Nobel, Nobel!

A zatem literackiego Nobla dostała w tym roku Swietłana Aleksijewicz.

Mieszane uczucia (i nie, zapewniam, wcale nie dlatego, że w 2011 r. jej książka zgarnęła Nagrodę Kapuścińskiego, a nie „Lekcje Chińskiego” Pomfreta…).

Z jednej strony – jej książki to kapitalne reportaże (choć nie wszystkie – bp np. „Ostatni świadkowie” są moim zdaniem średni; ale „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to niesamowita książka).

Z drugiej – mam wrażenie, że coraz częściej literacki Nobel jest raczej nagrodą za kierunek, za „istotność” poruszanych tematów, niż za literaturę. Bo na poziomie czysto literackim to, co pisze Aleksijewicz, moim zdaniem nie jest wybitne. Żeby nie było nieporozumień: nie twierdzę, że to jest literacko złe, nie twierdzę nawet, że jest przeciętne. Ale wybitne – nie.

Tak, wiem, zgodnie z życzeniem Alferda Nobla nagroda miała trafić „…w ręce osoby, która stworzy najbardziej wyróżniające się dzieło w kierunku idealistycznym.” Niemniej to, co pisze Aleksijewa, na poziomie czysto literackim trudno porównywać (że wymienię tylko kilku noblistów z ostatnich lat…) z Haroldem Pinterem, Orhanem Pamukiem, Doris Lessing czy Mario Vargasem Llosą. Nawet Modiano czy Le Clézio – choć prywatnie (proszę nie strzelać…) uważam, że są nudziarzami, są też niewątpliwie wielkimi pisarzami.

A Aleksijewicz jest świetną reporterką (dwie nagrody Kapuścińskiego absolutnie zasłużone!), ale pisarką jest w najlepszym wypadku „powyżej średniej”.

Tak, tak, to tylko moje prywatne zdanie…

Przed drogą

Jeszcze tylko jutro. Jeszcze się tylko spakować („się” i Pucka, Pietruszka się spakuje sam, Piłka od zeszłego Piątku jest już w Jarosławiu, na warsztatach, gdzie gra na flecie, śpiewa, tańczy, pisze artykuły i robi jeszcze sto pięćdziesiąt innych rzeczy, o których informuje na bieżąco…).

W niedzielę rano jedziemy z chłopakami do Jarosławia, przejąć Piłkę. W poniedziałek rano – z Jarosławia do C., na Dolny Śląsk – drobne pięćset pięćdziesiąt kilometrów. W C. trzy, może cztery dni, żeby Potwory nacieszyły się ciociami i vice versa.

A potem – w drogę. Plany są wielkie. Jak wszystko wyjdzie, to przejedziemy jakieś pięć tysięcy kilometrów. Niemcy, Francja, Hiszpania (morze, Barcelona, Pireneje), potem powrót przez północ Włoch i Szwajcarię (Alpy!).

Potwory nie mogą się doczekać. Ja…

Nie wiem. Znowu ambiwalencja uczuć. Z jednej strony – też się cieszę na tę wyprawę. Na to, że wreszcie oderwę się od codzienności, od pracy… Że wreszcie – po tak długim czasie! – ruszę w drogę. Cieszę się na podróż, na to fizyczne zmęczenie połączone z poczuciem wędrowania, na noclegi w namiocie, ciche poranki gdzieś w górach czy nad morzem, na widoki, zapachy, wrażenia, szum wiatru… Na to poczucie wolności, które zawsze mnie dopada, kiedy gdzieś wyruszam.

Z drugiej strony – ta cholerna świadomość, że nigdy już nie będzie tak samo. Że to już nie to samo. Że najwspanialsze widoki i najcudowniejsze trasy nie będą takie same – bez Niej.

***

Zastanawiałem się, czy na te pierwsze inne wakacje nie zabrać ich do Szkocji. Ale nie, jeszcze na to dla nich a wcześnie. Pietrucha byłby pewnie zachwycony, Piłka może też, choć mniej – ale Pucek?… Co on by tam robił? Nie, jeszcze dwa – trzy lata. Muszą dorosnąć (zwłaszcza niektórzy).

Ale ta wyprawa także będzie (absolutnie świadomie…) wyprawą „po śladach”. I dobrze. Wszyscy czworo musimy sobie jeszcze wiele rzeczy przepracować.

***

To chyba pierwszy raz – jak daleko sięgam pamięcią – kiedy perspektywa wyruszenia w podróż tak do końca nie cieszy, kiedy myśli o nowej wędrówce towarzyszy męcząca myśl z gatunku „…tak, ale…”.

Myślę, że to „ale” będzie już zawsze. (Kto to napisał, że nie ma okrutniejszych słów od „zawsze” i „nigdy”? Elliott? Cummings? Heaney? Nie pamiętam…)

Wakacje…

Czuję się zmęczony. Końcówka roku szkolnego to taki moment, kiedy wszyscy czują się zmęczeni… Ale przecież już zaczęły się wakacje. A ja dalej czuję się zmęczony. Inaczej.

To takie ciężkie, skumulowane uczucie wyczerpania – nie tyle fizycznego (choć oczywiście także…), co przede wszystkim emocjonalnego. I nie tylko tym rokiem szkolnym, ale całym tym okresem ostatnich trzech lat.

Zmęczenie wyłazi wszystkimi kanałami. Objawia się na różne, często zaskakujące sposoby.

Siedzę przy pracy – praca akurat dość odmóżdżająca, ale nic, co byłoby jakimś wielkim wyzwaniem czy sprawiało szczególne trudności… A jednak widzę, że każdy kawałek zajmuje mi więcej czasu, niż zwykle. Sporo więcej. Zatrzymuję się na jakimś kompletnie banalnym zdaniu i… nie wiem, jak je napisać. Albo łapię się na tym, że zamiast robić, co trzeba, siedzę od trzech minut gapiąc się tępo w ekran, z myślami błądzącymi na jakichś kompletnych manowcach.

Biorę się za jakieś prace, jakieś porządki – i przerywam w połowie. Postanowiłem któregoś dnia zrobić porządek w pralni i korytarzyku przed nią, gdzie nagromadził się jakiś straszny bałagan. Roboty – na oko – na jakieś dwie godziny. Po czterech godzinach stwierdziłem z niejakim zdziwieniem, że udało mi się zrobić połowę tego, co zaplanowałem – i że nie mam siły kontynuować. Chyba na razie trzeba sobie stawiać mniej ambitne cele…

Traktat (nie)pedagogiczny

Wychowanie nastolatków, lekcja numer…

Dwunastoletniej dziewczynce na progu dojrzewania NIE MÓWI SIĘ, że jest gruba. Nawet żartem.

Dziś lekcję odrobił dziadek L. Ponieważ Piłka generalnie nieco się zaokrągliła (normalnie, w związku z wiekiem, dziewczynki na tym etapie odkładają tkankę tłuszczową – tu i ówdzie, a także w paru innych miejscach), to dziadek, który nie widział wnuczki jakiś miesiąc, rzucił na powitanie coś w stylu „Piłka, ile ty ważysz? Grubas się z ciebie robi!”.

Tekst wygłoszony był w typowo dziadkowym stylu, z dość ewidentnym przymrużeniem oka i tonem jednoznacznie sugerującym, że chodzi o dowcip. Stylu i poziomu dowcipu komentować nie będę, niemniej widać było, że dziadek nie mówi serio.

Efekt był (cytując klasyków polskiej polityki) porażający. Kwadrans ryku plus dwie godziny focha z przytupem na poziomie termonuklearnym. Dziadek załapał, próbował wybrnąć z sytuacji, co (oczywiście) tylko sprawę pogorszyło.

Wygląda na to, że dziadek ma na jakiś czas mocno przechlapane. A Piłka jest pamiętliwa… Oj, pamiętliwa…

Urodziny

Urodziny… Siódme…

Tak dokładnie to pojutrze, ale dziś sobota, więc była okazja urządzić kinderbal. Pucek koniecznie chciał zaprosić kolegów i koleżanki. Banda siedmiolatków – to zupełnie nie moje klimaty. Ogarnąć to, zabawić, zorganizować…

Na szczęście zgłosiła się Pucka chrzestna mama. Upiekła tort (zgodnie z zamówieniem – malinowo-truskawkowy!), przygotowała zabawy, zorganizowała podchody.

Dziesiątka pierwszoklasistów (plus dwoje czy troje starszego rodzeństwa, nie licząc Potworów) szalała od trzeciej do szóstej po południu. Chwała Bogu, że była pogoda i szaleństwo odbywało się głównie w ogródku.

Kiedy już goście się rozeszli, a pobojowisko zostało z grubsza opanowane (duży ukłon w stronę wynalazcy jednorazowych talerzyków, kubeczków i łyżeczek…), Pucek – rozgorączkowany, nakręcony, zasypany prezentami – wykrzyknął w pewnej chwili: „To były najlepsze urodziny w moim życiu!”.

Już dawno nie doświadczyłem tak ambiwalentnych emocji, jak po tych słowach. Z jednej strony cholernie mnie one zabolały… Z drugiej – bardzo, bardzo ucieszyły. I wiem, że Ona też by się z nich cieszyła.

Jedyne, co mogę jeszcze dla Niej zrobić, to starać się, żeby oni byli szczęśliwi. Czasami mam wrażenie, że idzie mi to bardzo, bardzo opornie. Że częściej się nie udaje, niż udaje. Ale czasami są takie chwile jak ta. I dobrze. Może z czasem będzie ich coraz więcej.

Oby.

Muzycznie (?)

Nie mogę na razie słuchać pewnych gatunków muzyki. Loreena McKennitt na przykład jest chwilowo absolutnie na cenzurowanym – wywołuje tyle emocji, że czuję, jakby mnie coś rozrywało na kawałki. Open Folk – i tym podobne północno-zachodnie klimaty – też. Ale też (to ciekawe…) nie jestem w stanie słuchać Bacha. Ani Rodriga, zwłaszcza „Concierto de Aranjuez” działa za silnie. Po prostu nie mogę, bo chybabym oszalał. Emocje są jak niezwykle precyzyjny mechanizm, który został rozbity, a potem złożony na nowo: wszystko działa, ale lepiej nie dotykać. Na razie.

Mogę za to słuchać Cohena, który z szarością i smutkami radzi sobie bardziej intelektualnie, niż emocjonalnie. Katie Melua też bywa pomocna, zwłaszcza piosenki z „Secret Symphony”. Blues się sprawdza (choć raczej B.B. King, Johnny Lee Hooker czy późny Clapton, niż taki Laurie). No i Passenger (wiem, od sasa do lasa…). Jak usłyszałem tę piosenkę, to mnie kompletnie zatkało. Poczułem się, jakby gość pisał to siedząc w mojej głowie

 

Między nami, oszustami

Pismo z ZUS dostałem. Myślałem, że w sprawie renty rodzinnej, bo już ustawowe 30 dni minęło, ale nie. Pismo dotyczyło zwrotu nadwyżki świadczenia rehabilitacyjnego, które pobierała moja Żona w ostatnich miesiącach życia.

Ponieważ świadczenie wypłacane jest z góry za dany miesiąc, a M. zmarła 22 lutego, ZUS (na podstawie ustawy… etc.) zobowiązuje mnie do zwrotu kwoty tego zasiłku za te ostatnie 6 dni lutego.

To, że każą te pieniądze zwracać – pal sześć. Kwota groszowa, nie o to chodzi. Dobrze, że odsetek nie naliczają. Że dojście do tego zajęło im prawie dwa miesiące – to także mnie nie dziwi, zważywszy jaki B–6 panuje w tej instytucji.

Ale znalazło się w tym piśmie coś, co sprawiło, że mnie mało szlag nie trafił. I nie chodzi o treść, ale o formę.

Otóż, cytuję:

„Zakład Ubezpieczeń Społecznych (tu podany oddział i inspektorat), na podstawie artykułu… ustawy… z dnia… (etc., etc., łącznie siedem linijek tego wstępu) postanawia zobowiązać Pana do zwrotu nienależnie pobranego świadczenia rehabilitacyjnego z funduszu chorobowego w kwocie… za okres… po zmarłej…”

Nienależnie pobranego! Czyli, moi drodzy, to JA nienależnie pobrałem świadczenie? Czyli wziąłem coś, co do mnie nie należało, tak?

Czyli jestem oszust!

Wszystkie odcienie szarości

Regularnie, co jakiś czas, słyszę to samo pytanie. Znajomi, przyjaciele, krewni pytają z troską: „No i jak sobie radzisz?”

Troska jest szczera, intencje oczywiście najlepsze. Ale ja tego pytania po prostu nie znoszę. Bo nie wiem, co właściwie mam na nie odpowiadać.

To znaczy: w zasadzie wiem, co powinienem odpowiedzieć – bo wiem, o co w gruncie rzeczy pytają. Więc odpowiadam: tak, radzę sobie. Tak, trójka dzieci, gotowanie, sprzątanie, pranie, dojazdy. Tak, to trudne. Ale sobie radzę. Jakoś to się wszystko układa. Powoli.

Prawda jest taka, że te wszystkie sprawy, o które większość ludzi pyta, to są sprawy najmniej ważne. Jasne – są pilne i wymagają uwagi i wysiłku, ale… Wszystkie te kwestie „techniczne” i „logistyczne” są do ogarnięcia, jeśli tylko nie jest się kompletną pierdołą. A ja nie jestem. Albo jeśli nie jest się w depresji. A ja nie jestem.

Prawdziwy problem leży przecież zupełnie gdzie indziej. Prawdziwym problemem jest pustka. Pustka, która „objawia się” w tysiącu małych, drobiazgów, głupich sytuacji, szczegółów.

Jak wtedy, kiedy idę przez galerię handlową i mam odruch wejścia do sklepu, w którym zawsze kupowałem dla Niej jakieś drobiazgi — i przypominam sobie, że już nie mam po co.

Albo kiedy szukając czegoś w szafie trafiam na Jej spódnicę, tę wspaniałą, czarno-czerwoną, w której tak fantastycznie wyglądała – i zdaję sobie sprawę, że już nigdy jej nie założy.

Czy wtedy, kiedy patrzę na kwitnące w naszym ogrodzie morele, kiedy widzę, że najdalej jutro zakwitnie też magnolia – i natychmiast mam przed oczami Jej uśmiech na widok tych kwitnących na wiosnę drzew.

Albo kiedy łapię się na tym, że myśl o Wielkiej Wakacyjnej Wyprawie, którą planujemy z Potworami latem, wcale mnie nie kręci – bo mam świadomość, że bez Niej to już nie będzie to.

Albo kiedy zastanawiam się, jak powinienem zareagować na takie czy inne zachowania któregoś z Potworów – i mam odruch, żeby Ją zapytać, co o tym myśli, bo to przecież Ona w lot rozumiała wszystkie dziecięce problemy, smutki czy wątpliwości.

Kiedy widzę, że niektóre z tych zachowań – nawet, jeśli to kompletnie nieuświadomione – wynikają właśnie z Braku, który przecież w ich życiu też się pojawił. I że ja sam nic nie jestem w stanie na to poradzić, że mogę tylko być i wspierać.

I tak dalej, i tak dalej…

Coś w moim życiu się skończyło. Nie wiem, co mnie czeka w przyszłości – może jeszcze wiele wspaniałych chwil – ale wiem, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Tak, zdaję sobie sprawę, że to brzmi absolutnie banalnie.

„Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…” – śpiewał Marek Grechuta. Kiedyś bardzo lubiłem tę piosenkę, wydawała mi się taka… Czy ja wiem? Mądra. Przemyślana.

Ale to nieprawda. To, co było, jest niezwykle ważne. Są wydarzenia, przeżycia, które nas definiują. Bez których nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. Powiedzieć, że ważne jest tylko to, co przed nami, byłoby równoznaczne ze zrezygnowaniem z części siebie. Byłoby w jakimś sensie zdradą tego, co nas ukonstytuowało.

Nie, nie chodzi mi o to, żeby „żyć przeszłością”, bo to oczywiście także do niczego nie prowadzi… Ale to, co było – Jej obecność, nasze wspólne życie przez te dwadzieścia lat (w tym piętnaście pod jednym dachem) – to było największe i najważniejsze, co tu, na tym świecie miałem. Było oparciem, punktem odniesienia.

A teraz mam wrażenie, że wszystko jest szare, nijakie i puste. Bo co z tego, że widzę śnieg na Baraniej Górze, rozgwieżdżone niebo nad Beskidem Żywieckim, piękny witraż ze Świętym Krzysztofem w rybnickim kościele czy półmetrowego zaskrońca wygrzewającego się na asfalcie pod G.? Co z tego – skoro nie mogę Jej o tym opowiedzieć?

Nie (podkreślam raz jeszcze) – nie wpadam w depresję, nie idę się załamywać ani skakać z mostu. Ale – tak zwyczajnie, po prostu, po ludzku – jest mi smutno. I pewnie jeszcze długo, długo tak będzie.

Więc proszę, nie pytajcie mnie „jak sobie radzę”.

Czuję się po prostu cholernie samotny. I Wasza obecność – za którą jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczny! – tej akurat samotności rozproszyć nie jest w stanie.

(Paradoksalnie – fakt, że mam dzieci, sprawia, że poniekąd czuję się jeszcze bardziej samotny. Bo samotność to nie tylko brak kogoś, z kim można pogadać czy do kogo się można przytulić. Samotność to także poczucie, że ciężar, który się niesie – ciężar odpowiedzialności – niesie się samotnie. Więc im większa odpowiedzialność, tym większe poczucie samotności…).

Krok za krokiem…

Poprzedni wpis niestety się zdezaktualizował: w niedzielę była bronchoskopia, która wykazała, że całe lewe oskrzele (nie tylko główne, ale też oskrzela płatowe) są „zamknięte”, zaciśnięte od zewnątrz naciekiem nowotworu. Pleurodezy nie będzie.

Chirurg – niezależnie od swojego mało sympatycznego sposobu bycia – był bardzo rzeczowy, wyjaśnił mi wszystko i wyraźnie widać było, że też jest mu z tym źle. Co nie zmienia faktu, że nic nie może zrobić. Oskrzele jest zablokowane, płuco się nie rozpręży, więc zabiegu zrobić nie mogą.

Pani Doktor (gorąca linia…) kazała zaraz po wypisie jak najszybciej się zgłosić – jest jeszcze szansa, że uda się tym razem trafić z chemią tak, że zmiany zaczną się trochę cofać. W ekstremalnie pozytywnym przypadku może być nawet tak, że cofną się na tyle, że odblokują to oskrzele.

Ale, umówmy się, szanse są niewielkie. Nawet jeśli chemia zadziała, to jednak zwykle trzeba trzech czy czterech kursów, żeby zobaczyć efekty. A tyle czasu raczej nie mamy…

M. jest w fatalnym stanie. Fizycznie jest strasznie słaba, ma problemy z jedzeniem. Wczoraj chodziliśmy na „spacer” od łóżka do okna w szpitalnym pokoju (jakieś 2,5 metra w jedną stronę) – zrobiliśmy tę trasę bodaj pięć razy, potem jeszcze poszliśmy do łazienki (1,5 metra) i z powrotem – i była wykończona.

Ale po wczorajszych wieściach jest też w fatalnym stanie psychicznym. Ten zabieg to była jakaś nadzieja, jakieś światełko w tunelu (nawet przy świadomości, że droga za tunelem jest krótka). Teraz – w zasadzie został już tylko cud (niekoniecznie taki „z przytupem”, mógłby to być „cud medyczny” – idealnie trafiona chemia, która kupiłaby nam jeszcze trochę czasu).

Ja mam taki charakter, że choćby szansa była jak jeden do miliarda – do końca bym się jej trzymał. Marzena jest inna. I jest jej teraz bardzo źle. A ja NIC nie mogę zrobić.

Na Płockiej

Parafrazując słowa, które napisałem tu dwa i pół roku temu, kiedy to wszystko się zaczynało: jest źle. Jak bardzo jest źle, okaże się w ciągu najbliższych kilku dni.

M. leży w szpitalu na Płockiej, w Instytucie Chorób Płuc. Spuszczają Jej płyn z lewej opłucnej, robią setki badań, ale co realnie będą w stanie zrobić – na razie nie wiadomo. Chirurg był bardzo sceptyczny – nie wiadomo, czy tę pleurodezę w ogóle zrobią, bo pacjentka za słaba, choroba zaawansowana, bo zmiany w mózgu (choć od naświetlań nie dają o sobie znać) zwiększają ryzyko przy narkozie…

Zabieg w jej stanie jest ryzykowny.

Ale jeśli go nie przeprowadzą – to będzie fatalnie.

M. jest potwornie słaba, nie ma siły na nic, nawet na rozmowę przez telefon.

A ja, do cholery, siedzę w domu i nic nie mogę zrobić. NIC.

Dojazd z G. na Płocką jest bardzo dobry – ale mając w domu trójkę Potworów nie jestem w stanie być z Nią dłużej, niż godzinę czy półtorej… A nikogo innego oglądać nie chce.

Chciałbym po prostu być tam z Nią.

Źle to wszystko wygląda.

***

EDIT – po dzisiejszej wizycie na Płockiej. Właśnie kiedy u Niej siedziałem, przyszedł bardzo sympatyczny pan doktor anestezjolog. Przeprowadził wywiad i powiedział, że w poniedziałek rano będzie pleurodeza. Z czego wynika, że chirurg uznał moje argumenty (czy raczej, nie oszukujmy się, argumenty Pani Doktor, których ja byłem tylko przekazicielem).

Choć tyle. Jakieś światełko w tunelu. Jakaś szansa na to, że – jak mawia Pani Doktor – jeszcze „da się coś ugrać”.

Oczywiście „jeśli”.

Jeśli zabieg się uda.

Jeśli nie będzie komplikacji.

Jeśli potem, po odzyskaniu sił, trafi się wreszcie we właściwą chemię.

Jeśli M. będzie ją dobrze tolerować.

Jeśli te wszystkie warunki zostaną spełnione – to może jeszcze trochę czasu uda się kupić.

Ile?