A tak mnie naszło…

Jest taka piosenka Boba Dylana „A Hard Rain’s A-Gonna Fall”. Wielu ją śpiewało, poza samym Dylanem, przerabiano ją już i na rockowo, i na bluesowo, i na jazzowo takoż.

Piętnaście lat temu, w czasie pierwszej z Wielkich Wypraw Autostopowych, siedząc w mieszkaniu Znajomych w Paryżu, odkryliśmy kilka płyt Joan Baez. Stare, winylowe płyty, adapter (hej, A. i B., czytacie to?)

Wtedy usłyszałem to po raz pierwszy.

Do dziś, kiedy słyszę jak Ta Pani śpiewa Te Słowa, ciarki mi chodzą po plecach. Słucham – i w kolejnych dylanowych strofach odnajduję własne doświadczenia, własne życie. Obraz po obrazie.

Chcecie posłuchać i popatrzeć?

Joan Baez śpiewa „Hard Rain…” Dylana.

A teksty też warto poczytać:

Oh, where have you been, my blue-eyed son?
Oh, where have you been, my darling young one?
I’ve stumbled on the side of twelve misty mountains,
I’ve walked and I’ve crawled on six crooked highways,
I’ve stepped in the middle of seven sad forests,
I’ve been out in front of a dozen dead oceans,
I’ve been ten thousand miles in the mouth of a graveyard,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, and it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, what did you see, my blue-eyed son?
Oh, what did you see, my darling young one?
I saw a newborn baby with wild wolves all around it
I saw a highway of diamonds with nobody on it,
I saw a black branch with blood that kept drippin’,
I saw a room full of men with their hammers a-bleedin’,
I saw a white ladder all covered with water,
I saw ten thousand talkers whose tongues were all broken,
I saw guns and sharp swords in the hands of young children,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

And what did you hear, my blue-eyed son?
And what did you hear, my darling young one?
I heard the sound of a thunder, it roared out a warnin’,
Heard the roar of a wave that could drown the whole world,
Heard one hundred drummers whose hands were a-blazin’,
Heard ten thousand whisperin’ and nobody listenin’,
Heard one person starve, I heard many people laughin’,
Heard the song of a poet who died in the gutter,
Heard the sound of a clown who cried in the alley,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, who did you meet, my blue-eyed son?
Who did you meet, my darling young one?
I met a young child beside a dead pony,
I met a white man who walked a black dog,
I met a young woman whose body was burning,
I met a young girl, she gave me a rainbow,
I met one man who was wounded in love,
I met another man who was wounded with hatred,
And it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
It’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, what’ll you do now, my blue-eyed son?
Oh, what’ll you do now, my darling young one?
I’m a-goin’ back out ‚fore the rain starts a-fallin’,
I’ll walk to the depths of the deepest black forest,
Where the people are many and their hands are all empty,
Where the pellets of poison are flooding their waters,
Where the home in the valley meets the damp dirty prison,
Where the executioner’s face is always well hidden,
Where hunger is ugly, where souls are forgotten,
Where black is the color, where none is the number,
And I’ll tell it and think it and speak it and breathe it,
And reflect it from the mountain so all souls can see it,
Then I’ll stand on the ocean until I start sinkin’,
But I’ll know my song well before I start singin’,
And it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
It’s a hard rain’s a-gonna fall.

Mruczanka Zbiurokratyzowana

Puchatek bronił się był przed tym dwa lata, ale w końcu poległ. Życie go zmusiło. Od poniedziałku najbliższego Puchatek będzie miał własną firmę. Jednoosobową. Czyli – w zasadzie – Puchatek zostnie firmą. Ha – ha – ha, zaśmiała się hrabina po francusku, bo ten język znała najlepiej.

Paranoja biurokratyczna w tym pięknym kraju znana jest każdemu, kto miał kiedykolwiek wątpliwą przyjemność załatwiać coś w urzędach. Ale paranoja towarzysząca zakładaniu własnego biznesu przertasta wszystko.

Ilość papierków, które musiał Puchatek wypełnić, podpisać, opieczętować, przyklepać i złożyć w kolejnych urzędach wystarczyłaby na dwa lata dla dowolnej składnicy makulatury. Oczywiście przynajmniej połowa z nich (tak na oko) to papierki dublujące się i zawierające informacje złożone już w innych papierkach albo posiadane już przez urząd, w którym się je składa (no, niech mi ktoś logicznie wyjaśni, po jaką stokrotkę do stosiku papierków dla Urzędu Skarbowego trzeba dołączyć ORYGINAŁ decyzji o nadaniu numeru NIP? Przecież kto jak kto, ale Urząd Skarbowy wie, że mam NIP i wie kto, kiedy i gdzie go wydał…).

Ilość kosztów… Mój Boże. 100 zł za wpis do ewidencji, 170 zł za to, że jestem wciągnięty na listę płatników VAT, ok. 50 zł za pieczątkę (której – rzecz prosta – nie można nie mieć), do tego kilkanaście złotych wydanych na ksero różnych dokumentów…

I po co to wszystko?

A, już tłumaczę. Otóż po to, żebym mógł płacić dwa razy większe podatki, niż dotąd (bo to, co robię, objęte jest słynnym „50 proc. kosztów uzyskania przychodu”, które oczywiście znikają w momencie płacenie ryczałtowego podatku 19 proc.), no i żebym musiał co miesiąc jak idiota rozliczać się z Urzędem Skarbowym i ZUSem. A, no i oczywiście żebym musiał wystawiać faktury VAT, czy p… się z kolejnymi papierkami. Pardon.

Ja wiem, bo zaraz mi ktoś powie, że dzięki temu mam zapłacony ZUS i że mogę sobie wiele rzeczy „wrzucać w koszty”.

Otóż nic bardziej błędnego.

Jeśli chodzi o koszty – to żebym nie wiem co wrzucił, i tak nie osiągnę 50 proc. uzyskanych przychodów, które dotąd miałem „z automatu”.

A jeśli chodzi o ZUS – to będę go miał nie DZIĘKI TEMU, że prowadzę firmę i płacę większe podatki etc., ale dzięki temu, że co miesiąc będę płacił ZUSowi haracz. Niemały. Co – gdyby nie chore prawo – mógłby przecież robić równie dobrze jako osoba fizyczna, bez bawienia się w całą tę idiotyczną biurokrację.

Witamy w tanim państwie przyjaznym dla przedsiębiorców.

Socjalizm albo śmierć, jak mawiał Fidel Castro. (…Co za różnica? – jak dodawali złośliwi…)

Mruczanka Postweselna

Tak, jak Puchatek wcześniej obiecał, Kilka Refleksji Po Pewnym Weselu. Z lekkim opóźnieniem, bo ślub odbył się na początku sierpnia – ale potem Puchatki były nad morzem, a potem – z Przyczyn Wyżej Wymienionych – nie bardzo miał Puchatek siłę pisać.

A zatem, gwoli krótkiego wprowadzenia: żenił się kuzyn M., w Małym Miasteczku Na Drugim Końcu Polski. Ojciec tegoż kuzyna jest lokalnym rekinem biznesu – co Puchatek mówi bez cienia złośliwości. W dolnośląskim miasteczku dotkniętym bezrobociem (jedyny duży, państwowy zakład, w którym pracowała spora część mieszkańców, tylko o kilka lat przeżył PRL) pan ten – nazwijmy go Wujkiem J. – prowadzi dużą firmę transportową. Jest najbogatszym człowiekiem w miasteczku i jednym z bogatszych w okolicy. Wielu go nie lubi (niektórzy ze zwykłej, ludzkiej zawiści, inni niewątpliwie mają swoje racje…), niewątpliwie jednak w realiach lokalnych jest „kimś” (w każdym razie o ile bycie „kimś” wyznacza majątek i dynamika działania).

No i taki „ktoś” żenił swojego syna. Starszego syna. Pierworodnego.

No to sami rozumiecie, że ślub i wesele MUSIAŁY być z fontanną i wodotryskiem. I były, nie da się ukryć.

Państwo młodzi pod kościół zajechali bryczką. Za same kwiaty ustawione w kościele i przed nim można by zapewne przeżyć kilka miesięcy na przyzwoitym poziomie. 😉

A wesele… Jakby to powiedzieć…

Powiem tak: pierwszy raz w życiu miałem okazję być na weselu na dwieście osób. Impreza zorganizowana była w okolicznym „dworku”. Jedzenia, picia i atrakcji było tyle, że starczyłoby chyba na drugie tyle. A następnegop dnia były poprawiny – nie „dojadanie resztek”, jak to zwykle bya, ale w gruncie rzeczy druga uczta, trwająca od południa do wieczora. Jak u hobbitów 😉

No i uczucia ambiwalentne Puchatek musi opisać. Jak zwykle.

Najpierw negatywy. Puchatek po prostu NIE LUBI takich imprez. Tłumu ludzi, z których 90 proc. pozostaje Puchatkowi osobiście nieznanych. Konieczności uśmiechania się i całowania w oba policzki z całym zastępem Krewnych-I-Znajomych-Królika („…a to jest ciocia kuzyna siostry wujka Kleofasa…”). Puchatek nie lubi całonocnych imprez i jest szczęśliwy, że ma dwa Potwory, które są doskonałym powodem, aby około 23:00 imprezę opuścić („…chętnie byśmy jeszcze zostali, ale dzieci…”).

Puchatek NIE ZNOSI zbyt głośnej muzyki, a na weselach ZAWSZE jest zbyt głośna muzyka. Nie wiedzieć czemu wszelkiej maści zespołom weselnym (patrz niżej) wydaje się, że aby goście dobrze się bawili, wzmacniacz MUSI być przesterowany, bas MUSI trząść szybami a kolumny MUSZĄ być ustawione tak, aby w czasie grania kolejnych „kawałków” w żadnym kącie sali nie dało się usłyszeć rozmówcy. Puchatek niestety ma uszy wrażliwe (chwilami nadwrażliwe) i po dwóch godzinach takiego łomotu po prostu wyżej wymienione uszy go bolą.

Zespoły weselne to oddzielny temat. I tu także ambiwalencja

Z jednej strony nie obyło się bez idiotycznych przyśpiewek o sprośnych podtekstach i psychicznego terroru obliczonego na zmuszenie młodej pary do publicznego całowania się w sposób wysocie niepubliczny (ale muszę młodym przyznać, że twardzi byli i nie do końca dali się zgwałcić).

(A przy okazji: cytat z Piłeczki, która nastęnego dnia podśpiewywała sobie zapamiętane z wesela „kawałki”. I jak przystao na dziecko z absytnenckiego domu, śpiewała:

„Nie bijemy w butki, nie bijemy w butki, pocałunek był z parówki…”.

No, skąd ona wzięła tę parówkę, to ja naprawdę nie wiem 😉

Z drugiej strony – przyśpiewki te (i generalnie „discopolowe” klimaty) stanowiły bardzo niewielki procent czasu grania zespołu, który poza tym śpiewał po prostu klasyczne przeboje (polskie i zgarniczne) i musi Puchatek przyznać, że robił to w miarę przyzwoicie (no, w każdym razie nie fałszował, zachowywał klimat oryginałów i miał generalnie nastrojone instrumenty). Ogólne wrażenie – na plus, naprawdę widywał („słyszywał”) Puchatek gorsze zespoły weselne.

A teraz – gwoli uczciwości – pozytywów kilka.

Wesele było naprawdę dobrze zorganizowane. Choć alkoholu było dużo, to jedzenia i zabawy było jeszcze więcej, dzięki czemu – choć goście rzecz prosta pili sporo – w zasadzie nikt nie był pijany. Wiele rzeczy zorganizowanych było naprawdę znakomicie i z klasą, zupełnie nie miało się wrażenia, że wszystko ma służyć tylko „pokazaniu pieniędzy” (co w takiej sytuacji byłoby całkiem możliwe). Odniósł Puchatek wrażenie, że w gruncie rzeczy wszyscy naprawdę dobrze się bawili – począwszy od sporej grupki dzieci w wieku Potworów, poprzez młódź nastoletnią, młódź nieco starszą, średniaków w wieku Puchatka (…), aż po najstarsze ciotki. A to naprawdę sztuka.

***

Jedną rzecz jednakowoż Puchatek odnotować MUSI (…inaczej się udusi…). Chodzi mianowicie o kreacje występujących na weselu pań (panowie mimo wszystko mniej mają możliwości „zaszalenia”…).

Na całym weselu naliczył Puchatek cztery, może pięć pań (nie licząc panny młodej) naprawdę dobrze ubranych. Nie, Puchatek nie jest fachowcem od kobiecych kreacji – przez „dobrze” rozumie po prostu „elegancko, z klasą i w sposób pasujący do urody”.

Znakomita większość pań (zwłaszcza młodych…) wyraźnie hołdowało zasadzie, że „…coś, co się nie błyszczy, nie mieni i nie ma srebrnych lub złotych dodatków, nie nadaje się na wesele”.

Dwa przykłady.

Tuż obok Puchatków siedziała taka para – na oko 25 lat. Dziewczyna – wysoka, efektowna blondynka – ubrana była tak, że na jej miejscu zamordowałbym z zimną krwią osobę, która taki strój doradziła. Zamordował, pokroił i zakopał głęboko. Sukienka typu „musi-być-błyszcąco-i-złoto”, udrapowana w frormę typu „beza z pianką”, dokładnie podkreślająca – proszę o wybaczenie – wszystkie niedostatki figury i urody (których nota bene było naprawdę niewiele, ale rzucały się w oczy drapieżnie).

Przykłąd drugi: dziewczyna (narzeczona?) młodszego brata pana młodego. Puchatek widział ją kilka razy w stroju codziennym i musi obiektywnie przyznać, że choć dziewczyna nie jest w puchatkowym typie, jest naprawdę ładna. Niestety – kreacja, w której wystąpiła na poprawinach (!) była KOSZMARNA, zdecydowania obliczona na „bogato” i „efektownie” bez najmniejszego zastanowienia się nad efektem końcowego zestawienia. I już nawet nie chodzi o to, że bez gustu, ale że cały możliwy efekt („ładna dziewczyna w efektownej kreacji”) bierze w łeb, bo kreacja jest nie tyle efektowna, ile „rzucająca się w oczy”, żeby nie powiedzieć wprost, że wulgarna…

***

No, to sobie Puchatek ponarzekał 😉

Następny „duży” rodzinny ślub najwcześniej za rok.

A na deser: pewien mały elf, który takoż się na tym weselu bawił. 🙂

Mruczanka Zdołowana (I Nie Bez Powodu).

Przepraszam, długo mnie nie było. To znaczy – tutaj nie było, bo całe nasze wakacyjne wojaże zamknęły się w niecałych trzech tygodniach. Niecały tydzień na Drugim Końcu Polski (w trakcie ślub i wesele kuzyna M., całość warta opisu, ale to chyba następnym razem…). Potem niecałe dwa tygodnie nad morzem – to też napiszę, może parę zdjęć wrzucę…

Wypoczęliśmy… Fizycznie. Jesteśmy opaleni (w miarę), ja znowu mogę bez obrzydzenia siąść do komputera. Potwory się nachlapały w zimnym Bałtyku aż im sól uszami wychodziła…

Niestety, psychicznie nie wypoczęliśmy wcale. I wszystko wskazuje na to, że jeszcze za szybko nie wypoczniemy.

Afera, jaka szleje wokół nas jest żywym dowodem na to, że tak zwane prawa Murphy’ego nie są jedynie irytującym żartem. Że działają naprawdę.

Czyli:

– jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie źle, oraz:
– jeśli coś już idzie źle, to na pewno może jeszcze być gorzej.

Cała historia ze szczegółami zajęłaby więcej miejsca, niż rozsądny Czytelnik byłby w stanie znieść, więc opowiem ją po krótce.

***

Jak pisałem wcześniej na początku lipca wrócił zza Oceanu ojciec M., czyli Osobisty Teść.

Nie było go w kraju cztery lata. Siedział za Wielką Wodą i zarabiał na życie. Klasyka.

Przez ten czas my opiekowaliśmy się jego mieszkaniem. Mieszkanie jest komunalne – żadne pałace, „półtora pokoju” czyli pokój i duża kuchnia. Teść mieszka tam sam (jest wdowcem).

My mieliśmy się „opiekować”, czyli dbać o to, żeby wszystkie opłaty były wnoszone etc.

A ponieważ generalnie ja się zajmuję szeroko pojętym „płaceniem rachunków”, ja też miałem o tym pamiętać.

No i, cholera, zawaliłem. Popełniłem prosty błąd: zamiast płacić co miesiąc (wtedy łatwiej o wszystkim pamiętać) płaciłem raz na dwa-trzy miesiące większą sumę.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Bo okazuje się, że nie zawsze płaciłem. Raz był jakiś „obsuw”, drugi raz… A jak się płaci raz na dwa miesiące, to jeden „obsuw” daje cztery miesiące niepłacenia.

Cholera, ja naprawdę byłem ŚWIĘCIE PRZEKONANY, że wszystko jest OK. No i niby było – ale okazało się, że w UBIEGŁYM ROKU były takie cztery miesiące, kiedy „niepłacenie” się skumulowało. A zgodnie z jakąś tam ustawą zaległość w wysokości trzymiesięcznego czynszu jest wystarczającym powodem do wypowiedzenia umowy najmu.

Kiedy dowiedzieliśmy się (w ubiegłym roku), że jest spora zaległość – natychmiast ją spłąciliśmy. Tyle, że (o czym nie wiedzieliśmy) zadziałały te cholerne prawa Murphy’ego…

No bo tak:

– kolejne wezwania do zapłaty nie dochodziły do nas, bo (co za idiotyzm!) zginął kluczyk od skrzynki w mieszkaniu teścia. A Poczta Polska (niech żyje!) nie wyda duplikatu NIKOMU poza osobą zameldowaną w lokalu.

– w związku z tym nie doszło do nas także pismo grożące wypowiedzeniem umowy najmu etc.

I dopiero kiedy teść wrócił okazło się, że w końcu mu tę umowę najmu wypowiedzieli.

To wystarczyło, żeby był na nas wściekły. Oczywiście – umowę najmu można odnowić i zwykle „domy komunalne” nie robią z tym problemu, jeśli taka „wpadka” zdażyła się pierwszy raz. Ale całe bieganie, nerwy, poza tym mieszkanie jest „do wykupu” a w tej sytuacji nie wiadomo, czy… etc…

***

Ale tu włączyło się drugie Podstawowe Prawo Murphy’ego. Zawsze może być gorzej. ZAWSZE.

Teść złożył w urzędach odpowiednie papiery i – ciągle zły, ale już spokojniejszy – wyjechał na parę dni odpocząć.

Wrócił do miasta tylko po to, żeby się dowiedzieć, że wypowiedzenie umowy to mały pikuś.

Okazało się bowiem, że w „międzyczasie” (czyli w ciągu tego roku) odbyła się juz sprawa sądowa (zaocznie, bo skoro lokator nie odbiera wezwań to znaczy, że sądu unika…!) i istnieje wydany także zaocznie wyrok eksmisyjny.

***

Tak, mamy znajomych prawników. Prawników „z gónej półki”, którzy najprawdopodobniej zdołają sprawę odkręcić. Na razie złożyli w sądzie wniosek o wstrzymanie egzekucji wyroku, potem będą dążyć do powtórzenia sprawy, co podobno jest do zrobienia (nie pytajcie, nie znam się na prawie).

Ale zanim to wszystko się przewali, to minie duuużo czasu. Teść jest wściekły na M. („…moja córka mnioe zawiodła…”), bez sensu zresztą, bo to jednak głównie ja nawaliłem.

Jasne, mógłbym się tłumaczyć – że gdyby teść załatwił (przed wyjazdem) kilka rzeczy tak, jak mu radziłem, to całej sprawy by nie było. On oczywiście „wiedział lepiej”… Że zostawił nam móstwo nierozwiązanych spraw, że nie rozumiał (i nadal nie rozumie), że nie chodzi tylko o pieniądze, że dla nas każda sprawa do załatwienia w urzędzie w Warszawie to dzień w plecy, że mamy małe dzieci i mnóstwo pracy, że dwa lata temu straciłem dwa tygodnie (!!!) biegając i załatwiając jakieś jego niezałatwione sprawy w ZUSie (w Warszawie, rzecz prosta…). Że można to było rozwiązać prostym stałym zleceniem z konta bankowego zamist skomplikowanych operacji i płacenia na poczcie – ale teść nie chciał, „bo jeszcze się ktoś zorientuje, że go nie ma…” etc.

Ale tłumaczenie jest bez sensu. Przez idiotyczne zaniedbanie (moje) – afera jak smok.

A co będzie, jeśli się nie uda i on rzeczywiście straci to mieszkanie? Wolę nie myśleć. Przecież nas nie stać, żeby mu kupić mieszkanie. W Warszawie.

***

Wystarczy poczytać gazety. Są ludzie – i w Warszawie, i w innych miastach – którzy mieszkając w mieszkaniach komunalnych czy spółdzielczych LATAMI nie płacą czynszu. W OGÓLE nie płacą. Mają długi idące w dziesiątki czy setki tysięcy złotych. I NIKT IM NIC NIE MOŻE ZROBIĆ. A tu proszę – JEDNA wpadka, trzymiesięczna zaległość, i już: wypowiedzenie umowy, zaocznie wydany wyrok i rok biegania po sądach (w najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń).

***

No i tak to wygląda. Cały urlop reagowaliśmy nerwowymi podskokami na każdy dźwięk dzwoniącej komórki, a jak na wyświetlaczu pokazywał się numer teścia, to drętwieliśmy z przerażenia, co się jeszcze okaże czy już okazało…

Bardziej życzliwych proszę o mocne trzymanie kciuków. A tych, którzy mają Takie Zwyczaje – o modlitwę za nas i za całą tę sprawę.

***

A przy okazji – nauka na przyszłość, którą niewątpliwie w życie wcielę:

NIGDY, ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA NIE ZAJMOWAĆ SIĘ WIĘCEJ CUDZYMI PIENIĘDZMI. To zdecydowanie nie jest moja specjalność.

***

No, to teraz rozumiecie, dlaczego nie miałem nastroju do pisania…

Mruczanka z Początkiem Lipca

Lipiec… Wakacje, wyjazdy, podróże, wyprawy…

A guzik z pętelką. Nie w tym roku. W tym roku lipiec domowo-zapracowany.

M. już od jutra zaczyna ostatnią sesję swojego kursu. Czyli od poniedziałku do piątku wychodzi o pierwszej, wraca koło dziesiątej. A w soboty wychodzi przed ósmą i wraca wieczorem.

Puchatek siłą rzeczy przed południem ostro pracuje, a po południu siedzi z Potworami. Co – poza umacnianiem więzi rodzinnych 😉 – ma taki plus, że przez pół dnia nie będzie musiał (…a nawet mógł…) pisać. Może mu ręce odpoczną trochę…

Z dodatkowych atrakcji lipcowych:

– W czasie kursu będzie u Puchatków mieszkała jedna kursowa koleżanka M., bodaj z Poznania.

– A na dodatek jutro przed południem po czterech latach wraca z Drugiego Końca Świata puchatkowy Teść, czyli Osobisty Tata M. Który (dla odmiany) przynajmniej przez trzy-cztery dni będzie mieszkał u Puchatków, bo jego mieszkanie jest wynajete, a lokatorzy wyprowadzają się dopiero 3 lipca…

Czyli – jakby nie brać – będzie wesoło.

Druga połowa lipca – robota na 150 proc., bo trzeba będzie nadrobić. Pierwsza połowa sierpnia – wreszcie jakieś małe (małe…) wakacje.

***

Pewnego Dnia Pod Koniec Czerwca:

Poranek w sypialni Puchatków. Oba Potwory przewalają sie w Puchatkowym łóżku. Piłeczka:

– Chcę juz iść na dół. Mamo, chodźmy na dół. Możemy już iść na dół? (etc.).

Pietruszka (pouczającym tonem Starszego Brata, na jednym oddechu):

– Piłka, nie możemy jeszcze iść na dół, bo jeszcze się nie ubraliśmy, nie umyliśmy zębów, a poza tym nie złożyliście mi jeszcze życzeń, bo przecież dziś są moje imieniny.

Puchatki:

– ….. 😀

Kurtyna opada łapiąc sie za głowę.

Mruczanka Dzień Przed

Jutro Potwory lądują na całe popołudnie u Cioci (tak, tej samej, tej od Peugeota…). A Puchatki idą sobie… gdzieś. Jeszcze nie wiedzą, gdzie, ale na pewno jakaś romantyczna obiadokolacja będzie w planach (zapewne po włosku, bo oba Puchatki są entuzjastycznie nastawione do dobrej pizzy…).

„Potem kino, kawiarnia i spacer”… No, zobaczymy jak z tym kinem, ale spacer na pewno. Czyli romantyczna randka we dwoje 🙂

Bo jutro mija osiem lat od Pamiętnego Dnia. Osiem lat! Aż trudno uwierzyć…. 🙂

***

A tak przy okazji: czy wiecie, co jeszcze obchodzone jest 19 czerwca?

Urodziny Garfielda! Naprawdę. Możecie zobaczyć – konsekwentnie, co roku, od kilku dni już się o tym wspomina, a 19 Garfield obchodzi urodziny.

Zobaczcie TUTAJ – za każdym razem, kiedy klikacie na ten link, wchodzicie na AKTUALNY, dzisiejszy pasek autosrtwa Jima Davisa.

I Garfield ostatnio też jest na diecie… Cóż za zbieg okoliczności, nieprawdaż? 😉

Mruczanka Zmotoryzowana

W sobotę pojechał Puchatk do… Gdańska. Cztery godziny w pociągu Intercity, trzy godziny na miejscu, cztery godziny z powrotem.

W ciągu trzech godzin w Gdańsku obejrzał Puchatek Peugeocika, pojeździł nim, przeszedł się po starówce, zjadł najohydniejszą pizzę w życiu.

A, i jeszcze zapłacił panu od Peugeocika zaliczkę.

W związku z czem w środę (tak, tak, trzynastego…) wsiadł Puchatek ponownie w pociag do Gdańska, lekko spanikowany faktem wożenia w plecaku Dużej Sumy Pieniędzy.

Na szcześćie nikt puchatkowego wyświechtanego plecaczka o Dużą Sumę nie podejrzewał, w związku z czem dojechał Puchatek szczęśliwie i w jednym kawałku. Zresztą w towarzystwie Cioci, czyli Sponsora Całej Imprezy.

W Gdańsku Puchatek zapłacił, umowęp odpisał, odebrał kluczyki i Peugeocika z peeeełnym bakiem. I ruszył w towarzystwie Cioci w kierunku Stolicy.

Gdańsk – Warszawa – MIasto G.

Dokładnie 400 kilometrów. Już przed północą Puchatek był w domu, wymęczony, ale…

:-))))

Zadowolony takoż. No bo to inna jazda jednak, niż Matizkiem.

A zatem nowy Puchatkowóz prezentuje się następująco:

Silnik 2.0 HDi (DWA LITRY TURBO DIESEL – no, tego się po prostu nie da napisać małymi literami ;-). Ciągnie jak smok, a pali w trasie 6 litrów na sto.

Cztery poduszki powietrzne. ABS. System kontroli trakcji. I parę innych bajerów. 🙂

A, i jeszcze – przebój sezonu – klimatyzacja 😀 – do małej naprawy (uzupełnić wymiennik i naprawić jeden wiatraczek). Na letnią wyprawę z Potworami – w sam raz :-).

M. sie trochę boi na razie, bo po Matizku Peugeocik sprawia wrażenie ciężarówki 🙂

A wygląda tak:

(To nie ten, nie chciało mi się robić zdjeć, złapałem jakieś z sieci).

Mrrrrrrrrrrrrrr… 🙂

Mruczanka Filozoficzno-Egzystencjalna

„Cóż masz, czego byś nie otrzymał”, mówi Pismo, a poeci za Pismem chórem powtarzają.

Zdanie często nadużywane, ale jego prawdziwość uświadamia sobie człowiek w konkretnych sytuacjach.

Puchatkowy Ojciec jest człowiekiem, który wszystko, co w życiu ma, osiągnął własną, ciężką pracą. Mieszkanie (niezgorsze), samochód, przyzwoity status materialny etc. – wszystko to osiagnął w zasadzie po pięćdziedziesiątym roku życia. Bo przedtem był PRL, bo więcej czasu poświęcał (ojciec, znaczy się) na „konspirę” niż na zarabianie pieniędzy, bo był zbyt przyzwoitym człowiekiem, żeby kraść i kombinować… Bo jego rodzice – czyli puchatkowi dziadkowie – przed wojną ludzie dosyć majętni, po wojnie nie mieli nic.

„Własną ciężką pracą”… Puchatek stwierdza, że o sobie tego powiedzieć nie może.

Nie znaczy to, że wszystko w życiu Puchatek na tacy otrzymał – o, nie. Na co dzień Puchatek pracuje ciężko, żeby to normalne, codzienne życie sobie i rodzinie umożliwić.

Ale od czasu do czasu – i to zawsze w momentach najmniej oczekiwanych – zjawia się w puchatkowym życiu jakiś Dobry Anioł, który ni z tego, ni z owego daje Puchatkowi coś, co poza to „codzienne życie” wykracza. Ot, tak. Za darmo.

Kiedy Puchatek i M. zaczęli na poważnie planować ślub, dowiedzieli się, że Puchatkowa Mama postanowiła dać im „w prezencie” swoje mieszkanie. Nie po śmierci, nie w spadku – ale teraz.

Fakt, Puchatkowa Mama mieszkania nie potrzebowała, bo razem z mężem (drugim) mieszka gdzie indziej i – jak wiekszość ludzi – w dwóch mieszkaniach na raz mieszkać nie umie.

Ale przecież Puchatkowa Mama mogła mieszkanie po prostu sprzedać – i na przykład dać Puchatkowi w prezencie ślubnym połowę tych pieniędzy. Albo jedną czwartą. Albo nie dać w ogóle. Albo wziąć te pieniądze (mieszkanie w Warszawie nawet te osiem lat temu miało sporą wartość!) i pojechać w podróż dookoła świata. Na przykład.

Gdyby tak się stało – Puchatki nie miałyby dziś Chatki swojej, a raczej mieszkałyby w jakimś mieszkaniu. Małym. Bo na Chatkę – nawet wziąwszy pod uwagę kredyt etc. – nie byłoby Puchatków stać.

Ale Mama dała mieszkanie w prezencie. Ot, tak. I dzięki temu Puchatek pisze te słowa słuchając jak Potwory chlapią się wodą w ogródku, a po drugiej stronie uliczki sąsiad kosi trawę. Dzięki temu Puchatki mają własny domek – nieduży, ale własny i miły bardzo.

***

– Musimy poważnie porozmawiać – zagaiła do Puchtka Osobista Ciotka. I porozmawiała, choć poziom zapowietrzenia Puchatka sprawił, że rozmowa była głównie jednostronna.

Osobista Ciotka – skądinąd Puchatka chrzestna matka, co jeszcze bardziej zbliża ją do kategorii Dobrych Wróżek… – oznajmiła Puchatkowi, że ma pewne pieniądze, które zamierzała Puchatkom zapisać w testamencie. Ale pomyślała, że ponieważ zamierza jeszcze trochę pożyć (to cytat…), to właściwie po co Puchatki mają czekać na te pieniądze. I że ona chce je wręczyć już teraz – jako „dotację celową”.

– Bo jak ostatnio patrzyłam, jak się pakowaliście do tego waszego autka, ciasno, bagaże pod nogami, to pomyślałam, że warto byłoby, żebyście sobie nowy samochód kupili.

No cóż. Od jakiegoś czasu Puchatki – nic o tym nikomu, także Osobistej Ciotce, nie mowiąc – myśłały właśnie o zmianie autka na większe. Bo rzeczywiście – matizek (z butlą gazową zajmującą cały bagażnik…) nadaje się do jazdy po mieście G. i okolicach, ale już na Wakazyjną Wyprawę z Potworami – nie bardzo… A jeśłi dodać, że Puchatki planują jeszcze jednego Potwora… No właśnie.

I liczyły Puchatki, i liczyły, i wyszło im, że owszem, jakiegoś dziesięcioletniego kombiaka to może i kupią… Z kredytem (kolejnym)…

A tu – pstryk. Będą pieniądze na auto. Ot, tak.

Nie, spokojnie – nie na nowe z salonu… Aż tak dobrze to nie ma 🙂

Ale na trzy-czteroletniego Berlingo albo Partnera – wystarczy.

***

Z jednej strony – jak człowiek sam na coś zapracuje, to pewnie bardziej to ceni.

Z drugiej – jak się coś dostanie, to chroni przed pychą i samozadowoleniem („…tymi rękami… ciężką pracą… podziwiajcie…”), do których to brzydkich uczuć Puchatek ma – nie da się ukryć – duże skłonności.

Osobistej Ciotce – która nie raz już Puchatkom bardzo pomogła w różnych Sprawach – to chyba już tam w niebie naprawdę dobre miejsce szykują (na przyszłość, znaczy). Takie z wygodami i klimatyzacją 🙂

A Puchatek jedzie jutro oglądać Peugeocika.

***

„Cóż masz, czego byś nie otrzymał…”

Mruczanka Złośliwa (Nieco)

Siedzi sobie Pietruszka na kanapie i zapamiętale ogląda swój atlas geograficzny (który zresztą zna już na pamięć).

Natomiast Piłeczka siedzi na stołku i – trzymając w ręku jakąś lalkę – głośno perorouje na temat dowolny, gestykulując przy tym wolną łapką i wyraźnie wzbijając się na szczyty elokwencji.

– Patrz, jak to śmiesznie wygląda – szepcze Puchatek do M. – Nikt jej nie słucha, a ona gada w najlepsze!

– Ciekawe, po kim to ma?… – komentuje M. patrząc złośliwie na Ukochanego Męża.

Kurtyna opada trzymając się za głowę.

Mruczanka Ambiwalentna

Sprzeczne mam nastroje.

Z jednej strony – nareszcie jest lato, słońce, ciepło i poziom światła zachęcający do życia (wybacz Inside, bez urazy ;-). Kiedy wieczorem wychodzi się z domu, to powietrze ma taki charakterystyczny, letni smak, a na niebie są już letnie gwiazdy.

Z drugiej strony… Jakby to powiedzieć… Co mi z tego? Takie wieczory prowokują mnie do wędrówki – a na żadną wędrówkę na razie się nie zanosi. Pracy strasznie dużo (w dodatku, niestety, pracuję właśnie nad najgłupszą książką z dotychczas tłumaczonych… Nawet nie pytajcie… Dla chleba, panie, dla chleba ;-).

Normalnie maj był już miesiącem, kiedy czekało się na lato – ale w tym roku i z lata niewiele. Lipiec z głowy (praca, M. ma ostatnią sesję kursu, z domu się nie ruszymy). W sierpniu owszem, pewnie się ruszymy – pojedziemy na ślub na Drugi Koniec Polski (Kuzyn M. się żeni), pewnie spędzimy tam parę dni, może wyprawimy się „na wieś”, czyli do tak zwanej „chałupy” Osobistego Taty – i tyle. Żadnych dalszych wyjazdów nie będzie, bo raz, że z funduszami w tym roku wyjątkowo krucho (jeszcze nie odbliśmy się po ubiegłorocznych szaleństwach remontowo-samochodowych…) a dwa, że jak w lipcu przez dwa tygodnie M. będzie „kursować”, to raczej nie da się poświęcić całych kolejnych dwóch tygodni na wywczasy. Kiedyś jeszcze pracować trzeba…

***

Czytam „Dzieci Hurina”. I tu także ambiwalentne mam odczciua…

Z jednej strony – ma to swój urok, takie wejście głębiej w historię streszczoną jedynie w „Silmarillionie”. Można sięgnąć głębiej, w czasy sprzed „Władcy Pierścieni”, poczuć klimat Dawnych Dni.

Z drugiej…

To jednak nie jest Tolkien. Abstrahuję od jakości tłumaczenia (o tym niżej) – ale nie ta poetyka, nie ten język, nie ta płynność narracji. „Hobbit” i „Władca Pierścieni” to kawał literatury. „Silmarillion” – to po prostu mitologia świata w tamtych książkach opisanego. A reszta – nie oszukujmy się – to już tylko odcinanie kuponów… Ciekawe, ile jeszcze „nowych książek Tolkiena” poznamy w ciągu najbliższych lat…

Jeśli chodzi o tłumaczenie:

Niestaranności i niezręczności jezykowe, irytujące i męczące. Nie rozumiem także idei przenoszenia na siłę oryginalnej pisowni (Húrin, Túrin, Círdan, Mîm) w sytuacji, w której kanoniczne bądź co bądź tłumaczenie nieodżałowanej Marii Skibniewskiej (pozostałe pominę z litości…) na stałe już wprowadziło to polskiej wersji tolkienowskiego świata pisownię uproszczoną (Hurin, Turin, Kirdan, Mim etc.).

Gorzej, że w ewidentnie monoteistycznym świecie swtorzonym przez Tolkiena Valarowie nazywani są (na szczęście tylko we wstępie) „Bogami”. I to właśnie „Bogami” pisanymi wielką literą…

Nie wiem, jak to wyglądało w oryginale (ale się dowiem, niewątpliwie…) – sądzę jednak, że sam Tolkien nie użyłby takiej formy. Wystarczy przeczytać Ainulindale, czyli pierwszą część „Silmarillionu” żeby zrozumieć, że Valarowie nie byli bogami, a już na pewno nie byli „Bogami”. Można by nazywać Ich – czy ja wiem – demiurgami, można używać po prostu określeń „Potężni” etc. (patrz – „Silmarillion”), ale „Bogowie” to dowód niezrozumienia idei Autora…

No cóż – Tworzenie Opowieści to wielka sztuka. Sam fakt, że dysponuje się materiałem pozostawionym przez kogoś, kto tę sztukę posiadł wcale nie oznacza, że umie się z tego materiału stworzyć Opowieść…