Mruczanka Po Ciężkim Dniu

Sobotnie popołudnie. Ponieważ w niedzielę maja być goście, Puchatek i M. krzątają się energicznie po domu. Coś pichcą, coś sprzątają – normalna sprawa. A w tym wszystkim – Potwory.

M. piecze ciasto. Wystarcza sekunda nieuwagi – Pietruszka w jakiś dziwny sposób okazuje się być pokryty budyniem czekoladowym w proszku. Od stóp do głów – cały metr bieżący. Reszta budyniu (kto by pomyślał, że w małej torebce tyle się tego mieści!) leży na podłodze w połowie kuchni.

Puchatek zamiata, M. sprząta czekoladowy proszek z krzesła i okolic. Siłą rzeczy – nie patrzą na Potwory.

Błąd.

Bo potwory w tym czasie cicho, szybko i sprawnie wyjadają cukier z cukiernicy. W cukrze są całe, ich najbliższe otoczenie takoż.

Puchatki nie wiedzą, czy się wściekać, czy śmiać.

W czasie zamiatania cukru Pietruszka – nie zauważony – dorywa się do rozwałkowanego ciasta leżącego na blacie. Miała być kolejna warstwa do miodownika, jest bezkształtna kulka zgniecionego ciasta. Trzeba wałkować od n owa. M. rosną zęby, choć to nie pełnia. Łapie za wałek z taką miną, że Puchatek nie jest pewien, czy na pewno ma na myśli ciasto.

Piłeczka w tym czasie – korzystając z zamieszania – ściąga ze stołu swoją ulubioną ściereczkę. Razem z ułożonymi na niej sztućcami. BRZDĘĘĘĘĘĘK.

Puchatek zbiera sztućce. Pietruszka ma więc chwilę wolnego – i całą swoją ubudyniowaną osobą rozkłada się na kanapie. Po drodze oczywiście przechodzi przez dywan. Dywan do czyszczenia. Kanapa do czyszczenia. Pietruszka do gruntownego czyszczenia.

Puchatek z ciężkim westchnieniem wyciąga odkurzacz – piękna maszyna, wodny! Jeszcze z prezentów ślubnych! Składa się go kilka minut, ale za to potem jak ciągnie!

Miseczka, woda, filtr. Gotowe. Puchatek włącza odkurzacz. Zgrzyt, warczenie, smród palonej izolacji, snop iskier, głośne „PRFRSZZZGRDBRGOW….” (zapis fonetyczny…) i… cisza. Spalił się.

Puchatek z ciężkim westchnieniem wynosi dywan na balkon i strzepuje. Wyciąga ze schowka szczotkę i płyn do czyszczenia dywanów. Pryska – ale zamiast piany z dyszy leci smętny strumyczek płynu. Co zrobić. Łapie Puchatek szczotkę, zaczyna szorować – i przy pierwszym ruchu wbija sobie w łapsko drzazgę wielkości Empire State Building. Którą przez następne piętnaście minut usiłuje wyciągnąć za pomocą szpilki. Zdezynfekowanej.

W tym czasie M. usiłuje doprowadzić kuchnię do stanu, w którym dałoby się kontynuować gotowanie i pieczenie. Bezskutecznie, ponieważ Potwory wpadają na kolejne genialne pomysły szybciej, niż ona zdąża likwidować ich skutki.

Kiedy już sytuacja wydaje się opanowana, okazuje się, że Piłeczka rozlała w tak zwanym międzyczasie na podłogę w pokoju spore wiaderko wody i właśnie rozmazuje ją trzy razy większym od siebie mopem.

„Ja ciałam pomóć ci!” ogłasza tonem skrzywdzonej niewinności, kiedy M. zabiera jej mopa, zaciskając zęby, żeby nie powiedzieć, co myśli (no bo nie przy dzieciach przecież…).

A minutę potem M. prosi Puchatka, żeby zmiksował cośtam. Podaje mu garnek, a Puchatek łapie go nie za uchwyt, tylko za „brzuch”.

AUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!

Garnek był świeżo zdjęty z ognia…

M. i Puchatek patrzą na siebie z rezygnacją. – Może my juz chodźmy spać? – proponuje M. – Bo jak jeszcze coś zaczniemy robić, to pewnie wylecimy w powietrze…

Urszula Sipińska taką piosenkę kiedyś śpiewała: „Są takie dni w tygodniu…”

P.S. Potwory nie dały się uśpić do dziesiątej. Wieczorem. 22.00 znaczy się. A dziś (w niedzielę) wstały ZA WCZEŚNIE.

Czy gwarancja na dzieci jest roczna? Czy może jeszcze można wymienić?

I czy ktoś kiedyś wynajdzie zmywarkę do dzieci?

P.S.2 Po tygodniu szukania znalzał się zegarek M. Okazało się, że Piłeczka przez tydzień woziła go w ózeczku dla lalek. Na spacerki. I usypiała.

RATUNKUUUUU!!!!

Mruczanka Koncertowa

Udało mi się kupić – na niezawodnym Allegro, rzecz prosta… – niezwykłą płytę.

„Shane MacGowan’s Popes – Across The Broad Atlantic; Live on Paddy’s Day – New York – Dublin”.

O tym, kim jest Shane MacGowan, pisałem już kiedyś – można to poczytać TUTAJ.

A płyta jest niezwykła, bo – jak sam tytuł wskazuje – jest zapisem koncertu. A w zasadzie – dwóch koncertów. Koncertów z okazji dnia św. Patryka – w Dublinie i w Nowym Jorku. W roku 2001 akurat w Irlandii z jakichś powodów koncert był przesunięty na maj, więc The Popes mogli wziąć udział w obu imprezach.

Zachrypnięty Irlandczyk z wielkimi uszami, drący się na całe gardło na plenerowym koncercie brzmi zupełnie inaczej, niż na nagranych w studiu płytach. Ikry i ognia w tym tyle, że można by kilka festiwali obsłużyć. I są takie momenty, że słuchacza aż zatyka – kiedy MacGowan śpiewa „Sick Bed of Cuchulainn”, „Streams of Whiskey” czy „Fairytale of New York” – i kilka tysięcy ludzi zaczyna śpiewać razem z nim. Kto słyszał „Sick Bed of Cuchulainn” ten wie, że nie jest to takie proste…

Większość muzyków „popularnych” (klasyka to zupełnie co innego) tworzy na koncertach znakomitą atmosferę. Jasne, nie miałbym nic przeciwko temu, żeby wybrać się na koncert Joe Cockera, U2, Manhattan Transfer czy BB Kinga (żeby w skrócie przelecieć się po różnych stronach muzycznego świata). Ale wszystkich tych ludzi z dużą przyjemnością słucham z płyt i wszystko jest w porządku.

Są dwa zjawiska, które naprawdę bardzo chciałbym usłyszeć na żywo. Jedno – to Loreena McKennitt (o niej też pisałem), drugim – właśnie MacGowan.

Loreena McKennitt (mam jej dwupłytowy album koncertowy „Live in Paris and Toronto) z każdego koncertu tworzy misterium. Można siedzieć, słuchać, zagubić się w jej muzyce. To rodzaj kontemplacji…

Shane MacGowan to zupełnie co innego. To koncert, na którym można by się wyszaleć, wykrzyczeć, zedrzeć sobie gardło śpiewem i śmiechem.

Loreeny McKennitt chciałbym POSŁUCHAĆ. Z MacGowanem chciałbym zagrać – wziąć gitarę i dołączyć do tego szaleństwa choć na parę chwil, choć na dwie czy trzy piosenki.

Mruczanka (Przed)Zimowa

Uwaga, Puchatek będzie marudził.

No bo tak:

Zima idzie. Wstaje Puchatek rano, a tu zimno. A mało, że zimno – to jeszcze biało. Fuj. I trzeba wyjść najpierw z ciepłego łóżeczka, a potem (co gorsza) z ciepłego domku, złapać łopatę i odgarniać Białe Paskudztwo ze schodów i chodniczka, co by się potem na Białym Paskudztwie nie wykopyrtnąć.

Porządne niedźwiedzie o tej porze roku ŚPIĄ. I niech mi ktoś powie, że niedźwiedź swojego rozumu nie ma…

Mruczanka Na P…

Dialogi z Potworami są coraz ciekawsze. Potwory bowiem coraz więcej rozumieją i coraz więcej potrafią… powtórzyć.

– Och, jak mi się nie chce jutro jechać do tej pierniczonej Warszawy! – wzdycha Puchatek w niedzielę wieczorem (…żeby nie było – Puchatek słów grubszych używa naprawdę rzadko, a nigdy przy dzieciach – jeśli zatem pisze „pierniczonej”, to dokładnie tak mówi, nie inaczej).

Chwila ciszy. Pietruszka trawi (Puchatek nie zauważył, że Pietruszka właśnie przed chwilą wszedł był do pokoju).

– Mamo, cy Warsawa jest piernicona? – pyta Pietruszka Mamę. Tonem (jak to Pietruszka) folozoficznym i zamyślonym.

Uuups.

Mruczanka Freudowska

Potwory w kąpieli. Piłeczka siedzi w wannie. Pietruszka mozolnie ściaga z siebie „lejstopki” w kolorze buraczkowym. Ściągnął. Potem majtaski. Ściągnął. Aż się spocił, ale dumny, że sam.

Piłeczka patrzy uważnie. Jak była młodsza, lubiła w takiej chwili sięgnąć małą łapką i złapać brata za… to, czego ona akurat nie ma. Dziś już wie, że robić tego nie należy, bo można od brata (bądź co bądź starszego o ten rok i dziewięć miesięcy) oberwać po czaszce.

Po czym Piłeczka wygłasza głosem tyleż poważnym, co radosnym, tekst: „Ciuciak. Pietluska ciuciaka ma!”.

W tym miejscu Puchatki juz się lekko zwijają ze śmiechu.

Pietruszka patrzy na siostrę z politowaniem. „Siusiaka, sie mówi!” komentuje. Poczym dodaje mściwie: „A piłecka nie ma siusiaka! O!”
Ponieważ kwestia tego, kto wymieniony przyrząd ma, a kto nie została już skutecznie wyjaśniona kiedyś, Puchatki zwijają się już tylko trochę.

Ale tu do akcji wkracza Piłeczka. Uśmiech od ucha do ucha, mina z gatunku triumfalnych. I okrzyk taki, że słychać chyba w Stolicy:

„Ma! Ma! Piłecka ma ciuciaka! Ma ciuciaka! O! Majutkiego ma!” – tu wymowny gest w stronę właściwą.

Puchatka jeszcze boli przepona.

No, ale sami powiedzcie: czy dziadek Freud nie miał racji?

😉

Mruczanka Supermarketowa

Wiecie, co to są Danonki? Takie serki w małych pudełeczkach, o różnych owocowych (i nie tylko) smakach. Niektóre dzieci to lubią. Puchatkowe na przykład.

Od dłuższego czasu producent – w ramach promocji – do każdego „czteropaku” takich serków dołącza „bonus” w postaci magnesików na lodówkę z literami alfabetu. Taki mały obrazek, pokryty od tyłu magnetyczną folią: duża, kolorowa literka i obrazek czegoś, co się na tę literkę zaczyna.

Potwory uwielbiają Danonki, a jeszcze bardziej – magnetyczne literki. Dopytują bez końca (zwłaszcza Pietruszka) „Jaka to literka”, albo upewniają się, że „To jest BE, plawda? BE jak bulak?” (Puchatek zaznacza, że nie zamierzał w ten sposób czynic najmniejszej nawet aluzji do niektórych Nowych Posłów!)

Wczoraj Puchatek był na zakupach w Dużym Sklepie. Kupował – między innymi – rzeczone serki.

Obśmiejecie się: Puchatek musiał (ku lekkiemu zaniepokojeniu Pana Ochroniarza) przekopać się przez DWIE WARSTWY serków leżące na wierzchu – dopiero w trzeciej warstwie znalazł czteropaki serków, z których NIE UKRADZIONO TYCH CHOLERNYCH LITEREK.

Puchatek naprawdę podziwia pomysłowośc Rodaków – żeby babrać się w zamkniętych czteropakach Danonków tak, żeby ich nie rozerwać (bo to by mogło zwrócic uwagę Pana Ochorniarza na przykład) tylko po to, żeby wyciągnąć z nich tandetny (nie oszukujmy się: tandetny właśnie) magnesik na lodówkę?

Kiedyś Puchatek widział – w Jeszcze Większym Sklepie – jak jakiś pan w średnim wieku (NAPRAWDĘ nie wyglądający na biednego…) nałożył do plastikowej torebki kilkanaście główek cebuli, zważył ją na elektronicznej wadze, nalepił stosowną nalepkę z kodem oaskowym, poczym… dorzucił do torebki jeszcze dwie spore cebulki.

Zważywszy, że kilo cebuli kosztuje koło złotówki – ile na tej operacji „zarobił”? Dziesięć groszy? Piętnaście?

Puchatek pomyślał wtedy, że nic durniejszego już nie zobaczy.

Ale się mylił. Bo teraz te literki. Żygać się chce.

😦

Mruczanka O Twardej Kobiecie

Tragedia w jednym akcie.

Osoby dramatu:

Piłeczka (lat prawie dwa).
Mama piłeczki, czyli M.
Szymuś, kolega z „przedszkola”, półtora roku, przez Piłeczkę zwany „Cimusiem”.
Rowerek (rola bez kwestii mówionych).

Piłeczka: Maaamo! Maaaamo!

M.: Słucham, Piłeczko?

Piłeczka: Piłecka ciała lowelek. Piłecka ciała blum blum.

M.: No i co?

Piłeczka: Ale Cimuś teś ciał lowelek.

M.: I co zrobiłaś?

Piłeczka: Piłecka BAAAAM Cimusia.

…Kurtyna.

Mruczanka W Zasadzie Wcale Nie Polityczna

Opowiem wam zupełnie nie polityczną historyjkę z niespodziewanie polityczną pointą. Historyjka jest stuprocentowo autentyczna. Pointa natomiast – rzecz prosta – to czysto subiektywne skojarzenie Autora. Czyli moje.

Pewna Dobra (choć Dawno Nie Widywana, bo Mieszkająca Obecnie na Drugim Końcu Polski) Znajoma Puchtaków lat temu trzy wyszła była za mąż.

Jej mąż miał – nazwijmy to umownie – kryminalną przeszłość. Nic poważnego, broń Boże – jakieś „błędy młodości”, jakieś nie do końca uczciwe interesy, jakieś wyłudzone i niespłacane kredyty. Wszystko to ładne parę lat temu.

Mąż nigdy tej przeszłości przed Znajomą Puchatków nie ukrywał. Także dlatego, że była to naprawdę przeszłość. Gdzieś po drodze człowiek ów się zmienił. Chyba można użyć słowa „nawrócił”. Porzucił dawne sprawki, naprawił co zepsuł, pooddawał długi. Znalazł uczciwą pracę, odstawił dawne towarzystwo, zaczął zupełnie nowe życie. Już w tym „nowym życiu” spotkał Znajomą Puchatków.

Ostatnio okazało się, że jakaś część przeszłości jednak się za nim ciągnie. Okazało się, że – choć długi pooddawał – to pozostał dłużny pieniądze z tytułu odsetek jakiemuś bankowi. Pieniądze były nieduże, ale odsetki mają to do siebie, że rosną – i uzbierało się tego trzy tysiące.

Męża znajomej wezwano do sądu na rozprawę w sprawie tych pieniędzy. Pech chciał, że oboje byli wtedy na jakichś wakacjach, zresztą szczegółów nie znam – ostatecznie okazało się, że nie dowiedział się w porę o rozprawie i nie stawił się na niej. Sąd – jako dłużnika – skazał go w związku z tym na „odsiedzenie” długu. Przeliczyli mu te trzy tysiące na osiem miesięcy więzienia.

No i mąż Znajomej siedzi. Siedzi już cztery miesiące, jeszcze cztery mu zostały.

Znajoma jest załamana, co łatwo zrozumieć. Mąż podchodzi do całej sytuacji – moim zdaniem – w sposób niezwykle dojrzały. Powiedział: „jestem winien, to siedzę. Spłacimy ten dług i rozliczenia z przeszłością będą zamknięte ostatecznie”.

Oboje zastanawiają się, czy sąd wyrazi zgodę na przepustkę na Boże Narodzenie…

Cóż, historia smutna, ale z nutą nadziei: ludzie się zmieniają, potrafią uczciwie rozliczyć się z przeszłością, zacząć nowe życie i nie dać się złamać. Osiem miesięcy więzienia to koszmar – ale jeśli sam uwięziony traktuje je jako pokutę i „zamknięcie rozliczeń”, to jednak jest akcent pozytywny.

A dlaczego to opowiadam? Ano właśnie po to, żeby na końcu dodać niespodziewanie polityczną pointę.

Nie chcę być źle zrozumiany: absolutnie nie uważam, że on nie powinien odpowiadać za swoje czyny albo że „powinni mu darować, bo się zmienił”. Natomiast przyznam, że kiedy usłyszałem o tej sytuacji, nasunęła mi się myśl w gruncie rzeczy bardzo mało optymistyczna. Ujmując to możliwie krótko i lapidarnie, sytuacja wygląda tak:

Żyjemy w kraju, w którym można mieć wobec banku trzy tysiące długu i pójść za to do więzienia, albo mieć kilkaset tysięcy długu i zostać wicemarszałkiem sejmu.

Czyli:

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są bardziej równe, niż inne”.

Mruczanka Zaduszkowa Inaczej

Wszystkich Świętych… Zaduszki…

Podobnie jak Cytrynka niespecjalnie lubię w te dni odwiedzać cmentarze. Nawet nie z powodu tłumów (bo to akurat dosyć zrozumiałe…). Cmentarz po zmroku, rozświetlony tysiącami lampek i zniczy wygląda naprawdę tajemniczo i pięknie. Ale…

Ale. Szlag mnie trafia – nieodmiennie, co roku – jak widzę zachowanie ludzi na cmantarzu. Nie, nie chodzi mi o „rewię mody” (to wprawdzie śmieszne, ale można na to po prostu nie zwracać uwagi).

Są natomiast sprawy, na które nie zwracać uwagi nie potrafię.

Kiedyś cmentarz – każde zresztą miejsce pochówku – był „ziemią świętą”. Obowiązywały na nim w zasadzie takie same reguły, jak w kościele. Cisza. Godne zachowanie i strój. I tak dalej.

A dziś? Najgorzej jest w wielkich mastach. W małych miasteczkach czy wioskach nieco lepiej, ale też nietęgo.

Jak się dojeżdża do warszawskiego Cmentarza Północnego w okolicy Wszystkich świętych, to już z daleka widać chmurę dymu. Nie, nie ze zniczy. Z grilli i barków. Hamburgery, hot-dogi, kiełbaska z rożna, pańska skórka. Teoretycznie – dla tych, co zmarznięci wychodzą z cmentarza. W praktyce wygląda to tak, że trzy czwarte „zwiedzających” (tak, to chyba właściwe słowo…) łapie w dłoń bułę z kotletem albo kiełbachę na papierowej tacce i dalej między groby. Zapach zniczy i chryzantem miesza się ze smordem przypalonej kiełbasy, na groby kapie w równych proporcjach stearyna i ketchup, słychać szmer modlitw i mlaskanie.

Palenie papierosów na cmentarzu stało się normą. Widok osobnika stojącego nad grobem z puszką piwa w garści nikogo już nie dziwi. Zimno przecież, rozgrzać się trzeba. Do tego oczywiście głośne rozmowy, śmiechy, radosne spotkania po latach, ooo, ciocia, kopę lat cioci nie widziałem! A co u kuzynki Paulinki? Jak się miewa wujek Psujek? A słyszała ciocia, że…

Nie wiem, jak gdzie indziej, ale na Cmentarzu Północnym nikogo nie dziwi już także widok osób przychodzących na groby (a może tylko przechadzających się po cmentarzu…) z pieskami na smyczy. Pani zapala lampkę, jamniczek zadziera nóżkę na sąsiedni grobowiec i wszyscy są zadowoleni.

O głośnych i nieskrępowanych rozmowach przez komórki już nawet nie wspominam, bo i po co.

Co się stało? Gdzie zniknęła „spes sacra”? Czy cmentarz to dziś w społecznej świadomości takie samo miejsce, jak park czy skwerek? Ciekaw byłbym opnii jakiegoś socjologa…

Dla jasności – nie jestem starszym panem 😉 – mam 35 lat, a jednak naprawdę mnie to razi i wkurza. Coś tu nie gra. Bardzo.

Mruczanka Listopadowa

Na cmentarzu byliśmy… Cmenatrz w G. gdzie nie mam nikogo bliskiego, ale w końcu trzeba Potworom także pokazać, jak się świeczki na grobach zapala…

Jak sobie człowie pochodzi między grobami i poczyta napisy – to mu od razu właściwa perspektywa wraca tego, co ważne i tego, co mniej.

I tak mi sie skojarzyło ze Staffem. Jest taki wiersz pod tytułem „Dary życia”. Powrót do nieśmiertelnego (nomen omen…) tematu „…non omnis moriar”. Znacie?

Wznieść ręce w górę, jak drzewo gałęzie,
I szumieć w duszy, błogosławiąc losy
Za te uciski, peta i uwięzie,
Z których się serce wyrywa w niebiosy.

W piwnicy krzepić się jak w gór ozonie
I dniom dziękować, gdy jak w nocy ciemno,
Gdy wiem, że w walce ostatkiem sił gonię,
A nie wiem nawet już, czy Bóg jest ze mną.

Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los na mnie się zaciął,
Nie zmarnowane będzie życie moje,
Bom tworzył pieśni i miałem przyjaciół.

Ano, właśnie…