Mruczanka Z Zaspy

Zawaliło, zawiało, i nagle okazało się, że jest zima. W takich sytuacjach Puchatek szczerze marzy o tym, żeby ocieplenie klimatu postępowało nieco szybciej.

Nie, żeby Puchatek śniegu nie lubił… odgarniać. Ale poświęcanie na to wesołe i skądinąd zdrowe zajęcie dwóch godzin (dwóch WIECZORNYCH godzin, które naprawdę można było wykorzystać na kilka ciekawszych sposobów…) uważa Puchatek za lekką przesadę. Zwłaszcza, że padające z nieba Białe Paskudztwo stosunkowo szybko zaciera ślady puchatkowej interwencji…

Szalony kołowrotek zwany przewrotnie codziennością wiruje jak zwykle. Dzieje się tyle rzeczy na raz, że nawet nie ma kiedy się nad nimi spokojnie zastanowić. A tu jeszcze jakieś jesienno-zimowe kaszle Potworów się zaczynają…

A na dodatek w Chatce Puchatków szaleje remont. Remont panoszy się wprawdzie tylko w przedpokoju, ale i tak jest złośliwy i gryzie.

A wczoraj (czyli w poniedziałek) Pietruszka jechał z klasą na wycieczkę (!) do kina w Warszawie (!) autokarem (!!!). Z powiatowego miasta G. do stolicy jest raptem trzydzieści kilometrów… Ale trafiło na WCZORAJ. Dzieci były w kinie dwie godziny (łącznie z jakąś zabawą zorganizowaną po obejrzeniu filmu o oceanach w 3D). A w autobusie spędziły łącznie około PIĘCIU godzin. Pięć godzin zajęło im przejechanie (łącznie, w obie strony) sześćdziesięciu kilometrów. Pietruszka po wyjściu z autokaru nie nadawał się do użytku – dopiero jak przyszedł do domu, zjadł coś, zległ na godzinę – to odżył…

Nieeee, Puchatek zimy nie lubi…

***

Z kronikarskiego obowiązku Puchatek donosi, że ukazała się już najnowsza płyta Loreeny McKennitt „The Wind that Shakes The Barley”. W Polsce oficjalnie jeszcze jej chyba w sklepach nie ma, choć na niezawodnym Allegro już można ją upolować (ale ceny na razie wysokie). Fragmentów można posłuchać TUTAJ. O Loreenie McKennitt już Puchatek był kilka razy pisał (o, na przykład TUTAJ).

Jakąś „recenzję” na pewno Puchatek tu wrzuci, jak tylko dostanie płytę w łapy (co, jak Puchatek się zna, nie zajmie dużo czasu…).

Mruczanka Jesienna Niestety

Właściwie po takim tytule nie ma już sensu pisać dalej, prawda?

„Bo jesień, wie pan, głupia historia: Grypa i wiatr, i oratoria…”

***

Z jednej strony ta jesień to jeden wielki, nieustający Dzień Świra. Potwory mają setkę różnych spraw i zajęć, na każde trzeba je dowieźć, czasu mało, pracy dużo. I tak dalej. Z drugiej strony – paradoksalnie – jak przypomnę sobie czas sprzed roku, to okazuje się że teraz jest dużo spokojniej i mniej nerwowo.

A przed nami wyprawy… Jedna na Wszystkich Świętych, druga w końcu listopada… Chociaż tyle…

Przerywnik Z Dreszczykiem

Zmuszony jestem przerwać, żeby Wam opowiedzieć co przeżyłem.

Przeżyłem – to istotne w tym wszystkim słowo. Niewiele – naprawdę bardzo niewiele – brakowało, a poprzedni wpis byłby ostatnim.

Co, że to brzmi (melo)dramatycznie? Być może. Ale przesady w tym nie ma. Ani-ani.

Wszystko zaczęło się od tego, że kupowaliśmy nowe autko. No bo stare już zaczęło robić numery – niby drobiazgi (a to klamka, a to dmuchawa, a to jakieś żaróweczki…), ale każdy taki „drobiazg” oznaczał trzy stówy (co najmniej) w plecy. Więc postanowiliśmy, że kupimy nowy (…tam zaraz nowy – używany, rzecz prosta, ale nowszy), a stary się sprzeda.

I dlatego właśnie razem z kolegą B. (tym samym, co w 1995 r. był z nami w Szkocji) pojechaliśmy w piątek do Piły. Bo akurat w Pile stało auto, które się nam spodobało. Opel Combo Tour, ‚2006, niecałe 80 tysięcy na liczniku, doskonały silnik (1,7 CDTI, czyli znowu turbo-diesel).

Pojechaliśmy zatem. „My” to znaczy Puchatek i kolega B. A że auto okazało się dokładnie takie, jak w ogłoszeniu, to wracaliśmy już na dwa samochody – kolega B. z odpalonym GPS-em jechał przodem w Puchatkowym Peugeociku, a Puchatek za nim – w Opelku.

Tyle, że z Piły ruszyliśmy kwadrans po piątej, a potem trzeba było jeszcze się zatrzymać na tankowanie i jedzenie jakieś… A z Piły do G. (pod Warszawę) jest 360 kilometrów – ale jedzie się sześć godzin. Takie drogi…

No więc jedziemy. Koło wpół do jedenastej w nocy, w okolicy Płońska, utknąłem za jakimś tirem – nie było jak wyprzedzać, bo ciągle coś jechało z przeciwka. Jechałem za nim jakieś dwadzieścia kilometrów, osiemdziesiątką… Aż wreszcie – można wyprzedzać.

„Wychylam się” zza tira, rzut okiem: w ciemności rozświetlonej długimi światłami ciężarówki widać drogę na dobry kilometr do przodu. Nic nie jedzie, droga prosta, daleko (ale naprawdę daleko) z przodu widać łagodny zakręt. Linia przerywana.

Lewy kierunkowskaz, zmiana pasa, gaz, wyprzedzam. Opelek grzecznie zrywa się do biegu, sunie do przodu, jestem właśnie za połową długości tira, kiedy w oddali widzę wyjeżdżający zza zakrętu samochód.

Zakręt jest daleko, zapas jest duży, ale… Ale nagle (wszystko to trwa oczywiście znacznie krócej, niż opisuję, sekundy…) zdaję sobie sprawę, że to coś z przeciwka jedzie SZYBKO.

Nie, to jedzie BARDZO SZYBKO. Znacznie szybciej, niż mogłem sobie wyobrazić. Światła zbliżają się w takim tempie, że (jak sobie potem wyliczyłem), gość musi jechać 200 kilometrów na godzinę. Może nawet nieco więcej. W dodatku – choć przecież widzi moje światła i tira obok – nie hamuje, nie zwalnia, nawet nie miga długimi. Po prostu pędzi w moim kierunku z prędkością światła.

Mniej więcej sekundę zajęło mi zdanie sobie sprawy z faktu, że jestem w sytuacji bez wyjścia. Nie miałem szans zdążyć wcisnąć się przed tira – gość z przeciwka jechał za szybko. A że w tym momencie byłem już prawie na wysokości kabiny tira, nie zdążyłbym także wyhamować i schować się z powrotem za nim.

Wiecie co? Już słyszałem („w głowie”) ten huk.

Zrobiłem – jak się potem okazało – jedyną rzecz, którą mogłem zrobić: ostro hamując uciekłem W LEWO. Na lewe pobocze.

A potem zdarzyły się trzy rzeczy jednocześnie: ja hamowałem z piskiem opon na LEWYM poboczu, w tym samym momencie na prawym pasie mijał mnie tylny zderzak tira, a między mną a tirem przeleciał ten samochód. Nie wiem, co to było – ale jak przeleciał, to aż mi zakołysało samochodem. Od pędu powietrza. Nie, nie przesadzam i nie koloryzuję.

Kiedy stanąłem, moje prawe koła stały na poboczu (to znaczy – na asfalcie), a lewe – metr czy półtora za końcem asfaltu, na ziemi. A ja miałem jeszcze tyle przytomności umysłu, żeby na wszelki wypadek włączyć światła awaryjne i siedziałem tak ze trzy minuty, czekając aż ręce przestaną mi się trząść.

A gdyby w tym miejscu nie było pobocza? Gdyby zaraz za asfaltem był rów? Albo, co gorsza, gdyby tam była metalowa barierka? Zresztą co tam barierka – wystarczyłoby, żeby na lewo od pobocza, już poza asfaltem, stało drzewo, prawda?

Czy ten gość był pijany? Czy był po jakichś prochach? Normalnemu człowiekowi trudno uwierzyć, że ktoś także w miarę normalny może nocą, na wąskiej drodze jechać 200 czy więcej…

Cholera! Możesz jeździć rozsądnie, z wyobraźnią, zgodnie z przepisami, bezpiecznie, zachowywać wszelkie zasady – a i tak nie masz gwarancji, czy dojedziesz bezpiecznie do domu, bo możesz spotkać jakiegoś świra / pijaka / ćpuna albo młodego gniewnego który chce się popisać przed panienką swoim wielkim BMW (na przykład).

Jeszcze następnego dnia rano czułem tę adrenalinę.

***

A swoją drogą – to była noc z piątku na sobotę, a w sobotę było wspomnienie Świętych Aniołów Stróżów. No to mój anioł stróż chyba naprawdę był na swoim miejscu…

***

Kiedyś, dawno, dawno temu, w czasie jakichś studencko-turystycznych wojaży, wysokich Tatrach, w rozmowie ze znajomymi powiedziałem coś, co (mam nadzieję…) było stwierdzeniem proroczym: co jak co, ale ja na pewno nie zginę w górach ani na drodze. Bo to moje naturalne środowisko…

Mruczanka Przed-Podróżna

Skończyłem. O dzień wcześniej niż myślałem – skończyłem tę cholerną książkę. Dziś (miało być jutro, będzie niespodzianka 🙂 jadę na Drugi Koniec Polski, gdzie M. z Potworami bawi u rodziny.

Wracamy w poniedziałek. A we wtorek…

We wtorek wstaję o czwartej rano wsiadam w pociąg, potem w drugi, wysiadam w Krakowie, jadę na Balice i…

I lecę. W ramach prezentu na czterdzieste urodziny robię sobie tygodniową wyprawę, zupełnie sam. Niech żyją tanie linie lotnicze.

Lecę do Edynburga. z Edynburga przejeżdżam na północ, do Inverness. Z Inverness… Jeszcze nie wiem. To będzie zależało od pogody i paru innych czynników. Na Szetlandy raczej nie dotrę (za daleko, za drogo, za mało czasu). Ale dotrę albo na Orkady, albo na Hebrydy Zewnętrzne (Harris i Lewis).

3. sierpnia będę z powrotem w domu.

I co, szczęki Wam opadły? 🙂

Trzymajcie kciuki, żeby się wszystko dobrze udało. Jak wrócę, wszystko opowiem. I zdjęcia pokażę. Słowo.

Scotland, here I come!

 

 

Mruczanka Powyborcza

Nie, analiz nie będzie. Powtórzę tylko to, co napisałem w 2005 r., z dodanym zakończeniem:

 

W roku 1990 głosowałem na Mazowieckiego. Przegrał.

***

W roku 1995 głosowałem na Gronkiewicz-Waltz. Przegrała.

***

W roku 2000 głosowałem na Olechowskiego. Przegrał.

***

W roku 2005 głosowałem na Tuska. Przegrał.

***

Kocia Twarz, po raz pierwszy od 1989 r. wygrał „mój kandydat”. Nie, żebym był ostrym fanem PO (nie jestem), nie żebym uważał Komorowskiego za idealnego prezydenta (nie uważam). Nie mam jednak wątpliwości, ze z tych kandydatów to był najsensowniejszy wybór.

Mruczanka – Thriller

Uwaga – opowieść dla czytelników o mocnych nerwach.

Miał Puchatek pisać o wczorajszych przyjemnościach, jako że Puchatki wczoraj świętowały fakt, że już jedenaście lat ze sobą wytrzymują. Potwory zostały na pół dnia sprzedane do znajomych, a Puchatki były w kinie i na randce zupełnie same dwa. A po południu – już razem z Potworami – pojechały na duże rodzinne lody. Czyli generalnie dzień był miły i spokojny…

…do czasu.

Około godziny dziesiątej (wieczorem, rzecz prosta) M. pławiła się w wannie a Puchatek usypiał potwory. Nagle… (w thrillerach zawsze jest jakieś „nagle”, prawda?) sprzed Chatki dobiegł wyraźny odgłos (charakterystyczny bardzo) otwieranej i zamykanej furtki. I otwieranej i zamykanej jeszcze raz. I jeszcze. Furtka na noc jest zwykle zamykana na klucz, ale o tej porze jeszcze nie była.

Nie powiem, trochę się był Puchatek zdziwił. Owszem, są wśród znajomych ze dwie czy trzy osoby które wchodzą przez puchatkową furtkę bez pukania, ale zwykle po uprzednim telefonie i raczej nie o tej porze.

Wyjrzał Puchatek przez okno – furtka otwarta (w sensie – prawie na oścież) a koło domu w ciemności wyraźnie ktoś był. Postać która zamajaczyła była męska, duża i zdecydowanie nieznajoma. Zamajaczyła – i zniknęła za węgłem wyraźnie kierując się do drzwi wejściowych.

Puchatek ma taką specyficzną cechę, która już parę razy w życiu bardzo mu pomogła (a ze dwa razy nawet to życie uratowała, bez przesady i przenośni). Jak Puchatek się przestraszy, to nie panikuje, nie staje sparaliżowany, tylko działa szybko, sprawnie i z wyjątkowo jasnym umysłem. Ot, taki dar Boży.

Co więc Puchatek zrobił? Z prędkością podświetlną zbiegł na dół i… zasunął zasuwę w drzwiach wejściowych, oddzielających przedsionek od domu. A w przedsionku wyraźnie ktoś był…

Wyjrzał Puchatek przez balkon – ale przedsionek „za rogiem”, z balkonu niewidoczny. Wyjrzał Puchatek przez małą szybkę w drzwiach wejściowych – ciemno, nic nie widać. Ale wyraźnie ktoś tam jest.

W pierwszym odruchu chciał Puchatek wyjść i sprawdzić, ale… zdecydował, że jednak nie. Cholera wie kto to, ilu ich i jakie ma(ją) zamiary. A Puchatek jest jeden i zdecydowanie nie jest Chuckiem Norrisem.

Co więc Puchatkowi zostało? Broń potężna: telefon. Zadzwonił Puchatek na 112 i rzeczowo zrelacjonował sytuację. Pan policjant powiedział, że wysyła patrol i doradził, żeby jednak z domu nie wychodzić, tylko poczekać na kolegów. Na jego kolegów, znaczy się.

Koledzy zjawili się po kilku minutach, które to kilka minut Puchatek spędził stojąc na balkonie i nasłuchując, co się dzieje. Nie działo się generalnie nic, ale na dole (w przedsionku) w dalszym ciągu wyraźnie ktoś był.

Wreszcie zjawili się Stróże Prawa. Puchatek zamachał do nich radośnie z balkonu. Panowie weszli przez furtkę. Puchatek (czując się zdecydowanie pewniej w obecności dwóch bądź co bądź uzbrojonych policjantów) otworzył drzwi od środka.

No i rzeczywiście – był tam Pewien Pan. Pan był w stroju niekompletnym (czyli ubrany tylko od pasa w dół, że się tak wyrażę – topless). Wysoki. Łysy. Wytatuowany.

A wiecie co robił?… (tu następuje wzrost napięcia)

Spał. Spał sobie na linoleum w puchatkowym przedsionku.

Tak, jak się zapewne część czytelników domyśla, pan był w stanie wskazującym. W rozmowie z policjantami (kiedy już go dobudzili) okazało się, że pan zdecydowanie nie miał złych zamiarów.

Pan okazał się być robotnikiem, który przyjechał z jakiegoś Podlasia jako członek ekipy budującej czy remontującej jakiś dom w okolicy. Przyjechał był tego dnia rano – a że była sobota, to wieczorem wyszedł zabalować i… się zgubił. Nie wiadomo, gdzie zostawił koszulę, ale ponieważ był w stanie jak wyżej, kompletnie nie mógł trafić do domu (tzn. do miejsca, gdzie wraz z kolegami miał pracować). A że puchatkowa brama wydała mu się znajoma, więc wszedł i chciał spokojnie do rana pospać.

Puchatek razem z panami z policji chyba kwadrans głowili się, gdzie tu w okolicy ktoś „buduje czy remontuje takie dwa połączone mieszkania”. Było to o tyle trudne, że z pana trudno było wyciągnąć jakiekolwiek precyzyjne informacje z uwagi na stan.

Skończyło się na tym, że Puchatek skargi nie wniósł, policjanci pana puścili wolno, pouczywszy w krótkich żołnierskich słowach, żeby bez dzwonienia czy pukania na obce posesje nie właził.

A Puchatek na pożegnanie dał panu starą (ale w dobrym stanie…) ocieplaną koszulę, bo noc była zdecydowanie zbyt chłodna na poszukiwanie kwatery topless.

***

Ale wiecie, co w całej tej historii jest najbardziej wkurzające? Postawa Dzielnego Psa Obronnego rasy malamut alaskański.

Bo kiedy pan Zagubiony spał sobie smacznie w puchatkowym przedsionku, to Dzielny Pies Obronny… spał sobie spokojnie obok niego, na swoim kocyku.

– Ależ pan ma dzielnego psa stróżującego! – pokiwał ironicznie głową Stróż Prawa, kiedy się już z Puchatkiem żegnał.

– A daj pan spokój – odparł Puchatek z ciężkim westchnieniem. Bo cóż innego zostało do powiedzenia…

Kocia Twarz, następnym razem kupię jamnika. Jamniki przynajmniej drą gęby.

Mruczanka (szybko) bieżąca

I co ja mam pisać… Że jestem zmęczony? Że mam już strasznie dosyć tego roku (szkolnego, znaczy się)? Że marzę o wyjechaniu gdzieś? Nie, nie o „wyjechaniu” – marzę o Wędrówce. Takiej prawdziwej.

Siedzę i pracuję – i z każdą zapisaną stroną czuję się bardziej wypompowany. Coś, co normalnie robię w godzinę – teraz zajmuje mi dwie. A – jak na złość, oczywiście – pracy w tym przedwakacyjnym okresie mam tyle, że powinienem raczej robić ją dwa razy szybciej.

Mam takie poczucie, że nic mi nie wychodzi. Że za cokolwiek się złapię – idzie nie tak, jak powinno. A w każdym razie nie tak, jak ja bym chciał. Obiektywnie rzecz biorąc to oczywiście nieprawda… No i co z tego.

Potrzebuję wakacji. BARDZO potrzebuję. I będą, nawet się zapowiadają bardzo pozytywnie (o tym niżej albo następnym razem), ale najpierw jeszcze miesiąc roboty. A ja mam poczucie, że to właśnie o ten miesiąc za dużo.

***

Tak, dzieje się też dużo dobrych rzeczy.

Starsze Potwory dostały się do szkoły muzycznej. Oba. Było bodaj 30 miejsc i około 300 chętnych. Piłka będzie grała na swoim wymarzonym flecie poprzecznym – już podskakuje z radości na samą myśl, na razie piłując flet prosty, z którym w zasadzie się nie rozstaje. Pietruszka (z przyczyn bliżej niewyjaśnionych) od roku mówił, że chce grać na… klarnecie. I dostał się na ten klarnet, jako jedyny (nauczyciel mógł wziąć tylko jednego nowego ucznia).

W dodatku oboje nauczyciele są sympatyczni, młodzi i wyluzowani (co, jak wiadomo, w szkołach muzycznych daleko nie zawsze tak wygląda…).

Minusem te historii jest to, że od września poza „normalnym” jeżdżeniem do szkoły i w parę innych miejsc trzeba będzie Potwory wozić jeszcze do szkoły muzycznej. Przydałoby się może szofera wynająć?…

BTW: Pietruszka na egzaminie miał maksymalną ilość punktów w obu komisjach: „słuchowej” i „manualnej”. O ile to pierwsze nie dziwi (pani A., która uczy Piłkę fletu, twierdzi że Pietrucha ma słuch absolutny…), o tyle to drugie nieco nas zaskoczyło (na plus, rzecz prosta). Rozwija się człowiek.

***

Jak już o genialnych dzieciach: Pietruszka pisał test na zakończenie pierwszej klasy (nie ma on żadnego wpływu na dalszą szkolną karierę, jest tylko formą sprawdzenia ucznia i nauczyciela, który go uczył). Maksymalnie można było dostać 60 punktów. I tyle właśnie Pietruszka zdobył. Jako jedyny w klasie. No, po prostu mutant jakiś.

Ja chyba nigdy z żadnego „dużego” testu czy sprawdzianu nie dostałem maksymalnej ilości punktów. Zadzwoniłem zatem do Osobistego Ojca z tekstem: „A ja mam mądrzejszego syna niż Ty!”.

Obśmiał się jak norka.

Mruczanka-połamanka

Taaaaak… Jak to mówią – co się polepszy, to się…

W niedzielę byli u nas Dawno Nie Widziani Znajomi (tzn. my u nich byliśmy chyba dwa czy trzy miesiące temu, ale oni u nas nie byli ze sześć lat). Bardzo było miło, się pogadało i pospacerowało i takie tam. I tak się miło tydzień był zaczął…

…Ale zaraz mu przeszło.

Kiedy w poniedziałek M. przyszła po dzieci do szkoły, to Piłeczka siedziała w świetlicy i płakała. Piłeczka owszem, łatwo ryczy jak się w coś huknie, ale generalnie rzadko trwa to dłużej niż minutę. Co się stało?

– Bo ja spadłam z drabinki na placu zabaw i teraz mnie ręka boli… – brzmiała odpowiedź (przez łzy).

Po krótkim śledztwie okazało się, że wypadek zdarzył się dwie godziny wcześniej. A piłeczkowa pani od zerówki obejrzała boląca rękę, pokiwała głową, powiedziała że „Kto wie, czy to nie złamanie!” (co oczywiście sprawiło, że dziecko zaczęło bać się jeszcze bardziej) i… zaprowadziła wszystkich z powrotem do klasy, a po skończeniu lekcji – do świetlicy.

M. dostała piany, pani od zerówki miała chyba wyjątkowe szczęście, że już jej nie było w szkole.

A ręka bolała dalej. Więc Puchatek pojechał z Piłeczką do przychodni na szybką diagnozę. Ulubiona Pani Doktor (która na szczęście była akurat w przychodni, a która w dodatku poza pediatrią ma także specjalizację z chirurgii…) wyszła z gabinetu, kazała podwinąć rękaw – i aż się za głowę złapała. – No przecież widać, że złamana! – westchnęła. Po czym już tylko Puchatkowi do ucha szepnęła: – Jak na moje oko, to z przemieszczeniem.

Puchatek tam nic nie widział, ale jak fachowiec mówi, to wie.

– Do zabiegowego, zabezpieczyć szyną, w samochód i do Warszawy – zaordynowała Pani Doktor rzeczowo (w powiatowym mieście G. jest co prawda duży i nowoczesny szpital, ale chirurgii dziecięcej w nim nie ma…).

No i pojechali. Piłeczkę po drodze w zasadzie przestało boleć, więc Puchatek został zatrajkotany (prawie) na śmierć.

W szpitalu na Działdowskiej o tej porze (na szczęście) pustki panowały. Gabinet chirurga, rentgen, z powrotem chirurg. Złamanie kości łokciowej (w połowie drogi między łokciem a nadgarstkiem). Ale kość promieniowa – co w takich przypadkach podobno wyjątkowo rzadkie – nienaruszona. Chociaż tyle.

Przestawienie okazało się koniec końców na tyle minimalne, że nie trzeba było nic nastawiać. – Gips wszystko załatwi – powiedział chirurg. – Kość jest ustawiona minimalnie nierówno, ale tak minimalnie, że nie ma sensu tego ruszać, bo u małego dziecka („Nie jestem mała” – wtrąciła oburzona Piłeczka…) i tak się wyrówna w ciągu kilku miesięcy, wraz ze wzrostem…

Niezły gips. Od palców do „za łokciem”. Cztery tygodnie, może więcej. Piłeczka jest bardzo dumna, pozwala koleżankom rysować po gipsie.

***

A Puchatek poszedł we wtorek rano do pana dyrektora, wypełnić papierki (bądź co bądź dziecko ubezpieczone…) i przy okazji wspomniał delikatnie o tym, że jego (Puchatka) zdaniem pani z zerówki zachowała się mało profesjonalnie. Że Puchatek nie ma zastrzeżeń do samego wypadku (bo takie rzeczy się dzieciom zdarzają, niektórym zwłaszcza…) – ale do tego, co było potem. Że pani od zerówki (zwłaszcza, jeśli sama zastanawiała się na głos, czy to nie złamanie…) powinna była jednak zadzwonić po rodziców, a nie spokojnie zostawiać płaczące dziecko w świetlicy.

Pan dyrektor (który oczywiście o całym zdarzeniu dowiedział się dopiero od Puchatka…) jak to usłyszał, to miał takie… Jakby to powiedzieć… Lekkie k…wiki w oczach. – Ja z nią porozmawiam – powiedział tylko. Ale powiedział to takim tonem, że Puchatek chyba nie chciałby być przy tej rozmowie…

No i tak. Piłeczka jest w przednim nastroju. Narzeka tylko, że gips jej w spaniu przeszkadza.

Dobrze chociaż, że to lewa płetwa…

Jak nie urok, to…

Tak Jakoś…

Tak, zdaję sobie sprawę, że to co napisałem poprzednio było bardzo emocjonalne. Już mi to kilku znajomych pół-żartem wytknęło (co przy okazji oznacza, że ktoś czyta to, co piszę…).

Ale już na spokojnie i bez emocji muszę podtrzymać to, co napisałem: jestem bardzo zmęczony polskim życiem politycznym. Mam bardzo, bardzo dość. Chciałbym pojechać gdzieś daleko, chodzić po lesie, leżeć na plaży i o niczym nie myśleć.

Problem polega na tym, że nie myśleć się nie da…

***

Za oknem dziś chłodno, wieje wiatr, po niebie przewalają się chmury. W taką pogodę wspaniale się wędruje na przykład po Bieszczadach – bo wiatr szumi w drzewach, chmury nadają niebu charakteru, a ludzi na szlakach niewielu.

W taką pogodę mógłbym też chodzić po wrzosowiskach Szkocji, gdzieś w Grampianach albo na Wyżynie Południowoszkockiej… Mógłby słuchać szumu wiatru i ptasich pokrzykiwań… Mógłbym tyle rzeczy robić…

Ale to wszystko jeszcze nieprędko. A szkoda.