Tak

„Czy zdanie okragłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz, będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę…

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze; Może orzeźwi cię – ale do nikąd dojść nie pomoże…

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
Wódka w parku wypita albo zachód słońca…

Lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje sie nic
I nie stanie się nic aż do końca…”

Mruczanka Rozpaczliwa

WIOSNY!!! Chcemy wiosny!!! Ratunku!!!

Jak wstaję rano i widzę, że znowu w nocu popruszył śnieg, to mam odruch wymiotny. Wszyscy już fiksujemy. Jacyś nerwowi jesteśmy, drażliwi, byle co urasta do rangi Problemu. Brakuje nam słońca, brakuje zieleni. Nawet Szelma chodzi osowiała i ma dość.

WIOSNYYYYY!!!!

Mruczanka Podróżno-Nostalgiczna

W serii „Podróże marzeń” (przewodniki turystyczne, które można kupić z „Wyborczą”) ukazała się właśnie „Irlandia”. No i nie wytrzymałem – kupiłem. A teraz siedzę w wolnych chwilach (to taka przenośnia, te „wolne chwile”) i przeglądam. Nawet nie czytam, ale właśnie przeglądam…

Bylismy w Irlandii w 1996 r. (mój Boże, to już dziesięć lat!). To była kolejna zwariowana wyprawa „bez grosza przy duszy”. Pojechaliśy we trójkę – M., ja i moja siostra. Namiot, kuchenka turstyczna na naboje gazowe, trochę ciuchów – i w drogę. Autokarem rejsowym do Londynu, stamtąd kolejnym, relacji Londyn – Dublin. Razem prawie 48 godzin w podróży.

Ale było warto… Wprawdzie Irlandia nie okazała się tak gościnna, jak nasza ukochana Szkocja (w noc po naszym przyjeździe zaczął padać deszcz, który skończył się w zasadzie półtora tygodnia później… Przy czym przez „skończył się” nie należy rozumieć, że go już nie było, ale że potem nie padał bez przerwy…) – ale wyprawa i tak była wspaniała.

Siedzę teraz i przeglądam zdjęcia w przewodniku… I choć minęło dziesięć lat, pamiętam te miejsca! Zamek w Kilkenny… Zatoka Galway… Connemara, góry Mourne… Donegall… Wyspa Aran…

Ech, pojechałoby się. I pewnie się jeszcze kiedyś pojedzie.

A scena, która jakoś najbardziej siedzi mi w głowie, miała miejsce na promie, gdzieś na Morzu Irlandzkim, w pół drogi między wybrzeżem Walii a portem w Dublinie.

Było w pół do piatej rano, jasno (początek sierpnia), my – lekko otumanieni po drugiej z kolei nocy w autobusie, ale szczęśliwi i podekscytowani zbliżającym się celem podróży. Dookoła morze – po horyzont z każdej strony (na morzu naprawdę widać, że ziemia jest okrągła!), a my wpatrujemy się w horyzont przed dziobem, nie mogąc się doczekać, kto z nas pierwszy wypatrzy brzegi Zielonej Wyspy…

Pogoda była jak drut (na razie…). Morze po horyzont, nad głowami niebo jak wnętrze bladobłękitnej półkuli. Większość „normalnych ludzi” siedziała na ciepłych kanapach pod pokładem. A my wyleźliśmy na pokład, pożyczywszy pierwej gitarę od jakichś wpółśpiących Anglików. I siedzieliśmy sami na pokładzie, grając i śpiewająć różne różności – od Wolnej Grupy Bukowina po jakiegoś bluesa z kompletnie improwizowanym tekstem…

To były czasy 🙂

Niestety nie mam zdjęć – napaliłem się wtedy na slajdy, a potem okazało się, że mój Zenith miał uszkodzony obiektyw i niedoświetlał. Sześć rolek slajdu poszło w krzaki…

Toteż pożyczam zdjęcie ze strony http://www.odyssei.com/pl/travel-gallery (wszelkie prawa zastrzeżone…)

Mruczanka Polityczna.

No, wybaczcie, ale nie wytrzymuję jednak. Odkrywam, że na co dzień – kiedy jestem zmęczony i zapracowany – najchętniej pisałbym o tym, co mnie DENERWUJE I WKURZA. Czyli o polityce.

A ponieważ tutaj nie chcę tego robić, więc… Będę to robił TUTAJ.

Chyba mi odwaliło. Do reszty.

Mruczanka Z Obciachem W Pełnym Zakresie

Czteroletni Pietruszka wykonał był Numer Życia. Może jeszcze kiedyś zrobi coś lepszego, ale… Puchatek ma nadzieję, że Puchatka przy tym nie będzie. Ale od początku.

Zwykle w niedzielę Puchatki jeżdżą ze znajomymi do Sąsiedniej Parafii. Bo w Puchatków parafii kościół w budowie, zero ogrzewania, na podłodze goły beton, zimno jak w psiarni u Eskimosów.

Dla Pietruszki każdy człowiek płci brzydkiej ubrany w długie, białe ubranko to „ksiądz”. No bo niby jak czterolatek ma rozróżnić, że to jest ksiądz, a to jest na przykład lektor, albo ubrany w albę kościelny chodzący z tacą? Na czole święceń zaznaczonych nie ma. Niestety, jak się okazuje.

Wczoraj Puchatek został poproszony przez Jednych Znajomych z Sąsiedniej Parafii, żeby zastąpił jednego z lektorów, który był zachorował. No, nie ma problemu – czytać Puchatek umie, a w albie przy ołtarzu też się bywało. Poszedł Puchatek do zakrystii, albę założył, jak porządny ministrant łapki złożył i OK.

M. z potworami została „w tłumie”, razem ze znajomymi. Ludzi sporo, więc nie wszystko potwory widziały. Msza się zaczęła, wstęp, modlitwa, wiadomo. Skończyły się obrzędy wstępne, ksiądz usiadł, ministranci usiedli, ludzie w kościele takoż, a Puchatek nie usiadł, tylko ruszył był w stronę tak zwanej ambonki, żeby rzeczone pierwsze czytanie kulturalnie i z dykcją przeczytać. W tej białej albie. I w ogóle.

I doszedł Puchatek do ambonki… I lekcjonarz otworzył… I oddech już wziął, żeby zacząć…

I w tym momencie, w ciszy panującej w kościele (no bo zaraz będzie czytanie, prawda?) rozległ się jasny, dźwięczny głos Pietruszki, oznajmiającego z dumą całemu zgromadzeniu:

– A TEN KSIĄDZ TO MÓJ TATA!

Ksiądz odprawiający mszę jakby się nagle zakrztusił, poczerwieniał i generalnie wyglądał, jakby sie miał udusić. Proboszcz – siedzący właśnie w konfesjonale – zatrząsł się tak, że konfesjonał podrygiwał. Lud Boży (przynajmniej ta jego część, która to słyszała…) padł był na podłogę i tarzał się dłuższą chwilę. A Puchatek musiał – z twarzą pokerzysty – PRZECZYTAĆ to czytanie.

Oj, chyba jakiś czas pochodzimy jednak do naszej parafii…

Mruczanka Urodzinowa

Pietruszka ma dziś urodziny. Czwarte. Poważny wiek.

CZTERY LATA?! I kiedy to zleciało…

Marzyciel. Filozof. Introwertyk. Wrażliwiec. Wszystko pamięta, wszystko musi przemyśleć. Jest ostrożny. Zanim wejdzie w nową sytuację – choćby na nową zjeżdżalnię – musi się jej dokładnie przyjrzeć. Ale jak się już przyjrzy – to WIE, jak na nią wchodzić i jak sobie radzić. Bez „prób i błędów”. Wielu rzeczy się boi, ale jak przyjdzie co do czego – jest dzielny jak smok.

Zdjęcie – razem z siostrą.
Sto lat! 🙂

Mruczanka Kryzysowa

Mam kryzys. Tak po prostu – kryzys pracy (nie)twórczej.

Siedzę, pracuję, zarabiam dosyć, żeby nas utrzymać i jeszcze trochę więcej, niczego mi niby nie brakuje w życiu…

A jednak brakuje. Brakuje mi właśnie jakiejkolwiek działalności „twórczej”. Jakiejś odrobiny poezji w życiu… „Poezja” to nie tylko wiersze, chodzi mi raczej o tworzenie czegoś własnego (gr. „pojeo”).

Kiedyś przynajmniej prowadziłem scholę. OK, nic wielkiego, zwykła parafialna schola, dziesiątka ludzi w różnym wieku – od gimnazjalistów po osoby pod trzydziestkę – która zbierała się raz w tygodniu, żeby półtorej godzinki pośpiewać, a potem śpiewała na mszach na przykład.
Nic wielkiego – ale coś żyło, ale człowiek miał odrobinę satysfakcji widząc, jak grupka kompletnych amatorów (…pod „dyrekcją” także nieprofesjonalisty przecież…) po pół roku jest już w stanie zaśpiewać czysto naprawdę niełatwe wielogłosy, że (w przeciwieństwie niestety do wielu znanych mi parafialnych schol…) nie śpiewa na mszach „byle czego, byle pobożnie”, że nie zarzyna uszu upiornym „sacro-polo”, ale porusza ludzi swoją muzyką…

A dziś? W mojej „nowej” (od czterech lat) parafii w G. stworzenie scholi czy chóru nie wchodzi w grę (taki układ). Grać nie ma jak, gdzie i z kim. Na pisanie własnych rzeczy też nie ma ani czasu, ani – przede wszystkim – siły (jakem już kiedyś pisał, po ośmiu godzinach spędzonych przy komputerze w celach zarobkowych jakoś nie ma się już weny na następną godzinę „dla przyjemności”).

I tak to się toczy. Siedzę, pracuję, zarabiam… Ale brakuje mi „czegoś więcej”.

No, to sobie pomarudziłem.

Mruczanka Lutowa II

A dzisiaj Podli Rodzice zostawiają Potwory na całe trzy godziny na pastwę Wujka D.

Bo dzisiaj M. ma urodziny. Nie powiem, które, bo mógłbym źle skończyć 😉

*****

A widzieliście tę reklamówkę w telewizji, we której Stary Góral niezawodnie przepowiadał turystom deszcz, bo go w krzyżu łupało? No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) Puchatek ma też taki skaner, przepowiadający nieomylnie nadejście wiosny. Otóż jak ma się już uwiosennić na świecie, to Puchatkowi na jakieś dwa-trzy tygodnie nabija zatoki. Najpierw trochę (niemiłe uczucie), potem bardziej (BARDZIEJ niemiłe uczcucie…), a w końcu Puchatek chodzi i czuje się tak, jakby gdzieś w kościach czaszki, po obu stronach, na wysokości nosa miał dwa mocno napompowane baloniki. I wtedy już wiadomo, że jest wiosna.

No więc na razie jesteśmy na pierwszym etapie. Więc nie dajcie sie nabrać, choćby jeszcze nawet się zimno zrobiło i śnieg napadał – to chwilowe. Wiosna idzie.

„Boli cię głowa? Szczęśliwcze, to jedyny dowód, że masz głowę!” 😉

Mrucznaka Lutowa

Ano, z tym naszym zdrowiem to jakoś tak… różnie (dzięki za troskę, Kinio :). Niby lepiej, a nie do końca jakoś. Potwory się przechorowały krótko, niby już w poniedziałek były zdrowe, ale Pietruszka ni z tego ni z owego we wtorek wieczorem pawia był uwolnił nagle a niespodziewanie. I ogólnie biedny był niezmiernie. I o co chodzi?
A wczoraj wprawdzie już wszystko było dobrze, ale cały dzień jakiś słaby był, jakiś śnięty… A wieczorem zasnął w pół zdania, z książeczką w ręce – po prostu leżał w łóziu, oczka mu się zamknęły i już. A to nie jest zwykły stan Pietruszki o ósmej wieczorem – zwykle jeszcze co najmiej pół godzinki imprezowania…

Ano, zobaczymy.

Tak Po Prostu – II

Pogrzeb był bardzo spokojny i cichy. Najbliższa rodzina (która musiała przyjechać aż z Wielkopolski), parę znajomych osób… Mała grupka ludzi. Mała, ale znacząca. Bo każdy z tej grupki coś Jej zawdzięczał. Niektórzy trochę. Inni – na przykład ja – dużo.

Duża, „elegancka” parafia w samym centrum Warszawy. Ksiądz proboszcz – człowiek nobliwy, z kościelnymi tytułami, o którym wiele ust w diecezji szepcze, że prędzej czy później będzie biskupem – powiedział, że jak jest pogrzeb osoby, która była parafianką od czterdziestu paru lat, to żaden wikariusz, tylko on sam musi mszę odprawiać. I odprawił – spokojnie, z godnością i sercem. Widać było, że to nie było „kolejny odhaczony pogrzeb”.

W jednej z modlitw pogrzebowych są słowa, w których dziękuje się Bogu za „…zmarłego i wszystkich, którym służył i pomagał w swoim życiu”. Dawno tak namacalnie nie odczuwałem sensu tych słów.

A potem Cmentarz Bródnowski, pełen śniegu i drzew. I już.

Przy samym Jej grobie rośnie czarna brzoza. Tak po prostu.

*****

Kiedy wróciliśmy (bo pojechaliśmy oboje) okazało się, że Potwory wprawdzie z „babysitterką” (naszą dobrą znajomą) bawiły się świetnie, ale za to jakoś dziwnie wyglądają… Nie powiem „niewyraźnie”, bo mi jeszcze kto kryptoreklamę zarzuci.

No i rzeczywiście. Pietruszka – 39 stopni w cieniu. Piłeczka – trochę mniej, ale za to kaszelek, co to się snuł za nią od tygodnia, wyraźnie zdecydował jednak zostać na dłużej. Że nikt go nie zparaszał, to chyba dodawać nie muszę… Gość nie w porę…

No to sobie chorujemy. W aptece wydałem wczoraj majątek, ale też przytargałem do domu torbę wielkości zeppelina. Taki syropek, owaki syropek, takie kropelki, inne kropelki – wszystko, co Pani Doktor kazała. I się leczymy. A tu pogoda piękna, a tu by się chciało na dwór… Ech, życie.

Niech już będzie wiosna…