W piątek, trzynastego…

– Dziś piątek, trzynastego, a ja mam egzamin! – marudzi Pietruszka (chodzi o egzamin półroczny w szkole muzycznej).

– No i co, że piątek trzynastego? – odpowiadam pedagogicznie. – Chyba nie wierzysz w pechowe dni i tym podobne dyrdymały?

– Nie, ale jestem Polakiem, więc czasami muszę sobie ponarzekać – odpowiada dwunastoletnie dziecię z kamiennym spokojem.

Rozwalił mnie.

O Tym, że Szewc Bez Butów…

Trzy tygodnie temu. Telefon. „Dzień dobry, nazywam się Kleofas Pipsztycki, dzwonię ze Szkoły Szybkiego Uczenia Się i Pamięci ‚Mały Sklerotyk’, czy mówię z panem Puchatkiem Puchatkowskim?” (wszystko to, rzecz prosta, na jednym oddechu z typową telemarketerską manierą pt. „Jeszcze nie wiesz, jak bardzo możemy cię uszczęśliwić”).

Potwierdzam, po czym słyszę jednym tchem opowiedzianą historię o tym, że przedstawiciele „Szkoły szybkiego…” etc. byli w czerwcu w szkole Potworów, prowadzili „takie zajęcia informacyjne” i że „…pańskie dzieci były zainteresowane, więc zostawiły telefon do pana, więc dzwonimy żeby zapytać, czy byłby pan zainteresowany zajęciami dla swoich dzieci…”.

Nie, nie byłbym. „A można zapytać, dlaczego?”.

A można, odpowiadam. Po pierwsze dlatego, że moje dzieci mają już bardzo dużo zajęć pozalekcyjnych i dodawanie im jeszcze jednego nie byłoby dobrym pomysłem. Po drugie dlatego, że nie wydaje mi się żeby zajęcia z szybkiego uczenia się były im bardzo potrzebne – oboje uczą się doskonale, pamięć mają świetną. Po trzecie dlatego, że nie podoba mi się fakt, że organizujecie państwo w szkole zajęcia na których wyciągacie od dzieci telefony ich rodziców nie pytając najpierw tych rodziców o zgodę. Wie pan, ustawa o ochronie danych osobowych i tak dalej… Z tego co wiem, osoba nieletnia nie może dysponować… Po czwarte wreszcie dlatego, że nie do końca wierzę w efekty takich genialnych kursów (nie licząc, oczywiście, efektu nabijania kabzy prowadzącym – ale to już, jako człek z grubsza kulturalny, pozwalam sobie zostawić w podtekście).

„Ale czy pan wie, jak funkcjonuje ludzki umysł i jak można poprawić sposoby uczenia się?” – pyta wyuczonym tonem pan Pipsztycki, udając że nie usłyszał pierwszych trzech punktów.

Otóż właśnie wiem, odpowiadam. Jestem psychologiem z wykształcenia i akurat wiem to dość dobrze.

Na tym rozmowa się kończy.

Dzisiaj. Dzwoni telefon. „Dzień dobry, nazywam się Kleofas Pipsztycki…” – i dalej jak za pierwszym razem.

Przerywam w połowie, informując pana P., że przecież już do mnie dzwonił.

„Doprawdy?” – dziwi się. „Musiałem… ZAPOMNIEĆ”.

Kurtyna.

And Bingo Was His Name…

Potwory Starsze wymyśliły, że chcą obejrzeć „Władcę Pierścieni”. Postawiłem warunek, że dopiero jak przeczytają – a co w końcu, kurczę blade (że zacytuję klasykę).

No więc (nie zaczyna się zdania od „no więc”) pierwszy tom już przeczytali. Niedzielne popołudnie, Pucek u koleżanki, Starsze Potwory zasiadają przed ekranem. Piłka trzyma w ręku pudełko od (pożyczonej) płyty z filmem. Ogląda, ogląda – i pyta:

– Tato,  a reżyser tego filmu ma na nazwisko Dekada?

– Nie – odpowiadam odruchowo. – Reżyser nazywa się Peter Jackson. A dlaczego „Dekada”?

– No bo tu jest napisane, o, popatrz: „JEDEN Z NAJLEPSZYCH FILMÓW DEKADY”…

Co To Jest: Niby Jest, a Nie Ma?

No i znowu tak samo (który to już raz?): jakieś pieniądze „wiszą” bo powinny już przyjść, ale jeszcze ich nie ma, bo tak. Inne będą, a jakże, będą – ale za miesiąc. Mniej więcej (pewnie więcej, niż mniej).

Czyli niby pieniądze są (bo zarobione, podpisane…) – ale fizycznie ich nie ma. Poziom konta niebezpiecznie zbliża się do punktu w którym, gdyby chodziło o paliwo, zapaliłaby się już lampka informująca o „rezerwie”. Tyle, że jak bak jest pusty, to się nie pojedzie – a na koncie można zrobić debet. Na szczęście (?). I już zaraz ten debet będzie – bo wiszą jakieś rachunki do zapłacenia, bo to trzeba kupić, bo tamto. Tak, jasne – za miesiąc – półtora przyjdą pieniądze. Przyjdą, bo zawsze przychodzą. Tyle, że wtedy połowa z nich będzie już „wydana”.

Sytuacja byłaby prostsza, gdyby nie mały remoncik, który (choć mały) trochę kosztował. Ale remoncik trzeba było zrobić, bo planowany był od dawna, a podjęty głównie w celu obniżenia (miejmy nadzieję – istotnego) rachunków za ogrzewanie.

No, ale rachunki za ogrzewanie będą niższe za dwa – trzy miesiące, a „rezerwa” pali się już teraz. Kolejny, cholera cienki miesiąc – mimo że, jako rzekłem, pieniądze niby są. Tyle, że ich nie ma.

Męczące.

Wieści z Frontu

Jest nieźle. Leczenie działa: poprawa jest tak ewidentna, że widać ją gołym okiem. Co było mocno czerwone – jest bladoróżowe, prawie niewidoczne; co było różowe – zniknęło; „grudki” zanikły, znikł związany z nowotworem stan zapalny pod skórą, więc ustąpiły też wszystkie dolegliwości. Dziś Pani Doktor kazała zrobić ponowne USG węzłów chłonnych, które miesiąc temu były powiększone – dziś są czyściutkie i nie powiększone ani trochę.

– To znaczy, że jeszcze sobie pożyję… – stwierdziła M. filozoficznie.

– Wszystko na to wskazuje – zgodziła się pogodnie lekarka robiąca USG.

I tego się trzymajmy.

Wspomnienie o Dobrym i Mądrym Człowieku

Mam takie wspomnienie dotyczące Tadeusza Mazowieckiego…

1989 r., wigilia Bożego Narodzenia, pasterka w mojej rodzinnej parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Tłum ludzi, jak to na pasterce. Msza się kończy, proboszcz – także już nieżyjący o. Mirosław Paciuszkiewicz SI – jak zwykle składa parafianom życzenia świąteczne. To szczególny moment, pierwsze Boże Narodzenie po przełomie, wszyscy wciąż jeszcze mają poczucie wielkości chwili, historyczności wydarzeń…

I nagle o. Paciuszkiewicz dodaje:

– Kochani, właśnie przed chwilą dowiedziałem się, że jest z nami na mszy pan premier Tadeusz Mazowiecki, którego chciałbym z wielką radością powitać w naszej wspólnocie!

Ludzie zaczynają się nerwowo rozglądać: gdzie, gdzie stoi? Ktoś obok mnie szeptem mówi, że dwie ulice od kościoła na Rakowieckiej mieszka syn Mazowieckiego, że pewnie był na wigilii u syna…

A proboszcz składa mu życzenia świąteczne w imieniu całej parafii, po czym dodaje (cytując z pamięci, z głowy cały fragment „Kwiatów Polskich”):

– Brzmią mi dziś w uszach słowa Juliana Tuwima:

Chmury nad nami rozpal w łunę,

Uderz nam w serca złotym dzwonem,

Otwórz nam Polskę, jak piorunem

Otwierasz niebo zachmurzone.

Daj nam uprzątnąć dom ojczysty

Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych

Jak z grzechów naszych, win przeklętych.

Niech będzie biedny, ale czysty

Nasz dom z cmentarza podźwignięty.

Ziemi, gdy z martwych się obudzi

I brzask wolności ją ozłoci,

Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,

Mocnych w mądrości i dobroci.

– I wierzę, Panie Premierze, że oto dziś, po tylu latach, dobry Bóg wysłuchał tej modlitwy Poety – dodaje. – Że mamy dziś rządy mądrych, dobrych ludzi.

Wierzcie albo nie, ale pół kościoła miało łzy w oczach.

*

Przez te dwadzieścia z górą lat od 1989 r. prawie zawsze idąc na wybory prezydenckie miałem poczucie, że głosuję „przeciw”. Że głosuję na X, choć wcale nie jestem do niego przekonany, żeby prezydentem nie został Y.

Jeden, tylko jeden raz głosowałem naprawdę „za”, naprawdę z pełnym przekonaniem że chciałbym, aby ten właśnie człowiek został prezydentem mojej ojczyzny. Jeden raz: w 1990 r., w pierwszej turze, kiedy głosowałem na Tadeusza Mazowieckiego.

Blackout 2, czyli Komedia Omyłek

Jestem zmęczony. Zmęczenie objawia się kolejnymi zaćmieniami umysłu…

Wracaliśmy z M. z Warszawy – w środę, po chemii (tak, zaczęliśmy kolejny cykl). Kiedy M. leżała sobie pod kroplówką (z książką i herbatką), ja wpadłem na chwilę do ojca. Pogadaliśmy, kawkę wypili – i pojechałem z powrotem do szpitala, zabrałem M. i ruszyliśmy do domu.

Jeszcze przed wjazdem na obwodnicę zjechaliśmy na stację benzynową. Zatankowałem, sięgam do kieszeni kurtki (prawa, wewnętrzna) i… kieszeń jest pusta.

Całkiem pusta. Pusta na sto procent.

A nie powinna. Bo jeszcze godzinę wcześniej była w niej skórzana „okładka”, a w niej – dokumenty, karty do bankomatu, prawo jazdy, dowód rejestracyjny… Wszystko. Była saszetka – nie ma saszetki.

Im bardziej jej szukałem, tym bardziej jej nie było.

Za paliwo M. zapłaciła swoją kartą, ale co z resztą? Jak tu jechać do domu? Bez prawa jazdy, bez dowodu rejestracyjnego i ubezpieczenia? M. miała przynajmniej prawo jazdy – ale po chemii średnio nadawała się do siadania za kierownicę.

No i – co teraz? Nowy dowód, nowe prawo jazdy, nowe dokumenty samochodowe? Ile to kosztuje, to już nie wspomnę, ale ile czasu i biegania?

A jak już o kosztach – to przecież trzeba dzwonić do banków (w sumie trzech) i zastrzec karty, bo NAJPRAWDOPODOBNIEJ ktoś tę saszetkę ukradł…

No, kanał po prostu.

Co robimy? Ano cóż – ruszyliśmy do domu z nadzieją, że nas policja akurat do kontroli nie zatrzyma. Pędziliśmy autostradą w stronę G. Ja – wkurzony, M. – zmęczona i też zaniepokojona sytuacją.

Myślałem, myślałem… I wychodziło mi, że ten hipotetyczny złodziej po prostu NIE MIAŁ KIEDY mnie obrobić. Po mieście jeździłem autem, w żadnym tłoku nie byłem, na ulicy nikt na mnie nie wpadł… Impossible.

– Wiesz co? – powiedziałem do M. – Weź Ty tę moją kurtkę i przejrzyj jeszcze raz kieszenie. WSZYSTKIE kieszenie. Może w jakimś zaćmieniu schowałem dokumenty gdzieś indziej? (Oczywiście, że przeszukałem wcześniej wszystkie kieszenie – ale wiecie jak to jest: ktoś inny szuka i znajduje…).

No więc M. sięgnęła na tylne siedzenie i zaczęła przeglądać kieszenie. Pierwsza kieszeń, druga, trzecia…

– A co to jest? – zapytała w pewnym momencie moja Żona ze szczerym zdziwieniem, wyciągając z jednej z kieszeni Dziwny Przedmiot.

– To? – wybałuszyłem oczy (a w zasadzie jedno oko, bo drugim musiałem jednak obserwować drogę, co przy prędkości autostradowej bywa pomocne). – To jest kluczyk do samochodu!

– Widzę – odparła M. – Ale nie nasz.

– No jasne, że nie nasz – odpowiedziałem z pełnym poczuciem absurdalności sytuacji. – Przecież nasz jest w stacyjce. Poza tym to jest kluczyk od Hyundaia…

– Wygląda na to, że to nie jest twoja kurtka, kochanie… – skonkludowała M. po kilku chwilach zdziwionej ciszy.

– Najwyraźniej – potwierdziłem. – Ale czyja? – dodałem rozpaczliwie, uświadamiając sobie, że jedynym miejscem w którym mogłem tego dnia zamienić kurtki była szpitalna szatnia.

– Wygląda na to, że ktoś ma identyczną kurtkę jak twoja – kontynuowała M. – Ten sam fason, kolor, te same kieszenie, nawet ten sam rozmiar. Tyle, że jeździ Hyundaiem.

Hyundai! Słowo–klucz. Szpital nie był jedynym miejscem, gdzie mogłem zamienić kurtki. Kto jeździ Hyundaiem? Tatuś mój rodzony, rzecz prosta.

Wyszedłem od ojca w jego kurtce. Identycznej jak moja – obie kupiła kiedyś ciotka, jedną dla niego, drugą dla mnie.

M.. zadzwoniła i krztusząc się ze śmiechu powiedziała swojemu ulubionemu teściowi, że jednak ma w domu moje dokumenty. A my właśnie wieziemy do G. jego kluczyk do auta…

Blackout, czyl Chwilowe Zaćmienie Umysłowe

– Tych cegiełek starczy dotąd – powiedział pan Wiesław, fachowiec–remontowiec jakich mało. – Ale mnie się wydaje, że lepiej byłoby skończyć ten murek rządek niżej, o, tutaj – pokazał. – Jak pan woli?

Zastanowiłem się chwilę. – Też mi się wydaje, że dotąd będzie lepiej – odparłem. – Ale wolałbym, żeby jeszcze moja żona na to spojrzała, ona ma lepsze wyczucie… Ale ona wróci dopiero za pół godziny. Wiem, że panom się spieszy, ale… Ten murek będziecie stawiali od dołu?

(Tu chwila ciszy na wybrzmienie…).

Pan Wiesław popatrzył na mnie z lekko pochyloną głową. – No, wie pan… – powiedział z kamienną powagą, unosząc jedną brew. – Od góry to się raczej nie da…

Śmialiśmy się z tego jeszcze kilka godzin później.