…bo jakaż by inna w te piękny dzień?
Chciałem się wyzwierzać na służby drogowe, ale… Znalazłem obrazek, który kompletnie rozładował moje poranne wkurzenie wywołane dowożeniem Potworów do szkoły przez kompletnie nieodśnieżone drogi.

…bo jakaż by inna w te piękny dzień?
Chciałem się wyzwierzać na służby drogowe, ale… Znalazłem obrazek, który kompletnie rozładował moje poranne wkurzenie wywołane dowożeniem Potworów do szkoły przez kompletnie nieodśnieżone drogi.

Powstał swego czasu „Puchatek Polityczny” (link po prawej wciąż wisi), ale niestety: rzeczywistość skrzeczy i Puchatek po prostu nie ma czasu, żeby tam pisać. Może kiedyś wróci, ale na razie nie ma szans.
Dlatego dziś, w dniu świątecznem, krótka mruczanka polityczna tu się znajdzie. Bo czasami Puchatek musi (inaczej się udusi).
Miłościwie Nam Panujący Pan Prezydent raczył w orędziu na 11. listopada napisać, że mamy w dzisiejszych czasach kryzys patriotyzmu. Szkoda, że Pan Prezydent nie próbuje nawet zastanawiać się dlaczego tak jest.
Czy Pan Prezydent nie widzi, że brak patriotyzmu – i ten deklarowany, i ten faktyczny… – to w dużej części reakcja na takich, jak On? Jak partia Jego brata?
Na hurra-patriotyzm polegający wyłącznie na drętwych słowach, napuszonych pozach, machaniu flagą i napawaniu się (żeby nie powiedzieć bardziej brutalnie…) narodową martyrologią?
Tak to jest, Panie Prezydencie. Reakcją na patos i napuszenie jest ironia i cynizm. To reakcja obronna. Po prostu.
Nie mogę się oprzeć: dziś, w tym szczególnym dniu dedykuję Panu Prezydentowi fragmenty wiersza Jana Kasprowicza. Pod rozwagę.
„Rzadko na moich wargach –
Niech dziś to warga ma wyzna –
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.
Widziałem, jak się na rynkach
Gromadzą kupczykowie,
Licytujący się wzajem,
Kto Ją najgłośniej wypowie.
Widziałem, jak między ludźmi
Ten się urządza najtaniej,
Jak poklask zdobywa i rentę,
Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.
Widziałem, jak do Jej kolan –
Wstręt dotąd serce me czuje –
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.
Widziałem rozliczne tłumy
Z pustą, leniwą duszą,
Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej
Resztki sumienia głuszą.
Sztandary i proporczyki,
Przemowy i procesyje,
Oto jest treść Majestatu,
Który w niewielu żyje.
Więc się nie dziwcie – ktoś może
Choć milczkiem słuszność mi przyzna –
Ze na mych wargach tak rzadko
Jawi się wyraz: Ojczyzna. (…)”
Przedwczoraj, kiedy siedziałem przy pracy, gdzieś za oknem słychać było (nie za głośno, jakby z oddalonego radia) słynną piosenkę „Voyage, Voyage” („Włajaż włajaż”). Ponieważ byłem zajęty, dopiero po pół godzinie doszło do mnie, że nadal ją słyszę. Piosenka leciała „w kółko”, zdaje się że była jakoś elektronicznie „zapętlona”. Po dwóch godzinach zacząłem dostawać piany na pysku.
Wczoraj też leciała – tym razem przez godzinę z groszami.
Dziś właśnie zaczęła. Czy ktoś to robi złośliwie, czy aż tak kocha to badziewie, że jest go w stanie słuchać godzinami bez przerwy? 😦
Tak czy owak – jeszcze ze dwa dni i dostane szału. Dorwę gościa i wyprawię go w długi włajaż za pomocą kopa w…
😦
No i znowu to samo, Kocia Twarz. Jakby zsumować wszystko, co aktualnie są mi winni dwaj pracodawcy, to wyszłoby jakieś dwanascie tysięcy złotych. Polskich, nowych. Z tych dwunastu tysięcy pawie dziewięć miało być w ubiegły piątek. Ale nie było. I dzis znowu nie ma – czyli będą za tydzień. Miejmy nadzieję.
I jeszcze %&#@&%@!!! ZUS, który już o ponad tydzień spóźnia się ze zwrotem reszty należności za pogrzeb mojej Mamy. Tysiąc dwieście powinni przelać tydzień temu. Nie przelali.
Podsumowując – różne instytucje wiszą mi ponad trzynaście tysięcy.
Stan konta Puchatków: 800 złotych na minusie.
Cholery można dostać. 😦
No, żesz Kocia Twarz!
Wielce Szacowne Państwowe Polskie Wydawnictwo – jak już wspominałem – zapisuje w umowie, że honorarium zostaje wypłacone w ciągu 40 (słownie: czterdziestu) dni. Samo w sobie jest to – pardon – chamstwo, bo niby dlaczego 40 (słownie: czterdziestu) dni? Czy Wydawnictwo, które jest naprawdę dużą instytucją nie jest w stanie zapłacić – powiedzmy – w ciagu dwóch tygodni?
Mało tego – te 40 (słownie: czterdzieści) dni liczy się nie od wystawienia faktury, tylko od „daty przyjęcia tekstu”.
Tłumacznie oddałem – i fakturę wystawiłem – 2 (słownie: drugiego) lutego. „Przyjęcie tekstu” nastąpiło 18 (słownie: osiemnastego) lutego. A zatem owe 40 (słownie: czterdzieści) dni upłynęło dokładnie 29 marca.
A dziś jest 1 (słownie: pierwszy) kwietnia. I – to nie jest prima aprilis – pieniędzy dalej nie ma. Pan Redaktor, z którym współpracowałem (człek Bogu ducha winny, bo przecież nie od niego to zależy…) już chyba z pięć razy chodził do księgowości pytać o moje pieniądze. Za każdym razme odpowiedź była taka sama: wszystko zrobione, szefowa podpisała, wypłata zatwierdzona, lada chwila będzie przelew. Ale przelewu nie ma.
Po moim kolejnym mailu – w którym zaproponowałem, żeby podał mi telefon do Odpowiedniej Osoby w ksiągowości, to sam się pokłócę (bo w tym jestem dobry…) odpisał, że był u Odpowiedniej Osoby, wyawanturował się i OBIECANO MU, że do końca tygodnia będzie przelew.
DO KOŃCA TYGODNIA. Będzie. Przelew. Którego – według umowy – ostateczny termin upłynął był (czas zaprzeszły) w sobotę.
OK., poczekam do końca tygodnia. Czyli do piątku. Jak do piątku nie zapłacą, nie będą więcej mailował, tylko do nich pojadę. I nie będę zawracał głowy Panu Redaktorowi, tylko pójdę prosto do księgowości.
A wnioski na przyszłość? Tym państwu już dziękujemy. Więcej nic dla nich nie zrobię. Wymagają dużo (pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w której od tłumacza wymaga się opracowania indeksu!), płacą marnie, a w dodatku opóźniają. Never more, XBACIM, basta, a po francusku to dodam tylko „merde”.
Ot, co.
Trzecia wojna światowa? A po co? Prędzej czy później biurokracja wykończy nas bez jednego wystrzału…
Odebrałem od mojego Biura Księgowego stertę papierów. Jeden PIT za styczeń, inny za luty, jeszcze inny za cały ubiegły rok, zupełnie niezalezny od tego, który będę musiał składać jak osoba prywatna (bo ten jest „firmowy”). Jakieś druki do ZUS, jakieś wyliczenia „progresywne”, i jakieś tam jeszcze… W sumie dobre kilkadziesiąt kartek papieru (dwustronnie zapisanych). I wszystko po to, żeby poinformować Urząd Skarbowy i ZUS ile im muszę zapłącić i za co.
M. zamówiła pomoce do przedszkola. Ponieważ w Polsce pomoce montessoriańskie są strasznie drogie (dlaczego?), zamówiła je w pewnym sklepie internetowym Za Wielką Wodą. Sklep za pierwszym razem pomylił paczki, więc przesyłka wróciła do adresata. Za drugim razem wysłał już dobrze – i teraz paczka… leży na cle. Gdyby paczkę zamówiła osoba prywatna – do jej odebrania wystarczyłoby jakieś oświadczenie i przetłumaczenie celnikom z oryginału, co się znajduje w paczce (swoją drogą – dlaczego obywatel ma to robić za urzędników?). Ale że M. zamówiła to „na firmę” (…no i chciałaby to policzyć jako „koszty”, którymi niewątpliwie to jest…) trzeba wypełnić jakieś pięć i pół setki skomplikowanych druczków, których żaden normalny humanista sam nie zmoże. Wyjście? Ależ bardzo proste. Trzeba to załatwić przez agencję celną. Oni wszystko zrobią za ciebie.
I zainkasują za to 160 + VAT (nie licząc opłat za upoważnienia…). Dlaczego, do licha, przepisy i procedury są takie, że obywatel de facto MUSI korzystać z usług drogich pośredników? Dlaczego, u licha, formularza SAD nie może wypełnić urzędnik celny, który w końcu otrzymuje pensję z naszych podatków?
I po jaką cholerę cała ta biurokracja – przecież cło płacone przez osobę prywatną i przez firmę jest takie samo?
😦
Nie, nie, Puchatek polskich festiwali w TV nie ogląda i nie słucha. To nie na jego nerwy.
Ale Puchatek jeździ autkiem, a nowy Puchatkowóz ma – między innymi – radyjko. I właśnie w rzeczonym radyjku wielokrotnie – do bólu zębów i dziąseł – słyszał Puchatek pewną… piosenkę. Długo się Puchatek zastanawiał nad dwiema fundamentalnymi kwestiami:
– po pierwsze primo, kto takie nieprawdopodobne gnioty pisze?!
– po drugie primo, kto tego strasznego badziewia słucha?!
Teraz już Puchatek zna odpowiedź przynajmniej na to drugie pytanie.
Odpowiedź brzmi: wszyscy.
Piosenka rzeczona albowiem właśnie ponoć wygrała była festiwal w Sopocie. Dostała Bursztynowego Słowika i (o zgrozo…) nagrodę publiczności.
Tak, właśnie tak – chodzi Puchatkowi o superprzebój grupy o wdzięcznej nazwie – bodajże – „Feel”.
No nie, nie może się Puchatek powstrzymać przed komentarzem.
O treści tego wybitnego dzieła Puchatek nie wspomina, bo trudno wspominać o czymś, czego nie ma. („Niebytu nie ma”, to daaawno filozofowie odkryli).
Muzycznie uTFUr ten jest rzeczywiście na swój sposób odkrywczy: dowodzi mianowicie, że można napisać piosenkę i zdobyć parę nagród i dużą popularność powtarzając wielokrotnie JEDNĄ krótką frazę muzyczną z bardzo niewielkimi wariacjami. (Co prawda był już kiedyś taki polski superprzebój oparty na jednej frazie – ale tam jednak przynajmniej te wariacje były nieco bardziej rozbudowane… Tak, chodzi o słynną piosenkę „Daj mi tę noc”).
Wykonanie… Mój Boże. Smęcąco-zawodzący wokalista, śpiewający przez nos z charakterystycznym gardłowym „podciąganiem” imitującym (nieudolnie) styl paru gwiazd i gwiazdek najprymitywniejszej odmniany popu. Szanowny panie, jak-panu-tam, nawet wyrywające się z głębi piersi jęki i westchnienia muszą czemuś służyć i odnosić się jakoś do śpiewanego tekstu, bo tak, jak pan to robi, to można by z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym zaśpiewać nawet książkę kucharską. Amatorszczyzna w najgorszym znaczeniu tego słowa.
A tekst? Już miał Puchatek zrobić tu złośliwą analizę, linijka po linijce, tego pseudopoetyckiego bełkotu, ale trochę czasu szkoda. Powie Puchatek tyle:
Genialna w swej innowacyjności fraza: „Mam nadzieję póki jestem że ją mam” mogłaby z powodzeniem rywalizować w kategorii „idiotyzm dekady” ze słynnym „sępem miłości” zespołu Ich Truje.
I takie badziewie, takie kompletne nic zdobywa główną nagrodę festiwalu? I jeszcze nagrodę publiczności?
Sia.siu, i Ty się dziwiłaś, jak ta sama publiczność reagowała na N.J.? Powinnaś się cieszyć, że butelkami po piwie w nią nie rzucali…
***
A swoją drogą – myśl jeżąca krótki włos na głowie – jeśli TO COŚ zdobyło Bursztynowego Słowika, to jaki poziom musiała reprezentować pozostała TFUrczość?
Gdybym nie był abstynentem, to chyba bym poszedł się upić.
Ale jednocześnie dowiedzieliśmy się (…nie pierwszy raz…), że świat jest pełen dobrych ludzi. Że nagle znaleźli się tacy, którzy chcieli pomóc. Że ktos rzucił wszystkie swoje sprawy i przyjechał, żeby posiedzieć z naszymi dziećmi, kiedy my włóczylismy się po szpitalach. Że ktoś wziął wolny dzień w pracy, żeby pomóc. Że nagle okazało się, że na każdą kolejną prośbę (a trochę ich było…) słyszelismy odpowiedź „…nie ma sprawy, już jedziemy”.
Że ci, którzy fizycznie nie mogli tu być i nam pomóc – modlili się i dzownili codziennie z końca świata tylko po to, żeby zapytać „…jak sie czujecie?”.
Dzięki Wam – nawet, jeśli wielu z was nigdy nieprzeczyta tych słów – to wszystko było troche łatwiejsze.
I tyle. Temat zamknięty. Dziękujemy – i… Joe Cocker (Wszystkie Prawa Zastrzeżone).
…
http://www.dpk.pop.e-wro.pl/Living%20In%20The%20Promiseland.mp3