Mruczanka w skali temperowanej

               

 

Druga Partita d-moll na skrzypce solo. Jan Sebastian Bach.

 

Gra Yehudi Menuhin. Płyta wydana dwanaście lat temu, ale nagranie oryginalne, z 1934 roku. Zapis z jakiejś starej, „czarnej” płyty przeniesiony na CD. Niedoskonałe to – trochę szumów, trzasków, lekko tylko wyczyszczone. Słychać szuranie nóg i skrzypienie krzeseł publiczności sprzed ponad siedemdziesięciu lat. Dźwięk też jakby „niedzisiejszy”, audiofil niewątpliwie by wybrzydzał. Płaski trochę…

 

I okazuje się, że to wszystko nieważne. Że wystarczy zamknąć oczy i ta muzyka po prostu płynie, wypełnia, brzmi. Bachowskie harmonie – uproszczone do maksimum, bo to przecież tylko jedne skrzypce.

 

Rzadko ostatnio słucham klasyki. Są rodzaje muzyki, których trzeba słuchać w ciszy. I nie chodzi tylko o zewnętrzny „brak zakłóceń”, ale to tę ciszę „w środku”. Dopóki WE MNIE jest zgiełk i szum, dopóty nie jestem w stanie słuchać takiej muzyki. Ostatnie kilka miesięcy (rok w gruncie rzeczy…) w ogóle nie byłem w stanie słuchać nic powyżej jazzu.

 

Teraz życie zaczyna wracać do normy. Co prawda nie da się słuchać dobrej muzyki w ciągu dnia (potwory nie dadzą J), ale za to wieczorem można zaparzyć dobrą herbatę, usiąść sobie i włączyć Bacha. Na przykład.

 

Jak to jest, że percepcja muzyki jest uzależniona nie tylko od tego, co się dzieje na zewnątrz, ale także od „wnętrza”? Kiedyś myślałem, że chodzi o „zamysł kompozytora”. Że taki Bach pisząc taką partitę coś czuł, coś chciał wyrazić, coś chciał w tych dźwiękach zawrzeć, przekazać – więc trzeba być na ten przekaz odpowiednio „otwartym”.

 

Dziś widzę, że to nie tylko to. Muzyka wyraża uczucia i myśli – to niby banał, dopóki nie odkryje się, że chodzi nie tylko o uczucia i myśli twórcy czy wykonawcy, ale także ODBIORCY. Muzyka (nie tylko jej tworzenie, także Słuchanie, właśnie wielką literą pisane) jest także metodą poznawania świata. Kiedy tworzę muzykę i kiedy jej słucham – nie tylko ja mówię do „świata”, ale i „świat” mówi do mnie. Nie tylko wyrażam siebie, ale też POZNAJĘ.

 

Obraz (w dowolnym sensie) opisany odpowiednią muzyką staje się bardziej zrozumiały. Nieodpowiednia muzyka – przeciwnie, zaciemnia go, czasem całkiem zaciera jego znaczenie.

 

Na czym ta „odpowiedniość” polega? To już inny temat. To już pytanie „badacza”. Ja (przynajmniej w dziedzinie muzyki…) nie jestem „badaczem”.. Rzeczy są takie, jaki są. Jeśli ktoś nie może się obejść bez pytania „dlaczego”, albo szybko się nimi znudzi (i to jest to lepsze wyjście!), albo będzie się wgłębiać tak długo, aż… zepsuje.

 

 

Puchatek

Mruczanka Triumfalna

 

No i stało się. Od dziś jestem szczęśliwym (?) posiadaczem Neostrady. Pan w Telepunkcie patrzył na mnie z niekłamanym podziwem. „Jest pan pierwszym człowiekiem w historii miasta G., któremu udało się założyć Neostradę na tej centrali”.

Ano, tak jak mówiłem – po osiągnięciu pewnego poziomu (pardon) upierdliwości nawet TP SA zrobi dla Ciebie WSZYSTKO, byleś się tylko odczepił. 🙂

Ale oni się mylą – to nie koniec. Bo ja teraz szybciutko idą do mojego sąsiada z drugiej strony podjazdu. I powiem mu, co i jak. Bo jemu też zależy. I będzie miał argument – „…jak to, mój sąsiad jest podpięty na tej samej centrali, i ma Neostradę, a państwo mi mówicie, że to  niemożliwe?”

No, TP SA – teraz to macie przerąbane 🙂

Puchatek

Mruczanka gorzka tym razem

Matka naszej bliskiej znajomej miała wylew. Poważny. Bardzo poważny. "Cały mózg zalany" powiedzieli podobno lekarze.

Leży w szpitalu – zawieszona między życiem a śmiercią. Nie wiadomo, co będzie.

Jeśli przeżyje – może być sparaliżowana, może nie mówić, nie słyszeć, nie widzieć, nie…

Nasz znajoma jest załamana. Siedzi w domu z małym synkiem – i nawet nie może pójść do szpitala, bo nie ma z kim malucha zostawić. Mąż – naukowiec – akurat wczoraj wyjechał na dwa dni na jakąś konferencję gdzieś do Belgii, zanim wróci, może być po wszystkim…

Tych z Was, którzy "mają takie zwyczaje" proszę o chwilę modlitwy.

Puchatek

Mruczanka – samokrytyka

 

No tak. I wyszło, że Puchatek to bałwan :))))))

No, nie da się ukryć, bałwan śniegowy. Dobrze, że mróz złapał, to się może ze wstydu chociaż nie rozpuści.

No bo Mattka wpisała komentarz dla jaj (bez niezpodzianki). A Puchatek wziął na serio. I jeszcze się tłumaczył jak kretyn.

Jak w ogóle Puchatek mógł pomyśleć, że osoba pisząca tak dobrą polszczyzną, już nie mówiąc o tym, że artystka, a więc wrażliwa na piękno wszelakie, może na serio lubić takie badziewie?

Puchatek zatem odszczekuje:

DO WSZYSTKICH CZYTAJĄCYCH TEGO BLOGA!!!

Mattka jest normalna! I „Ich Truje” nie cierpi tak samo, jak Puchatek!!!!

Hau hau hau hau !!!!!

Czy do wszystkich doszło?…

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko dwie rzeczy:

– godzinę, o której powstał wpis (sami zobaczcie, po całym dniu siedzenia nad tłumaczeniem…)

– oraz wyjątkowo wredną anginę z gorączką i innymi atrakcjami.

Słowo honoru, że normalnie myślę nieco szybciej…

:)))))))))

Puchatek Śniegowy Z Trzech Kul Z Nosem Z Marchewki.

Mruczanki antyspołecznej oddźwięki

 

Mattka POlka mnie skomentowała – i głupio mi się zrobiło. A zatem.

 

Mattko kochana! Napisałaś pod moim wyżalaniem się:

 

 

>mattkapolka

 

>2005/01/26 21:51:14

 

>Ojejejej! Kupuję Ich Truje! O, jak mi sie podoba!!!

 

 

Ależ Mattko, żem nie chciał broń Boże gustów Twoich urażać. Ja nie znoszę, ale jak wiadomo „de gustibus non disputandum est…”

 

Ale mnie szło o co innego. O to, że Ich Truje to czysta komercja (podobnie jak seriale etc.) – więc nie widzę żadnego dobrego powodu, żeby na produkcję takich rzeczy szły pieniądze z abonamentu – który powinien być przeznaczony na „misję” TVP. Na dobry teatr, na publicystykę, na rzetelne programy informacyjne, na programy edukacyjne i bajki dla dzieci właśnie.

 

Jeśli przed koncertem wyżej wymienionych idzie informacja, że „koncert sponsoruje forma X, producent czekogolwiekbądź” – to wszystko jest w porządku. To ja wtedy szczerze TVP pochwalę, że dobrze gospodarzy, bo dobrze wykorzystuje potencjał reklamowy tego zjawiska.

 

Natomiast jeśli taki anons idzie przed dobranocką… Albo prognozą pogody… Albo – jak w 2002 r. – przed transmisją z papieskiej mszy na krakowskich Błoniach… – to uważam, że jest to DZIKA GRANDA, bo co jak co, ale te rzeczy powinny być finansowane z naszych abonamentów. Jeśli nie są – jeśli dobranockę dla mojego dziecka sponsoruje firma X, a papieską mszę firma Y – to nie widzę ŻADNEGO DOBREGO POWODU, żeby ten abonament płacić.

 

A oddzielną sprawą – i to mnie do szału doprowadza – jest, jakem napisał, robienie mnie w jajo bez niespodzianki. To, że słyszę „abonament idzie na bajki dla Twojego dziecka”, a przed bajką słyszę, że finansuje ją zupełnie kto inny.

 

 

Nie gniewasz się?

 

J

 

Puchatek

Mruczanka antyspołeczna

 

Tak, Puchatek jest dziś w antyspołecznym nastroju. Puchatek – legalista będzie dziś wzywał do przestępstwa. No, prawie wzywał.

Siedzi sobie Puchatek i ogląda Panoramę czy inne Wiadomości. Po programie informacyjnym – pogoda. A Puchatek ma anginę, a w piątek musi do Warszawy jechać, więc go pogoda (na piątek…) interesuje. Przed pogodą jednakowoż – reklamy. A przed reklamą – autoreklama TVP. Z serii do znudzenia powtarzanej ostatnio, jak to dobrze i błogo płacić ten podatek z irracjonalnych przyczyn zwany „abonamentem”, niezgodny zresztą (co stwierdził jakiś czas temu Trybunał Konstytucyjny) z Konstytucją.

Kolejne autoreklamówki pokazują uśmiechniętych, zadowolonych ludzi, którzy „są współproducentami swoich ulubionych programów” – bo płacą rzeczony podatek.

I dziś Puchatka szlag trafił. Bo dziś pokazywano panią Annę Jakąś -Tam, która jest świetną mamą, a przy tym – współproducentem ulubionego programu swoich dzieci, czyli Wieczorynki (czyli dobranocki tak zwanej). Bo dzieci lubią bajki, więc ona płaci abonament, żeby dzieci mogły tę bajke oglądać.

Urocze, nieprawdaż? Chwyta za serce… To znaczy – chwytałoby, gdyby nie fakt, że Puchatek ostatnio wieczorynki regularnie ogląda z Pietruszką (ach, ten listonosz Pat i jego czerrrrwona furgonetka…). I Puchatek wie – bo widzi to codziennie – że „na Wieczorynkę zaprasza producent Kinder-Niespodzianki”, czy jakiego tam innego słodko-plastikowego szaleństwa.

I Puchatek się czuje robiony w konia (żeby nie powiedzieć, że w jajo bez niespodzianki). Bo tu mu mówią, że abonament sie płaci, żeby bajka była, a tu się dowiaduje, że bajka, owszem, finansowana jest przez producenta rzeczonych jaj.

To na co – przepraszam – idzie ten abonament w końcu? Może na tysięc czterysta dziewięćdziesiąty drugi odcinek „M jak miłość” albo innego wybitnego serialu? Albo na rewelacyjne gale piosenki biesiadnej typu „tour de Maryla” albo inne „Ich Truje”?

Bo jeśli tak – to Puchatek przeprasza, ale odmawia dalszej współpracy.

Ot, co.

P.

Mruczanka (około)szkocka (???)

Jak donosi CNN znany amerykański aktor Christian Slater (znamy, znamy…) został zaatakowany nożem przez jakiegoś świra. Aktor wychodził właśnie z teatru na West Endzie w Londynie, gdzie grał w „Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy rzeczony świr rzucił się z rzeczonym nożem. Na szczęście aktor (jak to aktor, a ZWŁASZCZA jak to amerykański-bardzo-znany-i-popularny-aktor) miał ochroniarza. No i ten ochroniarz rzeczony nóż rzeczonemu świrowi zabrał, płacąc za to jedynie rozciętym rękawem koszuli.

Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że CNN podało to jako „News Alert” ze… Szkocji.

O ile mnie nie myli znajomość geografii i własna pamięć (nierewelacyjna, co prawda…) – Londyn w Szkocji nie leży. I – mimo usilnych starań Williama Wallace’a, zwanego Braveheart – nigdy nie leżał.

Choć oczywiście Szkoci nie miliby nic przeciwko temu. Stolica w Edynburgu, a Londyn jako odległa prowincja… Coś jest w tym obrazku 😉

Była taka scena w którymś z filmów z Seanem Connerym, który grał policjanta. Ktoś go pyta „Are You from Stotland Yard?” (Czy jest pan ze Scotland Yardu – siedziby brytyjskiej policji, czyli czy jest pan gliną…). Na co Connery – detektyw odpowiada (z tym swoim twardym, szkockim „r”): „No, I’m from Scotland’s backyard…” (Nie, jestem prowincjuszem ze Szkocji).

🙂

Puchatek.

Mruczanka telekomunikacyjna – c.d.

 

Ha. Zadzownił dziś do Puchatka pan  monter (ale jakiś inny, bo oczy puchatkowej wyobraźni berecika ani peta się nie dopatrzyły, a dykcja takoż była lepsza) i oznajmił, że „właśnie skrosował łącze” (cokolwiek by to miało oznaczać) i że już można podłączyć Neostradę.

Zaraz potem zadzowniła miła pani z TP SA i powiedziała, żeby Puchatek się wybrał do Telepunktu i zamówił, ale… we wtorek, bo wtedy już na pewno „będzie wprowadzona zmiana w systemie”.

No tak, Matrix musi mieć czas, żeby się przebudować 😉

Ano, to do wtorku, Telekompromitacjo…

🙂 Puchatek

Mruczanka telekomunikacyjna

 

No, to dzisiaj będzie weselej – choć to taki śmiech ponury w gruncie rzeczy. Chodzi o Naszą Najukochańszą TP SA – czyli każdy już wie, czego się może spodziewać.

 

Boje z Telekompromitacją Puchatek toczy od zawsze – zapewne podobnie, jak większość Szanownych Czytelników. Trochę naprawdę dobrych opowieści można by tu przytoczyć – pewnie i na to czas będzie. Tym razem jedna – za to z morałem i drugą puentą J.

 

Niedługo będzie już trzy lata, jak się Puchatek z M. i dwumiesięcznym wówczas Pietruszką wyprowadził z Warszawy i zamieszkał w powiatowym mieście G. (30 tysięcy mieszkańców, 30 kilometrów od Pałacu Kultury). No i zaczęły się boje. Najpierw o założenie telefonu. Udało się już po trzech tygodniach. Potem – o zamianę trzeszczącej radiolinii na „zwykły” kabel. Też się udało – po pół roku.

 

I tu niestety wyszła na jaw obrzydliwa natura Puchatka, który jest całkiem jak ta kura, co to jej grzędę dali, a ona chce wyżej. Zamiast więc siedzieć na odwłoku i tworzyć poemat pochwalny na część Najlepszego Z Teleoperatorów (koniecznie wyrafinowanym jedenastozgłoskowcem), Puchatek wymyślił sobie, że jeszcze by chciał mieć dostęp do Internetu. A co.

 

A że Puchatek w domku (malutkim) mieszka, a nie w bloku, to na żadną kablówkę czy inne takie szans nie miał. Pozostało zatem pogłębianie toksycznego związku z TP SA. Złożył Puchatek podanie o Neostradę. Poczekał Puchatek swoje. Dostał odpowiedź, że „…w chwili obecnej (zwróćcie, proszę, uwagę na język; napisanie zwyczajnego „teraz” byłoby poniżej godności Szacownej Firmy…) nie ma możliwości… bo centrala nie taka… ale w najbliższym czasie…” – i że się ma Puchatek dowiadywać.

 

No to się Puchatek dowiadywał. „Najbliższy czas” jeszcze nie nadszedł. Od dwóch i pół roku trwa „chwila obecna”. To znaczy tu trwa, u Puchatka, na ulicy K. – bo bliżej centrum miasteczka (czyli jakieś półtora kilometra na północ) Neostrada jak najbardziej jest.

 

A że Puchatek zaczął pracować w domu – to nagle dostęp do wyżej wymienionej fanaberii zaczął być sprawą palącą. Oczywiście – pozostawał modem (@#$ *&^ ##$& !!!), ale jak wiadomo to nie jest rozwiązanie.

 

No to zaczął Puchatek drążyć. Słał kolejne pisma, naciskał, marudził. Zaproponował nawet, żeby mu podłączyli drugą linię (z perfidnym zamiarem zrezygnowania z pierwszej), tylko taką z innej centrali, żeby… wiadomo. „Niestety, w chwili obecnej (!!!) nie mamy możliwości… brak wolnych numerów… proszę się dowiadywać…”.

 

No i szlag Puchatka trafił. No i wysmażył Puchatek list do Telekompromitacji. List ociekał jadem, złośliwością i ironią. Ale – rzecz prosta, żeby nikt nie miał wątpliwości – napisany był kulturalnie i na poziomie.

 

I wpadł Puchatek na dziki pomysł, żeby wysłać list nie tylko do właściwego Działu Olewania Klienta, ale do Rzecznika Prasowego TP SA – którego adres miał z czasów pracy w Jednej Dużej Gazecie.

 

Minęły trzy tygodnie. Najpierw przyszedł e-mail, w którym jakaś miła pani z Telekompromitacji zaproponowała, że „dopóki nie ma możliwości”, która oczywiście będzie „w najbliższym czasie”, można sobie wykupić fantastyczny pakiet tańszego korzystania z Internetu przez modem. 100 godzin miesięcznie. Za jedyne (bodajże) 160 zł. Puchatek w mailu zwrotnym (grzecznym oczywiście i kulturalnym nadzwyczaj) propozycję był wyśmiał. I już chciał o sprawie zapomnieć… ale mu nie dali.

 

Bo następnego dnia zadzwoniła do Puchatka inna pani (a może ta sama, bo zgodnie z panującym w Telekompromitacji zwyczajem nie przedstawiła się). I zapytała, czy Puchatek pamięta (a jakże!), że składał podanie o druga linię… I czy Puchatkowi to właściwie chodzi o DRUGĄ linię, czy po prostu o Neostradę… A, tylko o Neostradę? To my sprawdzimy, bo może będzie możliwe przełączenie łącza („przełączyć łącze” – tekst miesiąca!) bez zmiany numeru i zakładania nowej linii. Że przyjdzie monter i „sprawdzi możliwości techniczne”. Bo Puchatek składał podanie w grudniu, i wtedy rzeczywiście nie było możliwości, ale teraz jest już STYCZEŃ (podkreśliła pani), więc MOŻE COŚ SIĘ ZMIENIŁO.

 

Morał: jedyną metodą na TP SA jest bycie BARDZIEJ upierdliwym niż ta instytucja. A Puchatek – jak mu zależy – potrafi być mistrzem świata w dziedzinie upierdliwości – dzwonić, mailować i słać listy TRZY RAZY W TYGODNIU, do skutku.

 

Puenta druga: Pan monter przyszedł. Niezależnie od tego, że miła pani wzięła od Puchatka jeszcze numer komórkowy (żeby monter mógł się umówić) – przyszedł oczywiście wtedy, kiedy Puchatek poszedł na zakupy. M. wpuściła pana montera, poczym zadzwoniła do Puchatka i dała panu monterowi słuchawkę.

 

I – po wszystkich przejściach i sympatycznym telefonie miłej pani – Puchatek usłyszał w słuchawce głos sugerujący osobnika w berecie z antenką i z petem w kąciku ust (to akurat mało prawdopodobne, bo M. by go do domu nie wpuściła…). Głos zadał Bardzo Konkretne Pytanie (transkrypcja fonetyczna):

 

– Panie, bo ja to nie wim, bo mię kazaly sprawdzić… To właściwie co pan tu chciał, drugi telefon… Czy te Neostrade… Czy co… Bo ja nie wim, co ja mam sprawdzać…

 

I w tym momencie Puchatek umarł ze śmiechu. RIP.

 

 

Mruczanka P.S.

 

 

Muszę dodać małe post scriptum do poprzedniej mruczanki. Zadano mi bowiem pytanie ważkie…

 

 

Pytanie brzmiało:

 

Jaką matką jest Panna J., opisana przeze mnie powyżej (a w zasadzie – poniżej, biorąc pod uwagę specyficzną logikę blogowych wpisów)?

 

 

Tak sobie myślę, że to pytanie mogłoby „wyjaśnić” całą sprawę. No bo gdyby okazało się, że Panna J. jest naprawdę dobrą matką, że dba o dzieci, że je kocha, że się stara – to łatwiej byłoby podjąć decyzję. „No dobrze, jest jaka jest, ale dzieci kocha, troszczy się…”.

 

 

Nic z tych rzeczy.

 

 

Panna J. jest fatalną matką. Na córki się drze, szlaja się po nocy, zostawiając je same w domu, potrafi w złości wrzasnąć do czteroletniej córki (która na przykład przewróciła szklankę z herbatą) „CO ROBISZ TY K…”

 

O tym, że przyprowadza do jednopokojowego mieszkania kolejnych „wujków” jużem pisał.

Z drugiej strony – nie jest (to moje, absolutnie subiektywne odczucie…) matką aż tak złą, żeby uznać oddanie dzieci do domu dziecka za „mniejsze zło”. Małe bite nie są, brudne nie chodzą, głodne też nie, Panna J. na spacer z nimi wychodzi, nawet się jakoś nimi zajmuje… Kto widział kiedykolwiek, jak wygląda życie dzieci w domu dziecka – zrozumie, że to jednak (w tym, konkretnym wypadku) nie jest „mniejsze zło”.

 

Panna J. rzeczywiście – wszystko na to wskazuje – „wpadła” w wieku jakichś 19 lat, „szczęśliwy tatuś” zapewne zawinął się szybciej, niż ona zorientowała się, że została sama z dwoma „problemami”.

 

Z drugiej strony (która to już „druga strona”?…) – to nie jest tak, że czuję do niej sympatię. Współczucie – owszem (choć bardziej w stosunku do tych maluchów, jej jest mi żal bardziej „racjonalnie”). Jest naprawdę głupią pindą (pardon raz jeszcze). Człowiekiem z gatunku, o którym pisał Tyrmand, że „…nie zrozumie i nie zmieni się, dopóki nie dostanie w mordę”. Powiem szczerze – może zmienicie o mnie zdanie – że gdyby nie te dwie pyzy, to bym się nawet nad tą sytuacją nie zastanowił, tylko uznał, że Pannę J. trzeba wywalić na zbitą buzię. Bo to jednak – podkreślam, podkreślam! – nie ona jest „ofiarą” w tym konflikcie. „Ofiarami” są zdecydowanie pozostali mieszkańcy korytarza.

 

Pielęgniarka, która wraca wykończona po dyżurze, a potem usiłuje jeszcze uczyć się na jakichś podyplomowych studiach – i nie może, bo głupia siksa puszcza na pełny regulator jakieś techno…

 

Pan P., człowiek prosty, ale uczciwy, który wreszcie poukładał sobie życie, nie pali, nie pije, oszczędza każdy gorsz, żeby córkę (która mogłaby być jego wnuczką…) móc posyłać do dobrej szkoły „…bo dziś, panie Puchatku, to wykształcenie jest bardzo ważne przecież…”

 

Staruszka Numer Dwa, która chciałaby w spokoju sobie gazetkę poczytać, a tu hałas i wrzask, że aż jej ukochany kot chowa się pod łóżko i nie chce wyjść…

 

Dobrze, że przynajmniej Najstarsza Staruszka się nie przejmuje – słuch już nie ten, więc hałas jej nie przeszkadza, a z domu prawie nie wchodzi.

 

 

Bo widzicie – właśnie o to mi chodzi, że to jest sytuacja jak z sennego koszmaru. Że NIE MA prostych rozwiązań i odpowiedzi. NIE MA dobrego wyjścia.

 

 

Dla tych dzieci niewątpliwie lepiej byłoby, żeby Panna J. została na tym korytarzu. Pozostałe dramatis personae niewątpliwie zyskały by na jej zniknięciu z ich małego świata.

 

A sama Panna J.? Co dla niej byłoby lepsze? Pojęcia nie mam.

 

Puchatek.