Mruczanka z Początkiem Lipca

Lipiec… Wakacje, wyjazdy, podróże, wyprawy…

A guzik z pętelką. Nie w tym roku. W tym roku lipiec domowo-zapracowany.

M. już od jutra zaczyna ostatnią sesję swojego kursu. Czyli od poniedziałku do piątku wychodzi o pierwszej, wraca koło dziesiątej. A w soboty wychodzi przed ósmą i wraca wieczorem.

Puchatek siłą rzeczy przed południem ostro pracuje, a po południu siedzi z Potworami. Co – poza umacnianiem więzi rodzinnych 😉 – ma taki plus, że przez pół dnia nie będzie musiał (…a nawet mógł…) pisać. Może mu ręce odpoczną trochę…

Z dodatkowych atrakcji lipcowych:

– W czasie kursu będzie u Puchatków mieszkała jedna kursowa koleżanka M., bodaj z Poznania.

– A na dodatek jutro przed południem po czterech latach wraca z Drugiego Końca Świata puchatkowy Teść, czyli Osobisty Tata M. Który (dla odmiany) przynajmniej przez trzy-cztery dni będzie mieszkał u Puchatków, bo jego mieszkanie jest wynajete, a lokatorzy wyprowadzają się dopiero 3 lipca…

Czyli – jakby nie brać – będzie wesoło.

Druga połowa lipca – robota na 150 proc., bo trzeba będzie nadrobić. Pierwsza połowa sierpnia – wreszcie jakieś małe (małe…) wakacje.

***

Pewnego Dnia Pod Koniec Czerwca:

Poranek w sypialni Puchatków. Oba Potwory przewalają sie w Puchatkowym łóżku. Piłeczka:

– Chcę juz iść na dół. Mamo, chodźmy na dół. Możemy już iść na dół? (etc.).

Pietruszka (pouczającym tonem Starszego Brata, na jednym oddechu):

– Piłka, nie możemy jeszcze iść na dół, bo jeszcze się nie ubraliśmy, nie umyliśmy zębów, a poza tym nie złożyliście mi jeszcze życzeń, bo przecież dziś są moje imieniny.

Puchatki:

– ….. 😀

Kurtyna opada łapiąc sie za głowę.

Mruczanka Dzień Przed

Jutro Potwory lądują na całe popołudnie u Cioci (tak, tej samej, tej od Peugeota…). A Puchatki idą sobie… gdzieś. Jeszcze nie wiedzą, gdzie, ale na pewno jakaś romantyczna obiadokolacja będzie w planach (zapewne po włosku, bo oba Puchatki są entuzjastycznie nastawione do dobrej pizzy…).

„Potem kino, kawiarnia i spacer”… No, zobaczymy jak z tym kinem, ale spacer na pewno. Czyli romantyczna randka we dwoje 🙂

Bo jutro mija osiem lat od Pamiętnego Dnia. Osiem lat! Aż trudno uwierzyć…. 🙂

***

A tak przy okazji: czy wiecie, co jeszcze obchodzone jest 19 czerwca?

Urodziny Garfielda! Naprawdę. Możecie zobaczyć – konsekwentnie, co roku, od kilku dni już się o tym wspomina, a 19 Garfield obchodzi urodziny.

Zobaczcie TUTAJ – za każdym razem, kiedy klikacie na ten link, wchodzicie na AKTUALNY, dzisiejszy pasek autosrtwa Jima Davisa.

I Garfield ostatnio też jest na diecie… Cóż za zbieg okoliczności, nieprawdaż? 😉

Mruczanka Zmotoryzowana

W sobotę pojechał Puchatk do… Gdańska. Cztery godziny w pociągu Intercity, trzy godziny na miejscu, cztery godziny z powrotem.

W ciągu trzech godzin w Gdańsku obejrzał Puchatek Peugeocika, pojeździł nim, przeszedł się po starówce, zjadł najohydniejszą pizzę w życiu.

A, i jeszcze zapłacił panu od Peugeocika zaliczkę.

W związku z czem w środę (tak, tak, trzynastego…) wsiadł Puchatek ponownie w pociag do Gdańska, lekko spanikowany faktem wożenia w plecaku Dużej Sumy Pieniędzy.

Na szcześćie nikt puchatkowego wyświechtanego plecaczka o Dużą Sumę nie podejrzewał, w związku z czem dojechał Puchatek szczęśliwie i w jednym kawałku. Zresztą w towarzystwie Cioci, czyli Sponsora Całej Imprezy.

W Gdańsku Puchatek zapłacił, umowęp odpisał, odebrał kluczyki i Peugeocika z peeeełnym bakiem. I ruszył w towarzystwie Cioci w kierunku Stolicy.

Gdańsk – Warszawa – MIasto G.

Dokładnie 400 kilometrów. Już przed północą Puchatek był w domu, wymęczony, ale…

:-))))

Zadowolony takoż. No bo to inna jazda jednak, niż Matizkiem.

A zatem nowy Puchatkowóz prezentuje się następująco:

Silnik 2.0 HDi (DWA LITRY TURBO DIESEL – no, tego się po prostu nie da napisać małymi literami ;-). Ciągnie jak smok, a pali w trasie 6 litrów na sto.

Cztery poduszki powietrzne. ABS. System kontroli trakcji. I parę innych bajerów. 🙂

A, i jeszcze – przebój sezonu – klimatyzacja 😀 – do małej naprawy (uzupełnić wymiennik i naprawić jeden wiatraczek). Na letnią wyprawę z Potworami – w sam raz :-).

M. sie trochę boi na razie, bo po Matizku Peugeocik sprawia wrażenie ciężarówki 🙂

A wygląda tak:

(To nie ten, nie chciało mi się robić zdjeć, złapałem jakieś z sieci).

Mrrrrrrrrrrrrrr… 🙂

Mruczanka Filozoficzno-Egzystencjalna

„Cóż masz, czego byś nie otrzymał”, mówi Pismo, a poeci za Pismem chórem powtarzają.

Zdanie często nadużywane, ale jego prawdziwość uświadamia sobie człowiek w konkretnych sytuacjach.

Puchatkowy Ojciec jest człowiekiem, który wszystko, co w życiu ma, osiągnął własną, ciężką pracą. Mieszkanie (niezgorsze), samochód, przyzwoity status materialny etc. – wszystko to osiagnął w zasadzie po pięćdziedziesiątym roku życia. Bo przedtem był PRL, bo więcej czasu poświęcał (ojciec, znaczy się) na „konspirę” niż na zarabianie pieniędzy, bo był zbyt przyzwoitym człowiekiem, żeby kraść i kombinować… Bo jego rodzice – czyli puchatkowi dziadkowie – przed wojną ludzie dosyć majętni, po wojnie nie mieli nic.

„Własną ciężką pracą”… Puchatek stwierdza, że o sobie tego powiedzieć nie może.

Nie znaczy to, że wszystko w życiu Puchatek na tacy otrzymał – o, nie. Na co dzień Puchatek pracuje ciężko, żeby to normalne, codzienne życie sobie i rodzinie umożliwić.

Ale od czasu do czasu – i to zawsze w momentach najmniej oczekiwanych – zjawia się w puchatkowym życiu jakiś Dobry Anioł, który ni z tego, ni z owego daje Puchatkowi coś, co poza to „codzienne życie” wykracza. Ot, tak. Za darmo.

Kiedy Puchatek i M. zaczęli na poważnie planować ślub, dowiedzieli się, że Puchatkowa Mama postanowiła dać im „w prezencie” swoje mieszkanie. Nie po śmierci, nie w spadku – ale teraz.

Fakt, Puchatkowa Mama mieszkania nie potrzebowała, bo razem z mężem (drugim) mieszka gdzie indziej i – jak wiekszość ludzi – w dwóch mieszkaniach na raz mieszkać nie umie.

Ale przecież Puchatkowa Mama mogła mieszkanie po prostu sprzedać – i na przykład dać Puchatkowi w prezencie ślubnym połowę tych pieniędzy. Albo jedną czwartą. Albo nie dać w ogóle. Albo wziąć te pieniądze (mieszkanie w Warszawie nawet te osiem lat temu miało sporą wartość!) i pojechać w podróż dookoła świata. Na przykład.

Gdyby tak się stało – Puchatki nie miałyby dziś Chatki swojej, a raczej mieszkałyby w jakimś mieszkaniu. Małym. Bo na Chatkę – nawet wziąwszy pod uwagę kredyt etc. – nie byłoby Puchatków stać.

Ale Mama dała mieszkanie w prezencie. Ot, tak. I dzięki temu Puchatek pisze te słowa słuchając jak Potwory chlapią się wodą w ogródku, a po drugiej stronie uliczki sąsiad kosi trawę. Dzięki temu Puchatki mają własny domek – nieduży, ale własny i miły bardzo.

***

– Musimy poważnie porozmawiać – zagaiła do Puchtka Osobista Ciotka. I porozmawiała, choć poziom zapowietrzenia Puchatka sprawił, że rozmowa była głównie jednostronna.

Osobista Ciotka – skądinąd Puchatka chrzestna matka, co jeszcze bardziej zbliża ją do kategorii Dobrych Wróżek… – oznajmiła Puchatkowi, że ma pewne pieniądze, które zamierzała Puchatkom zapisać w testamencie. Ale pomyślała, że ponieważ zamierza jeszcze trochę pożyć (to cytat…), to właściwie po co Puchatki mają czekać na te pieniądze. I że ona chce je wręczyć już teraz – jako „dotację celową”.

– Bo jak ostatnio patrzyłam, jak się pakowaliście do tego waszego autka, ciasno, bagaże pod nogami, to pomyślałam, że warto byłoby, żebyście sobie nowy samochód kupili.

No cóż. Od jakiegoś czasu Puchatki – nic o tym nikomu, także Osobistej Ciotce, nie mowiąc – myśłały właśnie o zmianie autka na większe. Bo rzeczywiście – matizek (z butlą gazową zajmującą cały bagażnik…) nadaje się do jazdy po mieście G. i okolicach, ale już na Wakazyjną Wyprawę z Potworami – nie bardzo… A jeśłi dodać, że Puchatki planują jeszcze jednego Potwora… No właśnie.

I liczyły Puchatki, i liczyły, i wyszło im, że owszem, jakiegoś dziesięcioletniego kombiaka to może i kupią… Z kredytem (kolejnym)…

A tu – pstryk. Będą pieniądze na auto. Ot, tak.

Nie, spokojnie – nie na nowe z salonu… Aż tak dobrze to nie ma 🙂

Ale na trzy-czteroletniego Berlingo albo Partnera – wystarczy.

***

Z jednej strony – jak człowiek sam na coś zapracuje, to pewnie bardziej to ceni.

Z drugiej – jak się coś dostanie, to chroni przed pychą i samozadowoleniem („…tymi rękami… ciężką pracą… podziwiajcie…”), do których to brzydkich uczuć Puchatek ma – nie da się ukryć – duże skłonności.

Osobistej Ciotce – która nie raz już Puchatkom bardzo pomogła w różnych Sprawach – to chyba już tam w niebie naprawdę dobre miejsce szykują (na przyszłość, znaczy). Takie z wygodami i klimatyzacją 🙂

A Puchatek jedzie jutro oglądać Peugeocika.

***

„Cóż masz, czego byś nie otrzymał…”

Mruczanka Złośliwa (Nieco)

Siedzi sobie Pietruszka na kanapie i zapamiętale ogląda swój atlas geograficzny (który zresztą zna już na pamięć).

Natomiast Piłeczka siedzi na stołku i – trzymając w ręku jakąś lalkę – głośno perorouje na temat dowolny, gestykulując przy tym wolną łapką i wyraźnie wzbijając się na szczyty elokwencji.

– Patrz, jak to śmiesznie wygląda – szepcze Puchatek do M. – Nikt jej nie słucha, a ona gada w najlepsze!

– Ciekawe, po kim to ma?… – komentuje M. patrząc złośliwie na Ukochanego Męża.

Kurtyna opada trzymając się za głowę.

Mruczanka Majowa Jednakowoż

Przepraszam, ale po Różnych Niewesołych Wydarzeniach jakoś nie mogłem się zebrać, żeby tu zajrzeć… Ale – jak śpiewał nieodżałowany Johnny Cash – „…time goes by and life goes on”.

***

„A teraz maj, dokoła maj…”

W czasie majowego weekendu Puchatki spotakły się ze Znajomymi Z Niemiec. Niestety, to Znajomi przyjechali tu, a nie odwrotnie…

Było sympatycznie, bo nie widzieliśmy się naprawdę dawno. Dorota, najbliższa niegdyś przyjaciółka M. wyszła za mąż za Niemca i mieszka hen, aż pod francuską granicą, w Nadrenii-Palatynacie. Jej mąż – człowiek prześwietny, miły, życzliwy i z upełnie nie-niemieckim poczuciem humoru – ma jedną wadę: nie mówi po polsku. Puchatki jak wiaodmo nie mówią po niemiecku. Ale nigdy nam to nie przeszkadzało – Dorota pełniła rolę tłumacza i dało się nawet dowcipy opowiadać.

Oczywiście z czasem (od ich ślubu minęło juz niemal osiem lat, dorobili się dwóch córek…) Thomas co nieco się od żony nauczył. Nie, żby mówił po polsku – ale jak się zastanowi, to jest w stanie zdanie sklecić. No i właśnie…

Znajomi kupili swoim dwujęzycznym dzieciom (Dorota mówi do córek po polsku, Thomas po niemiecku) obrazkowy słownik polsko-niemiecki dla maluchów. Wiadomo – obrazki, przy każdym słowo po niemiecku i po polsku.

Thomas siedzi i wpatruje się w obrazki (strona „Zwierzęta gospodarskie”). Widać, że coś mu nie pasuje. Wreszcie pokazuje Puchatkowi dwa obrazki – krowę i byka. Marszczy czoło i mówi: „Niedobzie. Krowa nie byk, byk nie krowa”.

Puchatek nie chwyta. Wówczas Thomas pokazuje oskarżycielskiem gestem fragment rysunku i mówi:

„Patrz, napisali ‚byk’, a tu jest cyca!”

No i fakt, była.

***

Dorota:

„Thomas, dziumdziak ist im de schuflade?”.

Thomas:

„Ja, naturlich, koochanye.”

Mruczanka Urlopowa

Ano tak, jednak urlop. Tak się Puchatkowi udało sprytnie załatwić, że po te „superpilne” roboty jedzie do Miasta Stołecznego dopiero we czwartek. A zatem do tego czasu – wolność i swoboda! 🙂

Czasami trzeba odpocząć. Czasami człowiek musi („…inaczej się udusi”). Siedzi zatem Puchatek i się byczy. Totalnie. Jeszcze dwa dni…

***

Jedyną irytując  cechą pracy w domu jest nieprzyjemny efekt „przesunięcia płatniczego”, cechującego większość relacji pracodawców do wykonawców „umów o dzieło”. Niby człowiek pieniędze zarobił – a jeszcze ich nie ma.

Stan konta Puchatków: minus 2000. Jakby do tego doliczyć wiszący na lodówce rachunek za gaz (jeszcze kilka dni jest na zapłacenie…) – to już się robi minus 3000.

Tymczasem gdyby policzyć wszystkie rachunki, które Puchatek już był podpisał i czeka na „wpłynięcie”, to wyszłoby niemal 7000 złotych. Polskich, nowych. Czyli – po podsumowaniu – prawie 4000 na plusie.

Że Małe Wydawnictwo Puchatkowego Kolegi (MWPK) miewa zastoje finansowe – Puchatek rozumie.  Mała, rodzinna firemka, nieustannie tocząca boje z księgarniami i hurtowniami, może chwilowo nie miec kasy i powiedzieć „zapłacimy ci za miesiąc” – zwłaszcza, że sprawa postawiona jest uczciwie już przy podpisywaniu umowy. Puchatek ma wybór – może powiedzieć „…nie, sorry, rezygnuję” albo „…OK, z głodu nie umieram, mogę miesiąc poczekać”.

Gorzej, kiedy z płatnościami zalega Duże Amerykańskie Wydawnictwo (DAW). To znaczy – właściwie nie tyle zalega, co ma co najmniej dwutygodniowy okres „obiegu Papierków”.

Puchatek kończy robotę i podpisuje rachunek. Rachunek idzie do księgowości. Księgowość go księguje (czy jakieś inne czary z nim robi…), po czym… wysyła go POCZTĄ KURIERSKĄ na Drugi Koniec Europy, bo tak się składa, że tam akurat jest europejska centrala DAW. A niestety KAŻDY rachunek musi przejść przez Główną Księgowość.

Na Drugim Końcu Europy rachunek jest ponownie księgowany (…?) i dopiero wtedy jakaś Ważna Pani Główna Księgowa przybija pieczątkę z zezwoleniem na wypłatę. Pocieszające jest tylko to, że owo zezwolenie na wypłatę idzie z powrotem do Polski już na szczęście pocztą elektroniczną, a nie w kopercie…

Kurier na Drugi Koniec Europy wysyłany jest oczywiście nie z każdym rachunkiem, ale średnio raz na dwa tygodnie. A zatem jeśli się źle trafi (czyli na przykład złoży podpisany rachunek dzień po wyjeździe kuriera…), to nieszczęsny rachunek czeka dwa tygodnie na kolejną wysyłkę. Jeśli do tego doliczyć czas na USP (Uleżenie Się Papierków), bywa, że od podpisania rachunku do momentu znalezienia się pieniędzy na koncie mija niemal miesiąc. A jak po drodze jeszcze wypadną jakieś święta czy długi weekend, to słowo „niemal” wypada.

No i co na to można poradzić? Nic. Zwłaszcza, że DWA płaci naprawdę bardzo dobrze – a w każdym razie lepiej, niż ktokolwiek inny…

Ech.

***

W niedzielę Puchatki odwiedziły Puchatkową Znajomą (tę od kartki z Awinionu). Bardzo to było sympatyczne spotkanie po latach (kilku). Trochę się powspominało Dawne, Dobre (zwykle) Czasy, trochę się pośpiewało Starych Przebojów 🙂

No i dzieci Puchatków (lat 3 i 5 jak wiadomo) poznały sie z dziećmi Znajomych (dla odmiany 5 i 10). I było wesoło 🙂

Najgorsze, że słynna widokówka… nadal leży na puchatkowym biureczku. Bo Puchatek w napadzie sklerozy oczywiście zapomniał jej ze sobą zabrać. No i bardzo dobrze – będzie (miejmy nadzieję) pretekst do Rewizyty 🙂

Mruczanka NIezparzeczalnie Wiosenna

Po długiej ciężkiej zimie pierwsze promienie słońca są jak mała rewolucja – zmienia się przyroda, zmienia się nastrój, zmienia się wszystko. Ulga, radość, euforia: nareszcie!

A tak? Po takiej zimie – nie-zimie?

Dziesięć stopni, słońce (no tak, słońce to jednak jest coś!!!), dzień coraz dłuższy… Wszystko OK, ale ma to też parę minusów.

Jak była zima, chlapa i błoto, to Puchatek siedział przy biureczku, literki stukał i za dużo nie myślał. A jak za oknem jest tak, jak jest, to coraz mniej się chce przy tymże biureczku siedzieć… Coraz bardziej irytujące jest to, co się robić musi, coraz bardziej korci to, co by się robić chciało, ale się nie da…

Kończy Puchatek książkę jedną. Miał Puchatek nadzieję, że po jej skończeniu będzie miał kilka dni wolnego. Należy mu się, swoją drogą.

A guzik ebonitowy z pętelką poczwórną.

Bo najpierw zadziwniła E., że ma kolejną książkę, że „…na pewno będzie wiadomo za parę dni, ale sprawa jest bardzo pilna”.

A dwie godziny później przyszedł mail z wydawnictwa R-D, że… patrz wyżej, i że na wczoraj, i czy Puchatek weźmie.

Jasne, że weźmie. Głupi by był, jakby nie wziął, zważywszy, że wydawnictwo R-D płaci jak nikt, a domowe finanse ciągle jeszcze nie są bardzo na plusie…

I dobrze, że Puchatkowi proponują, a nie komu innemu. I że mówią „…bo ty to zrobisz i szybko, i dobrze, a u innych to albo-albo”. Wszystko to dobre i w ogóle same plusy.

Tyle, że Puchatek jest zmęczony i potrzebuje paru dni urlopu. A chwilowo nie ma na to szans.

***

No i co ja mam jeszcze napisać przy takiej wiośnie za oknem? Że mnie w góry ciagnie? Że zarzuciłbym plecak i gdzieś pojechał? Że chciałbym choć na dwa-trzy dni wyrwać się gdzieś Daleko, nie myśleć o bieżących sprawach, posłuchać wiatru szumiącego w trawie i gwiżdżącego w gałęziach?

Że mi – jak to na wiosnę – brakuje wędrowania, brakuje muzyki?

Ano, mógłbym o tym pisać. Mógłbym o tym książkę napisać, tylko… Po co? Żeby się bardziej zdołować?

Pojechałbym w Bieszczady. Ale nie mam szans.

Ech.

(Zdjęcia ze strony http://www.bieszczady.pik-net.pl/ – wszystkie prawa zastrzeżone…)

Pięć Spraw

Wywołany do tablicy przez Sia.się dołączam się do „łańcuszka”. Mam napisać pięć „mało znanych faktów” z puchatkowego życia.

Hmmmm. Zakładam, że chodzi o fakty mało znane czytelnikom tego bloga. A więc proszę bardzo.

1. W roku Pańskim 1993 w ciągu dwóch miesięcy objechałem dookoła całe Stany Zjednoczone. No dobrze, nie całe – nie byłem na Alasce (czego do dziś żałuję) i na Hawajach (…). Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że miałem 23 lata, pojechałem tam kompletnie sam i przeżyłem te dwa miesiące za niecałe 400 dolarów! Żywiłem się głównie w fast-foodach, bo na nic innego nie było mnie stać (do dziś mam wstręt do hamburgerów…). Nocowałem… w autobusach Greyhounda (motele? Jakie motele, jak się ma na życie około 5 dolarów dziennie?!). I NIE PRACOWAŁEM w tym czasie (tzn. nie zarabiałem pieniędzy) ani pół dnia. Dziś chyba nie miałbym odwagi pojechać za ocean z tak pustą kieszenią…

2. Mam tak lekki sen, że budzi mnie każdy odgłos. Budziły mnie odgłosy kicania dzikich królików na wrzosowisku, kiedy nocowaliśmy „na dziko” w czasie którejś ze szkockich wypraw. Kiedy Pietruszka był niemowlakiem, budziłem się w nocy WCZEŚNIEJ niż on – kiedy zaczynał się kręcić i kwilić przez sen, wiedziałem, że zaraz się obudzi i rozryczy. Więc brałem go i – jeszcze śpiącego – przystawiałem, gdzie trzeba ;-). Bywało nawet tak, że ani on się nie budził, ani jego Karmicielka – cały posiłek odbywał się przez sen (a raczej przez dwa sny 😉

3. Po maturze (matura’89, ha!) zdałem stosowne egzaminy i zacząłem studiować…weterynarię. Wytrzymałem pół roku, zanim doszedłem do wniosku, że jestem jednak humanistą, a zwierzęta lubię, ale może nie koniecznie leczyć… Zrezygnowałem (koledzy z roku znacząco pukali się w głowy…) już po zdaniu WSZYSTKICH egzaminów pierwszego semestru. Poszedłem na zupełnie inne studia, potem na jeszcze jedne, ale na moim świadectwie maturalnym do dziś widnieje pieczątka (tak wtedy robiono!) „Wydział weterynaryjny SGGW”. Miłość do zwierząt mi nie minęła 🙂

4. Kiedy byłem w pierwszej klasie szkoły podstawowej, już w pierwszym tygodniu szkoły podpadłem pani wychowawczyni. Pani napisała bowiem na tablicy datę – a pisała ją słowami (nie wiem, dlaczego). Napisała zatem (cytuję dosłownie):

„Siódmy wrzesień 1977 r.”

Na co wstałem i powiedziałem, że nie powinno się pisać „siódmy wrzesień”, tylko „siódmy września” (oboje rodzice poloniści z wykształcenia…). Pani kazała mi „siadać i nie przeszkadzać”, ale ja zacząłem jeszcze głośniej tłumaczyć, że tak należy pisać i wyjaśniać pani, DLACZEGO tak, a nie tak! Skończyło się na uwadze w dzienniczku („…przeszkadza w prowadzeniu lekcji”). Jak moja mama usłyszała, za co dostałem tę uwagę, to zaczęła się tak śmiać, że dłuższą chwilę nie mogła wstać z krzesła. A pani wychowawczyni od tego czasu mnie nie lubiła. Ciekawe, dlaczego? Nas szczęście po roku kto inny wziął wychowawstwo w naszej klasie…

A, gdyby ktoś miał wątpliwości: to JA MIAŁEM RACJĘ w tym sporze ;-D

5. Kiedy byłem małym chłopcem (hej), fascynował mnie ogień. Fascynował na granicy obsesji. Na granicy piromanii. 🙂 Kiedyś, w domu u mojej Ś.P. niani, postanowiłem rozpalić ognisko. Ponieważ w domu nie można palić dużego ogniska (prawda?), postanowiłem rozpalić małe. Bardzo małe. Ze stosiku ustawionych fachowo w stożek zapałek. A ponieważ przeczuwałem, że niani się to nie spodoba, postanowiłem rozpalić je w takim miejscu, żeby nikt go nie zobaczył. Konkretnie – pod wersalką. Co też uczyniłem. A ponieważ stosik zapałek ustawionych łebkami do góry pali się bardzo energicznie (…) nieco się przestraszyłem i zwiałem. Ognisko zostało. Kiedy niania poczuła, że „coś się pali” i zajrzała pod wersalkę, taśmy przytrzymujące sprężyny były już nadpalone. Do dziś nie wiem, jakim cudem nie zapaliła się cała reszta…

I tyle.

A ponieważ mam wytypować kolejnych pięć osób, proponuję:

1. Mattkępolkę
2. Cytrynkę
3. Kinia
4. Okrutnika
5. Piąta miała być Inside, ale ona już napisała. Niech mi będzie policzone 😉

Mruczanka Zdecydowanie Jubileuszowa

Tak, tak, to już pięć lat!

Pięć lat temu była niedziela. Pięć lat temu Puchatki nie mieszkały jeszcze w G., tylko w Mieście Stołecznem, w luksusowym apartamecie o powierzchni dwudziestu czterech metrów kwadratowych.

Pięć lat temu Puchatki były tylko DWA. I właśnie w tę niedzielę, 3 marca 2002 roku, liczba Puchatków zwiększyła sie dokładnie o pięćdziesiąt procent.

Bo pięć lat temu urodził się Pietruszka.

Jak dziś patrzę na pięcioletniego krasnala, który umie już czytać (!), liczyć do dziesięciu i pokazać na mapie Arabię Saudyjską (no, kto z Was umiał to w wieku pięciu lat? Bo ja nie…), to aż mi się wierzyć nie chce, że to tak szybko minęło.

Mały introwertyk, filozof, myśliciel. Człowiek ostrożny, zdecydowanie z gatunku tych, co najpierw myślą (długo…), a potem robią. Wrażliwiec. Po prostu Pietruszka: