Pierwsze Kroplówki Za Płoty

Pierwsza chemia za nami. Dużo strachu było – choć na razie wygląda na to, że nieco na wyrost. Po powrocie M. była wyraźnie osłabiona, blada, wieczorem trochę jej się kręciło w głowie i strasznie chciało się spać. I na razie na tym się „objawy niepożądane” kończą: dziś rano wstała w zupełnie dobrej formie, już nie taka blada, choć jeszcze dość słaba. Łyknęła garść pigułek co nam je Pani Doktor przepisała i… poszła do przedszkola, oczywiście. Jakby się gorzej poczuła, ma dzwonić.

Nie wiemy, rzecz prosta, jak będzie dalej – Pani Doktor mówiła, że czasami pierwszy dzień jest OK, a potem bywa gorzej… Ano, zobaczymy.

A w szpitalu na Madalińskiego M. leżała sobie na wygodnym fotelu, wyglądającym jak krzyżówka fotela dentystycznego z lotniczą klasą business. Po jej prawej stronie leżała z taką samą kroplówką siostra zakonna, franciszkanka z Lasek, która wróciła do Polski po dziewięciu latach pracy w Indiach. A po lewej stronie – niezwykle sympatyczny i uśmiechnięty mocno starszy pan, który po paru chwilach rozmowy okazał się być księdzem.

Wsparcie duchowe – bez zastrzeżeń…

Zobaczymy, co dalej.

Będzie Wojna

No, to wygląda na to że wszystko jasne.

Wyniki biopsji nie pozostawiają żadnych wątpliwości: rak piersi. I to jest ta zła wiadomość.

Dobra jest taka, że – jak powiedział nasz lekarz prowadzący – taki nowotwór w takim stadium jest „wyleczalny w 100%”.

– Ja wiem, że pani ma przed oczami chorobę swojej mamy – dodał. – Ale proszę mi wierzyć: akurat w tej dziedzinie te trzydzieści lat to jest cała epoka. Zmieniło się wszystko. Nawet chemioterapia wygląda zupełnie inaczej: jest mniej niszcząca, a znacznie skuteczniejsza. I droga jak jasna cholera, ale to już nie pani kłopot…

Tyle, że to oczywiście trochę potrwa i – jak przyznał lekarz – może to być dość trudny czas. Najpierw będzie najprawdopodobniej jakaś chemia, żeby drania zmniejszyć i wykasować ewentualne komórki nowotworowe snujące się gdzieś po organizmie. Potem – operacja. A po operacji może być potrzebna jeszcze jakaś mała chemia, żeby – jak to pan doktor ujął – „dobić gada”.

I tylko – co podkreślił bardzo mocno – w takiej chorobie bardzo ważne jest nastawienie. – Musi pani podnieść głowę i walczyć! – powiedział. – Bo przecież ma pani dla kogo.

W najbliższy wtorek zbiera się konsylium, które zadecyduje o konkretach leczenia – bo dziś to już nie jest tak, że po prostu „chemia”. „Chemii” jest kilkadziesiąt rodzajów, w zależności od typu nowotworu, jakichś tam markerów etc. I żaden lekarz – nawet chirurg–onkolog – sam takiej decyzji nie podejmie. Więc zbierają się „wszyscy święci” – chirurdzy, specjaliści od chemioterapii, od radiologii, od diagnostyki obrazowej, od czego–tam–jeszcze i razem podejmują decyzję.

No i tak to wygląda. Ciężki okres przed nami, ale – do cholery! – przejdziemy przez to. Nie ma innej opcji.

Moje zadanie na teraz: nie pozwolić, żeby M. się dołowała. Chęć życia i wola walki.

Drodzy czytelnicy moi – znajomi, przyjaciele i Wy, przypadkowi: jeśli macie takie zwyczaje, módlcie się za nas. Jeśli macie inne – myślcie o nas ciepło.

Tylko nie dzwońcie teraz wszyscy z pocieszaniem, bo Was ukatrupię… Jak już – to piszcie maile. Do mnie.

Nie Lubię Czekać

Dziwny czas.

Codzienne życie się toczy. Potwory do szkoły, ze szkoły, na jakieś zajęcia. Obiad zrobić, kawę zaparzyć, na zakupy pójść. Wszystko niby jak zwykle.

A jednak inaczej. Czekamy – a wiadomo, że nie ma nic gorszego niż czekanie.

Dziś wiadomo, że wyniki już są – musi je tylko lekarz opisać. Więc jutro pędzimy do lekarza. Najprawdopodobniej – dowiedzieć się kiedy do szpitala, na wycinanie.

Nagle okazuje się, ze wokół nas jest całe mnóstwo osób, które przeszły przez to samo. Mama znajomej, mama innej znajomej, kuzynka kolegi, opiekunka do dziecka u Pani A., siostra koleżanki… Większość miała tylko operację – i starczyło. Niektóre jeszcze przeszły jakąś chemię. Wszystkie żyją, dobrze się mają, nie mają żadnych nawrotów, są zdrowymi osobami. To dodaje ducha i pozwala spojrzeć na całą historię z perspektywy, którą pokazał nam doktor S. „To jest choroba. To się leczy. Najczęściej z dobrym skutkiem.”

I tylko to czekanie, cholera, jest nieznośne.

Wszystkie Psy Idą do Nieba

Jakby mało było innych problemów i stresów…

Pies Puchaty, Szelma nomen omen, przeniósł się był do psiego raju. Drżyjcie, rajskie koty.

Tak do końca nie wiadomo, co się stało. Najprawdopodobniej – zżarła jakąś truciznę (albo, co wydaje się najbardziej realne, zżarła coś, co wcześniej zżarło jakąś truciznę). Błyskawiczna hemoliza – w ciągu kilku-kilkunastu godzin. W sobotę pięć godzin w klinice weterynaryjnej. Kolejne kroplówki, leki, nawet krew przetoczona od młodego, zdrowego psa sąsiadów (dzięki, Maks, byłeś bohaterem!).

Po całej tej procedurze wyglądało, że jest nieco lepiej. Pies nawet był wstał i przeszedł kilka metrów po ogródku. Pani doktor mówiła, że cały organizm walczy, że krew już się odbudowuje – tyle, że odbudowanie do bezpiecznego poziomu to co najmniej trzy-cztery dni i nie wiadomo, czy „zdąży”.

Niestety,  w niedzielę wszystko wróciło. Było coraz gorzej. Poszły kolejne dwie kroplówki – ale niestety bez skutku.

Szelma była z nami dziesięć lat. Prawie równo – dotarła do Puchatkowa na początku września 2002 r. Puchatki były wtedy niezmotoryzowane, a pies był w Olsztynie – kolega z pracy zawiózł i przywiózł. Przyjechało toto, śmieszna takie, puchate… Panicznie bało się chodzić po schodach… Kopało w ogródku jak rasowa koparka…

Dziesięć lat. Pietruszka miał pół roku. Piłka i Pucek w ogóle nie znają czasów, kiedy w domu nie było psa. A dla M. to był pierwszy własny pies w życiu.

Smutno nam dzisiaj.

 

 

Tymczasem…

Wizytę mamy jutro – albo, jeśli jutro nie wyjdzie, w następny wtorek. Tydzień to bardzo szybko, i tak naprawdę – jak powiedział pan doktor Ś. – to ZUPEŁNIE wystarczające tempo działania. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby udało się jutro. Nawet jeśli obiektywnie ten tydzień nic nie zmienia, to subiektywnie na pewno im szybciej, tym lepiej (bo każdy dzień to kolejny dzień nerwów…).

Doktor Ś. uspokoił jak mógł. Że spokojnie, że przede wszystkim dokładna diagnostyka. I że – no właśnie, przeciętny zdenerwowany pacjent w taki sposób nie myśli… – ta diagnostyka powinna być przede wszystkim DOKŁADNA i PEWNA, i że to jest ważniejsze niż „szybka”. Że lepiej poczekać tydzień i zrobić badania w dobrym i pewnym ośrodku, niż zrobić je „natychmiast” bez takiej pewności.

Powiedział też, że po pierwsze jeszcze nic nie wiadomo, a po drugie nawet jeśli cholerstwo okaże się złośliwe, to naprawdę nie oznacza od razu nie wiadomo czego. „Nawet jeśli to rak, to wcześnie wykryty jest wyleczalny. To jest po prostu choroba przewlekła. To się LECZY.”

Do doktora Ś. mamy ogromne zaufanie – potwierdzone zresztą historiami wielu osób znajomych.

Tyle, że najgorszy jest czas czekania – M. się strasznie denerwuje… Także dlatego, że jej matka 20 lat temu zmarła na raka.

Ale to było 20 lat temu (a sam początek choroby – nawet 30). Inny świat, inna diagnostyka, inna medycyna, inne możliwości.

A tymczasem trzeba jakoś normalnie żyć – szykować się do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, w szkole Potworów i w przedszkolu u M. I dobrze – im więcej pracy, tym mniej czasu na głupie myśli.

***

Trochę nie mam siły ani nastroju pisać teraz o wakacyjnej wyprawie. Na Picasie można pooglądać wybrane zdjęcia – dają jakieś wyobrażenie.

Teraz tylko kilka myśli na szybko:

1. Do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić dołączają:

– Słowacja. Od polskiej granicy przez trzy czwarte drogi na Węgry jedzie się przez góry, góry, góry. Wysokie Tatry, Niskie Tatry, Mała i Wielka Fatra… Bajka po prostu.

– Słowenia. Góry, zamki, jaskinie, ludzie mili, drogi świetne, ceny umiarkowane.

– Chorwacja. Pięknie, tylko z uwagi na Potwora Najmniejszego byliśmy w niej dość niedaleko (tylko na Istrii). Kiedyś trzeba by tam pojechać dalej. Pięknie jest.

– ALPY. Zawsze jak oglądałem zdjęcia z Alp, to myślałem sobie że są bardzo podobne do Tatr. „Góry typu alpejskiego”… A guzik. Alpy mają coś, czego na zdjęciach nie widać: są po prostu OGROMNE. Kiedy staliśmy pod Großglocknerem, ten ogrom po prostu zapierał dech. Großglockner – najwyższy szczyt Austrii – ma „tylko” 3798 metrów npm, ale jest drugim w Alpach szczytem pod względem wybitności (inaczej zwanej minimalną deniwelacją względną) – wynosi ona ponad 2,4 tysiąca metrów. Żeby to sobie wyobrazić: to tak, jakby się patrzyło na Rysy… z poziomu morza.

Drogi w Alpach… Specjalnie pojechaliśmy z Włoch do Austrii nie główną autostradą, tylko boczną drogą, przez Tolmezzo i dalej na przełęcz, na której znajduje się granica (niecałe 1400 metrów npm). Serpentyny takie, że w głowie się kręciło. A następnego dnia pojechaliśmy drogą o nazwie Großglockner-Hochalpenstrasse (także TUTAJ). Coś niewiarygodnego. Zjeżdżając o mało nie spaliliśmy hamulców – ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia…

Post-wyjazdowo…

Wróciły Puchatki wczoraj wieczorem. Przejechały 3,4 tysiąca kilometrów, ale i tak najbardziej męczący był ostatni odcinek po do znudzenia remontowanej gierkówce…

Trasa była niesamowita:

Polska – Słowacja – Węgry – Słowenia – Chorwacja – Słowenia – Włochy – Austria – Niemcy – do domu.

Opowiem po kawałku, w kolejnych odcinkach. Teraz tylko napiszę, że do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić doszło kolejnych kilkanaście pozycji…

Wakacyjnie…

Kto ma wakacje, ten ma. M. z Potworami była tydzień w C., u rodziny – ale Puchatek tylko ich zawiózł i przywiózł, a przez ten tydzień pracował i przyglądał się, jak panowie fachowcy remontują łazienkę.

Łazienka wyremontowana, po dziesięciu (!) latach mieszkania w Puchatkowie. I teraz mamy najpiękniejszą łazienkę na świecie. M. powiedziała, że może w niej zamieszkać…

***

Za kilka dni jedziemy na Wyprawę Wakacyjną Właściwą. Początkowo w planach była Chorwacja (taaak, wiem, jakież to pospolite 😉 – ale z różnych przyczyn okazało się, że w Chorwacji będziemy najwyżej dwa dni. Będzie za to Słowenia, być może 2 dni we Włoszech (na włoskim wybrzeży Adriatyku, w okolicach Triestu…), a w drodze powrotnej planujemy przejechać przez Alpy. Co z tego wszystkiego wyjdzie? Się zobaczy. Namiot już się cieszy na wyjazd…

***

Kusi mnie otwarta droga. Jechanie w nieznane, bez konkretnego celu, chłonięcie nowych widoków i nowych odgłosów. To oczywiście nie do końca do zrobienia z czterolatkiem na pokładzie… Ale mam nadzieję, że będzie dobrze.

Bez Tytułu W Zasadzie…

Przepraszam za nieobecność. Wyjeżdżaliśmy – niezupełnie wakacyjnie, ale bardzo pozytywnie. A przed wyjazdem pracy i spraw do załatwiania było tyle, że nawet nie zdążyłem pomyśleć, aby tu zajrzeć. Coś może o tym wyjeździe napiszę – ale dziś o jednej sprawie, która nie daje mi spokoju.

W wyjeździe (którego poniekąd byliśmy organizatorami) uczestniczyła między innymi rodzina W. Rodzice, trójka dzieci. Znaliśmy ich kiedyś nieco bliżej, ale od paru lat kontakt mamy głównie telefoniczny. Nic dziwnego, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo pewne sprawy się u nich zmieniły. Na gorsze.

Zawsze byli „problemowi”. On – chory na padaczkę (choć dość łagodną) i nieskończenie wiele innych rzeczy, których ilość i intensywność zdecydowanie nasilały się kiedy tylko w życiu rodziny pojawiały się jakiekolwiek problemy, którym wypadałoby stawić czoło. Ona – osoba bardzo sensowna, mocno stąpająca po ziemi, ale kompletnie zakręcona jego chorobami (i egocentryzmem…), problemami z dziećmi i koniecznością utrzymywania rodziny (bo on – na rencie inwalidzkiej). Długo by mówić – kompletnie chory układ, cała rodzina do terapii systemowej. Ale tu akurat nie o tym.

Tu – o ich najstarszym synu.

Poznaliśmy się dziesięć lat temu – chłopiec był jeszcze jedynakiem i miał dwa lata. Kiedy moja M. po raz pierwszy go zobaczyła, po dwóch minutach podeszła do mnie i powiedziała, że jej zdaniem z tym dzieckiem „coś jest nie tak”. M. jest z wykształcenia pedagogiem specjalnym i terapeutką, przez ładne parę lat współprowadziła terapię pewnego autystycznego chłopca i naprawdę do autyzmu ma „dobre oko”. Ja tego z początku nie widziałem, ale kiedy pokazała mi pewne charakterystyczne zachowania, też załapałem o co jej chodzi.

No ale jak powiedzieć rodzicom? Zwłaszcza takim? Zorganizowaliśmy spotkanie. M. powiedziała co i jak. Matka chłopca się przejęła. M. – korzystając ze swoich kontaktów – załatwiła wizytę u specjalistów. Wizyta, na którą normalnie czekało się rok, miała mieć miejsce za trzy miesiące.

I co? Tak, zapewne się domyślacie. Tatuś postawił się okoniem. Oznajmił że nie chce „wmawiać dziecku choroby”, że przecież nic mu nie jest, że „on ma złe doświadczenia z psychologami” i w ogóle po co.

I dzieciak do specjalistów nie trafił.

Później przez długi czas wydawało się, że wszystko jest OK. Przedszkole, szkoła – z nauką radził sobie dobrze, tyle że koledzy nie bardzo go lubili, ale nic złego się nie działo. – No cóż, wygląda na to, że się myliłam, chwała Bogu – powiedziała M. jakieś pięć lat temu.

Przedwcześnie, jak się okazuje.

Problemy zaczęły się rok temu. Jakieś „jazdy” w szkole, jakieś coraz ostrzejsze kłótnie, jakieś problemy, matka (no bo któżby inny? Tatuś był przecież ciężko chory…) co tydzień była w szkole. Pół roku temu – chłopiec po raz pierwszy usiłował w szkole wyskoczyć przez okno. Jakoś udało się to załagodzić – ale kiedy w kwietniu sytuacja się powtórzyła, dyrektor szkoły powiedział że on więcej ryzykować nie będzie (nie dziwię mu się zresztą…) i wezwał po prostu pogotowie. Chłopca odwiedziono na oddział psychiatryczny, gdzie spędził tydzień na obserwacji i badaniach.

Diagnoza? Zespół Aspergera. Jak powiedzieli lekarze – stosunkowo łagodny, ale „podręcznikowy”. I nie leczony. A mógł być.

M. jest wściekła – ale co z tego? Nic.

A tatuś? Tatuś nie ma czasu się tyn za bardzo przejmować, bo jest bardzo chory. W styczniu miał operację kolana, więc ledwo chodzi – orteza, kule, problemy z przejściem przez każdy próg (choć znajoma lekarka która go oglądała twierdzi, że dawno już powinien chodzić bez kul). Czasami nawet się przewraca (jak określił nasz inny znajomy – „mocno teatralnie”). Fascynujące jest to, że kule leżą wtedy równiutko po obu jego stronach. Jak ułożone.

Fascynujące jest także to, że przeszły mu ataki padaczki. Zupełnie. No bo teraz ma tę chorą nogę, prawda?

Mruczanka Mocno Owocowa

M. postanowiła, że namrozi truskawek na zimę. I inne przetwory poprodukuje. Więc razem z koleżanką D. pojechały na giełdę w Broniszach, żeby hurtowo kupić rzeczone owoce. Bo tam najdroższe i najładniejsze truskawki kosztują połowę tego, co „na ulicy” te najtańsze.

No i kupiły.

Wiecie, jak wygląda 20 (słownie – dwadzieścia) kilo truskawek na raz? Bo ja już wiem.

Człowiek uczy się całe życie. Ja właśnie dowiedziałem się, ile truskawek jestem w stanie zjeść na jedno posiedzenie. Za dużo.