Jak to jest, że już w kilka tygodnie po wakacjach – po czasie wędrowania, odpoczynku, otwartych przestrzeni… – czuję się tak, jakby to wszystko wydarzył się „dawno, dawno temu”, jakby codzienność i „szara rzeczywistość” trwały od wieków?
Jesienny spleen dopada mnie co roku silniej (to pewnie kwestia wieku…). Szarość za oknem, mokre chodniki i męcząca monotonia rytmu praca – szkoła Potworów – praca – obiad – praca – spać… Do tego dochodzą wlokące się za nami już od roku dołki finansowe (znowu ta sama historia: w powietrzu „wisi” ponad dziesięć tysięcy, które już powinny być na koncie – ale ich nie ma, a na koncie są cztery tysiące. Na minusie. A tu jeszcze trzeba było ubezpieczenie samochodu zapłacić, a tu jeszcze trzeba było wymienić pasek rozrządu, a jak już zaufany pan mechanik opelka obejrzał, to zadecydował że klocki hamulcowe też do wymiany i filtr oleju… Miało być pięć stów, wyszedł tysiąc…).
A tu jeszcze drobne (…i mniej drobne…) życiowe upierdliwości. To nie wychodzi, tamto nie wychodzi, to wyszło zupełnie inaczej niż miało, a tamto – choć wyglądało, że wreszcie posuwa się naprzód – dalej jest tak jak było, co niestety nie oznacza, że tak jak trzeba.
Niby to wszystko drobiazgi… Właściwie można by na to wszystko patrzeć zupełnie inaczej. Znajdować pozytywy, dostrzegać te lepsze strony.
Bo przecież jesień to nie tylko szarówa i plucha. Bo przecież wrzesień był piękny i ciepły. Bo sumak który widzę teraz przez okno – przy furtce – powoli zaczyna już pokrywać się tą niesamowitą, ognistą czerwienią, którą tak lubię.
Ale jakoś mnie to wszystko nie potrafi nakręcić. Jakiś smętek we mnie siedzi. Jakiś spleen. Jakieś zniechęcenie.
Potwory uwielbiają oglądać w telewizji program „Jaka to melodia”. Poziom intelektualny tego arcydzieła telewizyjnej rozrywki jest moim zdaniem idealny właśnie dla ośmio- czy dziewięciolatków, a że program jest stosunkowo nieszkodliwy, specjalnie się nie sprzeciwiamy.
Czasem przechodząc rzucam okiem. Dziś też rzuciłem. I padłem.
Kategoria – „Marek Grechuta”. Prowadzący podpowiada, że chodzi o tytułową piosenkę z drugiego albumu Grechuty, wydanego w 1971 r. Uczestniczka teleturnieju mówi, że chodzi o „Niepewność” (bo to zapewne jedyna piosenka Grechuty, jaką w ogóle kojarzy). Ja rzucam, że „Korowód”, po chwili okazuje się że miałem rację (i znowu zapunktowałem u Potworów…). „A zatem posłuchajmy”, proponuje prowadzący.
I słuchamy. Na scenę pakuje się jakiś słodko wyglądający blondynek z fryzurką potraktowaną kubełkiem żelu (co pozwolę sobie już przemilczeć…) i śpiewa „Korowód”.
A za nażelowanym blondynkiem stoi części publiczności zgromadzonej w studio – głównie (w pierwszym rzędzie) długowłose i długonogie panienki w krótkich miniówach. I co robią te panienki?
Tak, rzecz prosta – tańczą. Podrygują, wyginając śmiało ciało dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej robiły to w rytm jakiegoś super-hiper-disco-przeboju.
A nażelowany blondynek śpiewa słowa, które – jeśli się w nie wsłuchać – chwytają za gardło i sprawiają, że człowiekowi (…myślącemu?…) ciarki chodzą po plecach.
Kto pierwszy szedł przed siebie, Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy z nas rozpoznał? Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic,
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?
Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie? (…)
Kto pierwszy był fakirem, kto pierwszy astrologiem?
Kto pierwszy został królem, a kto chciał zostać bogiem?
Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc za ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem? Kto będzie nim ostatni? (…)
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu…
A ja wyginam śmiało ciało…
Ludzkości nie zgubią wojny, choroby, AIDS czy wielka asteroida. Nasz świat wykończy bezmyślność, totalny brak refleksji. Kiedyś ktoś przyciśnie jakiś guzik nie dlatego, że będzie zbrodniarzem – ale dlatego, że będzie idiotą nieprzyzwyczajonym do zastanawiania się nad tym, co robi.
Dzisiejszy (14. września) pasek Garfielda po prostu idealnie oddaje moje podejście do mniej więcej 90 procent wypowiedzi polityków w obecnej kampanii wyborczej.
Niby jeszcze lato, słońce, ciepło – a już w powietrzu wisi jesień. Ta świadomość, że to już koniec lata, koniec wędrowania, koniec wolności – że teraz już tylko praca, praca i praca… To męczy.
A do tego dochodzą inne sprawy natury życiowo – powszedniej. Trójka dzieci w domu (w tym dwójka szkolnych) oznacza między innymi, że wrzesień to czas potwornego zabiegania i ustalania całej logistyki, która (jeśli tylko ułoży się ją dobrze i z głową) ułatwia przeżycie roku szkolnego.
Dzieci do szkoły. Dzieci ze szkoły. Szkoła muzyczna – rytmika. Szkoła muzyczna – lekcje z instrumentami. A jakiś basen. A angielski też. A M. do przedszkola, a jeszcze musi wrócić, żeby był już samochód, żeby odebrać dzieci z punktu A. i dowieźć do punktu B. w określonym czasie – i jeszcze zdążyć po drodze wrzucić je do domu, żeby coś zjadły.
A jak wreszcie robi się spokojne popołudnie i wszyscy są już w domu, i nigdzie nie trzeba jechać – to i tak jest mnóstwo pracy, pracy, pracy – bo tekst trzeba skończyć, bo Duży Portal ma mieć tłumaczenie do siedemnastej, bo tę książkę trzeba by trochę pchnąć do przodu, bo czas leci.
I tak to wygląda, że dopiero wróciliśmy z wakacji, a już jest połowa września.
Do tego dochodzi jeszcze wiele innych spraw, które mnie męczą i nużą. Finansowo jest cienko (no dobrze, nie jest tragicznie – na chleb nie brakuje – ale nie jest rewelacyjnie). Kilka różnych inwestycji, kilka pomysłów i projektów po raz kolejny musi czekać na lepsze czasy. Jak na konto wpływają pieniądze od kolejnego z Rozlicznych Pracodawców, to zwykle okazuje się że są już wydane, więc wpływ tylko uzupełnia minus na koncie i daje niewielki plus. A zanim przyjdą kolejne… Da capo.
Z jednej strony – pozytyw jest taki, że (z różnych przyczyn) taka sytuacja potrwa jeszcze pół roku, a potem są poważne szanse, że się wyprostuje (bo parę zobowiązań już się do końca spłaci, a pojawi się parę wpływów, których dotąd nie było). Pół roku to niby nie tak dużo…
…Ale i nie tak mało. Zwłaszcza, że to właśnie TO pół roku. W tym miesiącu trzeba wrzucić samochód do warsztatu, bo licznik wskazuje że pora na zmianę paska rozrządu. To niby niewielka operacja, ale pewnie kilkaset złotych pójdzie. W październiku kończy się ubezpieczenie – co rzecz prosta oznacza, że trzeba będzie wykupić nowe. Do tego dochodzą różne dodatkowe opłaty wrześniowe (komitety rodzicielskie w szkole zwykłej i muzycznej, opłata za angielski, jeszcze jakieś dodatkowe podręczniki i tak dalej, i tak dalej). Poza tym zbliża się jesień, trzeba zrobić przegląd rzeczy zimowych – i stwierdzić, że (strzelam) przed pierwszym śniegiem konieczne jest kupno dwóch par zimowych butów, jednej kurtki i przynajmniej trzech par spodni na trzy różne odwłoki.
Wszystko to niby nie są wielkie wydatki – ale po ich zsumowaniu robią się z tego niemałe pieniądze. A przecież zima to także Boże Narodzenie, nie wspominając już o tym, że pewnie najdalej w połowie października trzeba będzie zacząć grzać, co oznacza skok rachunków za gaz o kilkaset procent.
A do tego wszystkiego jeszcze mnóstwo drobnych up…liwości. Pan P. miał dzwonić w sprawie X. – nie dzwoni, nie można się do niego dostukać. Niby nic pilnego ale irytujące. I tak dalej.
A Puchatkowy Ojciec miał wypadek – niby też drobny i bez konsekwencji, ale jednak. Jechał rowerem, przejeżdżał przez ulicę (ścieżką rowerową) – i wjechał w niego samochód. Bum. Niby nic się nie stało – trochę potłuczony, siniak na brodzie, siniaki na żebrach, skaleczona głowa. Sam pojechał do domu, następnego dnia poszedł do lekarza, nic poważnego się nie stało. Ale…
"Byś Szkotem" to specyficzna autobiografia samego Sir Seana Connery’ego (napisana przy pomocy Murraya Grigora).
Specyficzna – bo sama autobiografia (czyli historia jego życia…) zajmuje jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć procent objętości książki. Reszta to… Szkocja. Kiedy Connery pisze o swoim dzieciństwie w biednej dzielnicy Edynburga – to przy okazji dostajemy szeroką panoramę tego miasta w latach trzydziestych i czterdziestych XX w., a także trochę opowieści o tym, dlaczego jest ono właśnie takie, a nie inne. Jak opowiada o swojej pierwszej istotnej roli (w ekranizacji Makbeta dla kanadyjskiej telewizji) – to trzy czwarte rozdziału zajmuje opowieść o "Makbecie", jego powstaniu, relacji między tym co jest w dramacie a prawdziwą historią Szkocji, wpływie sztuki (i jej różnych aranżacji) na postrzeganie Szkocji w przeszłości i dziś… I tak dalej.
Czyta się to znakomicie (choć oczywiście trudno powiedzieć, na ile jest to zasługa Connery’ego, a w jakim stopniu przyczynił się do tego współautor, skądinąd pisarz i filmowiec). Jedno jest pewne: Najlepszy Z Bondów to świetny gawędziarz, swobodnie przeskakujący z jednej opowieści w drugą, z historii sprzed lat siedemdziesięciu do historii sprzed lat pięciuset…
Connery jest Szkotem do szpiku kości. Jest szkockim patriotą, marzącym o oderwaniu Szkocji od Anglii. Jest w tej swojej Szkocji zakochany po uszy. Ale jednocześnie – paradoksalnie – jasno dostrzega różne szkockie słabości i "narodowe wady", potrafi bezlitośnie śmiać się z różnych szkockich mitów i narodowej megalomanii. (Panowie Politycy słyszą?…)
Wspaniale opowiada o swoim dzieciństwie – także o tym, jak skończył "formalną edukację" w wieku dwunastu lat i jak potem – kiedy niejako "przypadkiem" trafił do teatru i odnalazł w aktorstwie swoją drogę – zdobywał wiedzę o świecie po prostu… czytając książki. Nie, nie encyklopedię, ale wielką literaturę.
Jedną – niestety – ta książka ma wadę (aż się boję się to napisać): tłumaczenie. Nie, nic "dużego" – ale mnóstwo małych, irytujących drobiazgów, które po prostu POWINNY być przetłumaczone inaczej. Jak czytam, że Connery w 1991 dostał (cytuję) "przywilej Freedom of the City" (w Edynburgu, oczywiście), to mi ręce opadają. Jaki "przywilej", do jasnej karbidówki?! "Został uhonorowany tytułem…", "Otrzymał godność…" – albo po prostu "Otrzymał honorowe obywatelstwo Edynburga" (bo przyznawany w wielu miastach na świecie tytuł "Freedom of the City" do tego się w gruncie rzeczy sprowadza).
A już jak czytam, że szkockim instrumentem narodowym jest KOBZA, a na paradach grają orkiestry KOBZIARZY – to mnie po prostu szlag trafia. Bzdura językowa, bezmyślnie powtarzana przy wielu okazjach, naprawdę nie powinna się znaleźć w książce, w której Szkocja i jej kultura są w zasadzie głównym tematem. (Dla niezorientowanych – szkockim instrumentem narodowym są DUDY. Natomiast KOBZA to zupełnie inny instrument. Nota bene – strunowy.). Raz tylko jest jakiś bodaj "przypis tłumacza", że "tak naprawdę chodzi o szkockie dudy"…
Określenia typu "Zachodnia Wyżyna Szkocji" (pisane wielkimi literami, jakby były nazwami własnymi…) to już może przez litość pominę (konia z rzędem temu, kto znajdzie mi w encyklopedii czy atlasie geograficznym taką nazwę! Chodzi po prostu o "zachodnią część Highlands" albo – w wersji spolszczonej – "zachodnią część szkockich Wyżyn").
Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy może redakcji – ale takie wpadki są irytujące i psują efekt…
…który jednak w ogólnym rozrachunku wypada zdecydowanie "na plus". Książka, którą warto przeczytać. Zdecydowanie – kategoria Puchatek Poleca.
Tyle się dzieje po powrocie do domu, że nie mam kiedy pisać. A przecież do dopiero przygrywka – prawdziwa jazda zacznie się od września, jak Potwory ruszą do szkół, a M. do pracy… Już się boję.
Ale tymczasem, zgodnie z obietnicą, trochę o Wielkiej Wyprawie.
Wyruszyliśmy z miejscowości C., z Dolnego Śląska, gdzie M. z Potworami spędzili kilka dni u Ulubionej Cioci i Dziadka (tzn. Dziadka M., a pradziadka Potworów). Ja dojechałem tam tylko na dwa dni – i ruszyliśmy na zachód.
Z C. do granicy w Zgorzelcu jest 70 kilometrów, ale autostradą. A potem granica (nawet nie zwolniliśmy…) – i już zaczynają się niemieckie autostrady, których fanklub od tych wakacji reprezentuję.
Z C. jechaliśmy do Ottersheim bei Landau, gdzie mieszka serdeczna koleżanka M. z mężem i czwórką dzieci. Trasa z C. do Ottersheim to 730 kilometrów. Przejechaliśmy to w jeden dzień, przy czy samej jazdy było nieco ponad 6 godzin. Niemieckie autostrady, wspominałem?..
W Ottersheim spędziliśmy trzy i pół dnia, wspominając Dawne Czasy, podróżując po okolicy (Nadrenia – Palatynat, góry Harzu, Speyer z niesamowitą, romańską katedrą…) – można zobaczyć na zdjęciach (w linkach po lewej).
A potem ruszyliśmy (dla odmiany) za zachód.
Pierwotne plany przewidywały "pojeżdżenie po Francji". Myśleliśmy o Wogezach, o Masywie Centralnym… Ale jak przyszło co do czego, doszliśmy do wniosku że jednak ze względu na Potwory warto by nad jakieś morze. A konkretnie – to nawet nad jakiś ocean. Więc ruszyliśmy w stronę Bretanii…
Przejechaliśmy – nocując na kempingach – calusieńką dolinę Loary, zamki niestety oglądając tylko od zewnątrz (Potwory, a zwłaszcza trzylatek Pucek, nie są jeszcze na etapie "zwiedzania"…).
Przejechaliśmy przez Orlean, bo po prostu nie mogliśmy sobie darować wejścia do Katedry, skoro byliśmy tak blisko… Potwory jednakowoż znacznie bardziej zachwyciły się karuzelą stojącą na centralnym placu miasta, obok pomnika świętej Joanny d’Arc. Stara, francuska karuzela – piętrowa – wprawdzie się nie kręciła, ale można było po niej chodzić, co Potworom zajęło godzinę.
Kiedy już dojechaliśmy do Bretanii, rozbiliśmy się na kilka dni na kempingu w Plouharnel (południe), a stamtąd jeździliśmy na plaże (głównie na półwysep Quiberon), do Carnac, na Point du Raz.
My z M. byliśmy już w tych rejonach – dziesięć lat temu, na ostatniej wyprawie przed epoką Potworów. Mówiąc precyzyjnie – Pietruszka był już w zasadzie z nami, choć nikt poza nami jeszcze o tym nie wiedział… 🙂
Bretania…
Magiczne miejsce. Może nie tak jak Szkocja, ale jednak magiczne. Kamienne domki, niebieskie okiennice, menhiry, dolmeny…
I wiatr od oceanu.
Wiatr od oceanu to coś zupełnie wyjątkowego. To nie to samo, co wiatr od morza (choćby nad Bałtykiem czy Morzem Północnym). Nie wiem na czym to polega – ale ten zapach powietrza i szum w gałęziach drzew połączone z odgłosami fal bijących o skały, wszystko to jest absolutnie niepowtarzalne.
Pamiętam wiatr nad oceanem w północnej Szkocji – ale także na zachodnich wybrzeżach Hiszpanii, w Portugalii, pamiętam wiatr znad Pacyfiku w Kalifornii, na Santa Monica czy nad Zatoką San Francisco… Taki wiatr, w którym można się zakochać, który wzywa do wypłynięcia na ocean, do wędrowania, do pójścia drogą, której się nigdy nie widziało na oczy.
Choćby dla tego wiatru warto było przejechać te sześć tysięcy kilometrów.
***
Wyprawę generalnie należy zaliczyć do udanych. Pogoda była wspaniała. Potwory na kempingach spisywały się dzielnie i świetnie się bawiły. Zobaczyliśmy kawał Europy, a my z M. przypomnieliśmy sobie nasze dawne wyprawy – i odbudowaliśmy w sobie trochę nadziei, że może jeszcze kiedyś…
Puchatek uniżenie przeprasza, że go tutaj przez miesiąc nie było. Ale był gdzie indziej, gdzie dostęp do sieci nie należał do priorytetów.
Najpierw były przygotowania (równolegle z kończeniem różnych pilnych prac…), potem wyjazd i wyprawa.
Opiszę Wam wszystko, ale jeszcze nie dziś. Bo wczoraj późnym popołudniem wróciliśmy dopiero z wyprawy, zwanej przez M. nieco złośliwie obozem wędrownym.
Przejechaliśmy całe Niemcy (w poprzek) i całą Francję (takoż). Skakaliśmy na falach Atlantyku w Bretanii. Jedliśmy bretońskie naleśniki. Robiliśmy sobie zdjęcia pod menhirami i dolmenami. Potwory zaznały mieszkania w namiocie – i bardzo im się spodobało. I tak dalej.
Przejechaliśmy (od wyjazdu z domu do powrotu pod furtkę) prawie sześć tysięcy kilometrów.
A tak na szybko – trzy krótkie myśli natury geograficzno-teologicznej:
1. Żadne morze, jezioro, staw czy rzeka nie mogą się równać z oceanem.
2. Katedra w Orleanie nie ma sobie równych – żadna inna (nawet paryska Notre Dame, nawet katedra w Chartres…) nie mają w sobie tyle strzelistości, lekkości i gotyckiego piękna (tak, to subiektywna uwaga).
3. Jeśli niebo ma być miejscem doskonałym, to budowę dróg Pan Bóg niewątpliwie powierzy Niemcom.
Pietruszka miał obiecany – w prezencie pierwszokomunijnym – wyjazd z tatą w góry. Taką męską wyprawę, tylko we dwóch. I tak NAPRAWDĘ w góry. Jak usłyszał o tym prezencie, to ucieszył się tak, jak – gwarantuję – żadne dziecko nie cieszyło się z komunijnego roweru, komputera, quada czy co tam teraz akrat jest na topie komunijnych prezentów…
Wyprawa miała mieć miejsce w końcu czerwca, ale pogody nie było, a jechać w Tatry po to, żeby siedzieć w domu u przemiłej skądinąd ciotki A – to, sami przyznacie, byłoby bez sensu.
Pogody nie było i nie było – ale prognozy uważnie obserwowane wskazały jednoznacznie, że pogoda BĘDZIE w czwartek, 7. lipca. Więc Puchatek był zgarnął Pietruszkę i pojechali w środę do Zakopanego, przenocowali u ciotki, a w czwartek rano (BARDZO rano) zerwali się z łóżek i popędzili w góry.
Pietruszka ma dziewięć lat – ale jest naprawdę wspaniałym turystą. Idzie dzielnie, nie marudzi, jest wytrwały… Plan był taki, żeby w ramach tej "górskiej inicjacji" po raz pierwszy umożliwić mu przekroczenie magicznej granicy dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.
Najpierw więc wjechali na Kasprowy (no tak, kolejką – gdyby zaczęli od dwugodzinnego wspinania na Kasprowy, to jednak dla dziewięciolatka mogłoby być za dużo). Kolejka zresztą była dodatkową atrakcją, wiadomo. Zachwyt dziewięcioletniego turysty na widok przepaści za Myślenickimi Turniami był naprawdę ogromny. A potem wyszliśmy na Kasprowy i…
Pietruszka bywał w górach – ale nigdy w takim miejscu. Pogoda była fantastyczna, trochę małych chmurek, słońce, wiatr. Widok – jak to z Kasprowego, na całe Wysokie Tatry. Świnica z gustowną czapeczką z obłoków, Kozie Wierchy, Granaty, Kościelec jak na dłoni, w oddali Krywań… Słowo daję, nigdy Puchatek nie widział u swojego najstarszego potomka takich wielkich oczu. Widać było, że połknął bakcyla.
Z Kasprowego ruszyliśmy na zachód (Świnica – uznał Puchatek – to jednak za dużo dla dziewięciolatka). Goryczkowe, Suche Czuby, Przełęcz pod Kopą – i po mozolnej wspinaczce wreszcie Kopa Kondracka. Dwa tysiące i pięć metrów nad poziomem morza.
Na Kopie zdjęcia, a potem – w dół, na Przełęcz Kondracką i wgórę, na Giewont…
Giewont to szczyt specyficzny. Miejsce magiczne – ale przez to tak oblężone, że Puchatek był na nim RAZ. Mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu. I potem już nigdy, absolutnie nigdy się tam nie pchał – zresztą sam widok kolejki turystów w klapkach czekających na zwolnienie miejsca na łańcuchach zawsze wystarczał, aby Puchatka zniechęcić.
No, ale Pietruszka ma dziewięć lat i marzył, żeby być na Giewoncie – więc Puchatek poszedł. Kolejka koszmarna, ludzi tłum – ale widok ze szczytu (i widok zachwyconej twarzy Pietruszki) był tego wart.
A potem w dół, najcięższą możliwą trasą z zejściem na Strążyską. Łącznie w trasie byliśmy dziesięć godzin. A po powrocie do domu ciotki A. Pietruszka padł na łóżko, chwilę milczał, poczym zapytał:
– No, to teraz już mogę pomarudzić?
***
Dobrze jest czasami przypomnieć sobie, co się naprawdę kocha. Są ludzie – mam wielu takich znajomych – którzy mimo całej miłości do gór nie lubią Tatr. Bo małe, bo zatłoczone, bo tłum ludzi… Rozumiem ich. Mnie też irytują te tłumy, mnie też męczy "ceprowisko" w którym z rzadka tylko można spotkać prawdziwego turystę. Ja też lubię ciszę Beskidów, nastrój Bieszczadów…
Ale Tatry są jednak niepowtarzalne. Widok Wysokich Tatr ze szczytu Świnicy – czy choćby z Kasprowego i Suchych Czubów – to coś, czego się nie zapomina. I do czego chce się wracać, nawet jeśli trzeba w tym celu ścierpieć te tłumy…
W wysokich górach człowiek czuje, że żyje. Że jest wolny (niezależnie od wszystkich swoich problemów, kłopotów, ciężarów). Człowiek przypomina sobie, kim naprawdę jest. Uświadamia sobie na powrót właściwe proporcje, hierarchię ważności spraw. Z góry widać wyraźniej. Przeszkody które na dole wydaja się nie do pokonania z górskiego szlaku okazują się tym, czym są naprawdę: głupstwami.
W takich górach jestem u siebie. Tam jest moje miejsce (nawet, jeśli na co dzień mieszkam gdzie indziej). Tam zawsze wracam.
You won’t know what tomorrow brings / In a world where few hearts survive
All I know is the way I feel / And if it’s real I’m gonna keep it alive
Cause the road, the road is long / There are mountains in our way / But we climb still higher everyday
Lord lift us up where we belong / Where the eagels fly on a mountain high
Lord lift us up where we belong / Up from the worlds we know / Where the clear winds blow (…)