Mruczanka Prawie Teatralna

„Prawie” – bo teatr dla dzieci, jednakowoż. Pietruszka w ramach zbliżających się urodzin dostał w prezencie bilety od Dziadka na Prawie Premierę w Och-Teatrze (to teatr w pomieszczeniach dawnego kina „Ochota”. Bilety były trzy, rzecz prosta – więc O Mało Co Jubilat w towarzystwie siostry i tatusia się był wybrał.

„Przedstawienie dla dzieci” to mylące pojęcie. Niestety większość polskich spektakli, przedstawień (a nawet filmów) dla dzieci to produkcje fatalnej jakości. No dobrze, są w Warszawie ze dwa przyzwoite teatry kukiełkowe – ale „normalny” spektakl z aktorami jeśli jest przeznaczony dla dzieci, to najczęściej jest nie do oglądania.

Bo dla wielu twórców „dla dzieci” to tyle co „dla idiotów”. Więc trzeba zdrabniać („serduszko… samochodzik… piesio…”), dziubdziać, składać usta w w ciup i robić głupawe (w założeniu zapewne słodkie) miny.

No i tym bardziej fajnie jest zobaczyć coś zupełnie innego.

Spektakl w Och-Teatrze nazywa się „Zielone Zoo” – oparty jest głównie na tekstach Brzechwy (ale nie tylko, bo i Mickiewicz się raz pojawia…). Trójka aktorów (o nich jeszcze za chwilę), dwóch muzyków siedzących wysoko na szafie (serio-serio, na szafie…) i grających na Różnych Rzeczach.

Teksty – Brzechwa nie wymaga komentarza, ale sposób połączenia, zebrania i wykonania tych znanych przecież kawałków jest po prostu kapitalny.

Muzyka – odjazd (cytując moje dziecię najstarsze). Nie, nic ze słodkiego „plum-plum” znanego z setek płyt z „piosenkami dla dzieci”. I jazz tam był, i blues, i różne wariacje na temat klasyki – a wszystko zagrane tak, że dzieci w bardzo różnym wieku (najmłodsze miały chyba koło trzech lat) na zmianę albo siedziały z rozdziawionymi paszczami, albo podskakiwały z zachwytu. Także na scenie, bo granica miedzy Aktorami a Publicznością była chwilami dosyć płynna.

Aktorzy… Michał Breitenwald w roli nieco umęczliwego „dyrektora cyrku” po prostu niesamowity. Uwierzcie, to sztuka potrafić tłum dzieciaków (i ich rodziców) jednocześnie zirytować, rozbawić i zmusić do głośnego wyrażania swoich opinii.

Paweł Zduń jako Dżelsominek – clown który w pewnym momencie zaczyna mówić (czemu sam się mocno dziwi…) – kupił sobie dzieciaki od wejścia. Żeby być precyzyjnym: od wejścia dzieciaków, bo kiedy publiczność zajmowała miejsca, on już bawił się na scenie. W życiu nie widziałem dorosłego, który (pozostając dorosłym) tak rewelacyjnie gra małe dziecko. Dziecko które chodzi, dziwi się, bawi najprostszymi przedmiotami, cieszy się misiem z urwaną głową czy rzuconą na podłogę starą gitarą.

No i Ewa Konstancja Bułhak… Pierwszy raz widziałem ją na scenie (w teatrze telewizji to jednak co innego). Dynamit. Taka energia, że samo jej wejście na scenę powodowało, że dzieciaki podskakiwały. A jak zwracała się do widzów i wskazując palcem mówiła „No, śpiewacie ze mną!” – to NIKT się nie ośmielił sprzeciwić. Rodzice też 🙂

Znacie takich aktorów, którzy samym wejściem a scenę, spojrzeniem,  jednym zdaniem przejmują kontrolę nad sytuacją i nad publicznością? No, są tacy. Tylko postawcie ich przed publicznością składającą się głównie z widzów w wieku od lat trzech do siedmiu. I niech dokonają tego samego.

A ona to umie.

Dla mnie – bomba. I sam też się dobrze bawiłem…

A w ogóle – czego już rozwijał nie będę – to jest spektakl o poezji, o języku, o książkach i o słowach.

Mruczanka Meteorologiczno-Filozoficzna z Zagadką

Śniegu napadało do licha i trochę. Na Puchatkowej uliczce zaspy odgarniętego białego paskudztwa sięgają do wysokości ogrodzeń.

Ale przynajmniej było ładnie.

A teraz odwilż nas dopada.

I tu zagadka: jaki Wielki Filozof ze Szkolnych Podręczników najlepiej opisuje sytuację na Puchatkowej ulicy i w jej okolicy?

Za poprawną odpowiedź z uzasadnieniem (cytatem z Filozofa) przewidziany jest Uścisk Ręki Puchatka. Wirtualny.

Mruczanka Chińsko-Literacka

No, długo się czekało (bo kryzys etc.), ale wreszcie jest. Książka, którą skończyłem tłumaczyć półtora roku temu wreszcie się ukazała.

Książka jest dobra. Naprawdę. Nie dlatego, że ja ją tłumaczyłem. Jak będziecie mieli trochę czasu – polecam.

John Pomfret – chiński korespondent m. in. Washington Post – był jednym z pierwszych Amerykanów, którym na początku lat osiemdziesiątych udało się dostać zgodę na studia w Chinach. Nie na jakiś kurs czy studencką wymianę, ale pełne studia historyczne. W Nankinie.

To, co pisze o Chinach lat osiemdziesiątych – aż do Tiananmen – już wystarczyłoby, żeby ta książka była ciekawa. Ale to co w niej naprawdę fascynujące, to historie życia kolegów (i koleżanek) Pomfreta z czasów Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Wstrząsające.

Zajrzyjcie. Naprawdę warto. Jakby w waszych księgarniach nie było, to każcie sprowadzić 😉 albo kupcie na stronie wydawcy.

 

 

Prywata (w pewnym sensie…)

Zbliża się czas rozliczania podatków. Gdybyście nie mieli jeszcze pomysłu, na co przeznaczyć swój 1 procent, to chciałem Wam coś takiego zaproponować.

Ignaś ma sześć lat. Czeka na przeszczep nerki. Jego rodzice – nasi serdeczni znajomi – wydają co miesiąc bajońskie sumy na leki, specjalne środki czystości etc.

Wspiera ich stowarzyszenie „Możesz”. Wszystkie szczegóły poniżej:

IGNACY

 

Mruczanka Wielkoliteracka

Może to banalne, ale wiadomość o śmierci Salingera sprawiła, że sięgnąłem po raz wtóry po „Buszującego w zbożu”. Czytałem to – jak ten czas leci… – ze dwadzieścia lat temu. I znowu, tak jak przy „Wahadle Focaulta” Eco stwierdzam, że suma doświadczeń i zdobytej wiedzy każe na czytaną książkę patrzeć zupełnie inaczej.

Czy to oznacza, że każdą książkę (no, w każdym razie każdą dobrą książkę, taką która robi na mnie wrażenie, porusza mnie, zmienia…) powinienem po kilku latach czytać powtórnie? Z jednej strony – byłoby to ciekawe doświadczenie, zobaczyć jak zmienia się rozumienie i percepcja tego samego tekstu wraz z doświadczeniem i mijającymi latami. Z drugiej – po …nastu latach życia oznaczałoby to konieczność czytania wyłacznie kiedyś przeczytanych książek, bo na nowe nie byłoby już czasu.

Są książki do których się wraca. Są i takie, które – choć wartościowe, dobre, głębokie i tak dalej – są książkami „jednorazowego użytku”. Książki, które po przewróceniu ostatniej kartki wędrują na półkę (bo „warto” lub „wypada” mieć je w domu), ale po które już się nie sięgnie.

***

I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że słowo ma większą siłę oddziaływania niż obraz czy dźwięk (czy połączenie jednego i drugiego). Oglądałem w życiu wiele filmów – także tych naprawdę dobrych – mówiących o samotności, alienacji, niezrozumieniu etc. I spokojnie mogę powiedzieć, że żaden z nich – żaden – nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak „Buszujący w zbożu” czy parę innych książek.

Nie, nie chcę być źle zrozumiany: ja lubię kino (zwłaszcza dobre kino). Ale najlepszy film nie ma takiej siły przekazu, nie dociera tak głęboko jak dobra książka.

(Co innego teatr – ale w teatrze jednak na pierwszym planie jest właśnie słowo, nie obraz).

No, jeśli chodzi o Salingera, to warto jeszcze dodać że w Polsce miał szczęście do tłumaczenia: bądź co bądź to przekład Marii Skibniewskiej.

Mruczanka Irlandzka

Zupełnie przypadkiem, szukając czegoś na pewnym forum internetowym, trafiłem na niesamowitą stronę jakiegoś irlandzkiego fotografa.

Niejaki Tarquin Blake dwa lata temu zaczął dokumentować coś, co nazwał „Abandoned Ireland”, czyli „Opuszczoną / porzuconą Irlandią”. W kraju który bądź co bądź i tak należy do najbardziej fotogenicznych na świecie (tak, to prywatne zdanie Puchatka) wynajduje miejsca opuszczone – ruiny starych zamków, kościołów, dawno niezamieszkane dworki i stare chaty…

„TOUCH NOTHING. TAKE NOTHING. LEAVE ONLY FOOTSTEPS.” – to hasło, które mu przyświeca.

Na mnie te zdjęcia zrobiły ogromne wrażenie. Oceńcie sami.

Zwróćcie uwagę na pasek po lewej stronie każdej „lokalizacji”, gdzie można znaleźć więcej zdjęć.

Oto strona ABANDONED IRELAND. Ląduje w zakładkach po prawej.

A może macie ochotę na podkład muzyczny?

 

Mruczanka Śródzimowa – c.d.

Tak z kronikarskiego obowiązku:

Pan hydraulik przyjechał, obejrzał, westchnął ciężko i powiedział że nie ma niestety jakiejś tam holajzy, więc niestety przyjedzie dopiero jutro rano (czyli w środę, czyli dziś).

Puchatki wszystkie myły się zatem wczoraj wodą z baniaczków naniesioną od sąsiada.

Ale dziś rano pan hydraulik nie przyjechał, tylko zadzwonił, że mu bardzo przykro, ale właśnie wraca od lekarza, ma 40 stopni gorączki i się nie nadaje.

M. na myśl o kolejnym dniu bez wody zrzedła mina.

Na szczęście znajomi z Sąsiedniej Ulicy znali jeszcze innego sprawdzonego hydraulika, który mógł przyjechać od razu. Przy czym „od razu” znaczyło „między pierwszą a drugą”.

Przyjechał. Dłubał prawie cztery godziny. Odmroził, zabezpieczył, pęknięte kolanko wymienił. I niestety zainkasował 350 zł. Co zrobić. Ale woda jest. Ufff.

To globalne ocieplenie nas wykończy.

Mruczanka Globalnie Ocieplona

Nie da się ukryć, dopadło nas globalne ocieplenie. A może raczej dopadła nas skuteczność walki z globalnym ociepleniem?

Mrrrróz rzędu -25 nie jest niby niczym niezwykłym (zwłaszcza, jak się mieszka w ogrzewanych pomieszczeniach…) – ale są takie formy bytu, dla których okazuje się to za dużo (czy raczej – za mało, żeby być ścisłym).

Do tych form bytu należą – jak się okazało – niektóre rurki doprowadzające wodę w Chatce Puchatków. Rurki zatem odmówiły współpracy i ogłosiły strajk. Okupacyjny. A może to woda ogłosiła strajk okupacyjny w rzeczonych rurkach? Kto wie…

Mówiąc krótko, wprost i konkretnie: zamarzło w cholerę. Na szczęście za wodomierzem, a nie przed. Bo jak trzeba coś robić za wodomierzem, to przyjeżdża znajomy pan hydraulik i odmraża (i wymienia jedno kolanko, które najwyraźniej pękło). I bierze za to jak zwykle 50 czy 100 zł.

A jakby było przed wodomierzem – ooo, to już by musiał pan z wodociągów przyjeżdżać. A to by oznaczało mniej więcej trzy razy tyle do zapłaty i trzy razy dłużej – bo jak znam życie wcześniej niż jutro „się nie da”…

Kurczę, myślałem że mamy już wszystkie newralgiczne miejsca zabezpieczone. Okazuje się, że nie wszystkie.

***

Z soboty na niedzielę nocował u nas Teść. Przyjechał w sobotę na obiad, ale jak popatrzył na termometr za oknem, to zapytał, czy może przenocować. Jasne, że może.

Wieczorem potwory się myją i szykują do spania, dziadek też się szykuje – na dole, na rozkładanej kanapie. Piłeczka chodzi i widać, że jej się w głowie trybiki obracają w tempie mocno przyspieszonym. W końcu mówi:

– Ja bym dziś chętnie spała z dziadkiem. Tylko jakby go tu DYPLOMATYCZNIE podejść…

Mruczanka Dyplomatyczna

Właśnie skończyłem lekturę „Świata według Mellera”, czyli wywiadu-rzeki ze Stefanem Mellerem – historykiem, ale też dyplomatą, ambasadorem RP w Paryżu i Moskwie, a w końcu – przez stosunkowo krótki czas – szefem MSZ.

Czyta się to wspaniale. Meller to erudyta, człowiek znający anegdotę na każdą okazję, mówiący świetną polszczyzną (nie tylko na papierze – ale o tym niżej). Ale przez anegdotki, bon moty i kapitalne historyjki prześwituje niezwykły obraz tego, czym tak na prawdę jest dyplomacja i polityka zagraniczna.

Mój Boże, gdybyż po tę książkę sięgnęli wszyscy ci nasi „fachowcy”, tak autorytatywnie wypowiadający się na ten temat a to na blogach i forach internetowych, a to w mainstreemowych mediach… Gdyby zrozumieli, jakie głupoty czasami plotą…

Gdyby wam się chciało, zajrzyjcie szczególnie szczególnie do opisu negocjacji unijnych w czasach, kiedy Meller był ministrem w rządzie Marcinkiewicza. Rewelacja.

***

Tak się składa, że znałem Stefana Mellera – był stosunkowo bliskim przyjacielem mojego ojca. Kłócili się i spierali ogniście (bo na wiele spraw poglądy mieli zupełnie różne), ale naprawdę się lubili i szanowali. Na tyle, że na początku 2002 r., kiedy Meller szykował się już do wyjazdu do Rosji, zaproponował Staremu Puchatkowi stanowisko attaché kulturalnego ambasady. Ojciec oczywiście odmówił (nigdy w życiu nie sięgnął po coś, co mu proponowano „po znajomości”, poza tym za bardzo się jednak różnili… Nie mówiąc już o tym, że wcale nie pociągała go perspektywa wyjazdu na parę lat do Moskwy) – ale wiedziałem, że poczuł się tą propozycją mile połechtany…

Meller niewątpliwie należał do wymierającej kategorii „ludzi z klasą”, ludzi których – poza wszystkim innym – przyjemnie było posłuchać.

I tu mała konkluzja: czy Wy także macie wrażenie, że coraz mniej jest wokół nas ludzi (nie tylko w życiu publicznym, niestety) których naprawdę dobrze się słucha? Ludzi mówiących nie tylko do rzeczy i sensownie, ale jeszcze dobrym, żywym, soczystym językiem (przez „soczystość” nie mam oczywiście na myśli doprawiania każdego zdania przekleństwami, jak się zapewne domyślacie…).

Ilu takich znacie? Ilu jest wokół Was ludzi, których tak po prostu dobrze się słucha? Ludzi którzy potrafią wspaniale opowiadać? Ludzi, którzy nawet o przygotowaniu sałatki warzywnej umieją mówić w taki sposób, że wszyscy słuchają ich z zapartym tchem?

Mruczanka Poświąteczno-Noworoczna

Próbowałem. Naprawdę. I na święta miało coś być, i jakieś sylwestrowe podsumowania… Nie dało się. Po prostu się nie dało. Przedświąteczny (ty)dzień świra skutecznie uniemożliwił zajmowanie się czymkolwiek poza pracą i przygotowaniami.

A po świętach jakoś się tak leniwie zrobiło… Tak leniwie…

Święta jak święta. Wigilia w domu, choć tym razem przybył na nią Dziadek L. Czyli Teść mój szanowny. Dało się wytrzymać 🙂

A potem trochę byczenia się w domu, trochę wizyt u rodziny i znajomych. Sylwester po prostu wystrzałowy: przyszli do nas Jedni Znajomi i Drudzy Znajomi. Jedni mają dwójkę dzieci, w tym młodsze dwumiesięczne. Drudzy mają troje dzieci, w tym najmłodsze w wieku Pyszczaka. Pysznie było, trochę po dziewiątej wszyscy się rozeszli. A Puchatki posprzątały, utłukły Potwory do spania i tradycyjnie włączyły sobie film. „Między słowami” Sofii Coppoli. Baaardzo sylwestrowe klimaty 😉

A dziś Puchatki idą na kolędowanie. Będzie się działo – Potwory dostały bowiem pod choinkę różne przeszkadzajki (tamburyn, marakasy, dzwonki…) i będą… przeszkadzać.

Potwory dostały także pod choinkę łyżwy. I śmigają. Jak smoki. A wczoraj były na sankach. I śmigały. Jak smoki. Ich tata też zresztą. Jak wrócił do domu, to miał pełne buty śniegu. Biedaczek.

***

Wsiadają Puchatki do samochodu, żeby jechać na lodowisko. Puchatek przypina Potwory do fotelików. I nagle Piłeczka rzuca tekst, którzy rzuca na kolana.

– Tato, w wiesz że dzieci są za darmo?…

Puchatek ma na końcu języka odpowiedź w stylu „To ci się tylko tak  wydaje…”, kiedy dziecko po chwili kończy myśl;

– No, to znaczy na lodowisku są za darmo. Do szesnastej.