Narty, Narty i po Nartach…

A tak, Puchatki na nartach były. W Rzepiskach, koło Jurgowa. Potwory dostały dwie godziny z instruktorami, potem jeszcze trochę znajomi ich uczyli.

Pietruszka, jak się okazało, zapamiętał z ubiegłego roku właściwie wszystko: wpiął narty, złapał za wyciąg, wyjechał na górę i zjechał w dół. Najpierw z oślej łączki, potem z nieco większej oślej łączki, a w końcu z największej trasy stacji narciarskiej „Jurgów Ski”.

Piłka też radziła sobie świetnie. Co prawda wróciła z nogą w gipsie (…jakże mogło być inaczej?…), ale nie złamała jej w zasadzie, tylko „ją pękła” (lewy piszczel…), i to ostatniego dnia. Więc ogólnie wyprawę narciarską można było zaliczyć do udanych.

Pucek – jako najmłodszy – uczył się oczywiście najszybciej i już trzeciego dnia rżnął w dół oślej łączki jak stary, w pełni kontrolując zjazd, hamując tam gdzie trzeba i nie przewracając się. No, prawie. I już drugiego dnia sam (!) wjechał na górę wyciągiem talerzykowym. Taki twardziel.

M. zachwycona jeździła sobie po oślej łączce, a potem także po większej oślej łączce, a ostatniego dnia nawet po Dużej Górze. Znajoma Świetna Narciarka udzielała jej światłych wskazówek i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem szybkości postępów (zważywszy, że M. jeździła na nartach „trochę” jako dziesięcioletnia dziewczynka, a potem – dopiero rok temu, w Szczyrku).

A Puchatek?.. A Puchatek robił za wyciąg dla Pucka, za nosiciela plecaka z wałówką i herbatką i generalnie za obsługę techniczną tych wszystkich przyszłych mistrzów sportu.

I wiecie co? Wcale mu z tym nie było źle.

***

Nie przepadam za nartami. Serio-serio. Nauczyłem się kiedyś jeździć… Trochę. Nie na tyle, żebym się mógł z kimś ścigać czy szusować po naprawdę trudnych trasach – ale wystarczająco, żeby zjechać sobie rekreacyjnie z większości klasycznych „nartostrad” – i się nie zabić. Nauczyłem się – nie miałem wyjścia. Jak się pochodzi (po kądzieli) z NAPRAWDĘ góralskiej rodziny, to po prostu NIE DA SIĘ nie stanąć kiedyś na nartach.

Tyle, że narty mnie – że tak powiem – „nie wciągnęły”. Niby to fajne, niby przednia zabawa, ale… Jakoś „nie to”. Dlaczego?

Przyczyn pewnie można by znaleźć wiele… Kiedyś już pisałem o tym, że moje podejście do gór nie jest podejściem turysty czy podróżnika – ale wędrowca. Ja po górach wędruję. Narty (te zjazdowe) są za szybkie, za dużego wymagają skupienia i uwagi, żeby móc wędrować. Żeby móc widzieć góry dookoła, żeby pozwolić myślom błądzić, żeby słyszeć szum wiatru i czuć na twarzy promienie słońca (albo krople deszczu). Może gdzieś, w jakichś Alpach czy innych Górach Skalistych są trasy, którymi można zjeżdżać przez pół godziny czy dłużej – ale to czysta teoria, bo wypad na narty w Alpy pięcioosobową rodziną to chwilowo rzecz nierealna finansowo.

A gdyby nawet…

Wiecie, co mnie najbardziej męczyło na tych stokach w Jurgowie, na których cała reszta Puchatkowa świetnie się bawiła? Obśmiejecie się: ludzie. Inaczej mówiąc: tłok. Kolejka do wyciągu. Sznurek narciarzy jadących pod górę z talerzykami pod odwłokami. Sznurek narciarzy zjeżdżających z góry. Tłumek pod wyciągiem, tłumek w barze, tłumek na parkingu pod stokiem. Spędzanie czasu w tłumie – czy przynajmniej w zbiorowości. Wypoczynek – mniej lub bardziej – zbiorowy i zorganizowany.

Jak idę w góry, wolę być sam (przy czym moje „sam” może obejmować obecność osób najbliższych, czy niewielkiej grupki przyjaciół). Kiedy jestem sam – sam, mogę myśleć i wędrować. Kiedy jestem sam – w małej grupie, mogę rozmawiać (wiele – chyba większość – najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki rozmów w moim życiu odbyło się właśnie w górach).

Kiedy jeżdżę na nartach – nie mogę rozmawiać, nie mogę swobodnie myśleć. Wszędzie są ludzie. Wszędzie jest ruch. Nie słychać wiatru, nie ma czasu patrzeć na góry, nie da się poważnie pogadać. Jedziesz – i tyle.

Jakoś to chyba nie mój klimat. Czytelnicy – narciarze niech się nie obruszają: szanuję ich pasję i nie mam nic przeciwko niej. Tyle, że to nie moje pasja.

***

A swoją drogą – różne obrazki „z nart” zapadają w pamięć.

Pucek jadący w dół, zakręcający fachowym pługiem, hamujący na dole stoku, z miną tak absolutnie szczęśliwą, że aż się ciepło na sercu robi.

Pietruszka – intelektualista i człowiek którego normalnie trudno na dwór wygonić – wyraźnie zbudowany własną narciarską sprawnością i dumny z siebie.

Piłka – nawet ze łzami w oczach po złamaniu nogi – pytająca czy NA PEWNO za rok też tu przyjedziemy.

M. schodząca ze stoku z tym swoim szczęśliwym uśmiechem, z zaróżowionymi policzkami, z błyskiem w oczach.

Dla takich chwil warto robić za wyciąg i obsługę techniczną.

***

Ale też parę scen mniej przyjemnych.

Jakaś mała dziewczynka (na oko – cztery latka…), która bardzo nie chciała uczyć się jeździć na nartach. Płakała, wyraźnie się bała. Mamusia była nieugięta, bo „dziecko powinno jeździć na nartach, a im wcześniej zacznie, tym łatwiej się nauczy”. Więc dziewczynka miała drogi kombinezon, drogie narty, drogie buty, drogi kask i gogle (podobnie jak mamusia, rzecz prosta) – i musiała się uczyć. Mamusia wykupiła jej czas z instruktorem – instruktor (młody chłopak) był wyraźnie zmieszany i zażenowany, doskonale widział że dziecko się boi, że nie chce… Ale mamusia wiedziała lepiej. Dziecko powinno. Więc dziecko jeździło, płacząc i rozpaczliwie usiłując zrobić coś, co skłoniłoby mamusię do zakończenia tych tortur. Przez godzinę z instruktorem nie nauczyło się niczego – ale mamusia radośnie stwierdziła, że „jutro o tej samej porze”.

Po cholerę? Po co uszczęśliwiać malucha na siłę, skoro wyraźnie jeszcze do tego nie dorósł?… Bo taka moda, bo tak wypada, bo „się powinno”…

Bez sensu… 

Zimowo… Strasznie zimowo…

Bo zima to nie jest to, co Puchatki lubią najbardziej.

Są takie chwile, kiedy po prostu nic się nie chce. Nie chce się pracować, nie chce się czytać, nie chce się wyjść i nie chce się siedzieć w domu. Wiele przyczyn się na to składa – ale pisanie o nich byłoby bez sensu (zbyt prywatne / zbyt skomplikowane / zbyt nudne dla postronnych oczu – a choć lubię tu pisać, to mój poziom emocjonalnego ekshibicjonizmu jest jednak stosunkowo niski).

Są takie dni, kiedy gdzieś we mnie odzywa się ten prawdziwy niedźwiedź. Przy czym moja niedźwiedzia natura przejawia się przede wszystkim w pragnieniu zapadnięcia w sen zimowy. Położyć się spać teraz (…skoro wcześniej się nie dało…), wstać gdzieś w marcu, jak już zacznie z powrotem być zielono.

Przespać tę męczącą szarzyznę, zimną biel. Zasnąć – i obudzić się w świecie, w którym jest lato.

(Nie wiem, czy o tym kiedyś pisałem, ale w mojej świadomości istnieją tylko dwie pory roku: lato i zima. Wiosna to twór sztuczny, czysto konceptualny: do pewnego momentu to po prostu ostatnie podrygi zimy, od tego momentu – wstęp do lata. Z jesienią podobnie, tylko odwrotnie).

Najgorsze jest to, że relacja miedzy tym co na dworze a tym co wewnątrz wygląda u mnie obecnie tak, jak w powieści albo w romantycznym eposie: zima na dworze doskonale oddaje zimę w środku. Szarzyznę, zimną biel, poczucie że do lata jeszcze daleko, jakąś bolesną niemożność wędrowania, jakiś brak zieleni i słońca. Życia po prostu.

Tyle, że koniec prawdziwej zimy stosunkowo łatwo przewidzieć. Po styczniu przyjdzie luty (brr…), potem marzec… i już.

A ta zima w środku… Nie da się ukryć, że jest znacznie mniej przewidywalna. I niestety nie zleży od czynników tak stałych, pewnych i niezmiennych jak ruch Ziemi wokół Słońca.

Tak naprawdę jedyna piosenka, która wisi w mojej głowie i oddaje mój nastrój, już tu parę razy była. Nie będę jej wrzucał po raz kolejny. Ale jej słowa wydają mi się teraz tak cholernie prawdziwe:

Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz,

Będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę…

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze:

Może orzeźwi cię – ale do nikąd dojść nie pomoże.

Tak to właśnie jest. Pewnych rzeczy po prostu nie zmienię. Nie zależą ode mnie, choćbym pół życia wmawiał sobie, że jest inaczej. Mój niepoprawny optymizm każe mi próbować wciąż na nowo – ale nawet ja prędzej czy później wpadam w coś, co psychologowie nazywają syndromem wyuczonej bezradności.

I pewnie nic na to nie poradzę. 

Mruczanka Poświątecznie Muzyczna

Wybaczcie, ale okołoświąteczne pisanie jakoś mi nie zadziałało. No bo o czym pisać? Święta – wiadomo. Wigilia rodzinnie, później też rodzinnie, tylko w lekkim rozszerzeniu. A potem dojadanie, odsypianie i czytanie, bo kilka ciekawych pozycji się pod choinką znalazło. Ech, ten Mikołaj wie co dobre… Ale o tem potem.

Temat który mi za to po głowie chodzi (i tupie) to szeroko pojęte zjawisko „muzyki świątecznej”. Już się zbierałem żeby coś o tym napisać, ale… Właściwie co? Że jak jeszcze raz usłyszę „Last Christmas”, to kogoś zamorduję?

Powiedzcie, skąd to się bierze, że ludzie tak fanatycznie uwielbiają kicz i miałkość (nie tylko w muzyce, rzecz prosta)? Że jakaś cienka bzdura (taka jak choćby „Last Christmas” właśnie) „chwyci” i potem jest maltretowana w radiu, telewizji i Internecie przed każdymi świętami? Czy raczej maltretowani są nią słuchacze / widzowie…

Nie chcę być źle zrozumiany: naprawdę nie mam nic przeciwko „świątecznej muzyce”. Powiem więcej – wcale nie upieram się, że muzyka bożonarodzeniowa musi koniecznie być tematycznie związana z Tajemnicami Wiary. Ale przecież jest naprawdę sporo – po prostu – DOBREJ MUZYKI. Więc dlaczego w radiu (którego słucham głównie jeżdżąc samochodem) lecą wyłącznie badziewia typu „Las Christmas” albo „kolędy w wykonaniu znanych artystów”, którzy to „znani artyści” śpiewając je chcą głównie pokazać jakimi są artystami, więc „interpretują” ani przez sekundę nie zastanawiając się o czym właściwie śpiewają?…

A przecież jest z czego wybierać… OK, rozumiem że „przeciętny radiosłuchacz” może nie załapać klimatu z „Winter Garden” czy „To Drive The Cold Winter Away” Loreeny McKennitt, że nie każdy zachwyci się klasycznymi wykonaniami renesansowych kolęd czy jazzowymi wariacjami na ich temat. Ale przecież nawet w sferze szeroko pojętej popkultury byłoby czego posłuchać. W 2009 r. Sting wydał album „If On a Winter’s Night” – jest tam kilka naprawdę sensownych piosenek, jak sądzę do przyjęcia dla zupełnie przeciętnego słuchacza. A jeśli słuchacz jest miłośnikiem klimatów półklasycznych? Proszę bardzo, jest bardzo sympatyczna płytka „My Christmas” Andrei Bocellego. Miłe, łatwe w słuchaniu, wpada w ucho. Coś starszego, dla słuchacza mającego kilka lat więcej? Ależ proszę bardzo – „A Christmas Album” Barbary Streisand. Klasyka, ale jak zaśpiewana, jak zaaranżowana! Jest „Merry Christmas” (Mariah Carey). Jest „A Fresh Aire Christmas” (Mannheim Steamroller). Jest „When My Heart Finds Christmas” (Harry Connick Junior). Są w końcu choćby nasze, polskie płyty takie jak (żeby zahaczyć o różne klimaty i gatunki) „Moje kolędy na koniec wieku” Preisnera, „Kolęda dobrych ludzi woli” Pospieszalskich i Steczkowskich czy „Znów się rodzi, moc truchleje” Arki Noego. Dla każdego coś miłego.

Dlaczego, powiedzcie, w przeciętnej stacji radiowej tej muzyki nie uświadczysz? Dlaczego w okresie przedświątecznym nie da się włączyć radia na dłużej niż kwadrans, żeby nie usłyszeć jak jakaś pierdoła żali się, że dała pannie serce na święta, a panna je olała? Albo jak smętny melancholik marzy o białych świętach, ale zamiast ruszyć tyłek z Los Angeles i pojechać w Góry Skaliste woli siedzieć i smęcić, że mu w Kalifornii śnieg nie pada? (No dobra, Bing Crosby przynajmniej głos miał świetny…).

A ja teraz siedzę sobie w domu i odtruwam się, słuchając zupełnie nie-bożonarodzeniowej płyty „Let Them Talk”. Hugh Laurie nie jest zawodowym muzykiem (jak wiadomo), ale nowoorleańskiego bluesa gra kapitalnie. To znaczy – słychać ten jego brak profesjonalizmu, ale to tylko dodaje tej muzyce świeżości i naturalności. Ot, siedzi gość przy fortepianie, obok niego paru innych gości gra na różnych instrumentach – i po prostu dobrze się bawią. A ja razem z nimi.

Mruczanka ze Stacji Benzynowej

Sobotni wieczór. Podjeżdżam na stację benzynową. Akurat wszystkie dystrybutory z „właściwą stroną” są zajęte (opelek wlew paliwa ma na prawym boku). Czekam.

Podjeżdża pani, koło pięćdziesiątki, tleniony blond, futrzana kurtka, eleganckie i dość drogie auto. Ona też ma wlew po prawej. Staje za mną… Ale nie do końca. Trochę z tyłu, trochę z boku. Potem podjeżdża kawałek do przodu i czeka niemal równo ze mną. Widzę, że cały czas gada przez komórkę. Zwalnia się miejsce przy jednym z dystrybutorów i co? Jasne: pani rusza niemal z piskiem opon i pakuje się pierwsza.

Bardziej mnie to rozśmieszyło, niż zirytowało – OK., myślę sobie, pewnie pani się spieszy. Mnie się akurat nie spieszyło, więc niech tankuje pierwsza. Ale nie, pani nie tankuje. Samochód stoi przy dystrybutorze – a ona nie wysiada, tylko dalej gada przez telefon.

Po chwili zwalnia się drugie miejsce, ja podjeżdżam – widzę że pani gada dalej siedząc w aucie i twardo blokując dystrybutor (na szczęście kolejki już nie ma).

Otwieram wlew, leję ropę. Pani gada. Kończę lać, zamykam wlew. Pani gada. Idę do kasy zapłacić. Pani gada. Wychodzę, idę do samochodu – pani gada dalej, nie wysiadając z auta i blokując dystrybutor.

Tu już nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, nawet się z tym specjalnie nie kryjąc i jednoznacznie patrząc w jej stronę. No bo – myślę sobie – wciska się na chama, a teraz nie tankuje tylko siedzi i gada. Powiem szczerze – pomyślałem sobie „Głupia baba”.

I w tym momencie pani kończy rozmowę, wychodzi z samochodu, po czym uśmiecha się do mnie promiennie i wali tekst:

– Pewnie pan sobie pomyślał „Co za głupia baba”, zgadłam?

Padłem. Rozbroiła mnie kompletnie. Obśmiałem się, rzuciłem coś w stylu „JA tego nie powiedziałem”… – i odjechałem. Poprawiła mi humor na cały wieczór…

Jasełka – niejasełka

Zastanawiałem się, czy o tym pisać…

W ubiegłym roku w naszej parafii po raz pierwszy „wystawialiśmy” jasełka. Nowy (wtedy) proboszcz – przy wszystkich naszych „ale”, jakie do niego mamy – to dobry organizator i człek dynamiczny, który lubi jak w jego parafii „się dzieje”. Festyny, mecze („samorządowcy vs. reprezentacja parafii”), koncerty, przedstawienia. No i super.

No więc zrobiliśmy jasełka – nic super-specjalnego, prosty tekst, dzieciaki się nauczyły, był aniołki, pasterze, trzej Mędrcy ze Wschodu, był Herod i diabeł, była Maryja z Józefem i małym Jezuskiem (mały Jezusek był całkiem prawdziwy, miał cztery miesiące i wołali go „Agatka” ;-). Oprawa muzyczna była na poziomie (pani która prowadzi dzieciaki to zawodowy muzyk, jej mąż takoż, jeszcze paru się znalazło – lubię to poczucie, że z tą moją gitarą mam niewiele do roboty, bo są lepsi ode mnie – prawdziwi fachowcy). Jasełka się całej parafii wielce podobały.

No więc – prosta konsekwencja – w tym roku też je przygotujemy. Podział zadań jasny: my z rzeczoną Małgosią przygotowujemy scholę, panie katechetki (całe dwie) wynajdują odpowiedni tekst / scenariusz i rozdają dzieciakom role, tak żeby po świętach wszystko już było gotowe.

Jak powiedzieli, tak zrobili. W ubiegłą niedzielę panie katechetki rozdały dzieciom role, a Małgosi – żeby miała szerszą wizję całości przygotowując muzykę – przesłały mailem cały tekst.

I chwała Bogu.

Jak zobaczyłem ten tekst… Nie mówię o jego poziomie literackim, bo takowego nie posiadał. Ale treści…

Zaczyna się od tego, że Archanioł Gabriel czeka w niebie na aniołka, który miał coś tam załatwić na Ziemi, ale się spóźnia. Padają teksty w rodzaju „gdzie ta lebiega” (tak, to cytat). Okazuje się, że aniołek się spóźnił, bo… ukradł diabłu rogi. A jak wracał do nieba, to zahaczył pupą o wieżę kościoła, więc go ta pupa boli, co wymownie pokazuje (ha, ha, ha).

Potem jest jeszcze fajniej. Archanioł Gabriel robi aniołkowi wyrzuty, że pewnie lepiej by umiał latać, gdyby na lekcjach latania uważał, zamiast uganiać się za anielicami (?!).

Aniołowie, archaniołowie i inne postaci co i rusz łapią się za głowę krzycząc „O Boże!”

Diabeł częstuje swoje dzieci papierosami.

Kiedy pastuszkowie dowiadują się, że Herod ma złe zamiary, to wyciągają… czarne okulary i pistolety (!) oznajmiając, że od teraz będą „ochroniarzami” Pana Jezusa.

Diabeł w scenie kuszenia Heroda mówi do niego m.in. (cytuję) „debilu”, „durna pało”, „frajerze”.

Ot, takie parafialne jasełka. A to tylko najlepsze kwiatki, było tego więcej.

Córka Małgosi (dziewięciolatka) jak zobaczyła swoją rolę i te pistolety, to powiedziała że ona w takich jasełkach nie chce grać. Moje Potwory zareagowały podobnie.

Co robić?

Małgosia pisze maila do Głównej Pani Katechetki. Bardzo grzecznego, kulturalnego, z całym szacunkiem. Że czytaliśmy, że naszym zdaniem to nie pasuje, zwłaszcza że jasełka będą przedstawiane w kościele.

Pani Katechetka odpowiada zdziwiona, w klimacie „Ale o co chodzi?” i wysuwa ważki argument, że te jasełka były „wystawiane” gdzieś-tam w jej rodzinnej parafii i bardzo się podobały.

No więc ja piszę (mniej grzecznie niż Małgosia, ale z pełną kulturą), cytując co bardziej pikantne fragmenty (na czele z tymi „debilami”, „frajerami” i wyciąganiem pistoletów) i pytam czy Pani Katechetka jest zupełnie przekonana, że jest to tekst odpowiedni do wystawiania w kościele, dla małych dzieci.

Nie będę Wam opisywał całej przepychanki i mailowej dyskusji – my w końcu stwierdziliśmy, że do takich jasełek nie podejmujemy się przygotować oprawy muzycznej, Pani Katechetka się obraziła, ale w końcu stanęło na tym, że tekst zmieniamy.

Małgosia miała potem długą rozmowę z drugą panią katechetką (chyba rozsądniejszą), która przyznała że „nie wzięły pod uwagę, że maja w tym brać udział małe dzieci” (dobre i to), natomiast absolutnie nie była w stanie zrozumieć naszych zastrzeżeń co do samego tekstu. No bo to przecież takie wesołe, na pewno wszystkim by się spodobało…

Nie, no jasne. Podejrzewam że jakbyśmy w kościele urządzili taniec na rurze, to też wielu by się podobało – waliliby drzwiami i oknami.

***

Kocia Twarz – czy kobiety które są katechetkami (podobno zresztą zupełnie dobrymi!), mają jakieś wykształcenie, wiedzą o co w kościele (i w Kościele) chodzi, nie czują, że coś jest nie tak? Że wyciąganie pistoletów i mówienie o „debilach” i „durnych pałach” w kościele jest nieco nie na miejscu?

Czy aniołek łapiący się za tyłek i „uganiający się za anielicami” to naprawdę właściwy poziom poczucia humoru?

Czy może ja już się zestarzałem i jestem smętnym ponurakiem, który nie łapie tych perełek stylu?

 

Mruczanka z Chopinem

Tak, jak obiecałem – choć z lekkim opóźnieniem, relacja z Rodzinnej Wyprawy Do Kina…

Bilety do kina dostaliśmy w prezencie (i dobrze wiemy, że Mattkapolka maczała w tym palce…). Jak dają, trzeba brać, nieprawdaż?

Film, o którym Mattkapolka też pisała. „Latająca maszyna”.

Na początek: nie mamy chyba aż tak jednoznacznie pozytywnych wrażeń, jak Mattka, ale…

Film dzieli się w zasadzie na dwie części. I to druga część – ta „z aktorami” – nieco mniej przypadła nam do gustu. Heather Graham w ogóle nie jest moją ulubioną aktorką (…), a tu – jak stwierdziłem z przykrością – jej aktorstwo subtelnością środków wyrazu przypominało niestety bloczek betonu. Sama historia (wiecznie zajęta matka – businesswoman, nie mająca czasu dla swoich dzieci, nie słuchająca ich i nie widząca ich potrzeb, a potem przechodząca „cudowną przemianę” pod wpływem muzyki Chopina i magicznej podróży…) to schemat na schemacie, wizja znana ze stu tysięcy filmów familijnych. Wplecione w to wszystko opowieści o życiu Chopina sprawiają wrażenie „przyszytych na siłę” i natrętnie dydaktycznych. W dodatku cała ta druga część jest po prostu nieco za długa – jedyne co ją ratuje, to muzyka. Chopin. I Lang Lang przy fortepianie…

Ale to wszystko pikuś (Pan Pikuś!), bo pierwsze pół godziny „Latającej maszyny” to rzecz naprawdę niezwykła.

Animowany film – zresztą twórców oscarowego „Piotrusia i wilka” – opowiadający historię dziewczynki, która na latającym fortepianie wyrusza na poszukiwania swojego ojca. Nie będę Wam opowiadał całej fabuły – naprawdę warto zobaczyć to na własne oczy, więc nie chcę Wam psuć przyjemności.

Powiem tylko tyle:

Przez te pół godziny filmu nie pada ani jedno słowo. Całą historię opowiada obraz (wizja plastyczna jest tak poruszająca, tak prawdziwa i baśniowa zarazem, że można się w niej kompletnie zagubić…) – i muzyka. Muzyka Chopina grana przez Lang Langa.

Tu uwaga: gdybyście chcieli zobaczyć, poczuć nastrój – nie szukajcie na YouTube. Mimo dłuższych poszukiwań znalazłem tam tylko oficjalne trailery – fragmenty tej pięknej animacji z podkładem w postaci piosenki, która w oryginale towarzyszy tylko końcowym napisom.

A całe piękno, cała porywająca wizja tego filmu to właśnie zestawienie tej niezwykłej, magicznej opowieści z muzyką Chopina. Żadnych głosów, żadnej perkusji, żadnych bitów i elektryki – po prostu fortepian w wersji unplugged.

I uwierzcie mi – nic więcej nie trzeba. Siedzieliśmy wszyscy jak zaczarowani – nawet trzyipółletni Pucek (komicznie wyglądający w wielkich okularach 3D) gapił się w ekran z otwartą paszczą i słuchał tak, że aż mu uszy wachlowały.

Latający fortepian i muzyka Chopina w genialnym wykonaniu – czego chcieć więcej?…

Mimo zastrzeżeń co do drugiej części – zdecydowanie kategoria „Puchatek poleca”. 

Mruczanka (nie bardzo) Patriotyczna

W kinie Puchatki były w sobotę, całą rodziną, no po prostu wydarzenie sezonu. Ale o tym w następnej notce, bo dziś musi być o czymś innym. Musi. („…inaczej się udusi”).

11. listopada. I wszystko to, co się działo w Warszawie. To znaczy: co się działo, wie każdy kto gazety czyta czy TV ogląda (albo śledzi newsy w Internecie). Puchatek natomiast musi się w paru słowach wygadać, bo go rozniesie.

Cała Polska (ta dziennikarsko-internetowo-blogowo-polityczna) podzielona.

Z jednej stroni „patrioci”, chcący manifestować swoje przywiązanie to Ojczyzny, oburzeni na wstrętne lewactwo, które prowokowało burdy i nie dało przejść legalnej manifestacji.

Z drugiej – przeciwnicy faszyzmu, oburzeni że w XXI w. po ulicach chodzą ludzie jawnie odwołujący się do ideologii faszystowskiej i tak dalej.

I te dyskusje w Internecie… I te – z obu stron – natchnione argumenty… I te – także z obu stron – objawy chamstwa, agresji, wulgarności.

I co ma zrobić, powiedzcie, ktoś kto nie odnajduje się po żadnej z tych stron? Kogo nie bawi taki patriotyzm na pokaz przykrywający zwykłe draństwo – ani antyfaszyzm na pokaz, absolutnie nietolerancyjny wobec każdego, kto myśli inaczej?

Spróbujcie mnie zrozumieć: jeden mój dziadek był legionistą Piłsudskiego, walczył w wojnie 1920 r., Lwów zdobywał. W naszej rodzinie zawsze ten 11. listopada był ważną datą. Drugi mój dziadek był Żydem, który cudem uratował się z Holokaustu, a cała jego rodzina (podobnie jak cała rodzina babci) zginęła w Auschwitz. Więc kwestie protestu przeciwko faszyzmowi też dobrze łapię.

No i co?

Kto choć trochę uczył się historii i wie czym przed wojną była ONR, powinien dobrze się zastanowić, czy na pewno ludzie którzy dziś uważają się za jej spadkobierców to towarzystwo, w którym chce się świętować. Program przedwojennej ONR – nadal widoczny na stronach internetowych „dzisiejszej” ONR – jak widać nie jest przez tych ludzi uznawany za „błędy przeszłości”, tylko akceptowany.

Combat 88 i inni jawni faszyści – którzy na czas Marszu grzecznie milkną i „tylko” idą i demonstrują… To patrioci? W czym się ich patriotyzm wyraża – w „hailowaniu”, kiedy akurat dziennikarze nie widzą? W powoływaniu się na ideologię, w imię której wymordowano kilka milionów Polaków? Na takich „patriotach” koledzy mojego dziadka z AK wykonywali wyroki w imieniu Państwa Podziemnego…

Kibole, z twarzami zawiniętymi szalikami, dla których „Żydzi i pedały” są takim samym wrogiem, jak policja, którzy rzucają kamieniami i podpalają wozy transmisyjne – to patrioci? Wolne żarty…

Nie, to nie moja bajka. Z takimi ludźmi nie pójdę ramię w ramię – choćby w imię najszlachetniejszych haseł… Bo to tylko hasła.

Ale druga strona?… Mój Boże… W dużej części NAPRAWDĘ durne lewactwo, dla którego „faszyzmem” jest każda postawa choć odrobinę bardziej na prawo od ich przekonań.

Ludzie którzy oburzają się (słusznie) na to, że w marszu idą faszyści – a sami przynoszą flagi z sierpem i młotem albo inne symbole równie zbrodniczej i podłej ideologii.

Anarchiści, którzy gdyby mogli rozwaliliby wszystko dookoła w imię swoich chorych idei.

Jawni bolszewicy, którzy w imię „walki z faszyzmem” wysadziliby pół świata, a potem wzięli się za drugie pół w imię równości i sprawiedliwości społecznej.

Obie strony są siebie warte. Obie są równie przekonane o wielkości swojej misji. Obie uważają za kanalię każdego, kto myśli inaczej.

Oglądam teraz jakieś programy w telewizji, dyskusje – z jednej pani Szczuka, z drugiej pan Terlikowski… Kurczę, czy oni sami nie słyszą tego, że nawet argumenty którymi się usprawiedliwiają są dokładnie takie same?

Pan Terlikowski – że te bandy kiboli to tylko chuligańskie wybryki, że przecież większość uczestników marszu szła spokojnie, a media tylko na tych chuliganach się skupiały. I słowa o tym, że tych chuliganów – bandytów, nazywajmy rzeczy po imieniu! – organizatorzy marszu sami na ten marsz zaprosili!

A pani Szczuka – że niemieccy anarchiści którzy zaatakowali grupę rekonstrukcyjną i inni tego typu – to tylko chuligańskie wybryki… I tak dalej, jak wyżej. I też ani słowa o tym, ze organizatorzy blokady sami tych Niemców i innych anarchistów zaprosili.

I ta obrzydliwa licytacja, kto bardziej nabroił, to więcej kamieni rzucił. I jednego słowa typu „głupio wyszło”, i nawet najgłupszego „przepraszamy”. Nie, to oni są winni. No i oczywiście media, wstrętne, że „jednostronnie pokazywały”.

A media też nielepsze. Z jednej – różne „Gazety Polskie” i inne „Nasze Dzienniki”, dowodzące że spokojni jak baranki uczestnicy marszu zostali zaatakowani przez dzikie hordy agresywnych lewaków.

Z drugiej strony – „Wyborcza”, która dowodzi że agresywni byli w zasadzie tylko uczestnicy marszu, a po stronie blokady był spokój, porządek i tylko kilka „incydentów”.

A g… prawa. Obie strony były – są – siebie warte.

Hej słyszycie mnie? Jesteście TACY SAMI. Szkoda tylko, że musicie to sobie nawzajem okazywać akurat w Taki dzień.

 

Mruczanka Z Cmentarza

– Ale ta ciocia X to sobie wybrała czas na umarcie…

– No mówię ci, kochana, korki były jak jasna cholera!

– Felek? Ten co miał tego kota dużego? Żyje, żyje. Złego licho nie weźnie. 

– Patrz, ile tych świeczek naćkała, cały pomnik zastawiony!

– Sztuczne! Jasne, że sztuczne. Kto by żywe kładł? Opadną zaraz i chuj z tego będzie.

– Papieroska?

– Ale w tym roku to słoneczko, ciepełko… A rok temu wieczorem to było zimno jak skurwysyn!

– A się wystroiła, ta X…owa! Kozaczki jakie! Myślały kto, że nie wiadomo co!

– Patrz no, ile tych liści napierdoliło!

– Jak to można taki grób zrobić? Płyta sama, bez pomnika? Babcia zmarła, to pożałowali..

– Kto by pomyślał rok temu, że on też się przekręci…

– A i księdzu zapłać, a nagrobek najmarniej sześc tysięcy, a ławeczkę postawić, a gdzie pieniądze na stypę? Dziś żeby umierać to trzeba spać na forsie!

– Patryk, gdzie biegasz do cholery, gówniarzu! Tu cmentarz jest, tu się kurwa zachowywać trzeba!

– Uważaj pani trochę, po co się taj pchać?!

– Ale te znicze tu, cholera drogie! Jak u Żyda!

– Halo, ciocia? No, właśnie jestem na cmentarzu… No, palą się jeszcze… A u Cioci co słychać?…

(Wszystkie komentarze usłyszane na trzech różnych cmentarzach, 1. i 2. listopada bieżącego roku. Cytowane dosłownie, z wyjątkiem nazwisk. Pisownia odpowiada oryginalnym wypowiedziom).

„Koncepcję cmentarza jako przestrzeni nienaruszalnej i świętej przejęło wczesne chrześcijaństwo z tradycji rzymskiej (…)” (Za Wikipedią)

„Miejscem świętym (locus sacer) nazywamy miejsce, przez konsekrację lub poświęcenie, według przepisów ksiąg liturgicznych przeznaczone na wykonywanie kultu religijnego lub chowanie zmarłych wiernych” (Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r.)

A nad jednym grobem stała sobie mała dziewczynka w granatowym płaszczyku, w żółtawym berecie. Trzymała w ręku kwiatek – nie chryzantemę, ale jakąś taką małą różyczkę i… płakała. Odchodząc rzuciłem okiem na grób:

Zuzanna X…, żyła lat 86, zmarła 24.10.2011.

Pewnie babcia.

Jakoś mi ta scena wróciła wiarę w ludzi. 

Mruczanka Na Bieżąco

Jak to jest, Kocia Twarz, że różne wydarzenia wymagające jakichś inwestycji finansowych dzieją się zawsze właśnie wtedy, kiedy nie ma na nie pieniędzy?

I, oczywiście, na raz?

Siedzi Puchatek na dole, coś sprząta, M. na górze kąpie Pucka (czy raczej – towarzyszy w kąpieli, siedząc sobie na brzegu wanny, bo spróbujcie powiedzieć trzylatkowi, że jest za mały, żeby sam się umyć…). Pietruszka szykuje się do kąpieli. I nagle… Puchatka wołają, a ton głosu wyraźnie sugeruje,że „coś się stało”.

Ano stało. Nie da się wyjść z łazienki. Klamka „się naciska” normalnie, ale zamek jak najbardziej trzyma.

Możliwości jest zawsze kilka: sprężynka w zamku pękła / spadła / obluzowała się, pękł ten poprzeczny kawałek metalu który przesuwa język zamka, pękło cokolwiek-bądź-innego… Banał. Trzeba wyjąć zamek, rozkręcić, sprawdzić, a potem w zależności od efektów sprawdzenia albo naprawić, albo wymienić.

Jest tylko jeden problem: jedyna płaszczyzna z której można wymontować zamek to ta, która właśnie przylega do framugi. Innymi słowy: żeby wymontować zamek, trzeba otworzyć drzwi. Ale zamek trzeba wymontować właśnie dlatego, że nie można tych drzwi otworzyć. Podręcznikowa ilustracja pojęcia „sytuacja bez wyjścia” (niestety, także dosłownie).

Szczegółów operacji Wam oszczędzę. W dużym skrócie: Puchatek zmuszony były wejść do łazienki przez to małe okienko w górnej części drzwi (po uprzednim usunięciu z niego szyby…), co okazało się średnio trudne, a potem przez to samo okienko wyekspediować na zewnątrz Pucka (bułka z masłem), Pietruszkę (trochę większa bułka, ale za to długa i chuda) oraz Ukochaną Małżonkę, co już było nieco większym wyzwaniem, ale okazało się wykonalne.

A potem, w braku jakichkolwiek innych możliwości (bo bez otwarcia drzwi nie da się… i tak dalej) Puchatek zmuszony był otworzyć drzwi „na rympał”.

I doszedł do wniosku, że albo w Ameryce mają jakieś cieńsze drzwi, albo sceny z popularnych filmów sensacyjnych w których Pan Policjant uderza barkiem, a drzwi stają otworem – to kit, bajka i ściema. Nie stają (choć Puchatek nie należy raczej do osób drobnych, lekkich i chudych), za to bark potem boli.

Dzięki czemu – jakby to brutalnie nie zabrzmiało – miał Puchatek niepowtarzalną (…miejmy nadzieję…) okazję to zrobienia czegoś, o czym jego jaskiniowa podświadomość zawsze marzyła. A mianowicie do otwarcie drzwi „z kopa”. Kopa, dodajmy, precyzyjnie wymierzonego w uszkodzony zamek, tuż pod klamką.

Zadziałało. Kawałki zamka zbierał potem Puchatek w promieniu kilku metrów od łazienki (ech, te peerelowskie drzwi z płyty paździerzowej czy innego badziewia…).

Potem pozostało już tylko poskładać to wszystko to tak zwanej kupy, zamontować z powrotem, i drzwi nawet z grubsza się zamykają. Co nie zmienia faktu, że – jakby to delikatnie powiedzieć… – w kilku miejscach widać, że były otwierane par force. A nowe drzwi… w obecnej sytuacji finansowej… No właśnie.

A w dodatku – co nie ma nic wspólnego z drzwiami, ale ma dużo z obecną sytuacja finansową – zepsuł się ekspres do kawy. Pan w serwisie obejrzał, pokiwał głową i uczciwie powiedział, że taniej wyjdzie kupić nowy.

Ha, ha, ha, zaśmiała się hrabina po francusku, bo ten język znała najlepiej.

***

Pucek siedzi na dywanie i bawi się z koleżanką Marianną, lat cztery (czyli o rok starszą – ale gabarytowo są w jednej kategorii wagowej). Nagle Pucek – bardzo charakterystycznym tonem, sugerującym że stało się Coś Niestosownego – mówi:

– Pseplasam!

– O, a kto puścił bąka? – pyta z zainteresowaniem koleżanka Marianna.

– No pseciez ty! – odpowiada ze zdziwieniem młody gentleman.

Kurtyna.