Mruczanka – załamanka

Dawno już nie wyprawialiśmy się do Szkocji, nieprawdaż? OK., obiecuję, że następne mruczanka będzie znowu w szkocką kratkę. Ale już nie dziś – bom siedział przed komputerem cały Boży dzień, tłumacząc różne mądrości i trochę mi już białe ekraniki w oczach świecą…

A propos tłumaczenia. Z Bardzo Mądrej Amerykańskiej Książki Popularnonaukowej dowiedziałem się dzisiaj, że w V wieku po Chrystusie imperium rzymskie stało na krawędzi upadku, a jedną z przyczyn takiego stanu były – UWAGA – spory religijne, między „łacińskim zachodem” („Latin West”) a „greckim prawosławnym / ortodoksyjnym wschodem” („Greek Orthodox East”) – w domyśle: między zachodnim a wschodnim chrześcijaństwem.

Łapiecie, szanowni czytelnicy moi? W PIĄTYM WIEKU PO CHRYSTUSIE!

Zważywszy, że odłączenie się Konstantynopola od Rzymu (w sensie struktur Kościoła) nastąpiło dobre pięćset lat później, naprawdę nie bardzo wiem, „co autor miał na myśli”. W piątym wieku to jeszcze nawet o większych konfliktach między Cesarstwem Zachodnim a Wschodnim trudno mówić… A jedyne „spory religijne” mogły dotyczyć arianizmu.

Ano – jak zapewne powiedziałby nasz drogi przyjaciel Obelix – „Ale głupi ci… Rzymianie”. J

No cóż – napisałem w odnośniku co o tym myślę – dalej niech się już tym zajmuje konsultant naukowy. W końcu za to mu płacą, nieprawdaż?

Mruczanka na smutno

Jeszcze o Azji. I ofiarach Tsunami.

Mały chłopiec – uratowany z kataklizmu. Nikt nie wie, kim jest. Wygląda na dziecko turystów (blond włoski…). Ma dwa lata, jeszcze nie mówi, więc nawet nie wiadomo, jakiej jest narodowości. Nie wiadomo, czy jego rodzice żyją. Kim byli. Skąd przyjechali. Nic.

Personel szpitala, w którym jest leczony, wpadł na pomysł – rozesłał jego zdjęcie po świecie. I teraz, od kilu dni, dostaję codziennie dwa – trzy maile z jego zdjęciem. I tym samym pytaniem – raz po polsku, raz po angielsku – „Czy wiesz, co to za dziecko? Czy je poznajesz? Czy znasz jego rodziców lub bliskich?”

Nie wiem. Nie poznaję. Nie znam.

Wiem tylko, że wygląda trochę tak, jak Pietruszka wyglądał rok temu. I za każdym razem myślę, że przecież… Że to mógłby być mój synek…

Mam nadzieję, że znajdą się jego bliscy. Albo że trafi do dobrych ludzi, którzy go będą kochali jak własne dziecko.

…A może ktoś z Was go rozpozna?

 

 

 

Mruczanka wcale nie antyzwierzęca

3 stycznia. Panorama, 18.30 (jedyna pora, kiedy mogę obejrzeć jakieś wiadomości).

Gdzieś tam, na terenach dotkniętych Tsunami – w jakimś jeziorku utknęło kilka… delfinów. I na pewno by umarły, gdyby nie to, że ratownicy-płetwonurkowie w czasie trwającej kilka godzin akcji wydobyli je, przewieźli do jakiegoś wodnego ZOO, gdzie przemiłe ssaki odbędą krótką rekonwalescencję i powrócą do oceanu.

Jaka dobra wiedomość. Dodam, że JEDYNA, która w tym programie informacyjnym dotyczyła azjatyckiej tragedii.

To, że zginęło 150 tysięcy ludzi – to już trochę nudne, prawda? To było przecież tydzień temu. Więc ile w końcu można o tym mówić. A świat potrzebuje newsa. Newsa STAMTĄD. Nic się nie wydarzyło? Nie znaleziono kolejnego masowego grobu w zatopionym pociągu czy autobusie? Nie znaleziono wstrząsającej historii o dziecku uratowanym z fal? No trudno, to przynajmniej delfiny…

Ciekaw jestem, co czuli oglądając tę "Panoramę" ludzie, którzy ciągle jeszcze nie mają wiadomości o swoich bliskich. Na pewno się uspokoili.

Nie wspominając już o tym, że DO JASNEJ NAGŁEJ CHOLERY chciałbym usłyszeć, ile kosztowała ta akcja ratownicza. W sytuacji, kiedy setki tysięcy ludzi zostało… Już pisałem, nie będę się powtarzał.

Miliony dolarów pomocy – czytamy w gazetach. A to ciągle kropla w morzu potrzeb. Bo brakuje chleba, bo nie ma wody, bo nie ma lekarstw, do cholery, żeby ratować ludzkie życie. Ale delfiny na szczęście uratowano.

Nie, nie mam nic przeciwko zwierzętom. Mam psa. Tak, trzeba ratować ginące gatunki. Ale, u licha, są jakieś proporcje.

Kurczę, dawno się tak nie wkurzyłem.

😦 Puchatek

Mruczanka noworoczna

Sylwester. Nowy rok. Ludzie balują, że ho ho. Impreza całą noc. Tańce, hulanki, swawole. O północy fajerwerki. Wszyscy składają sobie życzenia, wszyscy się bawią, wszyscy (prawie, my akurat nie) piją szampana, wszyscy się cieszą… no właśnie, właściwie – z czego?

Czy ten kolejny ranek czymkolwiek różni się od poprzedniego?

Czy zmiana cyferki w kalendarzu zmienia cokolwiek w naszym życiu? Czy od dziś będziemy bardziej kochać tych, których kochamy? Lepiej robić to, co robimy? Co w gruncie rzeczy NOWEGO będzie w tym roku?

Dawniej ludzie świętowali przynajmniej w jakichś symbolicznych chwilach. Przesilenie wiosenne (dziś pierwszy dzień wiosny), przesilenie letnie (noc świętojańska)… Coś się działo, coś to miało oznaczać.

Sylwester? Nowy Rok? Sztucznie ustalone daty, numerki w kalendarzu dopasowanym do tykających zegarów. Odliczanie czasu – precyzyjne, dokładne, fachowe… I kompletnie bezduszne.

Na mojej ulicy – która przecież leży na peryferiach miasta G., podwarszawskiej „sypialni” – mnóstwo fajerwerków. Kilkadziesiąt (!!) kolorowych rakiet wystartowało z ogródka jednego z domów sto metrów od nas. Widziałem ceny sztucznych ogni – ci ludzie wypuścili w niebo jakieś pięćset złotych.

Jasne, to ich pieniądze, nic mi do tego. Tyle, że widuję ich na mojej ulicy. Wiem, że nie są zamożni. Chodzą w używanych ubraniach, nie stać ich na wymianę okien. Zabawa przede wszystkim?…

***

No i jeszcze myśl, która nie daje mi spokoju. Tragedia w Azji. Nie mogę przestać myśleć o tych ludziach. Nie, nie o tych 150 tysiącach zabitych – im już raczej nic poza modlitwą nie pomoże.

Raczej o tych kilkuset tysiącach bez dachu nad głową, bez środków do życia, bez jedzenia i wody pitnej, może już bez nadziei, gnieżdżących się w jakichś namiotach. Opłakujących bliskich.

Impreza pod Pałacem Kultury w Warszawie kosztowała… nie pamiętam, w gazetach pisano ile. Jakieś miliony. Może się czepiam, ale nie daje mi spokoju myśl, ile za tę sumę można by kupić butelek wody, kocy, lekarstw… Chleba…

Nie potrafię, psiakrew, NIE POTRAFIĘ bawić się z tą świadomością.

Mruczanka konsekwentnie poświąteczna

Święta, święta i… wiadomo. Nie bardzo był czas zajrzeć tutaj. Ciągle coś się działo. Wszyscy chorowali (niektórzy jeszcze nie skończyli).

Wigilię spędzaliśmy sami, w domu, bo jechanie gdzieś z Potworami na wieczór (przy braku samochodu) to dosyć wyrafinowana forma masochizmu. I dobrze, przynajmniej wszystko było tak, jak być powinno. Nie było ciągłego pośpiechu, nerwowości, Wigilia nie składała się wyłącznie z biegania między pokojem a kuchnią i przynoszenia kolejnych potraw (tak by to wyglądało u Osobistej Mamy).

Ktoś z moich Przyjaciół ujął to kiedyś lapidarnie, mówiąc: „Święta to taki czas, który powinno się spędzać z tymi, z których się kocha, a zwykle spędza się je z tymi, z którymi się musi…”. Brutalne, ale często prawdziwe. My na szczęście nie mamy tego problemu.

Pierwszego dnia mieliśmy jechać  do Osobistego Taty, ale… Patrz punkt pierwszy. Piłeczka dostała gorączki już w wigilię rano (i tak miło z jej strony, że jeszcze wtedy, kiedy Ulubiona Pani Doktor była w przychodni…). Pietruszka – dopiero w pierwszy dzień Świąt (ale wtedy było już widomo, o co chodzi). M. załapała w drugi dzień. Ja w zasadzie też, tyle że miałem trochę inna wersję tego samego (zamiast kataru do pasa – atomowy kaszelek). Sama radość.

W związku z tym Sylwestra także spędzaliśmy w miłym gronie czteroosobowym, a od wpół do dziewiątej – już w dwuosobowym. I wiecie co? Bomba. Siedzieliśmy sobie, jedliśmy miodownik, oglądaliśmy jakiś głupi film, potem włączyliśmy Norę Jones (tak nas naszło…), a o północy wyszliśmy… na taras, żeby pooglądać sztuczne ognie. O wpół do pierwszej byliśmy już w łóziu. Przynajmniej jesteśmy dziś wyspani i zadowoleni z życia. I  miejmy nadzieję, że cały rok będzie tak wyglądał (no, może z wyjątkiem kataru…).