Mruczanka Zirytowana

Nie znoszę, po prostu NIE ZNOSZĘ jak ktoś przychodzi „z wizytą” (choćby najbardziej nieoficjalną i na luzie) bez uprzedzenia. Ot, siedzisz w domu, jesteś zajęty, pracujesz – a tu dzwonek do furtki. „A wiesz, właśnie przejeżdżałam, byłam na basenie niedaleko was, to pomyślałam, że wpadnę po drodze, bo dawnośmy się nie widzeli…”.

NIE, NIE, NIE! Naprawdę w dobie telefonów komórkowych noszonych przy pasku przez każdego NIE JEST PROBLEMEM zadzwonienie – choćby z sąsiedniej ulicy – z pytaniem: „A wiecie, właśnie jestem w okolicy, mogę na chwilę wpaść?”

„Jasne, że możesz, będzie nam miło!” – to najczęściej usłyszysz. Ale jest także możliwość, że usłyszysz: „Wiesz, z takich a takich powodów to kiepski moment… Może umówmy się na jutro.”

A jak już stoisz przy furtce, to oczywiście nikt Ci tak nie powie, choć doprawdy miałby ochotę…

Oczywiście, nie chodzi mi sytuacje awaryjne, nagłe wypadki i inne „gromy z jasnego nieba”. Ale jeśli masz komórkę – ZADZWOŃ, U LICHA, jeśli chcesz, aby Twoja wizyta była dla mnie MIŁĄ niespodzianką.

Moja bańka prywatności czuje się naruszona. Nic na to nie poradzę. 😦

Mruczanka Przełomowa W Pewnym Sensie

M. z Potworami wróciła w czwartek w nocy – w zasadzie nawet już w piątek, bo jak zajechali pod dom, było wpół do pierwszej.

Tak, tak – „zajechali”. Przywiózł ich z C. samochodem Wujek Bodzio – mąż kuzynki M.
A razem z nimi przywiózł Gabrysię, czyli swoją córkę, lat siedem, która spędzi z Puchatkami tydzień wakacji.

I tu właśnie następuje przełom. Przełom istotny, spraw newralgicznych dotyczący.

Gabrysia bowiem jest pierwszy raz sama na wakacjach. „Sama” czyli bez mamy, taty lub dziadków. Wszystko jest OK, dopóki nie nadchodzi wieczór.

Bo Gabrysia absolutnie nie chce spać sama w pokoju… Co robić?

Ha.

Kiedy Pietruszka był mały, spał z Puchatkami w ich sypialni (choć we własnym łóżeczku). To jasne – w końcu komu by się chciało po dziesięć razy w nocy biegać do drugiego pokoju, żeby toto karmić…

Kiedy Pietruszka był w takim wieku, że można było myśleć o wyekspediowaniu go do własnego pokoju – urodziła się Piłeczka. No i kicha – Piłeczka (z przyczyn analogicznych) spała z Puchatkami w sypialni, więc trudno było wymagać od Pietruszki, żeby spał sam oddzielnie. To by była rażąca niesprawiedliwość i przyczynek do zazdrości o siostrę… I w ogóle…

Ta specyficzna sytuacja sprawiła, że dotąde cała czwórka Puchatków spała w jednym pokoju. A przy specyficznym charakterze Pietruszki (wyrażającym się między innymi w głębokiej niechęci do Zmian…) Puchatki obawiały się, że Potwory zostaną w ich sypialni do pełnoletniości..

Ale oto przybyła Gabrysia…

I M. wpadła na wspaniały pomysł: urządzamy dziecięcy pokój! Czyli „dzieciarnię” (per analogiam do „psiarni” czy „kociarni”, he he he).

No i bomba! Wszystkie dzieciaki zostały „położone” w większym pokoju na górze. Oczywiście – Puchatki do zaśnięcia siedzą na razie przy nich, oczywiście – drzwi w nocy są pootwierane, oczywiście – zdarza się, że trzeba w nocy iść za głosem płaczliwego „maaamooo…”, oczywiście zapewne jeszcze nie raz odbędą się nocne wędrówki lud(k)ów.

Ale na razie wszyscy są zadowoleni. Potwory – bo to coś nowego i „fajnie tak spać razem wszyscy…”. Gabrysia – bo nie śpi sama. Puchatki – bo od dawna zastanawiali się, jak tę operację przeprowadzić, a tu proszę, samo przyszło.

Rewolucja się dokonała. Sypialnia Puchatków wróciła do roli Sypialni Puchatków. Howgh.

Mruczanka – Nadrabianka

Ufffff. Skończyłem.

Od niemal dwóch miesięcy siedziałem przy komputerze i… siedziałem przy komputerze i… w zasadzie nie robiłem nic ponadto. W sobotę wieczorem (dosyć późnym) skończyłem to, co robiłem. Skończyłem, wysłałem, wstałem od biurka…

…i poczułem się tak, jakbym przez dwa miesiące rowy kopał. Kocia Twarz, nawet ręce mnie bolały! W związku z czem zrobiłem sobie trzy dni odpoczynku, absolutnego luzu, nicnierobienia.

Dziś siadam znowu do roboty, ale już nie tak pilnej i „na wczoraj” – i nie tak trudnej.

***

M. z Potworami siedzi Na Drugim Końcu Polski, u rodziny. Puchatek wywiózł ich tam, bo w Chatce Puchatków – dla odmiany – działania remontowe trwają. Tym razem Dwóch Fachowców wymienia ogrzewanie. CAŁE ogrzewanie. Piec w piwnicy, grzejniki we wszystkich pomieszczeniach, rurki, śmurki. Ratunku.

M. wraca jutro wieczorem – z Potworami i siedmioletnią Gabrysią, córką kuzynki M., która spędzi u nas tydzień wakacji. W związku z tym – na szczęście – Puchatek nie będzie musiał po nich jechać Na Drugi Koniec Polski, bo tata Gabrysi przywiezie całe towarzystwo samochodem.

***

A za dwa tygodnie Puchatek z Całą Resztą jedzie nad morze. I ma cichą nadzieję, że pogoda nie zrobi głupiego kawału i nie pójdzie sobie w krzaki akurat wtedy.

***

Dwa tygodnie temu Puchatek odwoził M. z Potworami Na Drugi Koniec Polski. Odwoził towarzystwo w czwartek, a już w piątek wracał, bo w sobotę rano mieli się zjawić Fachowcy i zacząć działać.

Droga do C., małego miasteczka Na Drugim Końcu Polski, skąd pochodziła mama M., to droga przez mękę. Oczywiście, w warunkach cywilizowanych dróg i cywilizowanych kolei czterysta pięćdziesiąt kilometrów (w jedną stronę) to nie jest wyprawa na księżyc – ale jak powszechnie wiadomo polskie drogi do cywilizowanych nie należą, a polskie koleje… no właśnie.

Z G., gdzie mieszkają Puchatki (pozwoli sobie Puchatek przypomnieć, że to 30 kilometrów w linii prostej od Pajacu Kultury) do C. można jechać na kilka sposobów. Sposoby dzielą się na czasochłonne i bardzo czasochłonne oraz męczące i bardzo męczące.

Można dojechać ekspresem do Wrocławia, ale w tym celu należy się cofnąć z G. do Warszawy – a w tym momencie cała zabawa traci sens, bo czas zyskany na ekspresie traci się na bezsensowanym jeżdżeniu w tę i z powrotem. Jest jeszcze kilka innych sposobów, ale najprostszy (?) jest taki, żeby z G. podjechać pociągiem podmiejskim (zwanym popularnie „żygaczem”) do Sąsiedniego Niewiele Większego Miasteczka (13 minut), w którym stają pociągi pospieszne relacji Warszawa – Wrocław. I w tym Sąsiednim Niewiele Większym Miasteczku łapie się pociąg pospieszny, który nie tylko jedzie do Wrocławia, ale (już jako osobowy) telepie się dalej, aż do granicy polsko-niemieckiej. I po drodze (cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności!) zatrzymuje się w C.

Ma takie rozwiązanie swoje wady (osiem godzin w pociągu!), ale ma też zalety (bez przesiadek, święty spokój, wysiada się po ósmej wieczorem w C., gdzie już czeka ktoś z rodziny z samochodem…)

I tylko – wiadomo, PKP. Pięknie, K…, Pięknie, jak ktoś celnie rozwinął tan skrót.

Stoją Puchatki w Sąsiednim Niewiele Większym Miasteczku na peronie. Upał jak smok (wawelski), trzydziści pięć stopni w cieniu. Pociąg miał być dwunasta dwadzieścia. Ale go nie ma. Nie ma go także dziesięć minut później, ani dwadzieścia minut później. Nikt oczywiście nie raczy poinformować czekających na peronie podróżnych o opóźnieniu (być może zawiadowca stacji doszedł do wniosku, że dwadzieścia minut – jak na możliwości PKP – to żadne spóźnienie…). Puchatek idzie do kasy, pyta o pociąg do Wrocławia. – O, to jego jeszcze nie było? – dziwi się pani w kasie.

W końcu pociąg przyjeżdża – pół godziny po czasie. Puchatek idzie do konduktora, żeby wskazał przedział zarezerwowany dla podróżnych z małymi dziećmi. Okzauje się, że „…wie pan, zerwali mi naklejki, nie ma, zorganizowane grupy, dużo ludzi, skauci z Francji, co ja panu zrobię…” etc.

Ostatecznie udaje się znaleźć przedział, w którym jedzie dwóch młodych ludzi. Jeden czyta, drugi śpi.

Jakoś tę podróż Puchatki przeżyły, choć doprawdy trudno im było zrozumieć, dlaczego pociąg, który ma na trasie średnią szybkość 54 (słownie: pięćdziesiąt cztery) kilometry na godzinę nazywa się (uwaga, uwaga) „pospieszny”.

***

Po ośmiu godzinach w brudnym, śmierdzącym pociągu Puchatkowi odeszła na długo ochota wchodzenia w jakiekolwiek interakcje z PKP. Następnego dnia wracał więc autostopem.

Poszło szybko i sprawnie, nie można powiedzieć. Ostatni odcinek – ponad trzysta kilometrów – z Oleśnicy do G. przejechał Puchatek jednym transportem. I tu ciekawa obserwacja socjologiczna…

Jedziemy sobie, nie rozmawiamy za dużo, bo i nie bardzo jest o czym, w samochodzie gra radio… Puchatek i Pan Kierowca w pewnym momencie zaczynają odruchowo śpiewać pod nosem razem z szalejącym w RMF Royem Orbisonem:

Everything you want – you got it!
Everything you need – you got it!
Everything at all – you got it, baby!!!

Zabawne – spotyka się Puchatek z człowiekiem, z którym nie bardzo jest o czym rozmawiać, człowiekiem z nieco „innego świata” (w sensie socjologicznym właśnie), z człowiekiem, który – usłyszawszy, że Puchatek zajmuje się tłumaczeniem – nie pyta „a co pan tłumaczy”, tylko „a ile na tym można zarobić”… Pozornie – brak „części wspólnej”. Nie ma o czym rozmawiać. A tu taki Orbison i proszę – obaj śpiewają i przytupują.

Muzyka łączy? 🙂

Mruczanka Piwniczna – c.d. i nie tylko

No i proszę – wbrew moim wszelkim oczekiwaniom w plebiscycie (patrz poprzednia notka) za Piosenkę Półwiecza Piwnicy pod Baranami uznano „Karuzelę z madonnami”.

Tyz piknie.

***

Jestem zmęczony. Przede mną jeszcze co najmniej dziesięć dni siedzenia od rana do nocy i tłumaczenia na akord. Potem – znowu jakaś robota, choć już mniej pilna, więc nieco spokojniej. Dopiero w sierpniu trochę wolnego. Jedziemy do Sianożęt (…ów?) i będziemy moczyć odwłoki w Bałtyku. Jeśli oczywiście będzie jaka taka pogoda…

Bo TERAZ jest pogoda, rzecz prosta. I co mi z tego? Tyle, że po południu ciężko mi pracować, bo temperatura przekracza granice zdrowego rozsądku.

Marzy mi się jakaś wyprawa na koniec świata, plecak na plecach, noclegi w namiocie. Tyle mojego, co sobie pomarzę…

Mruczanka Piwniczna

Plebiscyt ogłoszono na Piosenkę Półwiecza „Piwnicy Pod Baranami”. Czytam proponowane tytuły i… jestem w kropce.

Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś – ot tak, na ulicy – zapytał mnie co z repertuaru „Piwnicy” powinno być uznane za „piosenkę półwiecza”, odpowiedziałbym bez wahania, że „Grande Valse Brillante”. Nieprawdopodobny tekst Tuwima (znacie inny przykład tekstu poetyckiego napisanego tak, że czytany na głos – bez muzyki, z normalnymi polskimi akcentami – ma rytm walca?). Do tego wciskająca w fotel muzyka Koniecznego… No i oczywiście Ewa Demarczyk, bo wszystkie następne wykonania (z całym szacunkiem dla Budki Suflera na przykład) to już było zupełnie nie to…

Ale kiedy przeczytałem plebiscytowe propozycje (można je sobie przejrzeć TUTAJ) doszedłem do wniosku, że jeszcze przynajmniej dwie piosenki mogłyby o ten zaszczytny tytuł powalczyć.

Po pierwsze (tak, znowu Ewa Demarczyk…) „Na moście w Avignon”. Niezwykłe, delikatne, piękne. „W drzewach, w zielonych okien ramie, przez widma miast – srebrzysty gotyk – wirują ptaki płowozłote jak lutnie, co uciekły z rąk…”

Kiedy w 1993 r. po raz pierwszy przyjechałem do Paryża, kiedy stanąłem na środku katedry Notre Dame, kiedy spojrzałem na „…gotyk płynący z kolumn lasu…” i zachwyciłem się tak, że przez chyba dwie godziny nie mogłem się zdecydować, aby wyjść na zewnątrz…

…wtedy właśnie te słowa Baczyńskiego brzmiały mi w uszach.

Po drugie – „Naprawdę nie dzieje się nic”. to jedna z najbradziej poruszających piosenek „Piwnicy”. Może także dlatego, że jakoś trafia w mój nastrój… Właśnie teraz…

No i nie wiem. Ciekawe jestem, któa z piosenek wygra plebiscyt. Jak myślicie?

Mruczanka Z Pytaniem

A MOŻE NAD MORZE – CZY KTOŚ NAM POMOŻE?

Coś nam nie idzie w tym roku szukanie miejsca na wakacje. No i tak sobie Puchatek pomyślał, że może ktoś z Was ma jakieś ciekawe namiary?

Chodzi nam o pierwszą połowę sierpnia, jak się łatywo domyśleć: dwie osoby dorosłe i dwójka maluchów. Nasze „wymagania”:

– chodzi o miejsce nad morzem;
– najlepsze byłyby jakieś domki campingowe, ale (koniecznie) z bieżącą wodą i możliwościa gotowania;
– oczywiście w ROZSĄDNEJ cenie…
– we w miarę sensownej odległości od morza (nie jesteśmy zmotoryzowani);
– z tego samego powodu – w miejscu, gdzie można dojechać pociągami / autobusami.

Nie musi być telewizora, a nawet lepiej, żeby go nie było 🙂
Nie musi być także żadnych dodatkowych „wygód”.

Ma ktoś jakieś pomysły?

W razie czego – proszę o kontakt na puuchatek/małpa/gazeta.pl

Mruczanka Wyszczekana

M. szuka kluczy. Szuka ich intensywnie i nerwowo, bo to jedyny komplet, przy którym wisi także kluczyk do zapięcia od roweru, a M. się spieszy, a nie może pojechać na rowerze bez tego klucza, bo jak roweru nie przypnie, to wiadomo, a jak przypnie nie mając klucza – to nie odepnie.

Szuka zatem M., pomaga jej Puchatek, atmosfera jest nieco nerwowa, czas ucieka. Gdzie te klucze???

Piłeczka przygląda się zamieszaniu z coraz bardziej zamyśloną miną. Widać, jak się kółeczka zębate kręcą intensywnie w małej główce. W końcu staje na środku pokoju, bierze się pod boki i wygłasza z miną marsową, tonem z lekka dydaktycznym:

– Mamo! Cieba pilnować swoich zieci! Nie moźna gubić ich!

***

Gdzieś zginęła niewielka ikona (reprodukcja), która jeszcze niedawno stała na kredensie. Spadła? Dzeci wzięły? Nie wiadomo. Po dwóch dniach M. znajduje rzeczoną ikonę głęboko zakopaną w szafce z zabawkami Potworów. Zdziwona, mówi do Piłeczki, używając (lekko ryzykownego) skrótu myślowego:

– Piłeczko, co Pan Jezus robi w waszej szafce?

Piłeczka, z miną wyrażającą bezbrzeżne zdumienie, że można nie rozumieć tak prostych rzeczy:

-Spsiąta, ocywiście!

Kurtyna.