Przeszłość i Przyszłość – Paranoiczne Zderzenie 

Zawsze powtarzam (moi znajomi znają już tę frazę na pamięć…), że podstawowym problemem polskiej służby zdrowia nie jest brak pieniędzy, ale brak organizacji i tępa biurokracja NFZ.

Wbrew temu, co się czasami słyszy, zapisanie się na badanie tomografem komputerowym nie jest problemem. Jeśli ma się skierowanie (nawet bez adnotacji „cito”), to oczywiście raczej nie uda się załatwić tomografii „na jutro” – ale w ciągu tygodnia się da (w każdym razie w Warszawie).

A zatem: tomografia? Nie ma problemu. Problemem jest… dodzwonienie się. Tak, proszę wycieczki: tomograf komputerowy, jedno z najbardziej zaawansowanych urządzeń diagnostycznych jakie ludzkość wymyśliła – jasne, można zapisać się na badanie w ciągu tygodnia od wystawienia skierowania. Ale żeby to zrobić, trzeba spędzić dwie godziny przy telefonie dzwoniąc, dzwoniąc, dzwoniąc ad mortem defecatum. Czyli: tomograf – tak, ten poziom polska medycyna opanowała. Telefon? O, to już zupełnie inna historia…

A jak już się badanie zrobi, to trzeba poczekać na wyniki. I to nawet nie tak długo – dwa do pięciu dni. Wystarczy. Ale jak te wyniki dostać do ręki? Ano, wiadomo – trzeba przyjechać i odebrać je osobiście. No dobrze, jak pani podpisze upoważnienie to mężowi też wydamy. Czyli: możesz skorzystać z dobrodziejstw urządzenia, które pokaże lekarzowi każdy organ twojego ciała, warstwa po warstwie, szczegółowo, precyzyjnie, dokładnie i bez wątpliwości. Ale żeby wyniki tego super–nowoczesnego badania wysłali ci mailem? A, nie, „to się nie da”. Musisz przyjechać i dostać w łapkę kopertę z papierkiem.

Zderzenie techniki z XXI w. z mentalnością z XIX w. To by nawet było zabawne… W innych okolicznościach.

ZUSrany System

Co, że tytuł niekulturalny? Ano, niekulturalny. Choć nawet w połowie nie tak niekulturalny, jak myśli które krążą mi po głowie.

M. jest na zwolnieniu. Bo leczenie, bo przy chemii obniżona odporność etc. Zwolnienie zostało wypisane 4. grudnia. Dostarczone do ZUS dwa dni później.

Dziś jest 14. stycznia, czyli – jak łatwo obliczyć – minął już ponad miesiąc. Po raz kolejny zaglądam na konto – ale pieniędzy z ZUS ani widu. Dzwonię do ZUS. I czego się dowiaduję?

Otóż:

Ponieważ zwolnienie zostało dostarczone w grudniu, a chodzi o osobę prowadzącą działalność gospodarczą, to procedura jest taka, że NAJPIERW musi wpłynąć składka za grudzień (!!! – to już jest połowa stycznia…), i dopiero wtedy panie z ZUS w G. PRZESYŁAJĄ zwolnienie do innego oddziału (w sąsiednim P.), gdzie kolejne panie mają sprawdzić, czy M. ma wszystkie składki opłacone (i czy w terminie).

Jeśli wszystko jest w porządku – panie z P. przesyłają sprawę do kolejnego oddziału, odpowiedzialnego za zasiłki chorobowe (w tym przypadku – w kolejnym mieście Ż. oddalonym od G. tyle samo co P., tylko w przeciwną stronę. Nie pytajcie mnie, dlaczego).

I dopiero oddział w Ż. wypłaca „chorobowe”.

Czyli realnie pieniądze z ZUS za zwolnienie dostarczone na początku grudnia mają szansę wpłynąć w połowie lutego.

Czyli tak: jak płatnik spóźni się z wpłatą składek o jeden dzień – to już ustaje mu „dobrowolne” ubezpieczenie chorobowe i musi składać podania o „przywrócenie terminu”, żeby w ogóle mieć zasiłek chorobowy, na który składki cały czas opłaca. Przerabialiśmy to rok temu

Ale jak wszystko jest OK – to nie ma nic złego w fakcie, że na zasiłek trzeba czekać dwa czy trzy miesiące. (Oczywiście zakładając, że „w międzyczasie” nie było właśnie na przykład jakiejś jednej składki wpłaconej dzień po terminie – bo wtedy po tych dwóch czy trzech miesiącach przychodzi jedynie informacja, że ZUS nie przyznał zasiłku chorobowego, trzeba się odwoływać etc. – czyli co najmniej kolejny miesiąc…).

Mam pytanie (do systemu?): co ma zrobić osoba, która prowadzi własną działalność gospodarczą, jest poważnie chora, idzie na zwolnienie, a nie ma zarabiającego współmałżonka? Z czego ma żyć „na chorobie” przez te dwa czy trzy miesiące? (Nota bene: fakt że jest na zwolnieniu i otrzymuje / ma otrzymać zasiłek chorobowy absolutnie nie oznacza,że nie płaci w tym czasie składek na ZUS. Płaci, choć pomniejszone. Ale jeśli jest samotna i czeka dwa miesiące na zasiłek – to z czego ma je zapłacić?…).

A potem pan Żakowski w TV usiłuje nam tłumaczyć, że rząd przenosi pieniądze z OFE do ZUS, bo w OFE te pieniądze są źle zarządzane.

Są takie dni w tygodniu…

Pralka w połowie prania odmówiła dalszej współpracy. Miga lampką i ma w d… nosie, że święta za pasem a na koncie niepełno. Trzeba wezwać fachowca i mieć nadzieję, że naprawa będzie finansowo sensowniejsza, niż kupowanie nowej pralki. Pralka ma lat bodaj dziesięć i poza jedną wymianą małej uszczelki nigdy nie było z nią kłopotów.

No to teraz są.

A rano M. wsiadła do samochodu, przekręciła kluczyk i… cisza. Samochód najwyraźniej postanowił być solidarny z pralką. Sąsiad (bardziej techniczne uświadomiony niż ja) pomógł, podłączył kable od swojej furgonetki – po paru minutach ładowania silnik zapalił… i za chwilę zgasł znowu. Miałem ochotę powiedzieć „niech to szlag trafi”, ale pomyślałem że nie będę strzępił języka, bo przecież właśnie trafił.

Teraz będę dzwonił do mechanika (zaufanego), żeby podjechał i zobaczył. Zdaniem sąsiada – są dwie możliwości. Jedna (bardziej optymistyczna) że to poważne zwarcie w akumulatorze. Druga (gorsza) że rozrusznik czy coś w tem guście.

Przy czym ta wersja bardziej optymistyczna to i tak ponad trzysta złotych za nowy akumulator (mechanika nie licząc). A do tego dochodzi fakt, że wisi mi na głowie super–pilna praca, którą muszę skończyć gdzieś do 14:00 (a lepiej wcześniej), więc średnio mam czas teraz biegać i zajmować się samochodem i pralką.

No cóż – przynajmniej lodówka i komputer jeszcze działają. O, i piec CO też. Na razie.

Dlaczego, @&%#*&#, ZAWSZE takie historie dzieją się akurat wtedy, kiedy ma się najmniej pieniędzy i święta za pasem?

(No tak, to jest właśnie ten moment: dawno już doszedłem do wniosku, że jak człowiek zastanawiając się nad wydarzeniami zaczyna pytać „Dlaczego?…”, to jest ta chwila kiedy trzeba przerwać. No to przerywam.)

Co To Jest: Niby Jest, a Nie Ma?

No i znowu tak samo (który to już raz?): jakieś pieniądze „wiszą” bo powinny już przyjść, ale jeszcze ich nie ma, bo tak. Inne będą, a jakże, będą – ale za miesiąc. Mniej więcej (pewnie więcej, niż mniej).

Czyli niby pieniądze są (bo zarobione, podpisane…) – ale fizycznie ich nie ma. Poziom konta niebezpiecznie zbliża się do punktu w którym, gdyby chodziło o paliwo, zapaliłaby się już lampka informująca o „rezerwie”. Tyle, że jak bak jest pusty, to się nie pojedzie – a na koncie można zrobić debet. Na szczęście (?). I już zaraz ten debet będzie – bo wiszą jakieś rachunki do zapłacenia, bo to trzeba kupić, bo tamto. Tak, jasne – za miesiąc – półtora przyjdą pieniądze. Przyjdą, bo zawsze przychodzą. Tyle, że wtedy połowa z nich będzie już „wydana”.

Sytuacja byłaby prostsza, gdyby nie mały remoncik, który (choć mały) trochę kosztował. Ale remoncik trzeba było zrobić, bo planowany był od dawna, a podjęty głównie w celu obniżenia (miejmy nadzieję – istotnego) rachunków za ogrzewanie.

No, ale rachunki za ogrzewanie będą niższe za dwa – trzy miesiące, a „rezerwa” pali się już teraz. Kolejny, cholera cienki miesiąc – mimo że, jako rzekłem, pieniądze niby są. Tyle, że ich nie ma.

Męczące.

Politycznie (…Ale Czy Na Pewno?)

Taka refleksja mnie naszła (że pozwolę sobie zacytować polityków biorących udział w programach publicystycznych).

Jeśli powiem, że w Polsce  scena polityczna jest „silnie spolaryzowana”, to będzie banał. Nie ma u nas prawdziwego dialogu politycznego, nie ma uczciwej (choćby ostrej) dyskusji. Jest wyłącznie walenie się cepem po głowach – z obu stron, żeby nie było…

Patrzę sobie na Stany Zjednoczone – tam jednak zwolennicy Republikanów i Demokratów dyskutują. Spierają się, wbijają sobie szpile, prawią złośliwości, bezlitośnie punktują wpadki przeciwnika – ale też dyskutują. Dyskutują eksperci, spierają się think-tanki, nawet politycy i przywódcy potrafią ze sobą dyskutować – czasami bardzo ostro, ale wciąż jeszcze merytorycznie. A przecież, nie oszukujmy się, różnice dzielące Republikanów i Demokratów są znacznie (znacznie!) większe niż te, które u nas dzielą na przykład PO i PiS.

A u nas? Weźmy choćby głośną kwestię obchodzenia 11. listopada czy niedawną „dyskusję” na temat związków partnerskich. Może jakieś echa rzeczowej dyskusji pojawiły się w tygodnikach opinii (ale też bez przesady). A poza tym? Nie ma dyskusji, nie ma jakiegokolwiek dialogu. Bo przecież wiadomo, że jak do studia zaprosi się z jednej strony panią Szczukę, a z drugiej pana Terlikowskiego, to żadnej dyskusji nie będzie – będzie pyskówa i awantura. Albo jeśli przy jednym stole w studiu telewizyjnym usiądą poseł Biedroń i Janusz Korwin-Mikke, to o jakiej dyskusji można mówić? To tak, jakby wypuścić na tor wyścigowy dwa wkurzone pitbulle i oczekiwać, że będą się ścigać. Nie będą – rzucą się sobie do gardeł. I coraz częściej mam wrażenie, że tylko o to chodzi: bo gdyby ktoś chciał dyskusji, zaprosiłby zupełnie innych dyskutantów. Bo na torze ścigają się greyhoundy, a nie pitbulle, że tak twórczo rozwinę wcześniejsze porównanie…

Nasza scena polityczna przypomina dwa plemiona ludożerców w stanie totalnej wojny. Tego tematu nie rozwijam, bo jak jest – każdy widzi i kilometry papieru już na ten temat zapisano.

Ale w czasie takiej totalnej wojny najgorzej mają ci, co z żadnym z plemion nie czują się mocniej związani. W wojnie totalnej nie da się być neutralnym – bo obie strony uznają cię za wroga.

Zdarza mi się brać udział w dyskusjach na forach internetowych (tak, wiem, to błąd – tysiąc razy obiecywałem sobie, że to ostatni raz, ale wciąż zdarza się, że się nie mogę powstrzymać i coś skomentuję). Z zasady nikogo nie obrażam (choć bywam nieco złośliwy…) , staram się rzeczowo argumentować, być racjonalnym, uzasadniać swoje opinie. I co? I niestety, jako osoba o poglądach centrowych dostaję po głowie… z obu stron.

Kiedy sprzeciwiam się nacjonalizmowi, brzydzę się antysemityzmem i rasizmem, uważam że każdy człowiek ma prawo do szacunku niezależnie od swojego pochodzenia / wyznania / stanu zdrowia / poglądów etc. – natychmiast znajdzie się jakiś idiota, który nawymyśla mi od lewaków.

Kiedy piszę że jestem przeciwny liberalizacji aborcji i nie przemawia do mnie idea legalizacji związków jednopłciowych, albo że zabieranie ludziom ich własności poza sytuacjami ekstremalnymi jest złodziejstwem – natychmiast znajduje się inny idiota, który wyzywa mnie od faszystów albo (w najlepszym razie) od „korwinistów”.

Nie podoba mi się agresja kiboli, nie akceptuję wyrażania patriotyzmu przez poniżanie innych nacji, wytykam nieścisłości i brak logiki w kolejnych jedynie słusznych tezach na temat „zamachu w Smoleńsku” – więc natychmiast staję się lemingiem, POpaprańcem, pieskiem Tuska i Putina, zdrajcą Ojczyzny.

Ale kiedy w chwilę później protestuję przeciwko nazywaniu każdego księdza pedofilem, mówię że pornografia to poniżanie ludzkiej godności, nie podoba mi się że wieloletni członek PZPR nazywa Kościół „okupantem” – pstryk! I już jestem PiSdzielcem, moherem, ciemnym bucem z głębokiego średniowiecza.

A im mniej „dyskutanci” mają argumentów, tym grubsze padają obelgi i inwektywy.

I wszyscy mi wmawiają, że „albo-albo”. Że albo muszę poprzeć jednych – albo drugich. Że nie mogę być Polakiem, patriotą (i katolikiem) nie wierząc w zamach w Smoleńsku i nie maszerując w Marszu Niepodległości u boku oenerowców i wszechpolaków, sprzeciwiając się lewactwu. Że nie mogę być człowiekiem otwartym i światłym, jeśli nie uznaję aborcji za podstawowe prawo człowieka, nie krytykuję Kościoła i nie idę w kontrmanifestacji blokującej faszystów. 

A ja – wybaczcie – mam im wszystkim ochotę zacytować wieszcza (tak, wiem to brutalne – ale kurczę, jakże celne…). Bo to nieprawda: nie muszę. Nie muszę być ani po jednej stronie, ani po drugiej. I to że nie jestem po jednej, naprawdę nie znaczy, że automatycznie jestem po drugiej.

No, to sobie pogadałem. Dobrze, że mój sweet blogasek nie należy do ekstremalnie popularnych, bo pewnie zaraz w komentarzach można by zobaczyć bolesne potwierdzenie tego, com wyżej napisał…

 

 

Mruczanka (przed?)Zimowa

Śniegu na…waliło. W Warszawie – jak teść telefonicznie donosi – wszystko na ulicach topnieje: breja, bajoro, chlapa.

Ale w G. – a zwłaszcza na Puchatkowym Osiedlu – jest pięknie, biało i zimowo. Na drzewach – na każdziusieńkiej gałązce… – leżą piękne, obfite czapy śniegu…

…mokrego i ciężkiego. Dzięki czemu od wczoraj już trzy razy nie było prądu. A jak nie ma prądu, to nie ma ciepłej wody i ogrzewania (bo piec jest gazowy, ale sterowany elektronicznie i bez prądu nie dycha).

Pamiętacie, jak w ubiegłym roku wczesną wiosną ktoś wywiesił wielki plakat z subtelnym napisem: „Zimo, wyp…laj”?

No to ja go mogę wywiesić już teraz.

Budzi się we mnie niedźwiedzia część mojej natury. Mam ochotę zapaść w sen zimowy. Tak do marca.

Kogo Chcą Szkolić Analfabeci

Moja Żona, jak większość z Was wie, jest pedagogiem. Prowadzi własne montessoriańskie mini-przedszkole. Aby je prowadzić – musiała oczywiście założyć firmę. Siłą rzeczy na firmowy adres e-mail przychodzą całe tony – mówiąc wprost – spamu reklamowego, najczęściej dotyczącego jakichś Niezwykle Interesujących Szkoleń i Konferencji za Duże Pieniądze na Kompletnie Nieistotne Tematy. Nikt z nadawców nie zwraca uwagi na to, że może nie ma sensu wciskać przedszkola na listę mailingową informującą o szkoleniach przeciwnarkotykowych dla nauczycieli starszych nastolatków czy proponującą organizację „zielonej szkoły” dla klas 4-6.

Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić – niechciane maile lądują w koszu i wszyscy są zadowoleni.

Ale nawet wśród tych Fascynujących Propozycji zdarzają się kurioza. I takie kuriozum przyszło właśnie dziś.

Poniżej zamieszczam pełną treść e-maila ze skrzynki M. – łącznie z telefonami, adresami e-mail i nazwiskiem pana, który to firmuje: skoro przysyła swoje rewelacje nieproszony, pewnie nie będzie miał nic przeciwko temu.

I ogłaszam konkurs z nagrodami dla Wiernych Czytelników. Nagrodę w postaci Szerokiego Uśmiechu Puchatka otrzyma ten, kto w przytoczonym poniżej tekście znajdzie najwięcej błędów językowych. Liczą się wszystkie błędy: ortografia, gramatyka, interpunkcja, składnia. Dla zaawansowanych – może być też styl.

Że ktoś jest analfabetą funkcjonalnym – to przykre. Ale jeśli taki analfabeta chce kogokolwiek szkolić, to już jest po prostu żałosne.

Maila cytuję dosłownie (jak piszą dziennikarze – zachowuję pisownię oryginału, z dokładnością do umiejscowienia przecinków), metodą kopiuj-wklej, aby nie uronić nic z jego uroku.

A zatem:

 

Witam Lider Edukacji Coachem,

Mamy jeszcze wolne miejsca na akredytowany i dofinansowany program coachingowy „Lider Edukacji Coachem” dla pedagogów, terapeutów, psychologów, nauczycieli – wychowawców, dyrektorów placówek oświatowych.

Program rozpocznie się dwudniowym warsztatem 08-09 listopada 2012r w Warszawie ul. Konstruktorska 11a godz. 09.00-18.00 – detale prześlemy w Karcie Zgłoszenia.

Zapraszam do zapoznania się z programem na: http://www.adeptus.com.pl „Lider Edukacji Coachem” jest jedynym w Polsce programem akredytowanym przez ICF w tej cenie koszt brutto 600 zł koszt podobnych programów coachingowych to 2500-10000 zł ale nasza cena jest tylko dla nauczycieli, trenerów, doradców metodycznych, którzy chcą zastosować coaching w aktualnie pełnionej roli zawodowej, a także daje podstawy do podjęcia roli coacha zgodnie ze standardami ICF.

Zainteresowany? – wyślij emaila – przyślemy Ci „Kartę Zgłoszenia”

.MOŻE CHCESZ ZORGANIZOWAĆ KURS U SIEBIE ??? – ZAPRASZAMY ! !

Akademia Szkoleń Adeptus

Leszek Bajeński 509 215 612

info@adeptus.com.pl

http://www.adeptus.com.pl

Mruczanka Z Opadniętymi Rękami

Ratunku…

Wybrano wczoraj „oficjalny przebój reprezentacji Polski na Euro 2012”. Szczegóły, tekst i melodią znajdziecie TUTAJ – wybaczcie, ale nie mam siły tego cytować.

Melodia jak melodia – ot, takie sobie skoczne hopla-hopla, coś między najprymitywniejszym disco-polo a zabawą w remizie. Czyli gniot, nie da się ukryć – ale skoczny, dynamiczny i łatwo wpadający w każde ucho, a więc spełniający wszystkie wymagania „piosenki stadionowej”. OK., nie mój cyrk, nie moje małpy, jak mawiali klasycy – ani mnie na stadiony nie ciągnie, ani na dyskotekę: chcą, niech śpiewają.

Ale ten tekst?…

Dobrze, ja naprawdę rozumiem że piosenka do śpiewania na stadionie w czasie meczu nie musi być wybitnym dziełem poetyckim; że nie musi mieć głębi, drugiego dna ani przesłania głębszego niż „strzelcie gola, patałachy”. Ale, do licha ciężkiego TO COŚ to jest jakaś kompletna kpina! Na poziomie językowym nawet przeboje disco-polo stały wyżej. „Koko koko euro spoko, piłka leci hen, wysoko”. Powiedzcie mi, że to sen. Tego typu wierszyki układa mój starszy syn z kolegami z klasy. Konkretnie z TRZECIEJ klasy. Podstawówki.

I to ma być oficjalna piosenka?…

Przyznam, że jak to zobaczyłem, miałem dwie myśli – dokładnie w tej kolejności. Pierwsza – że znakomita większość ludzi z zagranicy którzy przyjeżdżają na Euro 2012 nie zna polskiego, więc nie będzie sobie zdawać sprawy, jak bardzo się ośmieszamy.

A drugą – wybaczcie – najkrócej chyba można by ująć w zdaniu: „Jaka reprezentacja, taka piosenka”.

Czuję się głęboko zażenowany.

O samym zjawisku pt. „Euro 2012” też coś napiszę, ale nie teraz. Poczekam, aż mi trochę absmak przejdzie.

 

Mruczanka Zaspamowana

Jakiś… dowcipniś (inne słowo cisnęło mi się na usta) zgłosił moje dane za pośrednictwem formularzy on-line do kilku instytucji (chodzi o formularze typu „zostaw swoje dane, a nasz konsultant się do ciebie odezwie”).

Dziś miałem już e-mail i telefon od Pewnej Szkoły Języków Obcych, w której podobno zgłaszałem chęć zapisania się na kursy, oraz od Znanej Firmy Udzielającej Szybkich Pożyczek Na Złodziejski Procent, z której konsultantem rzekomo pragnąłem się spotkać.

Obu paniom wyjaśniłem grzecznie, że o żaden kontakt nie prosiłem i że ktoś mi robi kawały.

Jeśli sytuacja będzie się ciągnąc, trzeba będzie podjąć jakieś działania. Dowcip dowcipem, można by powiedzieć – bądź co bądź krzywda mi się żadna nie stała…

…na razie. Bo, mówiąc szczerze, jestem zaniepokojony. „Dowcipniś” wypełniał formularze on-line podając nie tylko mój adres e-mail (który zdobyć jest oczywiście stosunkowo łatwo), ale także numer komórki i prawdziwe imię i nazwisko (bo obie panie dzwoniące po imieniu i nazwisku o mnie pytały).

To mogłoby sugerować, że „dowcipnisiem” jest ktoś kogo znam i kto mnie zna – ale Bogiem a prawdą jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z moich znajomych miał ochotę (i czas) na tak durne dowcipy. Fakt, robiliśmy sobie kiedyś różne numery… Niektóre przeszły do legendy (jak grające żarówki) – ale to były jednak numery inteligentne.

 A zatem?… Jakiś wkurzony forumowicz z jakiegoś forum, któremu zalazłem za skórę złośliwym komentarzem? Nie mam wrogów, nie kojarzę nikogo, kto mógłby o coś mieć do mnie żal czy pretensje do tego stopnia, żeby robić mi takie kawały.

Cóż, zobaczymy jak to się rozwinie. 

Lutowo

Gdyby nie rok przestępny, to już jutro byłby marzec. A marzec – wiadomo, to początek wiosny… A tak – jeszcze jeden dzień lutego. Brrr.

Dwie pozycje czekają do umieszczenia w kategorii „Puchatek Poleca”. Jedna płyta i jedna książka. Ale to nie dziś. Dziś jest lutowo, śnieżyście i obrzydliwie. Mokro i zimno. I z jeszcze paru innych powodów NIC MI SIĘ NIE CHCE. Amen.