Mruczanka niesymaptyczna

 

Obiecałem Wam historyjkę niezbyt miłą. I taka też będzie – ale prawdziwa absolutnie, reczę.

Miejsce akcji: centrum Warszawy, niedaleko Placu Zbawiciela. Czyli, można powiedzieć, miejsce dosyć eleganckie. Ale czasami pozory mylą – w starych kamienicach przy Nowowiejskiej bywają enklawy zamożne, ale bywają też biedne czynszówki.

No i taka własnie biedna czynszówka. Piąte piętro. Mieszkania, które kiedyś – tuż po wojnie – budowano w systemie „hotelowym”, bo przecież Przodujący Ustrój nie był aż tak przodujący, żeby zaraz każdy musiał mieć własną łazienkę… Czyli mamy sytuację następującą:

Na piętrze jest sześć maleńkich mieszkań. Największe ma nawet bodaj 35 metrów (ale to wciąż jeden pokój, z kuchenką w przejściu i mikroskopiją łazienką). Najmniejsze – chyba ze 14. Mieszkania są w jednym korytarzu, mają wspólne drzwi „od windy”, w korytarzu są dwa pomieszczenia „wspólne” (kiedyś była to łazienka i pralnia, dziś – po prostu dwa składziki).

Jedno mieskzanie zajmuje staruszka – 97 lat, mieszka z opiekunką. Obie spokojne, nie wadzą nikomu. Przez ścianę – młoda pielęgniarka. Dwie klitki zajmuje pan P. – mężczyzna koło sześćdziesiątki, który późno się ożenił, ma czterdziestoletnią żonę i siedmioletnią córkę. Piąte mieszkanie – jeszcze jedna „nieco młodsza” staruszka. Szóste…

No właśnie. Do szóstego mieszkania – którego lokatorka zmarła jakiś czas temu – wprowadziła sie Panna J. Panna J. ma jakieś 23 – 24 lata i jest typową imprezową panienką. Muzyka na full do drugiej w nocy – normalka. Panowie przychodzący codziennie (codziennie inny pan, znaczy). Niegrzeczna. Wulgarna. Chamska. Pana P. zwymyślała od najgorszych, kiedy zapytał ją, czy mogłaby wpisać się na listę dyżurów do sprzatania korytarza. Od najstarszej staruszki usiłowała wyłudzić jakieś pieniądze. Trzaska drzwiami. Wystawia śmieci za próg i „zapomina” ich wynieść – śmierdzą na korytarzu tak długo, aż ktoś z pozostałych nie wytrzyma i wyniesie.

Panna J. dostała mieszkanie (?) jako komunalne. O obniżonym stanadardzie. Bo z poprzedniego miejsca zamieszkania ją wykwaterowano po procesie o zakłócanie porządku (patrz wyżej). Tu robi to samo. Zachowuje się tak, jakby CHCIAŁA, żeby ją wyrzucono. Jakby cały świat był jej wrogiem. „No, donieście na mnie. Wytoczcie mi proces. P… was”.

No i skarżą, wzywają policję, policja przychodzi, admnistracja się wścieka, grożą Pannie J. wyrzuceniem, tylko że nie bardzo jest dokąd ją wyrzucić. No waśnie – bo dochodzę powoli do głównej atrakcji tego tekstu.

Panny J. nie można wykwaterować „na gorsze” – może nawet „gorsze” by się znalazło, ale Panna J. ma… dwoje dzieci.

Starsza dziewczynka ma na oko jakieś pięć lat. Młodsza – dwa, dwa i pół.

Co, ojciec? Jaki ojciec?

Bywam w tym korytarzu co najmniej raz w tygodniu, Odwiedzam tę najstarszą staruszkę, która kiedyś – dawno, dawno temu… – była moją nianią. Przyglądam się Pannie J., a raczej całej historii. Szlag mnie trafia, jak widzę chamowatą pindę (pardon), która traktuje wszystkich dookoła jak frajerów. Parę razy byem na granicy dania jej po buzi (no, może nie dosłownie).

Ale tydzień temu przyszedł do mnie pan P. Powiedział, że składają w Radzie Narodowej (czy gdziekolwiek, nie pomnę) wniosek o wyrzucenie Panny J. z ich korytarza. Że ona niszczy porządnych ludzi, którzy tu mieszkają. Że dosyć. Że tak dłużej być nie może. I tak dalej. I żebym ja – jako „stały bywalec” tego korytarza – także zgodził się zeznawać i opisać, co widziałem.

A ja nie wiem, co robić.

Bo z jednej strony – pan P. ma absolutną rację.

A z drugiej – zastanawiam się, co się stanie z tymi dziećmi, jeśli Pannę J. wykwaterują gdzieś do zagrzybionego slumsu na Dudziarskiej. Albo do noclegowni. Bo tu jest przynajmniej sucho, ciepło i czysto. Bo jest bieżąca woda. Bo jest biednie, ale normalnie.

Na Boga, co te dzieci mają wspólnego z tą cała sytuacją? Czy w ogóle jest jakieś rozwiązanie? Nie ma.

Jeśli Panna J. zostanie – będzie dalej dręczyć wszystkich dookoła.

Jeśli ją wyrzucą – dwie małe dziewczynki bądą błąkać się po jakichś melinach i norach.

Jeśli dzieci trafią do domu dziecka…

Nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Nie, nie podpiszę się. Nie będę zeznawał.

Tylko, do cholery, co to zmieni?

Puchatek

Mruczanka – zajawka…

Dziś bardzo późno kończę pracę. Ale jutro postaram się Wam opowiedzieć historyjkę, która mnie poruszyła. O tym, że nic nie jest tak proste, jak się wydaje…

…A w Szkocji i Irlandii podobno powodzie jakieś… Nawałnice… Jakieś miejscowości pod wodą… Jakieś ofiary nawet…

Jak się czegoś więcej dowiem – napiszę. Na razie wiem tyle:

http://www.cnn.com/2005/WEATHER/01/12/britain.storm/index.html

Mruczanka w szkocką kratę – 3 (albo 4?)

 

 

Ano, to dalej w Szkocję.

 

A właściwie – to dziś trochę bliżej, niż dalej.

 

Niedaleko Stirling (o Stirling już coś pisałem), kilkanaście mil na zachód leży maleńka wioska Buchlyvie. Kilka mil od niej, nie zaznaczone na żadnej chyba ogólnodostępnej mapie, leży St. Patrick.

 

St. Patrick nie jest miejscowością. To taki twór administracyjny w zasadzie (od II Wojny Światowej) w Polsce nie znany: „manor”, czyli rezydencja ziemska, posiadłość…

 

St. Patrick Manor był kiedyś posiadłością jakiegoś bogatego Szkota (szczegółów nie pomnę). Od jakichś czterdziestu lat należy do irlandzkiego zgromadzenia zakonnego Ojców z Kiltegan.

 

Kiltegan Fathers to misjonarze Afryki. A St. Patrick to ich dom wypoczynkowy i formacyjny. Po kilku latach w potwornie trudnym (dla Europejczyka) klimacie afrykańskim, organizmy większości misjonarzy odmawiają współpracy. Wtedy władze zgromadzenia wysyłają ich na roczne wakacje – właśnie do St. Patrick.

 

Bo Szkocja ma niezwykle łagodny klimat. Łagodniejszy niż Irlandia. Zimy są tu lekkie, lata – niezbyt upalne. Organizm Europejczyka lubi takie klimaty J

 

Pierwszy raz trafiliśmydo St. Patrick jeszcze w 1994 r., podczas naszego pierwszego pobytu w Szkocji (to był rok, kiedy poznałem M., ale na wyprawie wakacyjnej byłem jeszcze z innymi przyjaciółmi).

 

No więc staliśmy sobie, trzy sieroty, na jakiejś drodze niedaleko Glasgow, i przez kilka godzin nikt nas nie chciał stamtąd zabrać. Aż w końcu zatrzymał się bardzo sympatyczny starszy pan o wyglądzie starego, szacownego lekarza, który okazał się być… ogrodnikiem (zawód na Wyspach Brytyjskich chyba równie poważany…). Ogrodnikiem w St. Patrick właśnie. Zawiózł nas tam, a gościnni misjonarze pozwolili nam – zamiast rozbijać namiot – rozłożyć się w „domku bilardowym”, czyli niewielkim pawilonie w parku obok domu.

 

Kiedy przyjechaliśmy do St. Patrick pięć lat później – było jeszcze przyjemniej, bo kiedy księża dowiedzieli się, że jesteśmy właśnie z M. w naszej podróży poślubnej – stanowczo stwierdzili, że nie ma mowy o żadnym namiocie i oddali nam do dyspozycji na kilka dni jeden z gościnnych pokoi. Z kominkiem, angielskimi tapetami na ścianach i taaaaaakim łożem, że można się było na nim w chowanego bawić J.

 

Okolice St. Patrick są urocze. Niedaleko leży Aberfoyle, przepiękne miasteczko z największą chyba w całej Szkocji ilością zakładów robiących różne cuda z wełny (najlepszej na świecie, szkockiej wełny oczywiście!). Pół dnia drogi przez cudowne, górskie wrzosowiska – i można dojść do Callander, miejsca związanego z historią szkockiego Janosika, czyli Rob-Roya MacGregora. O Aberfoyle, Callander i szlaku przez The Trossachs jeszcze Wam kiedyś wspomnę, bo warto.

 

Ale teraz – kilka słów o samym St. Patrick. A konkretnie – o domu.

 

Dom… To słowo nie oddaje klimatu starych brytyjskich posiadłości. Wyobraźcie sobie piękny, wiktoriański pałacyk (w zasadzie tak by to trzeba nazwać…), otoczony starym parkiem i polami. Kiedy wchodzicie przez główne drzwi – stajecie w ogromnym hallu, który samą atmosferą przytłacza każdego miłośnika brytyjskiego klimatu.

 

Cały hall – wielkości sporego mieszkania – wyłożony jest drewnianymi, rzeźbionymi ozdobami. Ciemne, dębowe drewno pnie się niemal od podłóg (też dębowych) po sufity. Na wprost zaczynają się schody na piętro – drewniane balustradki, tralki jak ze starych angielskich filmów. A po prawej stronie hallu – kominek. Przed kominkiem kuta kratka, a samo palenisko takiej wielkości, że można by na nim upiec nie prosiaka, ale wołu. Jak wytłumaczył nam jeden z księży – jeszcze czterdzieści lat temu, kiedy nie było centralnego ogrzewania, w tym kominku paliło się od października do początku marca niemal bez przerwy.

 

Każdy pokój oczywiście ma własny niewielki kominek, umywalkę z obowiązkowo dwoma oddzielnymi kranami do zimnej i ciepłej wody i niesamowite, rzeźbione okiennice.

 

Ale najbardziej niesamowita jest biblioteka. Kominek (a jakże…), rzeźbione fotele i autentyczna drabinka na kółkach do zdejmowania książek z wyższych półek. Bo półki z książkami sięgają od podłogi do sufitu – jakieś pięć metrów w pionie. Na wszystkich ścianach.

 

Poczułem się, jak żywcem przeniesiony do powieści Waltera Scotta. A o tym, jakie cuda na tych półkach widziałem, to nawet opowiadać nie będę, bo mnie jeszcze nostalgia bierze. Wspomnę tylko wydanie wierszy tegoż Waltera Scotta z 1825 roku (czyli za jego życia) – oprawne w płótno, ze złoconymi brzegami…

 

I siedzieliśmy sobie wieczorem, przy lekko rozpalonym kominku… I słuchaliśmy, jak ojciec Geoffrey czytał – na nasze specjalne życzenie – z tej starej książki. A dykcję miał naprawdę godną Laurence’a Oliviera…

 

 

The way was long, the wind was cold,

 

The Minstrel was infirm and old

 

His wither’d cheek, and tresses gray,

 

Seem’d to have known a better day;

 

The harp, his sole remaining joy,

 

Was carried by an orphan boy.

 

The last of all the Bards was he,

 

Who sung of Border chivalry…

 

 

To fragment z „Opowieści o ostatnim minstrelu” („The Lay of the Last Minstrel”). Przeczytajcie sobie to na głos. Najlepiej przy kominku…

 

 

Puchatek

Mruczanka – załamanka

Dawno już nie wyprawialiśmy się do Szkocji, nieprawdaż? OK., obiecuję, że następne mruczanka będzie znowu w szkocką kratkę. Ale już nie dziś – bom siedział przed komputerem cały Boży dzień, tłumacząc różne mądrości i trochę mi już białe ekraniki w oczach świecą…

A propos tłumaczenia. Z Bardzo Mądrej Amerykańskiej Książki Popularnonaukowej dowiedziałem się dzisiaj, że w V wieku po Chrystusie imperium rzymskie stało na krawędzi upadku, a jedną z przyczyn takiego stanu były – UWAGA – spory religijne, między „łacińskim zachodem” („Latin West”) a „greckim prawosławnym / ortodoksyjnym wschodem” („Greek Orthodox East”) – w domyśle: między zachodnim a wschodnim chrześcijaństwem.

Łapiecie, szanowni czytelnicy moi? W PIĄTYM WIEKU PO CHRYSTUSIE!

Zważywszy, że odłączenie się Konstantynopola od Rzymu (w sensie struktur Kościoła) nastąpiło dobre pięćset lat później, naprawdę nie bardzo wiem, „co autor miał na myśli”. W piątym wieku to jeszcze nawet o większych konfliktach między Cesarstwem Zachodnim a Wschodnim trudno mówić… A jedyne „spory religijne” mogły dotyczyć arianizmu.

Ano – jak zapewne powiedziałby nasz drogi przyjaciel Obelix – „Ale głupi ci… Rzymianie”. J

No cóż – napisałem w odnośniku co o tym myślę – dalej niech się już tym zajmuje konsultant naukowy. W końcu za to mu płacą, nieprawdaż?

Mruczanka na smutno

Jeszcze o Azji. I ofiarach Tsunami.

Mały chłopiec – uratowany z kataklizmu. Nikt nie wie, kim jest. Wygląda na dziecko turystów (blond włoski…). Ma dwa lata, jeszcze nie mówi, więc nawet nie wiadomo, jakiej jest narodowości. Nie wiadomo, czy jego rodzice żyją. Kim byli. Skąd przyjechali. Nic.

Personel szpitala, w którym jest leczony, wpadł na pomysł – rozesłał jego zdjęcie po świecie. I teraz, od kilu dni, dostaję codziennie dwa – trzy maile z jego zdjęciem. I tym samym pytaniem – raz po polsku, raz po angielsku – „Czy wiesz, co to za dziecko? Czy je poznajesz? Czy znasz jego rodziców lub bliskich?”

Nie wiem. Nie poznaję. Nie znam.

Wiem tylko, że wygląda trochę tak, jak Pietruszka wyglądał rok temu. I za każdym razem myślę, że przecież… Że to mógłby być mój synek…

Mam nadzieję, że znajdą się jego bliscy. Albo że trafi do dobrych ludzi, którzy go będą kochali jak własne dziecko.

…A może ktoś z Was go rozpozna?

 

 

 

Mruczanka wcale nie antyzwierzęca

3 stycznia. Panorama, 18.30 (jedyna pora, kiedy mogę obejrzeć jakieś wiadomości).

Gdzieś tam, na terenach dotkniętych Tsunami – w jakimś jeziorku utknęło kilka… delfinów. I na pewno by umarły, gdyby nie to, że ratownicy-płetwonurkowie w czasie trwającej kilka godzin akcji wydobyli je, przewieźli do jakiegoś wodnego ZOO, gdzie przemiłe ssaki odbędą krótką rekonwalescencję i powrócą do oceanu.

Jaka dobra wiedomość. Dodam, że JEDYNA, która w tym programie informacyjnym dotyczyła azjatyckiej tragedii.

To, że zginęło 150 tysięcy ludzi – to już trochę nudne, prawda? To było przecież tydzień temu. Więc ile w końcu można o tym mówić. A świat potrzebuje newsa. Newsa STAMTĄD. Nic się nie wydarzyło? Nie znaleziono kolejnego masowego grobu w zatopionym pociągu czy autobusie? Nie znaleziono wstrząsającej historii o dziecku uratowanym z fal? No trudno, to przynajmniej delfiny…

Ciekaw jestem, co czuli oglądając tę "Panoramę" ludzie, którzy ciągle jeszcze nie mają wiadomości o swoich bliskich. Na pewno się uspokoili.

Nie wspominając już o tym, że DO JASNEJ NAGŁEJ CHOLERY chciałbym usłyszeć, ile kosztowała ta akcja ratownicza. W sytuacji, kiedy setki tysięcy ludzi zostało… Już pisałem, nie będę się powtarzał.

Miliony dolarów pomocy – czytamy w gazetach. A to ciągle kropla w morzu potrzeb. Bo brakuje chleba, bo nie ma wody, bo nie ma lekarstw, do cholery, żeby ratować ludzkie życie. Ale delfiny na szczęście uratowano.

Nie, nie mam nic przeciwko zwierzętom. Mam psa. Tak, trzeba ratować ginące gatunki. Ale, u licha, są jakieś proporcje.

Kurczę, dawno się tak nie wkurzyłem.

😦 Puchatek

Mruczanka noworoczna

Sylwester. Nowy rok. Ludzie balują, że ho ho. Impreza całą noc. Tańce, hulanki, swawole. O północy fajerwerki. Wszyscy składają sobie życzenia, wszyscy się bawią, wszyscy (prawie, my akurat nie) piją szampana, wszyscy się cieszą… no właśnie, właściwie – z czego?

Czy ten kolejny ranek czymkolwiek różni się od poprzedniego?

Czy zmiana cyferki w kalendarzu zmienia cokolwiek w naszym życiu? Czy od dziś będziemy bardziej kochać tych, których kochamy? Lepiej robić to, co robimy? Co w gruncie rzeczy NOWEGO będzie w tym roku?

Dawniej ludzie świętowali przynajmniej w jakichś symbolicznych chwilach. Przesilenie wiosenne (dziś pierwszy dzień wiosny), przesilenie letnie (noc świętojańska)… Coś się działo, coś to miało oznaczać.

Sylwester? Nowy Rok? Sztucznie ustalone daty, numerki w kalendarzu dopasowanym do tykających zegarów. Odliczanie czasu – precyzyjne, dokładne, fachowe… I kompletnie bezduszne.

Na mojej ulicy – która przecież leży na peryferiach miasta G., podwarszawskiej „sypialni” – mnóstwo fajerwerków. Kilkadziesiąt (!!) kolorowych rakiet wystartowało z ogródka jednego z domów sto metrów od nas. Widziałem ceny sztucznych ogni – ci ludzie wypuścili w niebo jakieś pięćset złotych.

Jasne, to ich pieniądze, nic mi do tego. Tyle, że widuję ich na mojej ulicy. Wiem, że nie są zamożni. Chodzą w używanych ubraniach, nie stać ich na wymianę okien. Zabawa przede wszystkim?…

***

No i jeszcze myśl, która nie daje mi spokoju. Tragedia w Azji. Nie mogę przestać myśleć o tych ludziach. Nie, nie o tych 150 tysiącach zabitych – im już raczej nic poza modlitwą nie pomoże.

Raczej o tych kilkuset tysiącach bez dachu nad głową, bez środków do życia, bez jedzenia i wody pitnej, może już bez nadziei, gnieżdżących się w jakichś namiotach. Opłakujących bliskich.

Impreza pod Pałacem Kultury w Warszawie kosztowała… nie pamiętam, w gazetach pisano ile. Jakieś miliony. Może się czepiam, ale nie daje mi spokoju myśl, ile za tę sumę można by kupić butelek wody, kocy, lekarstw… Chleba…

Nie potrafię, psiakrew, NIE POTRAFIĘ bawić się z tą świadomością.