Ale że what…?!

Stoję w kolejce do kasy w sklepie, w którym dość rzadko robię zakupy. Za kasą pan na oko nieco ode mnie młodszy, w firmowej bluzie, kasuje kolejne produkty i… cały czas uważnie mi się przygląda.

Wreszcie kończy kasować, podaje mi kwotę do zapłaty, po czym mówi:

– Pan to chyba kiedyś robił zakupy w tym Carrefourze przy ulicy K.

– Ano, robiłem i dalej często robię – odpowiadam zaintrygowany, oczekując dalszego ciągu.

– Bo ja pana pamiętam – mówi kasjer. – Bo ja pracowałem w tym Carrefourze dziesięć lat temu (!) i pamiętam, jak pan tam często robił zakupy.

– No, to muszę powiedzieć, że ma pan świetną pamięć! – odpowiadam nieco zdziwiony. – Po dziesięciu latach pamięta pan konkretnego klienta?

– No, nie każdego przecież – mówi spokojnie kasjer. – Ale pana pamiętam, bo pan mi zawsze przypominał Russella Crowe’a. No, tego aktora – dodaje, widząc moją absolutnie zaskoczoną minę.

Russell też był zdziwiony…

Łyso…

Dwadzieścia + stopni w cieniu („…czy ja muszę cięgle siedzieć w cieniu?”), pogoda coraz ładniejsza, a Zefirek dalej w zimowych butkach. No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”) dzwonimy do pobliskiego warsztatu. Kiedy można się umówić na zmianę opon? Jutro o 14:00? Super.

Przyjeżdżam zatem, pan oponiarz bierze moje letnie gumy, ogląda… I mina mu rzednie. – Oj, ale ja panu tych opon założyć nie mogę – mówi. – Raz, że łyse. Dwa, że popękane, o tu, tu i tu. Trzy, że stare. Naprawdę, nie mogę, to by było naprawdę niebezpieczne jeździć na takich oponach.

I się zirytowałem. Nie, nie na pana oponiarza, bo on akurat zachował się odpowiedzialnie i fachowo. Ale na jego kolegę, który w tym samym warsztacie parę miesięcy wcześniej, po zdjęciu tych opon (i zmianie na zimowe), zapytany, czy jeszcze się do czegoś nadają, odparł nonszalancko coś w stylu „Jasne, zniszczone są trochę, ale jeszcze jeden sezon dadzą radę”.

Nosz, kurczę. Nie jestem fachowcem, nie znam się na oponach. Jak mi fachowiec mówi, że „dadzą radę”, to zakładam, że wie co mówi. Gdybym w październiku wiedział, że muszę kupić opony, to bym sobie to jakoś rozplanował. A tak – wydatek z dnia na dzień. Fantastycznie.

Wkurzony mówię panu oponiarzowi, jaka sytuacja i że jego kolega… – Ten taki łysy? – Wzdycha pan oponiarz.

– Zgadza się, łysy jak… kolano (chciałem powiedzieć „…jak moje opony”, ale uznałem, że nie wiem, czy nie będzie to uznane za żart nie na miejscu).

– On tu już nie pracuje – słyszę w odpowiedzi. – Przepraszamy za niego, ale, jakby to powiedzieć… Nie sprawdził się.

Tiaaa…

Egzaminacyjnie – dopowiedzenie

Wszyscy komentują, że egzaminy gimnazjalne – zwłaszcza część przyrodnicza i matematyczna – były w tym roku wyjątkowo trudne. Podchwytliwe pytania, pytania wymagające wiedzy, której w programie gimnazjum po prostu nie było…

Właśnie oglądałem arkusze wczorajszych egzaminów ósmoklasisty z języka polskiego i dzisiejszych z matematyki (to, co dotąd znalazłem w Internecie). Zadania i pytania były po prostu żenująco łatwe. Przypomniały mi się stare żarty o maturze za 50 lat („…pokoloruj drwala”).

Naprawdę nie jestem fanem teorii spiskowych – kto mnie zna, ten wie – ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Niemiłościwie Nam Panujący celowo ustawili tegoroczne egzaminy tak, aby udowodnić, że gimnazja były be i źle uczyły, a przywrócenie siódmych i ósmych klas to najlepsze, co spotkało dzieci. Bo niestety wszystko wskazuje na to, że wyniki egzaminów gimnazjalnych będą statystycznie zdecydowanie słabsze, niż wyniki egzaminów ósmoklasisty.

Katedra w płomieniach

Był rok 1992, kiedy po raz pierwszy trafiłem do Paryża. Wyprawa szalona: w trzy osoby, zachwyceni faktem, że można – że paszport w szufladzie, że można po prostu jechać… – dojechaliśmy autostopem przez Czechosłowację (tak!), Austrię i Szwajcarię do Francji. W Paryżu byliśmy jakieś dwa tygodnie, mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu znajomych mojego ojca, którzy wyjechali na urlop. Zjeździliśmy i schodziliśmy cały Paryż…

Pamiętam do dziś dzień, w którym trafiliśmy na Île de la Cité i weszliśmy do Notre-Dame. Pamiętam, jak stanąłem na środku i… po prostu stałem. Nie pamiętam, jak długo. Nie mogłem wyjść z tej katedry przez bodaj dwie godziny. Strzeliste kolumny, światło padające przez witraże, „gotyk płynący z kolumn lasu”… Czułem się, jakbym był w innym świecie.

Widziałem potem wiele gotyckich katedr, niektóre podobały mi się nawet bardziej (Orlean…) – ale to Notre-Dame była pierwsza. To w niej zrozumiałem, że (…co oczywiście jest absolutnie subiektywnym odczuciem…) nie wspanialszego niż gotyk w historii architektury nie powstało.

Byłem potem w Paryżu jeszcze kilka razy i zawsze ją odwiedzałem choć na chwilę (za każdym razem było to trudniejsze, bo tłumy turystów rosły z roku na rok).

I miałem nadzieję, że kiedyś pokażę ją moim dzieciom (bo akurat do Paryża jeszcze nigdy razem nie dotarliśmy). Ale już mi się to chyba nie uda.

Na początku miałem nadzieję, że to tylko dach – ale nie. Najnowsze informacje są takie, że spłonęło 3/4 wnętrza. Wszystkie drewniane sprzęty, rzeźby… Trochę najcenniejszych dzieł sztuki strażacy zdołali wynieść. Została (na razie) konstrukcja budynku, fasada i dwie wieże.

Już są pierwsze komentarze o tym, że będzie odbudowana… Ale jak? Czy da się odtworzyć ten klimat? Witraże? Wielką rozetę?

Katedrę budowano ponad 180 lat. Stała przez osiem wieków. Spłonęła w kilka godzin. Jakoś mi z tym ciężko.

Egzaminacyjnie…

Piłka pisze egzaminy gimnazjalne. Ostatnie – to się nazywa „tworzyć historię”… Pisze je w zasadzie na luzie: nie musi się starać o wyniki, bo będąc laureatką konkursu i tak ma wejście do dowolnego liceum. W dodatki nie pisała egzaminu z polskiego (z tego samego powodu). Mimo to już po raz drugi wraca do domu poirytowana.

Nie wiem, czy czytają mnie jacyś inni rodzice ostatnich gimnazjalistów – a jeśli tak, to czy mają podobne wrażenia – ale poziom przygotowania egzaminów (pytań, arkuszy etc.) jest zdecydowanie nie w porządku. Niektóre pytania sformułowane są w taki sposób, że zakreślenie właściwej odpowiedzi zależy od zrozumienia „co poeta miał na myśli” (przez „poetę” mam na myśli autorów pytań…). Mamy na przykład krótki tekst o „Robotniku” wydawanym przez Piłsudskiego. Po czym uzupełniać trzeba następujące trzy zdania:

„Autor tekstu opisuje czasy… (…pomiędzy powstaniem styczniowym a wybuchem I wojny światowej). Zwraca uwagę na bierność części społeczeństwa polskiego, wywołaną przez różne formy represji na ziemiach zaboru… (…rosyjskiego). Tej postawie sprzeciwiali się redaktorzy pisma wydawanego przez…

…i tu do wyboru są opcje: A. …liberałów, B. …socjalistów, C. …nacjonalistów.

Ale czego dotyczy pytanie? Czy „ta postawa”, której sprzeciwiali się redaktorzy, to właśnie postawa bierności, którą opisuje Piłsudski w „Robotniku”? Czy może postawa Piłsudskiego, który krytykuje tę bierność?… Na logikę – to pierwsze (i tak podane jest w rozwiązaniach w sieci) – ale pytanie sformułowane jest zdecydowanie niejednoznacznie, co jest grubym błędem w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z testem jednokrotnego wyboru.

I takich kwiatków było więcej. Nie wspominając już o tym, że egzaminy obejmują cały program trzeciej klasy gimnazjum, cały program realizuje się do połowy czerwca (i nie ma szans zrealizować go wcześniej), a egzaminy są w połowie kwietnia – czyli w chwili, kiedy do zrealizowania całości materiału pozostało jeszcze półtora – dwa miesiące. Czyli co najmniej po dwa działy z każdego przedmiotu.

Co ciekawe – przedstawiciele CKE, którzy potem w telewizji prezentowali arkusze egzaminacyjne, zaprezentowali inne arkusze niż te, które pisali gimnazjaliści. Różnica była może niewielka, ale dość istotna dla tych uczniów, którzy nie kują materiału na pamięć, tylko myślą. Mianowicie – arkusze, które dostali gimnazjaliści na egzaminach, nie zawierały strony ze źródłami tekstów i grafik. A te w telewizji – owszem. A informacje o źródle tekstu są czasami dla „myślących” uczniów bardzo ważną wskazówką. Nieładnie, CKE, nieładnie.

O Piłkę się nie martwię (czy będzie miała 100 procent, czy „tylko” 95, to naprawdę nie zrobi jej różnicy, zwłaszcza w sytuacji pokonkursowej) – ale zirytowany jestem całością. Bylejakością.

Zdrajca na czterech kółkach

Przegląd techniczny Zefirka. Ot, formalność… A nie, jednak nie. – Bardzo mi przykro – rozłożył ręce pan w stacji diagnostycznej. – Muszę panu dać tylko warunkowe, na dwa tygodnie, bo to i to musi pan zrobić.

„To i to” okazało się być sworzniami przedniego zawieszenia, które podobno wiszą już na słowo honoru, oraz tylnymi klockami i tarczami hamulcowymi, które po prostu trzeba już wymienić.

Wiedziałem o jednym i drugim, ale byłem przekonany, że może to jeszcze dwa miesiące spokojnie zaczekać – bo przecież i tak na przełomie maja i czerwca Zefirek, skubaniec, miał iść do pana Tomka na wszystkie takie „drobiazgi” (raczej „maintanance”, niż „repair”).

No więc nie może zaczekać i trzeba to zrobić teraz. Czyli – rzecz prosta, jakże by inaczej – akurat w czasie, kiedy niespecjalnie mam środki, żeby to sfinansować. A przecież jak już Zefirek pójdzie na podnośnik, to warto od razu zrobić jeszcze kilka innych drobiazgów (też z gatunku „maintenance”), bo rozbijanie tego na dwa razy zawsze wyjdzie drożej, nie wspominając już o kwestiach wygody.

Jak to jest – wiem, już parę razy zadawałem tutaj to pytanie – że wszelkie sprzęty i urządzenia psują się zawsze właśnie wtedy, kiedy się nie ma pieniędzy? Jak na koncie jest spokojnie, to wszystko działa. A jak akurat jest dołek (…większy niż zwykle) to od razu coś.

Prawa Murphy’ego to jednak wyjątkowe skunksy…

Ambitne plany…

Nie,  nie moje. Mojej córki, oczywiście. Ona zawsze ma ambitne plany. Ambicja to jej drugie imię (…no dobra, trzecie).

Piłka znalazła w sieci szkołę średnią, do której by chętnie poszła. Szkoła mieści się w Warszawie, w jednej z najdroższych i najbardziej „ę-ą” lokalizacji. Jest anglojęzyczna. Ma supernowoczesny budynek, najlepszych nauczycieli pościąganych z całej Europy, fantastyczny wybór rozszerzeń i zajęć dodatkowych. Co więcej, na jej koniec nie zdaje się „normalnej” polskiej matury, tylko brytyjskie A-Levels, po których (jeśli się ma dobre wyniki) ma się znacznie łatwiejszy wstęp na uczelnie brytyjskie i amerykańskie (…i wiele innych). Co więcej, średnie wyniki A-Levels w tej szkole są na poziomie Eaton College…

Szkoła ma jedną zasadniczą wadę. Łączny koszt nauki (wpisowe, czesne + wszystkie dodatkowe, obowiązkowe opłaty) to dobrze ponad 100 tysięcy złotych. Rocznie.

Ha, ha, ha, zaśmiała się hrabina po francusku (bo ten język znała najlepiej).

Ale nie, spokojnie – wszystko po kolei. Otóż okazuje się, że polityka tej super-hiper-mega szkoły jest taka, że w każdym roczniku 20 procent stanowią uczniowe niepłacący – tacy, którym szkoła zapewnia stypendium w wysokości 100 procent kosztów. Aby się o to stypendium ubiegać, trzeba spełniać określone warunki (dochodowe, rodzinne etc.) – wszystkie spełniamy. No i trzeba potem umieć się „zaprezentować” – a to moje dziecię umie doskonale. I podać dwie osoby spoza rodziny, które ucznia zarekomendują, czyli opowiedzą, jaki jest świetny. Znajdą się takie, bez kłopotu.

Więc Piłka postanowiła, że złoży papiery i będzie się starać o to stypendium. No i super – bo właściwie czemu nie? Sama aplikacja nic nie kosztuje. Jasne, szanse są niewielkie (bo też pewnie chętnych nie brakuje), ale co szkodzi spróbować? Jak się nie uda – to Piłka ze swoimi ocenami i wynikami (…i tytułem laureatki…) i tak dostanie się do każdego warszawskiego liceum, do jakiego zechce, więc ryzyko jest żadne. A jeśli się uda…

…to będę mógł się chwalić przed znajomymi, że moje dziecko chodzi do szkoły, która kosztuje ponad 100 tysięcy rocznie. Komedia 😀

Cieszę się, że jest ambitna – i że się nie boi wyzwań. Że próbuje. Że ma to poczucie, że „sky is the limit”.

Uzupełnienie…

Dwa dni później wiadomo już sporo więcej. Sama historia jak z jakiegoś koszmarnego thrillera… Napastnik psychicznie chory, w trakcie leczenia. Nie wiadomo, skąd wziął się na Smrekowej, nie wiadomo, skąd wziął się w tym miejscu – jakie głosy czy jakie zwidy go tam doprowadziły.

Smrekowa leży na Antałówce – zaczyna się zaraz koło ronda, przy którym leżą oba zakopiańskie dworce, kolejowy i autobusowy. Na dole to jest normalna, zakopiańska ulica – ale im wyżej, tym puściej. Domy w zasadzie kończą się kawałek za zakrętem pod górę, asfalt kończy się nawet chwilę wcześniej. Potem jest sto metrów „niczego” – po obu stronach wspinającej się pod górę drogi jest pole, jakieś chaszcze, jakiś zagajnik. I dopiero dalej stoi dom, w którym mieszkały ciotki. Jak się stoi przy tych ostatnich wcześniejszych zabudowaniach, to tego domu prawie nie widać – czubek dachu co najwyżej.

Gdyby ten szaleniec próbował w podobny sposób dostać się do któregoś z domów leżących niżej, na pewno ktoś by zareagował – sąsiedzi wylecieliby z kijami (…albo i z siekierką, w końcu jesteśmy na Podhalu). Ale tam nikogo dookoła nie ma – nikt nawet nie widział, że coś się dzieje. Z tego, co piszą w prasie, policja przyjechała w ciągu kilku minut… Ale za późno. Napastnik obszedł dom, który nie był nawet ogrodzony (ciotki zawsze mówiły, że trzeba by kiedyś płot postawić – i zawsze na mówieniu się kończyło). Od strony ogrodu tam są stare, drewniane drzwi balkonowe. Zaczął się dobijać i rzucać kamieniami – ciotki zadzwoniły na policję. A on rozwalił te drzwi i wszedł do środka z nożem.

Jakby tego wszystkiego było mało – dziennikarze dowiedzieli się, że siostra tego człowieka dzień czy dwa przed tragedią dzwoniła na policję i na pogotowie, prosząc o pomoc, bo bratu wyraźnie się pogarszało, wpadał w psychozę, dziwnie się zachowywał. Ale że (wtedy) nie zachowywał się jeszcze agresywnie, to rzecz prosta wszyscy to zlekceważyli.

Przecież dwa miesiące wcześniej bardzo podobna sytuacja doprowadziła do tragedii w Gdańsku. Matka człowieka, który później zabił prezydenta Adamowicza, także zgłaszała, że jej syn stwarza zagrożenie. Nikt się tym nie przejął. I – jak widać – nikt z tej tragedii żadnych wniosków nie wyciągnął.