Mruczanka Na Moście (W Avignon…)

Historyjkę, którą Puchatek chce opowiedzieć, można by przedstawić na kilka sposobów.  Można opowiedzieć ją chronologicznie – wtedy musiałaby się zacząć dobre dwadzieścia lat temu… Ale nie, to nie jest dobry pomysł. Spróbujmy raczej budować napięcie. 🙂

Wczoraj Puchatek wziął się za Stajnię Augiasza, czyli za swój Tak Zwany Gabinet, który do doprawdy dłuższego już czasu rozpaczliwie domagał się posprzątania. Sprzątanie było gruntowne, połączone z przekładaniem Papierów Wszelkich do Szuflad Rozlicznych. Puchatek ma odruch chomikowani papieru, więc trochę tego było…

W pewnym momencie z unoszących się w Tak Zwanym Gabinecie kłębów kurzu wydobył Puchatek pewną pocztówkę. Popatrzył, podumał i… sięgnął po telefon.

I tu musimy się cofnąć o lat kilka.

***

Dawno, dawno temu (obecność po drodze gór i lasów zależy od miejsca zamieszkania Szanownego Czytelnika) Puchatek – który grał wtedy nieco więcej, niż obecnie – wytąpił był na pewnym lokalnym festiwalu. Poprawka – wystąpiła w zasadzie Puchatkowa Znajoma o Wielkim Głosie, a Puchatek jej akompaniował.

Puchatkowa Znajoma śpiewała – między innymi – „Na moście w Avignon” (wiersz Baczyńskiego z muzyką Andrzeja Zaryckiego, znany z wykonania Ewy Demarczyk). Puchatkowa Znajoma dostała nawet jakieś wyróżnienie. Był rok Pański 1988 (chyba).

***

Minęło lat naście. Po drodze Puchatkowa Znajoma wyszła za mąż, a Puchatek czytał czytanie na jej ślubie. Potem Puchatek wyszedł za żonę, a Puchatkowa Znajoma śpiewała na jego ślubie psalm (i to jak!).

Rok po swoim ślubie Puchatek z M. byli na jednej za swoich Wielkich Wypraw Autostopowych – tym razem na południu Francji i na północy Hiszpanii. Czyli głównie w Pirenejach.

Jednakowoż jadąc w Pireneje zahaczyli takoż o Prowansję. I zwiedzali Awinion. I Puchatkowi się skojarzył ten koncert sprzed …nastu lat. I napisał do Puchatkowej Znajomej kartkę. Kartka przedstawiała – a jakże – słyny most w Awinionie. Ten sam, o którym pisał Baczński…

Tyle, że – już po napisaniu kartki – Puchatek uświadomił sobie, że… nie ma adresu (bo Puchatkowa Znajoma z mężem w tak zwanym międzyczasie się byli przeprowadzli).

Więc zabrał Puchatek rzeczoną kartkę do domu, żeby po powrocie wręczyć ją osobiście. Był rok Pański 2000.

***

I właśnie wczoraj Puchatek tę kartkę znalazł. Kartkę w mostem w Awinionie. Kartkę sprzed siedmiu lat! Kartkę, która w jakiś niewyjaśniony sposób przeżyła niezauważona i nie zginęła w czasie Wielkiej Przeprowadzki z Warszawy do G. A najzabawniejsze, że już po jej napisaniu – jakieś pięć lat temu – Puchatki się z Puchatkową Znajomą i Jej Rodziną widziały, ale oczywiście nikt już o kartce nie pamiętał… Do wczoraj.

Puchatek uznał, że „takie przypadki nie istenieją”. Sięgnął więc – jak napisał na początku – po telefon. I odnowił kontakt „zamrożony” przez ostatnie pięć lat (mniej więcej).

„Wszelki duch Pana Boga chwali!” wykrzyknęła w słuchawkę Puchatkowa Znajoma. I umówili się, że się wszyscy spotkają w którąś niedzielę na Dwurodzinnym Spędzie.

I tak Zapomniana Pocztówka pomaga odnawiać stare znajomości. 🙂

A oto i ona:

„Na moście w Avignon”…

Mruczanka Po Godzinach

Dzieje się.

Przedszkole – oczywiście – nie ruszyło. Starostwo (na razie) odmówiło wydania zgody na „zmianę sposobu użytkowania budynku” (to miała być formalność, a ciągnie się już trzeci miesiąc). Tym razem dlatego, że pan W. (naczelnik wydziału architektury) dopatrzył się, że w starych planach budynku był wpisany… gabinet lekarski na parterze. A gabinet lekarski + przedszkole przekracza te magiczne trzydzięści procent powierzchni, które można przeznaczyć na działalność gospodarczą w domku jednorodzinnym.

Pan W. doskonale wie, że żadnego gabinetu tam nie było i nie ma. Ale pan W. jest tępym biurokratą, którego nie obchodzą fakty, jeśli nie ma ich na papierze. (Pan W. nota bene miał 30 dni na ewentualny sprzeciw wobec naszego zgłoszenia – i wystawił go w 29 dniu z tych trzydziestu).

W ten sposób w mieście, w którym brakuje 150 miejsc w przedszkolach nie można otworzyć przedszkola z czysto biurokratycznych powodów.

Oczywiście – i to da się obejść. Trzeba złożyć zgłsozenie o zmianie raz jeszcze, tym razem tak, żeby nie było na nim gabinetu. I przejdzie. Tyle, że to zajmie kolejny miesiąc. Ale to przecież urzędników nie obchodzi…

Urzędnicy – wedle określenia, którem ostatnio usłyszał – cierpią (wszyscy chyba) na chorobę zwaną „jaskrą analną”.

Jaskra analna polega na tym, że człowiek nie widzi… możliwości żeby ruszyć dupę. Pardon.

***

Zima jaka jest, każdy widzi. Do przedwczoraj była wiosna/jesień, a od wczoraj jest zima. Po prostu. Matka Natura zaplanowała chyba, że w ciagu tych kilku dni nadrobi zaległości i zrzuci nam na głowy (oraz drogi, chodniki i balkony) cały śnieg, który nie padał od grudnia.

Oczywiście nikt się tego nie spodziewał. Co prawda jest styczeń, co prawda w styczniu czasami pada śnieg, co prawda w prognozach od tygodnia mówiono, że w środę zacznie sypać…

Nic to. Zima zaskoczyła drogowców.

M. jechała wczoraj rano z miasta G. do miasta P., leżącego w połowie drogi z G do Stolicy. Z G. do Stolicy jest trzydzieści kilometrów, a zatem – jak łatwo obliczyć – z G. do P. jest ich piętnaście.

Zwykle tę odległość pokonuje się w 20 – 25 minut (wliczając w to fatalne drogi i poranne korki). Wczoraj M. jechała DWIE I PÓŁ GODZINY. Czyli jakby się uparła, to mogłaby w tym czasie dojść piechotą. Po drodze nie widziała ANI JEDNEGO pługu śnieżnego.

Mieszkańcom Mazowsza gratulujemy służb drogowych.

***

Ukazała się nowa płyta Loreeny McKennitt. W sklepach jej jeszcze nie widziałem, ale na niezawodnym Allegro już jest. Tyle, że jeszcze bardzo droga – koło 60 zł. Poczekam (…z bólem serca…) jeszcze ze dwa tygodnie – jak spadnie poniżej 45 złotych, to kupię. A jak wejdziecie TUTAJ, to możecie sobie posłuchać fragmetów (to oficjalna strona, żadne piractwo, żeby nie było!). Zwróćcie uwagę na ostatni fragment – z utworu Never-Ending Road.

Jak się tego słucha, to nagle pan W. (i wszyscy inni jego koledzy) wydają się tacy malutcy, że aż człowiekowi się ich żal robi…

Mruczanka Noworoczna (?..)

Och, jakże ja nie lubię początków Nowego Roku… Po świąteczno – noworocznym rozprężeniu i rozleniwieniu tak trudno wrócić do normalnego rytmu pracy…

Odpalam komputer, otwieram kolejne wybitne (rzecz prosta) dzieło nad którego tłumaczeniem właśnie siedzę i… rzuca mną ostry napad pracowstrętu.

***

Na Sylwestra byli u nas znajomi Nieparzystokopytni. My byliśmy wykończeni po dwutygodniowej, przedświatecznej sesji kursu, na który uczęszcza M. Oni byli wykończeni po równie długiej przeprowadzce, w czasie której bili się najpierw z panami od przeprowadzek, potem z panami od remontów, zastrzelili dwóch hydraulików, jednego murarza i chyba z tuzin elektryków, a i tak w najmniej odpowiednim momencie (czyli po ZAKOŃCZENIU wszystkich prac w nowym mieszkaniu) wybuchł im (najdosłowniej) piecyk w łazience, którą w związku z tym trzeba było remontować w zasadzie od nowa.

Co ciekawe, piecyk był przepływowy, ale elektryczny. Jeśłi ktoś z Was zamontował sobie taki w domu myśląc, że – w przeciwieńsatwie do gazowego – nie grozi wybuchem, to już wie, że się myli…

***

Siedzieliśy sobie, gadaliśmy o wszystkim i o niczym… Bardzo było miło. Przy okazji dowiedzieliśmy się, kto ze znajomych jest w ciaży – zapowiada się na to, że rok 2007 też sypnie maluchami… 🙂

A po północy wyszliśmy na balkon na górze, żeby popatrzeć na fajerwerki. Poszliśy spać o trzeciej, wstaliśmy o… dziesiątej. Potwory stanęły na wysokości zadania…

A teraz wszystko wraca do (nazwijmy to w ten sposób…) normy.

Ot, co.

Mruczanka z Prośbą o Pomoc

HEEEELP!

Puchatek od dłuższego czasu rozpaczliwie szuka tekstu pewnej piosenki. I nijak go odnaleźć nie może…

Piosenka nazywała się „Hymn pesymistów”. Napisał ją (lata temu…) pewien ksiądz, jezuita, o. Rostworowski. Napisał ją siedząc w więzieniu, acz z martyrologią nic wspólnego nie miała – był to złośliwy i niezwykle zabawny tekst doskonale obrazujący czasu PRL.

Piosenka zaczynała się od słów „My jesteśmy pesymiści”.

Mimo długich poszukiwań Puchatek nie może odnaleźć tego tekstu. Nawet Google wymiękł. Pomóżcie, proszę! Może ktoś z Was zna tę piosenkę? Wrzućcie w komentarze albo napiszcie na puuchatekMAŁPAgazeta.pl

Pliiiiiiiiizzzzzz!

Mruczanka Poświąteczna

Święta, święta i… wiadomo. Najpierw się człowiek nabiega, potem nasprząta, a potem tak naje, że już nic dalej mu się nie chce…

Puchatki wigilię spędzały w Chatce, rzecz prosta. W tym roku jednakowoż nie całkiem same, bo zaproszona została Ciocia. Ciocia Puchatka.

Ciocia zwykle spędza ten wieczór szczególny ze Starszą Córką i jej rodziną (Młodsza Córka mieszka u Wuja Sama), ale w tym roku cała rodzina Starszej Córki wybyła była na święta do… Egiptu. I zamiast choinki mieli piramidę. Co kto lubi.

Wigilia z Ciocią była całkiem sympatyczna – a najśmieszniej było, jak Ciocia wyciagnęła z torby Skarb Wielki, czyli zdjęcia Puchatka i Puchatkowej Mamy z czasów prehistorycznych.

M. śmiała się do rozpuku, a Potwory rozdziawiały paszcze nie mogąc uwierzyć, że ten śmieszny trzylatek na czarno-białym zdjęciu, z loczkami jak aniołek, w spodenkach na szelkach – to ich osobisty Tata.

– A gdzie JA wtedy byłem? – zapytał oczywiście Pietruszka, głosem podejrzliwym, wietrząc jakiś podstęp. Tłumaczenia, że go jeszcze WCALE nie było na niewiele sie zdały – to chyba przekracza możliwości rozumienia Prawie-Pięciolatka…

W Pierwszy Dzień Świąt – błogie lenistwo, Puchatki udały się tylko do kościoła, a i to samochodem.

W Drugi Dzień – po południu, zgodnie z Nową Tradycją, udały się Puchatki do znajomych na Autentyczne Kolędowanie. Była gitara, organki i mnóstwo śpiewania, a Potwory – w towarzystwie innej dzieciarni zresztą – skakały i tańczyły.

A dziś (czyli w środę) rano Puchatki miały Efektowną Pobudkę, bo w świątecznym ferworze Puchatek oczywiście zapomniał był, że dziś jest tak zwana Śmieciowa Środa.

Śmieciowa Środa przypada co dwa tygodnie – około ósmej rano zjawiają się panowie śmieciarze z Wielką Pomarańczową Śmieciarką (obiektem westchnień i zachwytów Pietruszki). Toteż należy – najlepiej we wtorek wieczorem – wystawić za furtkę kubły ze śmieciami.

A jak się zapomni, to panowie śmieciarze bezlitośnie dzwonią do furtki i wtedy trzeba naprawdę-bardzo-szybko-się-ubrać-i-pędem-zbiec-na-dół-i-wystawić-kubły-bo-panowie-się-spieszą. A jeśli się akurat jeszcze leży w łóżku, to jest to operacja ze wszech miar zabawna.

Nie ma to, jak Efektowna Pobudka po świetach. Od razu człowiek się budzi, wskakuje na najwyższe obroty i może się brać do pracy.

Co niniejszym Puchatek idzie czynić.

Howgh.

Mrrrrruczanka Zakrrrrręcona

Wybaczcie, ale naprawdę nie mam kiedy pisać. Jakieś krótkie notki wrzucam na Puchtka Politycznego, ale to tylko komentarze na bieżąco, bardziej emocjonalne niż przemyślane. A i to nieczęsto.

M. ma właśnie drugą sesję swojego kursu, czyli codziennie wybywa z domu koło czwartej po południu i wraca z Warszawy koło północy. A ja – co za tym idzie – do czwartej zasuwam, żeby nie narobić sobie za dużych zaległości z robotą (…bo na koncie ciagle minus, choć coraz mniejszy…), a od czwartej jestem Super-Tatą i zajmuję się Potworami. A jak potwory zasną to już nie mam siły…

Zajmowanie się Potworami ostatnio sprowadza się do pilnowania, żeby się nie pozabijały. Chodzi zarówno o to, żeby nie pozabijały się nawzajem (…), jak też o to, żeby nie pozabijały się osobiście (to drugie dotyczy zwłaszcza Piłeczki, której niezwykły talent do włażenia w najmniej sensowne miejsca, a następnie spadania z nich, zdecydowanie rozwija się z wiekiem).

A propos – z wiekiem… Piłeczka skończyła (wczoraj) trzy lata. A że zawsze jest do przodu (chodzić zaczęła, jak miała dziesięć miesięcy), to uczciła trzecie urodziny w ten sposób, że zaczęła mówić „R”. Ale żebyście słyszeli to „RRRR”! No i, rzecz prosta, teraz już jej się myli, gdzie „R”, a gdzie „L”, wiec wygłasza głębokie teksty w rodzaju „Moja rarka rubi mreko!”.

A Pietruszka, który w marcu skończy lat pięć (poważny wiek…), ciągle jeszcze jest na etapie „L”. Ciekawe.

***

Sprawy przedszkolne – w toku. Wygląda na to, że strażaków uda się przeskoczyć mniejszym kosztem, niż początkowo wyglądało (co nie znaczy, że małym). Aktualnie papiery są już w starostwie – jeśłi Taki Jeden Pan Urzędnik nie przyczepi się do niczego ważnego, to wygląda na to, że już w połowie stycznie przedszkole (tfu, tfu) ruszy.

***

I jeszcze na koniec – uroczy dialog Pietruszki z Pewną Ciocią.

Ciocia (półżartem): Pietruszko, może pomożesz mi zmywać naczynia?

Pietruszka (absolutnie poważnie): Nie, ja będę zmywał naczynia jak będę dolosły.

Ciocia (zaintrygowana): Dlaczego dopiero wtedy?

Pietruszka (tonem wyjaśniającym): Bo wtedy będę juz wiedział, jak się włącza zmywalkę…

Ano, prawdziwy mężczyzna XXI wieku! 😉

***

A Trzyletnia Piłeczka wygląda tak:

Mruczanka Pod Górkę

Sami fachowcy, Kocia Twarz.

Pani gminna architektka (?) – skądiną babsztyl wredny, nieprzyjemny i złośliwy (bywalcy wiedzą, że Puchatek rzadko takich określeń uyżywa…) okazała się ponadto być osobą niekompetentną. Puchatek bowiem zażądał od pani podstawy prawnej owych słynnych „30 procent” (patrz poprzednia notka), a pani rzeczona dała Puchatkowi kserówkę Ustawy o Prawie Budowlanym.

Już przy czwartej lekturze wskazanego przez panią punktu Puchatek zauważył, że Ustawa mówi o „30 proc. powierzchni CAŁKOWITEJ budynku”. Natomiast pani architekt mówiła, że chodzi o „30 proc. powierzchni UŻYTKOWEJ budynku”.

Dla niewtajemniczonych – powierzchnia CAŁKOWITA jest o wiele większa (bo to powierzchnia liczona po obrysie ścian zewnętrznych – więc w tej sytuacji łatwiej sie w tych 30 prec. zmieścić.

Poszedł Puchatek do rzeczonej pani i zwrócił uwagę na tę nieścisłość.

A opani architekt (-ka?) odparła z miną znudzoną, że „…owszem, ustawa mówi o powierzchni całkowitej, ale miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego mówi o użytkowej”.

Na to Puchatek powiedział pani, że w takim razie rzeczony plan (…skądinąd jej autorstwa, rzecz prosta…) jest w tym punkcie SPRZECZNY Z USTAWĄ, a w takim razie obowiązuje – oczywiście – zapis ustawowy…

Z pani powietrze uszło jak z przekłutego balonika i zaczęła coś mamrotać, że „przecież nie jest BARDZO sprzeczny…” (jakby można było być trochę w ciąży…).

Zatem magiczne 30 proc. najprawdopodobniej uda się przeskoczyć.

***

Ale nie cieszmy się za szybko – fachowcy są wszędzie. Kolejnym wybitnym fachowcem okazał się pan „rzeczoznawca” od spraw przeciwpożarowych, który Puchatkom sporządził opinię – jak się okazuje – niezgodną z przepisami przeciwpożarowymi.

Teraz okazuje się, że według nich (przepisów znaczy) należałoby jednak:

– obudować klatkę schodową drzwiami ognioodpornymi, oraz

– zainstalować na niej automatyczne urządzenia oddymiające.

Całkowity koszt operacji – lekko licząc koło 8 tysięcy złotych, może więcej.

Jeśli tego nie uda się przeskoczyć – możemy zapomnieć o przedszkolu, po nas na to zwyczajne nie stać.

Będziemy mogli otworzyć „klubik” czy inną „opiekę nad dziećmi” (bo do tego nie potrzebujemy opinii strażaków) – czyli nie dostaniemy gminnego dofinansowania. Czyli – jeśli M. i druga przedszkolanka nie mają pracować za friko (tzn. pracować na czynsz, ZUS i opłaty) trzeba będzie podnieść czesne.

A najgorsze, że cała ta operacja (obudowanie, urządzenia etc.) jest w przypadku tego budynku kompletnie bez sensu. Nic nie daje, za to utrudnia ewakuację. No ale przecież, jak wiadomo, „…nie chodzi o to, żeby się nie spaliło, ale żeby się spaliło zgodnie z przepisami”.

Czyli – jak to ujął Puchatkowy znajomy – stworzenie przedszkola jest niezgodne z prawem, za to absolutnie zgodne z prawem jest to, że przedszkola nie ma a dzieci mogą sie pętać po ulicy.

A to Polska właśnie.

Mruczanka Na Granicy Obłędu

Żyjemy w kraju chorej biurokracji, nienormalnego prawa, wszechobecnego urzędniczego niemogizmu. W dodatku nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić, bo nasi Szacowni Ustawodawcy mają na głowie poważniejsze rzeczy, niż robienie dobrego prawa. W teczkach się trzeba grzebać, lustrować się trzeba, o – to są ważne sprawy. A nie jakieś tam ustawy i prawo pomagające ludziom żyć.

Przedszkole – bo o nim mowa, rzecz prosta – nadal nie działa. Lokal jest skończony, dom „odebrany”, pani z SANEPiDu podpisała bez zastrzeżeń (!!!).

O co zatem chodzi?

Ano, właśnie o durny, biurokratyczny problemik.

Przedszkole znajduje się (…ma się znajdować…) w lokalu wynajętym w prywatnym domku jednorodzinnym (całe pięterko). Kiedy właściciel rzeczonego domku uzyskał już jego odbiór techniczny (to też zresztą długa historia, ale innym razem…) udał się był do gminy, żeby dokonać „zmiany spsobu użytkowania budynku”, czyli – mówiąc po polsku – uzyskać zgodę na prowadzenie w tym budynku działalności gospodarczej (czyli – w tym wypadku – przedszkola). Pani architekt zażądała planów przedszkola. A po ich obejrzeniu powiedziała, że… nie może wydać zgody.

Dlaczego?

Ponieważ istnieje jakiś przepis (ustawa bodaj z lat sześćdziesiątych), który stanowi, że jeśłi w domu zbudowanym jako mieszkalny prowadzona jest działąlność gospodarcza, to na tę działalność (niezależnie od jej charakteru) NIE MOŻE BYĆ PRZEZNACZONE WIĘCEJ, NIŻ 30 PROC. POWIERZCHNI BUDYNKU.

A nasze przedszkole zajmowałoby około 50 proc.

No i klops – nagle nikt nic nie może, bo taka ustawa i już.

Jutro po raz setny idziemy do burmistrza – może burmistrz coś wymyśli.

DLACZEGO, u licha, państwo pakuje się z butami w prywatną posesję Pana K. i dyktuje mu, ile procent domu BĘDĄCEGO JEGO WŁASNOŚCIĄ ma prawo przeznaczyć na cokolwiek?!

Przepraszam, czy jest na sali prawnik? Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, ma może jakieś doświadczenia lub stosowną wiedzę, która pomogłaby wyjść z tej sytuacji? Czy ktoś wie, jak „przeskoczyć” tę durną ustawę?

„Wszystkim zależy na przedszkolu”. Nam – wiadomo. Rodzicom – bo w mieście G. brakuje 150 (!!!) miejsc przedszkolnych a na budowę nowego gminnego przedszkola się nie zanosi. Gminie – bo… patrz wyżej.

Wszystkim zależy. Wszyscy chcą. Wszyscy chętnie by pomogli.

I NIKT NIC NIE MOŻE ZROBIĆ.

To jest chory kraj, chore prawo, chora rzeczywistość.

Mruczanka Listopadowo-Senna z Ostrym Akcentem Humorystycznym

Jak zwykle o tej porze roku Puchatek jest pełen uznania dla niedźwiedzi (z wyjątkiem polarnych), które kompromisów nie uznają i po prostu idą spać.

Puchatek też by najchętniej poszedł w ich ślady, czyli uderzył w kimono gdzieś tak do początków marca. Z krótką pobudką na Boże Narodzenie rzecz prosta.

Ech.

***

Rodzina M. – ta, co to mieszka Na Drugim Końcu Polski – miała do niedawna małego pieska, stuprocentowego kundelka, o jakże oryginalnym imieniu Misiek. Misiek był juz stareńki i jakiś czas temu przeniósł się do Krainy Wiecznych Serdelków, a jego kocyk świecił pustkami.

Wczoraj M. dzwoniła do rodziny i dowiedziała się (między innymi), że na ulicy Słonecznej pojawił sie następca Miśka. A w zasadzie – nawet dwóch następców.

Rodzina dostałą skądsiś dwa małe pieski, kundelki rzecz prosta – i teraz wszyscy są zadowolenia, bawią się z nimi, zachwycają się nimi. Wszystko w normie.

– A jak się będą wabiły? – zapytała M. swoją ciocię

– No, jeden nazywa się Chuck, a drugi – Norris. – odparła ciocia, śmiejąc się w słuchwakę. – Bo takie są bojowe! – dodała.

Padłem, leżęi szybko nie wstanę.

Puchatek (z podłogi).