Mruczanka Dla Murphy

Kiedy już udało się Puchatkowi jako tako ogarnąć sytuację w pokoju (ogarnianiu towarzyszyły określenia powszechnie uznawane za obraźliwe, kierowane w stronę Ukochanego Psa), zainteresował się Puchatek co z tym prądem.

Wyjrzenie przez okno wystarczyło żeby się zorientować, że światła nie ma pół uliczki. Przed domem na przeciwko stała Sąsiadka. U niej też nie było.

Zadzwonił Puchatek do pogotowia energetycznego. „Tak, tak, wiemy, ekipa już jedzie” zabrzmiał uspokajający głos w słuchawce.

Narzucił zaten Puchatek wdzianko i obuwie, i wyszedł był na ulicę.

Rzeczywiście, w ciągu dziesięciu minut pojawili się byli dwaj panowie w żółtej furgonetce. Wysiedli. SKierowali się w stronę transformatora na rogu. Otworzyli go i zaczęli kontemplować.

– No i co się stało? – zapytał nieśmiało Puchatek po dłuższej chwili.

– Ano, k…, spaliło się – odparł Pan Pierwszy tonem, który niewątpliwie zapewniłby mu wstęp bez egzaminów do Światowego Towarzystwa Stoików.

– Wie pan, że się spaliło, to ja wiedziałem zanim panowie tu przyjechali – odparł Puchatek z pewną dozą złośliwości. – Nas raczej interesuje, co dalej?

– Ba! – odparł Pan Pierwszy filozoficznie i sięgnął po komórkę. Rozmawiał przez nią dosyć długo, wyraźnie ze swoim szefem. Rozmowa (przynajmniej z tej strony słuchawki) składała się głównie ze słów na „p” i na „k”. Kiedy Pan (wyraźnie zirytowany) przestał rozmawiać, Puchatek ponowił swoje rzeczowe pytanie:

– No i?

Pan Pierwszy był głęboko zniesmaczony. – Mówią, że mamy reperować. Ale ja to p…lę. Co oni sobie myślą?! Po nocy?! Trzeba by tu jakiś reflektor ściagnąć…

– No chyba tak, i to z akumulatorem, bo prądu nie ma – zauważył Puchatek złośliwie. Pan jednakowoż złośliwości nie załapał, tylko perorował dalej:

– Panie, toż to trzeba oczyścić, wymyć, wmontować nowe cośtamcośtam, to jest ze cztery godziny roboty! A jest, k…, dziewiąta wieczorem!

– Ale mówi pan, że kazali robić? – zapytał z nadzieją Puchatek.

– Ano, kazali – odparł Pan Pierwszy. – Ale ja to p…lę – dodał z niejaką satysfakcją, poczym razem z Panem Drugim wsiedli do furgonetki i odjechali.

***

Na szczęście kiedy Puchatek zadzwonił po raz drugi do pogotowia energetycznego, gotów wszcząć Szóstą Wojną Światową (brak prądu = brak ogrzewania!), usłyszał że „będziemy robić”. I rzeczywiście, już koło pierwszej w nocy prąd był. Toteż Puchatek zwlókł się był z łóżka (w którym spał już od półtorej godziny) i poszedł… doczyścić dywan. Przy świetle. Ciepłą wodą.

A kiedy wrócił na górę – jego miejsce w Małżeńskim Łożu zajmował już inny mężczyzna. Całe szczęście, że w wieku przedszkolnym.

A z drugiej strony M. leżała jeszcze jedna kobieta. W takimż wieku zresztą. A że czworo to już zdecydowanie tłum, resztę nocy przespał Puchatek w łóżku Piłeczki.

Jakieś pytania?

Mruczanka O Wszystkim Po Trochu

Na razie wygląda na to, że z Szelmą nie jest tak źle. USG wykluczyło jakikolwiek nowotwór narządów wewnętrznych („Nooo, a nereczki to mamy podręcznikowe!” – ucieszyła się Pani Doktor Od Zwierzaków).

Czyli – przy takich wynikach – są dwie możliwości: albo jest to jakieś paskudztwo bakteryjne lub wirusowe połączone ze stanem zapalnym, albo nowotwór szpiku. Pani Doktor zaordynowała zatem kurację antybiotykiem i środkami przeciwzapalnymi przez tydzień. Za tydzień – dokładne badanie krwi „…i wtedy zobaczymy”. Mówiąc najprościej: jeśli to nowotwór, to te leki nic nie pomogą. A jeśli pomoga – to raczej nie nowotwór.

A na razie wygląda na to, że pomagają – pies się ożywił, chodzi normalniej, jest jakby mniej osowiały. Wczoraj do Pani Doktor trzeba było iść na piechotkę (20 minut w jedną stronę, bo puchatkowóz jest w warsztacie) – i okazało się, że Szelma nie miała nic przeciwko temu – to zdecydowana poprawa od poniedziałku…

***

W sprawie Teścia jest jedno światełko nadziei: Puchatek wspinając się po różnych szczeblach znajomości („Protekcja – ostatnie ludzkie uczucie…”, jak mawia puchatkowy Osobisty Tata) dotarł to pewnej warszawskiej Pani Poseł. Pani Poseł jest osobą bardzo dynamiczną, w strukturach Swojej Partii dosyć „mogącą”, a przy tym bardzo normalnym człowiekiem (no proszę, są i tacy w tym żałosnym parlamencie…).

Pani Poseł się historią bardzo przejęła. I huknęła pięścia w stół, że „tak być nie może”. I kazała, żeby oficjalnie opisać całą sprawę i złożyć w jej biurze poselskim, bo ona „już zaczyna działać, ale musi mieć oficjalną prośbę, żeby nie było, że coś po znajomości robi”.

„Proszę pana, ja jestem posłanką z Warszawy i moim obowiązkiem jest pomóc obywatelowi, który zgłasza się do mnie z takim problemem”.

I – słowo daję, Puchatek nie należy do ludzi naiwnych, których łatwo zbajerować – mówiła to szczerze. I nawet nie można podejrzewać, że to element kampanii, bo powiedziała wprost, że zacznie sprawę rozwiązywać dopierwo po wyborach.

Czyli teraz pozostały jeszcze tylko dwa problemy:

Po pierwsze – żeby Pani Poseł po wyborach nadal (…znowu…) była Panią Poseł – ale to akurat jest bardziej niż prawdopodobne.

Po drugie, żeby Teść zgodził się na to. Bo to on musi podpisać to pismo – a on nie lubi polityków i w ogóle jest trochę zwolennikiem różnych teorii spiskowych… Nie mówiąc już o tym, że jest na Puchatków obrażony i nie bardzo chce rozmawiać…

Ech.

***

Dla poprawienia humoru dwie scenki z dnia wczorajszego.

1. Jedzie puchatk autobusem miejskim w Mieście Stołecznem. Czyta Puchatek książkę. Książka to „Krótka historia prawie wszystkiego” Billa Brysona. „Lekka”, znakomicie napisana książka wyjaśniająca „biednym humanistom” wszystkie podsatwowe zagadanienia nauk ścisłych i przyrodniczych, począwszy od tego, jak wyznaczano wiek wszechświata, aż po ciekawostki o odkryciu przodków Homo sapiens. Kiedyś już Puchatek to czytał, ale mu ostatni rozdział został, bo wtedy nie zdążył, ap otem zapomniał… No dobrze, to była dygresja.

Czyta się to jak kryminał, czy raczej jak komedię kryminalną, toteż Puchatek czytając co chwila chichocze pod nosem. A ponieważ okładka książki wygląda TAK, jakiś lekko zawiany pan zadaje w pewnym momecie Puchatkowi pytanie proste, acz – pozornie – w obcym języku (z akcentem oxfordzko-wyskokowym):

– Science fiction?

Puchatek przepychając się właśnie do dzrwi wyjściowych odpowiada jakoś tak odruchowo w tym samym obcym języku:

– No, just science.

…i wychodzi. Zawiany pan zostaje w autobusie i wygląda na lekko zdziwonego odpowiedzią. Uuups.

***

Po wyjściu z gmachu Pewnego Szacownego Wydawnictwa (tak, tak, kolejna robota) Puchatek idzie na chwilę na Starówkę. Pod samą katedrą, na przeciwko wejścia do kościoła jezuitów, na schodkach kamienicy siedzi trzech dżentelmenów. Maciej Zębaty mówił kiedyś o takich „Panowie byli w stanie lekko szyickim”. Brudne wdzianka, zarośnięci, zalani, oddech taki, że powinna przed nimi stać tabliczka „Ostrożnie z ogniem”. Tabliczki nie ma, za to stoi czapka, do której przechodnie wrzucają groszaki. Bo jeden z dżentelmenów trzyma gitarę (!!!), a wszyscy trzej – głosami zdecydowanie przedwczorajszymi, powoli, rozciągając każdą nutę, śpiewają:

„Gdzie się podziałyyyyyyyyy…. Tamte prywatkiiiiiiiii……”

Puchatek padł.

 🙂

Mruczanka zmęczona

W sprawie Teścia (pisałem TUTAJ) nic sie nie zmienia. Prawnicy walczą, ale na razie z mizernym skutkiem. Puchatkowe znajomości na razie niewiele dają. Wszystko (ciągle) idzie pod górkę.

W ostatnich dniach głośno było (w każdym razie w Warszawie i okolicach) o Pewnej Bardzo Elegenackiej Restauracji, którą ta sama Dzielnica Śródmieście zdołała wreszcie eksmitować. Pewna Bardzo Elegenacka Restauracja mieściła się w pięknym lokalu na Starówce i była winna miastu z tytułu niepłacenia czynszów – bagatela – 21 milionów złotych. No i wreszcie ją eksmitowano – już po 10 latach utarczek. A w przypadku mieszkania Teścia wystarczyło parę miesięcy, żeby już był gotowy wyrok eksmisyjny, który teraz trzeba odkręcać. A mówimy o długu rzędu 1,5 tysiąca złotych, który zresztą dawno już (w momencie wydawania wyroku) został spłacony.

Witamy w Polsce.

***

Szelma jest chora. Od paru dni chodziła smętna. Jeść nie chciała. Więcej czasu spędzała poziomo, niż pionowo. Wyglądała, jakby ją coś bolało. Reumatyzm? Stawy jakieś? Może bebeszjoza?

Wczoraj pojechaliśmy do Pani Doktor Od Zwierzaków. Tak, pojechaliśmy, bo nasz pies (pierwszy raz w życiu!) na widok smyczy i otwartej furtki położył się na chodniczku i odmówił współpracy. Dobrze, że samochód przynajmniej nadaje się do takich akcji…

Pani Doktor zbadała, opukała, obmacała. Nie wykluczyła bebeszjozy, pobrała krew do badania, obiecała, że zadzwoni po południu, jak będą wyniki.

Zadzwoniła. Bebeszjoza wykluczona, biochemia w normie podręcznikowej, za to OSTRA ANEMIA. Czerwone krwinki na poziomie 20 proc. tego, co być powinno! (A przecież jeszcze tydzień temu wszystko było OK, pies był żywy, skory do zabaw i spacerów…).

Co z tego wynika? Ano, jak powiedziała Pani Doktor, może to być jakiś poważny stan zapalny, ale wtedy leki przeciwzapalne, które wczoraj podała, powinny przynieść widoczną poprawę (choćby czasową).

Nie przyniosły. Dziś idziemy do Pani Doktor jeszcze raz – będzimy robić USG. Bo niestety Pani Doktor podejrzewa, że wszystkie objawy wskazują na jakiś poważny nowotwór.

***

Niech ten cholerny rok się wreszcie skończy.

Mruczanka Mocno Perfumowana

A bo się Puchatkom zachciało jesieni, psia (nomen omen…) krew!

A że jeszcze przyjechał z Drugiego Końca Polski kuzyn M., czyli Ukochany przez Potwory Wujek Marek, to się Puchatki z Potworami i rzeczonym Wujkiem na spacer wybrały.

A że zaraz za Puchatkowem miasto powiatowe G. się kończy, a zaczynają się pola i nieużytki (czytaj: łąki i chaszcze), to postanwoiły Puchatki zorganizować Dzień Dobroci Dla Zwierząt, czyli wyciągnąć na spacer Szelmę.

***

I to był błąd.

***

Szelma bowiem na długim spacerze nie była czas jakiś. I bardzo się ucieszyła. A że damą jest wytworną, to – w braku możliwości założenia wytwornej kreacji – postanowiła przynajmniej się wytwornie uperfumować.

Co też natychmiast po wyjściu w chaszcze wykonała.

A jak już się uperfumowała, to radośnie przyleciała się pochwalić.

I tak się jesienny spacer zakończył, bo Puchatek zmuszony był zostawić rodzinę i – paląc się ze wstydu – przeparadować z przepotwornie śmierdzącym i wymazanym… substancją pochodzenia organcznego malamutem alaskańskim płci pięknej przez całe osiedle.

***

Szelma też nie była szczęśliwa, bo po dojściu do domu została brutalnie wymyta za pomocą węża i pistoletu do podlewania ogródka.

I teraz wygląda – za przeproszeniem – jak zmokła kura.

I chyba się obraziła. Żesz, no!

😦

Mruczanka Okołorodzinna

 

Puchatkowa kuzynka się była w Polsce objawiła. Kuzynka, której Puchatek nie widział od ośmiu lat, bo mieszka (kuzynka, znaczy się) u Wuja Sama i w Polsce bywa raz na…

Kuzynka w towarzystwie swojej mamy, a Puchatkowej Ciotki wpadła wczoraj do Chatki Puchatków. A że kuzynka jest KOMPLETNA WARIATKA, a w dodatku z Puchatkiem rozumie się w pół słowa, to impreza była po prostu full wypas 😀

A najwięcej radochy miały potwory. Kuzynka ma lat…. no, kilka więcej niż Puchatek, ale nie ma męża (kiedyś miała, ale to długa historia…) i nie ma dzieci. I zawsze powtarza, że dzieci nie lubi 😉

A wczoraj balowała z potworami w parterze, tarzając się po parkietach i wciągając do zabawy kompletnie zdezorientowaną Szelmę.

A na koniec rzuciła:

– No, to teraz wasza kolej, żeby wpaść do mnie. Może być w przyszłą środę?

…Jasne. Przecież to tylko jakieś dwadzieścia tysięcy kilometrów i raptem jeden ocean po drodze 😉

***

A tu jesień, Kocia Twarz.

Dzwoni Puchatek do jednego znajomego – odbiera syn. „Taty nie ma, pojechał w góry”.

Dzwoni Puchatek do drugiego znajomego – odbiera matka. „A nie ma go, nie ma, będzie w przyszłą środę. Jest gdzieś w Beskidach”.

Dzwoni do trzeciego – nikt nie odbiera. Więc dzwoni na komórkę, a znajomy oznajmia mu przez telefon: „No, właśnie stoję sobie na Budzowym Wierchu w Murzasichlu i patrzę na Tatry!”.

Dzwoni Puchatek do Osobistego Ojca i słyszy, że Osobisty Ojciec wybiera się w październiku na urlop (fakt, że pierwszy od dwóch lat). Do Izarela.

No żesz Kocia Twarz, a dlaczego Puchatek nie może? Nie żeby zaraz do Izraela czy na inny Koniec Świata, ale choćby w Bieszczady…

No, wszyscy to wszyscy – babcia też!

😦

Mruczanka Postweselna

Tak, jak Puchatek wcześniej obiecał, Kilka Refleksji Po Pewnym Weselu. Z lekkim opóźnieniem, bo ślub odbył się na początku sierpnia – ale potem Puchatki były nad morzem, a potem – z Przyczyn Wyżej Wymienionych – nie bardzo miał Puchatek siłę pisać.

A zatem, gwoli krótkiego wprowadzenia: żenił się kuzyn M., w Małym Miasteczku Na Drugim Końcu Polski. Ojciec tegoż kuzyna jest lokalnym rekinem biznesu – co Puchatek mówi bez cienia złośliwości. W dolnośląskim miasteczku dotkniętym bezrobociem (jedyny duży, państwowy zakład, w którym pracowała spora część mieszkańców, tylko o kilka lat przeżył PRL) pan ten – nazwijmy go Wujkiem J. – prowadzi dużą firmę transportową. Jest najbogatszym człowiekiem w miasteczku i jednym z bogatszych w okolicy. Wielu go nie lubi (niektórzy ze zwykłej, ludzkiej zawiści, inni niewątpliwie mają swoje racje…), niewątpliwie jednak w realiach lokalnych jest „kimś” (w każdym razie o ile bycie „kimś” wyznacza majątek i dynamika działania).

No i taki „ktoś” żenił swojego syna. Starszego syna. Pierworodnego.

No to sami rozumiecie, że ślub i wesele MUSIAŁY być z fontanną i wodotryskiem. I były, nie da się ukryć.

Państwo młodzi pod kościół zajechali bryczką. Za same kwiaty ustawione w kościele i przed nim można by zapewne przeżyć kilka miesięcy na przyzwoitym poziomie. 😉

A wesele… Jakby to powiedzieć…

Powiem tak: pierwszy raz w życiu miałem okazję być na weselu na dwieście osób. Impreza zorganizowana była w okolicznym „dworku”. Jedzenia, picia i atrakcji było tyle, że starczyłoby chyba na drugie tyle. A następnegop dnia były poprawiny – nie „dojadanie resztek”, jak to zwykle bya, ale w gruncie rzeczy druga uczta, trwająca od południa do wieczora. Jak u hobbitów 😉

No i uczucia ambiwalentne Puchatek musi opisać. Jak zwykle.

Najpierw negatywy. Puchatek po prostu NIE LUBI takich imprez. Tłumu ludzi, z których 90 proc. pozostaje Puchatkowi osobiście nieznanych. Konieczności uśmiechania się i całowania w oba policzki z całym zastępem Krewnych-I-Znajomych-Królika („…a to jest ciocia kuzyna siostry wujka Kleofasa…”). Puchatek nie lubi całonocnych imprez i jest szczęśliwy, że ma dwa Potwory, które są doskonałym powodem, aby około 23:00 imprezę opuścić („…chętnie byśmy jeszcze zostali, ale dzieci…”).

Puchatek NIE ZNOSI zbyt głośnej muzyki, a na weselach ZAWSZE jest zbyt głośna muzyka. Nie wiedzieć czemu wszelkiej maści zespołom weselnym (patrz niżej) wydaje się, że aby goście dobrze się bawili, wzmacniacz MUSI być przesterowany, bas MUSI trząść szybami a kolumny MUSZĄ być ustawione tak, aby w czasie grania kolejnych „kawałków” w żadnym kącie sali nie dało się usłyszeć rozmówcy. Puchatek niestety ma uszy wrażliwe (chwilami nadwrażliwe) i po dwóch godzinach takiego łomotu po prostu wyżej wymienione uszy go bolą.

Zespoły weselne to oddzielny temat. I tu także ambiwalencja

Z jednej strony nie obyło się bez idiotycznych przyśpiewek o sprośnych podtekstach i psychicznego terroru obliczonego na zmuszenie młodej pary do publicznego całowania się w sposób wysocie niepubliczny (ale muszę młodym przyznać, że twardzi byli i nie do końca dali się zgwałcić).

(A przy okazji: cytat z Piłeczki, która nastęnego dnia podśpiewywała sobie zapamiętane z wesela „kawałki”. I jak przystao na dziecko z absytnenckiego domu, śpiewała:

„Nie bijemy w butki, nie bijemy w butki, pocałunek był z parówki…”.

No, skąd ona wzięła tę parówkę, to ja naprawdę nie wiem 😉

Z drugiej strony – przyśpiewki te (i generalnie „discopolowe” klimaty) stanowiły bardzo niewielki procent czasu grania zespołu, który poza tym śpiewał po prostu klasyczne przeboje (polskie i zgarniczne) i musi Puchatek przyznać, że robił to w miarę przyzwoicie (no, w każdym razie nie fałszował, zachowywał klimat oryginałów i miał generalnie nastrojone instrumenty). Ogólne wrażenie – na plus, naprawdę widywał („słyszywał”) Puchatek gorsze zespoły weselne.

A teraz – gwoli uczciwości – pozytywów kilka.

Wesele było naprawdę dobrze zorganizowane. Choć alkoholu było dużo, to jedzenia i zabawy było jeszcze więcej, dzięki czemu – choć goście rzecz prosta pili sporo – w zasadzie nikt nie był pijany. Wiele rzeczy zorganizowanych było naprawdę znakomicie i z klasą, zupełnie nie miało się wrażenia, że wszystko ma służyć tylko „pokazaniu pieniędzy” (co w takiej sytuacji byłoby całkiem możliwe). Odniósł Puchatek wrażenie, że w gruncie rzeczy wszyscy naprawdę dobrze się bawili – począwszy od sporej grupki dzieci w wieku Potworów, poprzez młódź nastoletnią, młódź nieco starszą, średniaków w wieku Puchatka (…), aż po najstarsze ciotki. A to naprawdę sztuka.

***

Jedną rzecz jednakowoż Puchatek odnotować MUSI (…inaczej się udusi…). Chodzi mianowicie o kreacje występujących na weselu pań (panowie mimo wszystko mniej mają możliwości „zaszalenia”…).

Na całym weselu naliczył Puchatek cztery, może pięć pań (nie licząc panny młodej) naprawdę dobrze ubranych. Nie, Puchatek nie jest fachowcem od kobiecych kreacji – przez „dobrze” rozumie po prostu „elegancko, z klasą i w sposób pasujący do urody”.

Znakomita większość pań (zwłaszcza młodych…) wyraźnie hołdowało zasadzie, że „…coś, co się nie błyszczy, nie mieni i nie ma srebrnych lub złotych dodatków, nie nadaje się na wesele”.

Dwa przykłady.

Tuż obok Puchatków siedziała taka para – na oko 25 lat. Dziewczyna – wysoka, efektowna blondynka – ubrana była tak, że na jej miejscu zamordowałbym z zimną krwią osobę, która taki strój doradziła. Zamordował, pokroił i zakopał głęboko. Sukienka typu „musi-być-błyszcąco-i-złoto”, udrapowana w frormę typu „beza z pianką”, dokładnie podkreślająca – proszę o wybaczenie – wszystkie niedostatki figury i urody (których nota bene było naprawdę niewiele, ale rzucały się w oczy drapieżnie).

Przykłąd drugi: dziewczyna (narzeczona?) młodszego brata pana młodego. Puchatek widział ją kilka razy w stroju codziennym i musi obiektywnie przyznać, że choć dziewczyna nie jest w puchatkowym typie, jest naprawdę ładna. Niestety – kreacja, w której wystąpiła na poprawinach (!) była KOSZMARNA, zdecydowania obliczona na „bogato” i „efektownie” bez najmniejszego zastanowienia się nad efektem końcowego zestawienia. I już nawet nie chodzi o to, że bez gustu, ale że cały możliwy efekt („ładna dziewczyna w efektownej kreacji”) bierze w łeb, bo kreacja jest nie tyle efektowna, ile „rzucająca się w oczy”, żeby nie powiedzieć wprost, że wulgarna…

***

No, to sobie Puchatek ponarzekał 😉

Następny „duży” rodzinny ślub najwcześniej za rok.

A na deser: pewien mały elf, który takoż się na tym weselu bawił. 🙂

Mruczanka Zdołowana (I Nie Bez Powodu).

Przepraszam, długo mnie nie było. To znaczy – tutaj nie było, bo całe nasze wakacyjne wojaże zamknęły się w niecałych trzech tygodniach. Niecały tydzień na Drugim Końcu Polski (w trakcie ślub i wesele kuzyna M., całość warta opisu, ale to chyba następnym razem…). Potem niecałe dwa tygodnie nad morzem – to też napiszę, może parę zdjęć wrzucę…

Wypoczęliśmy… Fizycznie. Jesteśmy opaleni (w miarę), ja znowu mogę bez obrzydzenia siąść do komputera. Potwory się nachlapały w zimnym Bałtyku aż im sól uszami wychodziła…

Niestety, psychicznie nie wypoczęliśmy wcale. I wszystko wskazuje na to, że jeszcze za szybko nie wypoczniemy.

Afera, jaka szleje wokół nas jest żywym dowodem na to, że tak zwane prawa Murphy’ego nie są jedynie irytującym żartem. Że działają naprawdę.

Czyli:

– jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie źle, oraz:
– jeśli coś już idzie źle, to na pewno może jeszcze być gorzej.

Cała historia ze szczegółami zajęłaby więcej miejsca, niż rozsądny Czytelnik byłby w stanie znieść, więc opowiem ją po krótce.

***

Jak pisałem wcześniej na początku lipca wrócił zza Oceanu ojciec M., czyli Osobisty Teść.

Nie było go w kraju cztery lata. Siedział za Wielką Wodą i zarabiał na życie. Klasyka.

Przez ten czas my opiekowaliśmy się jego mieszkaniem. Mieszkanie jest komunalne – żadne pałace, „półtora pokoju” czyli pokój i duża kuchnia. Teść mieszka tam sam (jest wdowcem).

My mieliśmy się „opiekować”, czyli dbać o to, żeby wszystkie opłaty były wnoszone etc.

A ponieważ generalnie ja się zajmuję szeroko pojętym „płaceniem rachunków”, ja też miałem o tym pamiętać.

No i, cholera, zawaliłem. Popełniłem prosty błąd: zamiast płacić co miesiąc (wtedy łatwiej o wszystkim pamiętać) płaciłem raz na dwa-trzy miesiące większą sumę.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Bo okazuje się, że nie zawsze płaciłem. Raz był jakiś „obsuw”, drugi raz… A jak się płaci raz na dwa miesiące, to jeden „obsuw” daje cztery miesiące niepłacenia.

Cholera, ja naprawdę byłem ŚWIĘCIE PRZEKONANY, że wszystko jest OK. No i niby było – ale okazało się, że w UBIEGŁYM ROKU były takie cztery miesiące, kiedy „niepłacenie” się skumulowało. A zgodnie z jakąś tam ustawą zaległość w wysokości trzymiesięcznego czynszu jest wystarczającym powodem do wypowiedzenia umowy najmu.

Kiedy dowiedzieliśmy się (w ubiegłym roku), że jest spora zaległość – natychmiast ją spłąciliśmy. Tyle, że (o czym nie wiedzieliśmy) zadziałały te cholerne prawa Murphy’ego…

No bo tak:

– kolejne wezwania do zapłaty nie dochodziły do nas, bo (co za idiotyzm!) zginął kluczyk od skrzynki w mieszkaniu teścia. A Poczta Polska (niech żyje!) nie wyda duplikatu NIKOMU poza osobą zameldowaną w lokalu.

– w związku z tym nie doszło do nas także pismo grożące wypowiedzeniem umowy najmu etc.

I dopiero kiedy teść wrócił okazło się, że w końcu mu tę umowę najmu wypowiedzieli.

To wystarczyło, żeby był na nas wściekły. Oczywiście – umowę najmu można odnowić i zwykle „domy komunalne” nie robią z tym problemu, jeśli taka „wpadka” zdażyła się pierwszy raz. Ale całe bieganie, nerwy, poza tym mieszkanie jest „do wykupu” a w tej sytuacji nie wiadomo, czy… etc…

***

Ale tu włączyło się drugie Podstawowe Prawo Murphy’ego. Zawsze może być gorzej. ZAWSZE.

Teść złożył w urzędach odpowiednie papiery i – ciągle zły, ale już spokojniejszy – wyjechał na parę dni odpocząć.

Wrócił do miasta tylko po to, żeby się dowiedzieć, że wypowiedzenie umowy to mały pikuś.

Okazało się bowiem, że w „międzyczasie” (czyli w ciągu tego roku) odbyła się juz sprawa sądowa (zaocznie, bo skoro lokator nie odbiera wezwań to znaczy, że sądu unika…!) i istnieje wydany także zaocznie wyrok eksmisyjny.

***

Tak, mamy znajomych prawników. Prawników „z gónej półki”, którzy najprawdopodobniej zdołają sprawę odkręcić. Na razie złożyli w sądzie wniosek o wstrzymanie egzekucji wyroku, potem będą dążyć do powtórzenia sprawy, co podobno jest do zrobienia (nie pytajcie, nie znam się na prawie).

Ale zanim to wszystko się przewali, to minie duuużo czasu. Teść jest wściekły na M. („…moja córka mnioe zawiodła…”), bez sensu zresztą, bo to jednak głównie ja nawaliłem.

Jasne, mógłbym się tłumaczyć – że gdyby teść załatwił (przed wyjazdem) kilka rzeczy tak, jak mu radziłem, to całej sprawy by nie było. On oczywiście „wiedział lepiej”… Że zostawił nam móstwo nierozwiązanych spraw, że nie rozumiał (i nadal nie rozumie), że nie chodzi tylko o pieniądze, że dla nas każda sprawa do załatwienia w urzędzie w Warszawie to dzień w plecy, że mamy małe dzieci i mnóstwo pracy, że dwa lata temu straciłem dwa tygodnie (!!!) biegając i załatwiając jakieś jego niezałatwione sprawy w ZUSie (w Warszawie, rzecz prosta…). Że można to było rozwiązać prostym stałym zleceniem z konta bankowego zamist skomplikowanych operacji i płacenia na poczcie – ale teść nie chciał, „bo jeszcze się ktoś zorientuje, że go nie ma…” etc.

Ale tłumaczenie jest bez sensu. Przez idiotyczne zaniedbanie (moje) – afera jak smok.

A co będzie, jeśli się nie uda i on rzeczywiście straci to mieszkanie? Wolę nie myśleć. Przecież nas nie stać, żeby mu kupić mieszkanie. W Warszawie.

***

Wystarczy poczytać gazety. Są ludzie – i w Warszawie, i w innych miastach – którzy mieszkając w mieszkaniach komunalnych czy spółdzielczych LATAMI nie płacą czynszu. W OGÓLE nie płacą. Mają długi idące w dziesiątki czy setki tysięcy złotych. I NIKT IM NIC NIE MOŻE ZROBIĆ. A tu proszę – JEDNA wpadka, trzymiesięczna zaległość, i już: wypowiedzenie umowy, zaocznie wydany wyrok i rok biegania po sądach (w najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń).

***

No i tak to wygląda. Cały urlop reagowaliśmy nerwowymi podskokami na każdy dźwięk dzwoniącej komórki, a jak na wyświetlaczu pokazywał się numer teścia, to drętwieliśmy z przerażenia, co się jeszcze okaże czy już okazało…

Bardziej życzliwych proszę o mocne trzymanie kciuków. A tych, którzy mają Takie Zwyczaje – o modlitwę za nas i za całą tę sprawę.

***

A przy okazji – nauka na przyszłość, którą niewątpliwie w życie wcielę:

NIGDY, ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA NIE ZAJMOWAĆ SIĘ WIĘCEJ CUDZYMI PIENIĘDZMI. To zdecydowanie nie jest moja specjalność.

***

No, to teraz rozumiecie, dlaczego nie miałem nastroju do pisania…