drań schował…).

Sięgnął zatem Puchatek nad zlew, kran odkręcił…

…. – powiedział kran. I wzruszył kurkami.

O, kurki wodne!

Rozbudził się był Puchatek w tempie ekspresowym. Za telefon złapał. Do wodociągów zadzownił. Wodociągi (choć niedziela) odebrały od razu.

– Wody nie ma? Eee, my żadnej awarii nie mamy. Musiało u pana zamarznąć. – powiedziały wodociągi radośnie.

Puchatek próbował nawet tłumaczyć, że skoro nie ma wody, to wodociągi OWSZEM, MAJĄ awarię – ale miła pani w słuchawce kazała wezwać hydraulika i pożegnała się grzecznie.

Hydraulika przywieźli znajomi. Pan Zbyszek – PRAWDZIWY fachowiec, jakich niewielu… – rury opukał, zaworki sprawdził, kluczem postukał i orzekł stanowczo:

– No, zamarzło…

…i na szczęście fachowcem będąc powiedział jeszcze:

– O, tu zamarzło. Ma pan nagrzewnicę?

Puchatek nie miał. Ale Znajomi mieli. Pożyczyli.

Pan Zbyszek pojechał (w dodatku odmówił przyjęcia zapłaty, twierdząc, że przecież nic nie robił, więc pieniędzy nie weźmie…). A Puchatek wziął pożyczoną nagrzewnicę (to taka jakby suszarka do włosów, tylko większa i ciut gorętszym powietrzem dmucha…) i zaczął nagrzewać wskazane miejsce.

No i trzeba panu Zbyszkowi oddać sprawiedliwość raz jeszcze: po kwadransie nagrzewania woda jako żywo poleciała.

Dlaczego jednak zamarzło, skoro w piwnicy, skoro poniżej poziomu gruntu i w ogóle nie miało prawa?

Otóż miało. Rurka szła przez kotłownię. W kotłowni stoi piec. Gazowy, od centralnego ogrzewania. Zgodnie z wszelkimi przepisami pomieszczenie w z piecem gazowym musi mieć „nawiew zewnętrzny”. Czyli taką niewielką dziurę w ścianie, ewentualnie z kawałkiem rury.

Bo jak piec spala gaz, to potrzebuje powietrza. Jak potrzebuje – to zasysa. A jak zasysa – to musi być stały dostęp, czyli rzeczony „nawiew zewnętrzny”.

A inteligentni panowie, którzy …naście lat temu budowali dom (który potem stał się Chatką Puchatków) nie pomyśleli. Bo im zapewne za pracę płacono, a nie za myślenie…

No i puścili rurkę z wodą DOKŁADNIE pod tym wlotem powietrza. Czyli – jest dziura w ścianie z kawałkiem rury, tuż nad powierzchnią gruntu (wychodzi w ogródku). Od podłogi piwnicy – jakieś metr pięćdziesiąt. A poniżej – jakieś trzydzieści centymetrów nad podłogą – biegnie rzeczona rurka, która w dodatku dokładnie w tym miejscu rozdziela się na trzy.

No i tak: jak piec spala, to zasysa. Jak zasysa, to wciąga powietrze. Jak wciąga – to przez rzeczony otwór wpływa z dworu zimne powietrze. A zimne powietrze (…”praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb…”) opada. Opada zimnym strumieniem PROSTO na rzeczoną rurkę. Z wodą.

Jak na dworze jest minus pięć, to nie ma sprawy (w kotłowni jest wtedy plus dziesięć). Jak nawet jest minus piętnaście, to jeszcze nie ma sprawy. Ale jak jest minus dwadzieścia pięć…

Jak jest minus dwadzieścia pięć, to nawet w zamkniętym pomieszczeniu opadające na rurkę powietrze wciąż ma jakieś minus piętnaście. Czy minus dziesięć, whatever.

A temperatura zamarzania wody… Wiadomo.

Na razie Puchatek zawinął rzeczone rurki jakąś izolacją i zrobił nad nimi daszek z tektury. Może wystarczy. Jak nie wystarczy – to już przynajmniej wiadomo, gdzie grzać. A latem tak czy owak wymiana pieca etc, to i ten wlot się przerobi i rurki przesunie. Uf.

Mruczanka Bez Szans

Ech, życie.

Zamarzyło mi się, wydawało się, a tu Kocia Twarz. Jak Zwykle Zresztą, cytując Klasyków 😉

Wszystko zaczęło się od tego, że półtora roku temu kupiłem sobie w sklepie Jednej Dużej Sieci dyktafon cyfrowy. No bo się przydawał w pracy i przydaje nadal. Pisałem o tym kiedyś.

Ponieważ dyktafon rzeczony parę złotych był kosztował, kupiłem go na raty. Raty spłaciłem jak przykładny klient, za pomocą zlecenia stałego. Niewielkiego zresztą.

Ha. Przed świętami Jedna Duża Sieć Sklepów RTV przysłała mi… kartę stałego klienta. Z pięknym listem, że „…doceniając znakomitą obsługę kredytu…” etc. Co w tłumaczeniu na polski brzmi: w nagrodę za terminowe spłacanie rat damy panu szansę wydania jeszcze trochę kasy w naszym sklepie.

Karta ma to do siebie, że wystarczy z nią przyjść do rzeczonego sklepu i okazać dokumenty, żeby móc od ręki i bez żadnych zaświadczeń o zarobkach i innych takich kupić dowolny produkt na raty.

Ma to swój urok, bo przy moim obecnym systemie pracy zaświadczenia o zarobkach nie przyniosę, o zatrudnieniu nie wspominając 🙂

No i bomba. I zamarzyłem sobie, że w takim razie może uda się kuopić coś, o czym marzę od dawna, a czego za gotówkę – rzecz prosta – nie kupię.

Bo zamarzył mi się aparat. O, taki właśnie. Cyfrowa lustrzanka. 8 milionów pikseli. Ach.

No i Kocia Twarz. Oczywiście.

Bo te słynne „raty na zero procent” to owszem są, ale jak się bierze najwyżej na pół roku. A taka zabawka kosztuje tyle, że na pół roku to wychodzi prawie sześćset złotych miesięcznie. Ha, ha, ha. Odpada w przedbiegach.

Ja myślałem raczej o trzech latach. Tyle, że wtedy to jest „normalny” kredyt. Oprocentowanie (kosmiczne!!!), ubezpieczenie kredytu i parę innych szczegółów. Rata miesięczna jest do przyjęcia, ale po podliczeniu okazuje się, że w ciągu tych trzech lat za aparat, który kosztuje trzy i pół tysiąca złotych dopłacam dodatkowo prawie tysiąc siedemset, czyli połowę jego ceny.

 

Czyli – jako rzekłem – Kocia Twarz.

 

Jeszcze nie tym razem…

 

Bez szans. Ech. 😦