…dnia ani godziny…

Stoję w kolejce do kasy. Kolejka długa, idzie powoli, więc z nudów wyciągam telefon i zaczynam przeglądać najnowsze wiadomości. I nagle czytam: Tragedia w Zakopanem. Facet z nożem zaatakował dwie siostry. Jedna nie żyje, druga leży w szpitalu. Widzę nazwę ulicy (bo akurat ją podali), i nagle kojarzę. Dwie samotnie mieszkające siostry, ta ulica, dom oddalony od innych… Wychodzę ze sklepu i dzwonię do ciotki B. Tak, to one.

Moje dalekie ciotki, kuzynki mojej mamy. Jedna była mniej więcej w jej wieku. Druga – ta, która zginęła – kilka lat młodsza, co oznacza, że obecnie pod siedemdziesiątkę. Podobno jakiś wariat zaczął rzucać im kamieniami w okna i walić do drzwi. Wyszły zapewne, żeby go pogonić – stare góralki nie tak łatwo przestraszyć – a on rzucił się na nie z nożem. Tyle wiem na razie.

Piękny, stary dom na Smrekowej. Cały z bali, ponadstuletni, w nienajlepszym stanie, bo remont takiego drewnianego zabytku to straszne pieniądze… Wielki dom – a ciotki mieszkały od bardzo dawna same, tak im się życie poukładało. Jako dziecko bywałem tam co najmniej raz, czasami dwa razy w roku. Przyjeżdżałem z mamą, mieszkaliśmy w takim dużym pokoju gościnnym na dole. Potem przyjeżdżałem już sam, żeby połazić po górach. Kilka razy nawet z grupką znajomych (wtedy płaciliśmy ciotkom, bo w końcu ogrzewanie, woda…). Z domem na Smrekowej, na Antałówce, wiąże się mnóstwo wspaniałych wspomnień.

I nagle taka wiadomość.

Pozamiatane!

No i problem z podwójnym rocznikiem licealnym mamy z głowy. Piłka została laureatem (…laureatką?) polonistycznego konkursu kuratoryjnego. Uzyskała 46 punktów na 50 możliwych, czyli – jak łatwo obliczyć – 92%. Jedna osoba miała 49 punktów, cztery osoby po 48, dwie – 47 i potem już wynik Piłki. Czyli – ex aequo – czwarte miejsce w województwie. I teraz zgodnie z prawem muszą ją przyjąć do dowolnej klasy w dowolnym liceum jakie tylko sobie wymyśli.

Niby w jej przypadku wiadomo było, że będzie OK – ale teraz, Bogiem a prawdą, już się nawet za bardzo starać nie musi…

Na nowym miejscu…

No i stało się. Nowe miejsce, nowe pisanie…

Cały dotychczasowy blog został tu przeniesiony. No nie, nie cały: z przyczyn dla mnie, humanisty, niezrozumiałych, nie da się przenieść komentarzy. A szkoda, bo wiele tam było dobrych słów od Was. Mam je wszystkie zapisane na dysku.

Trochę obrazków poginęło – trudno, co się da, to pouzupełniam z czasem. Wygląd też pewnie będzie się zmieniał, pierwsze koty za płoty.

Popielcowo

(Wpis umieszczony na starym blogu 6 marca, w Środę Popielcową).

Kolega K. chodził ze mną do przedszkola. Potem chodziliśmy do tej samej podstawówki, ale do sąsiednich klas. A potem… Potem nie widzieliśmy się przez jakieś dwadzieścia parę lat. Aż spotkałem go bodaj ze trzy lata po przeprowadzce z Warszawy do G., w sklepie. Okazało się, że mieszka w M. (trzy kilometry od nas). Potem jeszcze parę razy spotykaliśmy się – a to w sklepie, a to w parku w G., a to w kolejce do lekarza (jego córka leczyła się u tego samego ortopedy, co moja). Miłe to były spotkania, bo choć z K. nie byliśmy nigdy bliskimi kumplami, to gość jest inteligentny, sympatyczny, jest z nim o czym pogadać. Wymieniliśmy się telefonami, „tak na wszelki wypadek”.

Dziś K. zadzwonił do mnie właśnie, kiedy byłem na mszy (Popielec…). Oddzwoniłem po powrocie do domu. Głos miał zupełnie normalny – może trochę „nakręcony”, ale zawsze żartowaliśmy, że był na granicy ADHD.

– Wiesz – powiedział – …mam raka. Nie, spokojnie, jeszcze nie umieram. Ale to rak jamy ustnej. Wiesz, na własną prośbę. 30 lat paliłem. Rzuciłem cztery lata temu, ale widać za późno. Za tydzień operacja, muszą mi usunąć spory kawałek szczęki i język. Więc pomyślałem, że zadzwonię i powiem ci „cześć”, bo potem to już tylko esemesy i maile.

Potem jeszcze opowiadał mi, że chciałby nakręcić (…już tylko pisemnie) wielką akcję antynikotynową, pokazując się ludziom i „mówiąc” im, do czego prowadzi palenie. – Może choć jeden głupek pomyśli i nie wyląduje tu, gdzie ja jestem – tłumaczył. – Masz jeszcze te stare kontakty w gazecie?…

Siedzę i nie mogę przestać myśleć. Człowiek ma żonę i dzieci. Jest takim samym gadułą jak ja. Ale nie łamie się, nie siedzi z płaczem w kącie, nie wpada w depresję. Dzwoni, żeby powiedzieć „cześć”. I już planuje, co będzie robił po operacji.

No, to właśnie tak mi się dziś zaczął Wielki Post.

(Przy okazji, jakbyście zapomnieli:

Po prostu…

Festiwal Pizzy w Międzynarodowym Dniu Pizzy. Na zakończenie ferii. Wszyscy objadają się ile wlezie. Po czwartym kawałku Pucek odsuwa talerz i – z wyraźnym żalem zresztą – mówi, że juz nie może, bo jeszcze jeden kawałek i pęknie.

Pietruszka patrzy na niego lekceważąco znad swojego talerza, z którego właśnie znika szósty kawałek pizzy (z prosciutto), i rzuca z wyższością:

– Amator…

 

Bunt Skuteczny (poniekąd) i inne atrakcje

Ha. Pani odpisała i zgodziła się na zaproponowaną przeze mnie stawkę. Co należy uznać za sukces… do pewnego stopnia. Bo stawka, którą zaproponowałem, i tak jest w gruncie rzeczy bardzo niska. Ale (uznajmy) mieści się w granicach przyzwoitości, a książka jest ciekawa i fajnie napisana. Dodatkowo wydawnictwo zgodziło się na niewielką zmianę kształtu umowy tak, żeby mi bardziej pasowało. Więc ogólnie chyba jestem do przodu…

***

Ferie się zaczęły. Pierwszy tydzień w domu, bo Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego (90 procent!), a w pierwszym tygodniu jej polonistka siedzi w domu, więc mogą się kilka razy spotkać i poprzygotowywać. Zważywszy, że pani K. robi to w swoim wolnym czasie i nikt jej za to nie płaci, to trudno wybrzydzać.

Zresztą i tak wyjechać możemy najwyżej na kilka dni. Raz, że na dłużej nie bardzo jest za co. Dwa, że patrz punkt pierwszy, czyli nowa książka do tłumaczenia (termin do końca marca – i wcale nie mam poczucia, żeby to był nadmiar czasu…).

Pojedziemy do C., do cioci (która już dzwoniła dopytywać się, kiedy będziemy, bo „ferie się zaczynają i czegoś nam w domu brakuje). Miło, że są jeszcze miejsca, w których ktoś cieszy się na nasz przyjazd…

W dodatku G., wnuczka cioci, właśnie kończy pierwszy semestr studiów. Myślała o medycynie, ale paru punktów jej zabrakło, więc (na razie?) studiuje psychologię – i bardzo się cieszy na mój przyjazd, bo będzie mogła z kimś o studiach pogadać. Może być ciekawie…

***

Podarły mi się spodnie. OK, nie jest to news dnia, zdarza się – problem polegał na tym, że to były moje ostatnie czarne spodnie. A jak wiadomo nie wszędzie wypada pójść w niebieskich dżinsach czy w spodniach koloru khaki.

Pojechałem zatem do pobliskiej galerii handlowej, do sklepu dużej odzieżowej sieciówki, w którym zwykle można było kupić spodnie za rozsądne pieniądze. Niestety, dłuższa chwila poszukiwań na półkach i wieszakach ujawniła straszliwą prawdę: spodnie owszem, były, ale wyłącznie w fasonach „slim fit” albo „skinny fit”. Czyli albo „rurki”, albo „jeszcze bardziej rurki”.

Poszedłem do sprzedawczyni (większość pracujących tam pań wygląda, jakby były niewiele starsze od mojej córki… Czy to one są młode, czy ja się starzeję?…) i zapytałem, czy dostanę normalne czarne spodnie. – A co pan rozumie przez „normalne”? – zapytała pani podejrzliwie.

– No, wie pani, żeby to nie były rurki… – odparłem.

– A pan nie lubi rurek? – zapytało dziewczę pogodnie.

– Proszę pani – odparłem patrząc na nią z politowaniem. – Niech pani na mnie popatrzy. Jak, pani zdaniem, wyglądałbym w rurkach?…

Sadząc po jej minie – załapała (i doceniam profesjonalizm, bo nie zaczęła się śmiać).

Niestety, okazało się, że „standard fit” są tylko niebieskie dżinsy, więc muszę szukać dalej. Czy naprawdę wszyscy faceci w dzisiejszych czasach chodzą w „rurkach”?! Bo niektórzy (jak ja) zdecydowanie nie powinni…

 

 

Bunt na pokładzie – c.d.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) historia ma ciąg dalszy. Pani z wydawnictwa odezwała się po dwóch dniach i napisała, że wynagrodzenie jak najbardziej jest do negocjacji. I za ile bym się zgodził.

Nie lubię takich pytań – nigdy nie byłem dobry w rozmawianiu o pieniądzach… Ale napisałem, za ile. Uważam, że stawka, którą wymieniłem, i tak jest niska. Pani odpisała, że da mi znać w ciągu kilku dni, czy to się uda.

Więc czekam. I naprawdę jestem ciekaw…

Bunt na pokładzie

Odezwała się pani redaktor z Bardzo Prestiżowego Wydawnictwa, z którym już parę razy współpracowałem. Zaproponowała tłumaczenie książki. Książka ciekawa, nie bardzo trudna, termin też do zaakceptowania. Nawet chętnie bym ją wziął. Ale chyba nie wezmę. Właśnie odpisałem pani redaktor w sposób następujący (cytuję mojego maila prawie dosłownie, usuwając tylko informacje mogące ułatwić rozpoznanie wydawnictwa etc.).

„Szanowna Pani,

 

Z moich obliczeń wynika, że książka ma w zaokrągleniu 290 tys, znaków, co daje 7,25 arkusza albo 161 stron. Przy wynagrodzeniu 3,5 tysiąca złotych daje to nieco niecałe 483 zł za arkusz albo niecałe 22 zł za stronę. Netto (i to uwzględniając 50% kosztów uzyskania przychodu) wychodzi ok. 439 zł za arkusz albo niecałe 20 zł za stronę.

 

A mówimy o objętości tekstu oryginalnego, co oznacza, że rzeczywista stawka za tłumaczenie będzie jeszcze niższa (realnie poniżej 18 zł za stronę).

 

Proszę wybaczyć, ale to po prostu bardzo mało. Zdaję sobie sprawę, że czasy, kiedy za stronę tłumaczenia płacono powyżej 30 zł to już prehistoria 😉 – ale 18 zł to jednak dla mnie za mało.

 

Nie wiem, czy ta stawka jest negocjowalna – ale jeśli nie, to z przykrością zmuszony będę podziękować…”

 

Naprawdę? 18 złotych za stronę?

 

Jasne, nie jest to wina pani redaktor, która do mnie pisze – taki budżet jej dali. Ale przypomnę, że nie mówimy o firmie-krzak, ale o szanowanym, prestiżowym wydawnictwie. I że nie chodzi o tłumaczenie książki kucharskiej albo poradnika cerowania skarpetek, ale o poważną – choć popularnonaukową – pozycję.

 

A najgorsze jest to, że pewnie i tak znajdą kogoś, kto im za tę sumę to przetłumaczy. Oczywiście przetłumaczy średnio (…bo za te pieniądze nie będzie poświęcał czasu na szlifowanie i wygładzanie tekstu), więc cała „oszczędność” i tak pójdzie się okopać, bo oszczędzając na tłumaczeniu będą musieli więcej wydać na redakcję.

 

No, ale to już nie mój problem.