Tajne przez poufne, przed przeczytaniem spalić

Inaczej – cytując Klasyków – prosimy nie powtarzać, zwłaszcza Osobom Zainteresowanym.

Jakiś czas temu Piłka – z wyrazem niejakiego obrzydzenia – opowiedziała mi:

– Wiesz, tato, jest w klasie taki kolega (tu padło imię), któremu się chyba podobam.

– A on Tobie? – zapytałem czujnie, ale dziecko spojrzało na mnie tak, jakbym je pytał, czy ma ochotę pogłaskać pająka (kto zna Piłkę, ten wie, że nie ma ochoty…).

No dobrze – czyli nie było się czym przejmować. Fakt, że moja córka jakiemuś chłopakowi się podoba, specjalnie mnie nie dziwi (zdziwiłbym się, gdybym poznał takiego, któremu nie…). Fakt, że mi o tym mówi (sama z siebie) i ze szczegółami opowiada, oznacza, że wszystko jest OK – i że ma do mnie zaufanie. No dobrze, było, minęło, o sprawie zapomniałem. Do dziś.

Bo dziś, Panie i Panowie, wyjąłem ze skrzynki list. List był niezwykle romantycznie przyrządzony – kartka ładnego papieru, opalona na brzegach (!), zapisana pismem co prawda mało kształtnym, ale wyraźnie zaangażowanym. Zaczynało się od „Droga Piłko…”, kończyło podpisem (nie, żeby jakiś anonim, nie…). Skąd wiem, pytacie?

Ano stąd, że romantyczny list… nie był włożony do koperty (kolega wie, gdzie Piłka mieszka, bo kiedyś jakieś zeszyty od niej brał). Czyli teoretycznie mogłem go legalnie przeczytać od początku do końca (jak już przestałem się śmiać).

Czego nie zrobiłem, rzecz prosta. Nagłówek i pierwsze dwa czy trzy zdania przeczytane z rozpędu wystarczyły, żebym wiedział, że mam do czynienia z korespondencją miłosną. Oddałem list adresatce, mówiąc, że coś do niej w skrzynce leżało.

Przeczytała. Złapała się za głowę z taką miną, że na miejscu kolegi nie zbliżałbym się do niej bliżej niż na 50 metrów. Przez najbliższe 20 lat mniej więcej. Uniosłem brew pytająco – nie chciałem być wścibski (przesadnie…), ale dziecię wkurzonym tonem opowiedziało mi ze szczegółami treść listu, mniej więcej co drugie zdanie wtrącając epitety na temat kolegi. Nie zacytuję, bo damy takich rzeczy nie mówią. Zwykle.

Zasugerowałem lekko złośliwie, żeby odpisała koledze, aby następnym razem wkładał jednak list do zaklejonej koperty, bo inaczej tata przeczyta… Dowiedziałem się tylko, że „…jak będzie jakiś następny raz, to osobiście mu zrobię krzywdę”.

No to śmiesznie. Moja córka dostaje listy miłosne. Czuję się staro… 😉

***

A swoją drogą – historia lubi się powtarzać… Kiedy M. była mniej więcej w tym wieku (no dobrze, może rok starsza) też miała takiego upartego adoratora, co to był w niej po uszy zakochany. Opowiedziała mi o tym kiedyś (już po naszym ślubie), śmiejąc się i wspominając, jakiego obciachu jej parę razy narobił (na przykład przyjeżdżając bez zaproszenia na Drugi Koniec Polski, żeby ją odwiedzić u babci w czasie wakacji). Opowiadała, jaka była na niego wściekła. I pamietam – pamietam bardzo dobrze – że miała przy tym bardzo podobną minę jak Piłka dzisiaj. Naprawdę – na miejscu kolegi trzymałbym się z daleka…

***

Musze sobie kupić taką koszulkę:

Dadd2

…albo taką:

DADD1

🙂

 

Mruczanka z Aniołem Stróżem

Jak wchodziłem do sklepu był upał – 28 stopni – i trochę chmur na niebie. Jak wychodziłem (kwadrans później) niebo było już ciemne. Oho, pomyślałem, ciekawe, czy zdążę do domu zanim zacznie lać. Bo pranie wisi na balkonie…

Nie zdążyłem. Po chwili zaczęło lać, dziesięć sekund później zerwał się taki wiatr, że widziałem fruwające w powietrzu przedmioty…

…a po kolejnych kilku sekundach trzy wielkie drzewa – sosny o wysokości ponad 30 metrów każda – przewróciły się na drogę tuż przed maską mojego samochodu. Jak zauważyłem kątem oka, że lecą, wcisnąłem hamulec do podłogi. ABS „zawarczał” na zalanym wodą asfalcie i zatrzymałem się na kilka metrów przed padającymi pniami, które rozwaliły płoty po obu stronach ulicy, a padając zerwały linię elektryczną: kable pod napięciem pacnęły w połowie drogi między drzewami a mną. Czyli jakieś dwa – trzy metry od mojego przedniego zderzaka. Snop iskier przeleciał po mokrej ulicy, przez całą jej szerokość. Dobrze, że samochody mają gumowe opony.

Gdybym jechał minimalnie szybciej, gdybym wyjechał z parkingu przed sklepem o jeden samochód wcześniej, gdyby nie było tego czerwonego światła… I tak dalej.

Wygląda na to, że mój Anioł Stróż wczoraj był na posterunku…

W biegu…

W biegu. Całe życie w biegu.

***

Rok szkolny się kończy, chwała Bogu. Łatwy nie był. Pod żadnym względem. A pod niektórymi – na przykład jeśli chodzi o finanse – fatalny po prostu. W maju po raz pierwszy od października stan mojego konta był „powyżej zera”. Wszystko wskazuje na to, że czerwiec (jak już wpłyną wszystkie te pieniądze, które jeszcze „wiszą”) też się zamknie na plusie (…niewielkim). Tyle, że potem wakacje, co – poza wszystkim innym – oznacza, że na początku lipca trzeba będzie oddać samochód do mechanika. Nic wielkiego – olej, klocki hamulcowe… Drobiazgi. Czyli kilkaset złotych. Wakacje w tym roku planujemy w zasadzie „bezkosztowe” (co nie znaczy, że byle jakie… Ale o tym innym razem).

***

Z drugiej strony – jest szansa, że będzie trochę lepiej. Duży amerykański portal o tematyce politycznej ma swoją europejską mutację z siedzibą w Brukseli. Teraz portal tworzy polską mutację. Zgłosił się do mnie pan redaktor B., szef (i – na razie – jedyny pracownik) tej polskiej wersji, z pytaniem, czy bym dla niego nie tłumaczył. A że moje tłumaczenia bardzo mu się spodobały, to mamy w zasadzie stałą współpracę. Cztery – pięć artykułów tygodniowo, każdy po kilka stron… Ciekawe, nie bardzo trudne, a przy tym bardzo dobrze płatne: ponieważ teksty dostaję albo wieczorem („…tak, żeby rano już był gotowy”), albo rano („nie spiesz się, ale zrób to ASAP!”), to prawie wszystkie liczone są po stawkach ekspresowych. A to jest naprawdę korzystne.

Tłumaczyłem dla redaktora B. przez tydzień maja – i zarobiłem naprawdę konkretną sumę (przy, co warto podkreślić, stosunkowo niewielkim nakładzie pracy). Jeśli średnia tygodniowa będzie taka (czy choćby o połowę mniejsza), to będzie to znaczący dodatek do miesięcznych finansów. To znaczy: zakładając, że dotychczasowe robótki utrzymają się na dotychczasowym poziomie, czego – rzecz prosta – pewnym być nie można.

Generalnie można powiedzieć, że jest to jakieś światełko w tunelu: jeśli projekt się rozwinie, to z czasem może być tego nawet nieco więcej. Oby.

Jedyny problem polega na tym, że tę poprawę na poziomie finansowym (jeśli będzie) realnie odczuję dopiero po wakacjach. Ano, zobaczymy.

***

Dobrze, że przynajmniej w sprawach szkolnych o nic martwić się nie muszę. Pietruszka – jak to Pietruszka, średnia 5,6 „z palcem w nosie”. Piłka… O, Piłka w tym roku dała czadu. „Coś się pańska córka w nauce opuściła” – powiedziała do mnie, puszczając oko, wychowawczyni Piłki. „Ma tylko trzy piątki na świadectwie„.

Co, jak się domyślacie, oznacza, że reszta jej ocen to szóstki. Średnia prawie 5,8. Co prawda nie osiągnęła tego tak „na luzie”, jak jej starszy brat, ale udowodniła, że poza wrodzoną inteligencją i ambicją jest też cholernie pracowita (no, to ostatnie to raczej nie po tatusiu). Średnia wyższa niż u Pietruszki nie została skomentowana przez żadną ze stron, ale widać było, że obie strony zdają sobie z niej sprawę. Jedna strona była wyraźnie urażona, druga – miała wyraźną satysfakcję 😉

Pucek – na razie jeszcze ocena opisowa. Generalnie wynika z niej, że dziecię ze wszystkim radzi sobie albo dobrze, albo bardzo dobrze. Z jednym wszakże wyjątkiem: bazgrze jak kura pazurem i robi błędy ortograficzne. Może bym się tym nawet martwił… Gdyby nie fakt, że ja w trzeciej klasie też bazgrałem i robiłem błędy. A potem mi przeszło (no, błędy mi przeszły – bo do dziś jak muszę coś szybko napisać ręcznie, to bazgrzę). Poza tym Pucek robi błędy na dyktandach w szkole – ale jak odrabia prace domowe (czyli jak się nie spieszy i ma czas pomyśleć, co pisze) to błędów prawie nie ma. Czyli spokojnie – da radę.

***

A długi weekend minął bardzo, bardzo spokojnie. Aż się zdziwiłem…

 

Żółw z Charakterem, czyli „Panie dyrektorze, to było moment…”

 Parafrazując stary dowcip z czasów szkolnych (MOICH czasów szkolnych) – „żółw to temat-rzeka”.

Pucek już ponad rok temu wymarzył sobie żółwia. Żółw i żółw. Wymyślał dla niego imię, rysował go w zeszycie i w ogóle. Ja początkowo byłem przeciwny (jeszcze jedno zwierzę, którym JA będę się musiał zajmować…), potem nawet się zgodziłem – ale jakoś tego żółwia nie było i nie było. Bo brak czasu, bo brak funduszy (sam żółw niedrogi, ale cały osprzęt…).

No i wreszcie, kilka dni temu, żółw wprowadził się do pokoju Pucka – przywiozła go chrzestna mama, która (wiedząc o puckowym marzeniu i uzyskawszy moją zgodę) nabyła zwierza drogą kupna wraz z (prawie) całym wyposażeniem. Mały, zielonkawy, ziemno-wodny żół bokoszyjny (a konkretnie – pelomeduza afrykańska, czyli Pelomedusa subrufa). Gatunek w sam raz dla bardzo początkującego hodowcy, łatwy w obsłudze, nie chorowity, mało wymagający.

Dostał swoje akwaterrarium, dwie lampy (jedną od promieniowania UVB, żeby mi skorupa nie miękła, drugą – grzewczą, udającą afrykańskie słońce), filtr do wody, grzałeczkę, sporo żwirku, sporo wody, duży kamień na który może się wygrzewać i trochę roślinek. I pokarm – takie małe, suszone krewetki, które trzeba trzymać w zakręconym słoiczku, bo śmierdzą rozpaczliwie.

Pucek – zachwycony, chwali się wszystkim kolegom. Cały dom skacze wokół żółwia. No, prawie cały – bo na ten przykład kot ma żółwia dokładnie w nosie: nie zainteresował się nawet na tyle, żeby obwąchać akwarium. Ale może to i lepiej…

***

No i dziś po przyjściu za szkoły idziemy do żółwia, a żółwia… nie ma.

Nie ma i już. Ani pod roślinkami. Ani pod „domkiem”. Ani przy filtrze, ani przy grzałce. Ani zakopanego w żwirku. Ani w wodzie. Nie ma i już. Im bardziej zaglądamy, tym bardziej żółwia NIE MA.

Dramat, sami rozumiecie. Ale jak to możliwe?! No dobrze, drzwiczki od akwaterrarium Pucek zostawił odsunięte, ale jak, u licha, to bydlę wylazło z wody (!) i wspięło się na próg (umieszczony 2 cm nad powierzchnią wody!!)? A jak już wyszło – to co dalej? Akwarium stoi na niskim stoliku – zszedł na dół? Nie, no bez przesady, przecież to żółw, i to wodno-lądowy, a nie kot, do jasnej karbidówki!

Śledztwo. Analiza śladów wykazała, że bydlę rzeczywiście wyszło (przeszło z kamienia na brzeg, a stamtąd zsunęło się na stolik). Ze stolika – idąc bezmyślnie przez siebie – spadło (mokre ślady na podłodze). Spadło (najwyraźniej…) na brzuch, nie na plecy. Więc polazło dalej, bo mogło.

Ale dokąd? Przeszukaliśmy całą górę – ani śladu żółwia. Nerwy. Łzy. Gdzie jest żółw?! I w ogóle jak bydlęcia szukać? Małe to, a do tego głupie…

Olśniło mnie. Wygoniłem całą ekipę na dół, odczekałem kwadrans, a potem bardzo cicho wszedłem na górę, do pokoju Pucka, siadłem na podłodze i zacząłem nasłuchiwać. No i oczywiście po minucie czy dwóch usłyszałem – „szurr, szurr, chrrup…”.

Sukinkot był za szafą! Schował się tak, że musiałem całą szafę odsuwać. Po powrocie do domu wyglądał na całkiem zadowolonego z życia: chyba stęsknił się za wodą…

Wniosek numer 1: żółwie są sprytniejsze, niż nam się wydawało. Nie doceniliśmy gada.

Wniosek numer 2: żółwie są szybsze, niż nam się wydawało (jak w starym dowcipie: „Paaanie, dyyyrektoorze, tooo byyył moooment…”.

Wniosek numer 3: żółwie są twarde. Gdybym ja spadł na brzuch (nawet w skorupie) z wysokości jakieś 20 razy większej, niż mój wzrost, to… pewnie nie miałbym sił, żeby iść się chować za szafą.

Muszę przyznać, że mi drań zaimponował. Ma charakter. Ale od dziś drzwiczki będzie się zamykać…

(…nie miała baba kłopotu…).

12531

Po-świątecznie

Komunia Pucka przebiegła nadspodziewanie spokojnie. Baliśmy się trochę czasu trwania samej mszy, bo w tym roku grupa dzieci była wyjątkowo (jak na naszą parafię) liczna – ponad setka. Ale okazało się, że wszystko grało jak w zegarku i całość wcale nie trwała bardzo długo (mimo, że ani przez chwilę nie miało się wrażenia pośpiechu).

A potem w domu – obiad dla rodziny, po południu ciasta i kawa dla Bliższych i Dalszych Znajomych. Na szczęście przy organizacji obiadu zadziałali Przyjaciele Domu, bo sam bym tego chyba nie ogarnął… Chwała im za to – i niech im Pan Bóg w dzieciach wynagrodzi (znaczy w tych, co już je mają, rzecz prosta).

Pucek był niesamowicie przejęty, radosny i – później, już w domu – nakręcony jak sprężynka. Wieczorem zasnął jak kłoda, ledwo głowę do poduszki przyłożył.

***

Zapraszając rodzinę i bliskich na Uroczystość podkreślałem, żeby „nie przesadzali z prezentami”. Bardzo mi zależało, żeby Puckowi ten dzień nie kojarzył się przede wszystkim z tym, co dostał w kolorowych papierkach. Jasne, drobne prezenty, upominki, coś miłego – ale żadnych „wodotrysków”, bo nie o to chodzi. Kiedy Pietruszka szedł do Pierwszej Komunii, jego głównym prezentem od rodziców był wyjazd sam na sam z tatą w góry (pisałem o tym sześć lat temu, TUTAJ). Piłka była ze mną na przedstawieniu i też miała taki cały dzień dla siebie. Z Puckiem pojedziemy chyba (bo jeszcze się nie zdecydował) na cały dzień na kajaki. Takie prezenty dzieci wspominają jeszcze po latach, kiedy wszystkie tablety, rowery, komputery i inne bajery dawno już się popsują…

Wszyscy – generalnie – uszanowali moją prośbę. Pucek dostał trochę fajnych książek, zegarek od Cioci B. (bo stary mu się zepsuł) i prawdziwego X-Winga z Lego Star Wars (tego dużego, łomattko!).

Wszyscy… z wyjątkiem dziadka L. (czyli teścia) rzecz prosta. Teść – jak to teść – do prezentów nie miał głowy, raz spytał mnie nawet, co kupić, ale ostatecznie stwierdził, że da wnukowi pieniądze, „…bo on już przecież nie jest taki mały, a wam łatwo nie jest, to już powinien wiedzieć, że się oszczędza…” – i tak dalej. Już miałem na końcu języka komentarz, że Pucek ma DZIEWIĘĆ lat, a nie dziewiętnaście, alem sobie odpuścił. OK, parę groszy dostanie, schowa sobie (bo Pucek ma skarbonkę, w której swoje oszczędności trzyma, i wcale do niej tak często nie sięga).

Tyle, że „pare groszy” okazało się kwotą moim zdaniem zdecydowanie za dużą, jednoznacznie przekraczającą granice „drobnego upominku”. Zwłaszcza, że dziadek do milionerów nie należy.

Pucek się oczywiście ucieszył – pieniądze do skarbonki schował i więcej o nich nie mówił. Ciekawe, czy za rok – dwa będzie jeszcze pamiętał, od kogo je dostał i z jakiej okazji…

Ferie

No, bo ferie były. Tylko jakoś nie mogłem się zebrać, żeby coś napisać.

Wyjechaliśmy sobie na tydzień. Najpierw na Dolny Śląsk, do rodziny M., gdzie zawsze jesteśmy mile widziani i gdzie możemy oddawać się słodkiemu lenistwu, bo kochana ciocia D. nie pozwala nam nawet zmyć po sobie naczyń. Wyspaliśmy się, wybawili, Potwory nawet pojeździły na nartach…

A potem pojechaliśmy do Zakopanego, do mojej ciotki. Na chwilę, na dwa dni (nie licząc dojazdów).

Dziwne doświadczenie. Kiedyś to były dla mnie najważniejsze miejsca na świecie. W Tatry wracałem jak do domu. Teraz od ładnych paru lat bywam tam tylko z rzadka, „przy okazji”, raz na parę lat… Ale kiedy wszedłem do domu ciotki U. w centrum Zakopanego, poczułem się (przez krótką chwilę) jakby te wszystkie lata nie istniały. Ten dom to jedno z moich „miejsc magicznych”. Kuchnia pachnąca przyprawami i drewnem (dom jest częściowo drewniany). „Salon” (połączony z sypialnią ciotki i jej prywatną łazienką) z wielkim kominkiem i fantastycznym, secesyjnym kredensem z intarsją, z obrazami… Portrety nieżyjącego już wujka U., osoby w Zakopanem niegdyś znanej i szanowanej, długoletniego burmistrza, przedwojennego olimpijczyka… A szerokie, drewniane schody wiodące na górę, do trzech dodatkowych sypialni i łazienki, mają niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju zapach drewnianego domu, z nutą dymu z kominka…

Wujek U. był młodszym bratem mojego dziadka, ojca mojej Mamy. Ciotka – choć była od męża sporo młodsza – dziś jest już dobrze po osiemdziesiątce i zdrowie jej szwankuje (choć humor – ani trochę). Kiedy jej zabraknie, dom odziedziczą jej wnuki z „Hameryki”… Co z nim zrobią? Sprzedadzą?… Bo przecież raczej nie wrócą z Chicago, Nowego Jorku i Ottawy, żeby zamieszkać w Zakopanem. Kiedyś – jako dziecko – marzyłem, że w przyszłości zamieszkam w tym domu. Gdybym wygrał w Lotto, to bym się chyba dogadał ze spadkobiercami i kiedyś ten dom od nich odkupił…

***

Kolana Piłki uniemożliwiły nam jakieś dłuższe wyprawy – przeszliśmy się tylko Doliną Kościeliską, do schroniska i z powrotem. Na niebie nie było jednej chmurki, słońce świeciło, śnieg – aż oczy bolały (dosłownie, bez żadnych poetyckich przenośni). Gdyby nie tłumy turystów, byłoby niemal idealnie.

A następnego dnia wjechaliśmy na Gubałówkę, żeby sobie popatrzeć – a potem pojechaliśmy w objazd po Różnych Ważnych Miejscach w okolicy Zakopanego. Pojechaliśmy przez Brzeziny do Murzasichla… I tam dopiero (patrząc na moje dzieci) zdałem sobie sprawę, że to są Ważne Miejsca – ale dla mnie. Dla nich znaczą niewiele. To znaczy – znają je, oczywiście, z moich opowieści, ale same żadnych wspomnień z nimi związanych nie mają.

A ja?

Do Murzasichla jeździłem dziesiątki razy. W Murzasichlu poznaliśmy się z M. (paradoks: w Warszawie mieszkaliśmy od siebie – w linii prostej – jakieś dwa czy trzy kilometry, ale nie znaliśmy się; a potem spotkaliśmy się 400 kilometrów od domu – i tak się zaczęło). A potem przez parę lat mieliśmy taki rytuał: zawsze jeździliśmy do Murzasichla z grupą przyjaciół na kilka dni w przerwie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Ja przyjeżdżałem zwykle już 26 grudnia, M. dojeżdżała dzień później – ale nie z Warszawy, tylko z C., z Dolnego Śląska, bo święta spędzała u ciotek. Pociąg z Wrocławia przyjeżdżał do Zakopanego o jakiejś nieludzkiej porze: żeby dojechać do Murzasichla M. musiała albo czekać bodaj trzy godziny na autobus, albo wskoczyć w miejski autobus zakopiański i dojechać przez Jaszczurówkę i Cyrhlę do Brzezin (dziś autobus przez Brzeziny dojeżdża do Murzasichla, wtedy tak nie było).

Więc M. jechała do Brzezin, a ja wychodziłem z Murzasichla tak, żeby czekać na Nią na przystanku o siódmej rano. Brałem od Niej plecak i szliśmy sobie szosą w kompletnej, górskiej ciszy (turystów tam wtedy prawie nie było, a już na pewno nie o takiej godzinie…) przez zawsze o tej porze roku zaśnieżony las. I wcale nam się nie spieszyło, choć o globalnym ociepleniu nikt jeszcze (chyba) nie mówił, a termometry pokazywały zwykle co najmniej minus dziesięć… Do domu, w którym zawsze mieszkaliśmy były jakieś cztery kilometry.

Mówiłem o tym moim dzieciom, ale to jednak nie ich wspomnienia. Tylko moje.

 

Finansowo (albo Wcale Nie)

Pucek ma tysiąc pomysłów na minutę – z czego mniej więcej trzy czwarte dotyczą tego, co chciałby dostać w prezencie. Problem „co napisać w liście do Mikołaja” pojawia się już od sierpnia. I – jak to u Pucka – najgorszy jest poziom decyzji. To? A może Tamto? Czy jednak Jeszcze Coś Innego?…

Niestety, duża część puckowych pragnień jest raczej nie do zrealizowania. Klocki Lego – super, jestem za, ale jak Pucek z błyskiem w oku pokazuje mi swój wymarzony zestaw (to znaczy – ten, który jest wymarzonym akurat dziś…), to już wiem, że go raczej nie dostanie. Bo wydanie 400, 500 czy (był i taki) 1,6 tys. zł na klocki Lego raczej nie wchodzi w grę. Podobnie ma się sytuacja z interaktywnym, zdalnie sterowanym robotem za drobne 800 zł i temu podobnymi atrakcjami.

Mieliśmy ostatnio poważną rozmowę – tak poważną, jak można z ośmiolatkiem na takie tematy przeprowadzać. Wyjaśniłem, że to są naprawdę Bardzo Drogie Zabawki i że nas na nie po prostu nie stać, bo jest tak, jak jest i nie mamy bardzo dużo pieniędzy (podejrzewam, że jakbym miał bardzo dużo pieniędzy, to i tak miałbym opory przeciwko wydaniu ośmiu stów na „zdalnie sterowanego…” i tak dalej, ale to już zupełnie inna historia). Pucek zaczął myśleć. Myślał dwa dni.

A dziś przyszedł do mnie… ze swoim małym portfelikiem, w którym trzyma swoje oszczędności (wiadomo – coś dostanie od dziadka, coś od cioci, kilka stów już się tego zebrało…). I powiedział, że właściwie to jemu te pieniądze niepotrzebne, więc żebym ja je wziął, bo przecież utrzymanie domu (tak powiedział!) jest ważniejsze.

Wyściskałem go i wytłumaczyłem, że aż tak źle to jeszcze nie jest, że z głodu nie umieramy i absolutnie nie tknę jego oszczędności. Ale wiecie co? Wzruszyłem się jak stary siennik. Gdzie w takim małym człowieku mieści się takie wielkie serce?…

Czas…

Czas. A raczej jego brak. Na nic nie mam czasu.

Co prawda starsze Potwory jeżdżą już same do gimnazjum, więc nie trzeba ich wozić – ale za to Pucek ma trzy (!) razy w tygodniu lekcje na „popołudnie”. Co oznacza nie tylko, że kończy koło czwartej, ale także że trzy razy w tygodniu przed południem jest w domu. A to z kolei oznacza, że te trzy przedpołudnia trudno uznać za „normalny” czas na pracę. Po Pucek coś chce, bo o coś pyta, bo coś musi właśnie teraz mi powiedzieć… Bo wreszcie jeśli ja siądę na trzy godziny do pracy, to on przez te trzy godziny będzie głównie gapił się w kreskówki (tak, wiem, ten temat już kiedyś przerabialiśmy). Więc trzeba się nim choć trochę zająć, do cholery.

Jak do tego dodać jakieś tam dodatkowe zajęcia plus szkołę muzyczną Piłki (ostatni rok, chwalić Boga…) to i tak robi się sporo jeżdżenia. Do tego dochodzą sprawy prozaiczne, acz niezbędne: zakupy, obiady (…i inne posiłki), pranie… Do tego dochodzi to, że Starszakom czasami trzeba coś w szkolnych sprawach powyjaśniać (Pietruszce mniej, a jeśli, to głównie z biologii; Piłce czasami nieco więcej, głównie z matematyki i – o zgrozo… – fizyki; dobrze, że jeszcze na poziomie gimnazjalnym nie mam z tym problemów).

I jak to wszystko zsumować – a potem dodać jeszcze czas na pracę! – to wychodzi, że już na nic poza tą „codziennością” nie mam czasu. Jakakolwiek „wolna chwila” ma szansę zaistnieć dopiero wtedy, kiedy Potwory idą spać (to znaczy – Pucek idzie spać, a Starszaki jeszcze coś tam robią, ale już każde u siebie). Tyle, że zanim cały kramik się zamknie (przygotować drugie śniadania na jutro do szkoły, przygotować śniadanie właściwe na tyle, żeby rano zajęło jak najmniej czasu, czasami jeszcze wyciągnąć pranie, odpalić zmywarkę i tak dalej…) to jak obszył robi się jedenasta. I pozostaje wybór: albo zmierzać w stronę spania, albo wreszcie mieć kilka chwil dla siebie… I okupić je niewyspaniem, bo przecież rano szkoła i tak dalej. Wiem, że jeśli w tygodniowym szale położę się spać później, niż o północy, to nazajutrz będę niedospany. Jeden dzień takiego niedospania jeszcze da się przeżyć, ale dwa (albo więcej) to już problem. Bo o ile gotowanie, pranie czy nawet prowadzenie samochodu (na krótkich, lokalnych dystansach…) kłopotów nie sprawia, o tyle efektywna praca jest mocno utrudniona. A że na tę efektywną pracę i tak za dużo czasu nie ma… No właśnie.

Nie mam kiedy spokojnie czegoś poczytać (rozdział dziennie, w łazience, kiedy mi się woda do wanny leje…). Film obejrzeć? Muzyki posłuchać?

Co gorsza (?) nie mam też kiedy się ruszać. Nie mam kiedy pójść na rower, nie mam kiedy przejść się na spacer. Brakuje mi otwartych przestrzeni. Szumu wiatru nad głową. Drogi pod nogami. Brakuje mi muzyki, brakuje mi poezji.

„Musisz znaleźć trochę czasu dla siebie”, powiedziała mi B. Ma rację, oczywiście. Muszę. Powinienem. Dla zdrowia (psychicznego i fizycznego). Człowiek potrzebuje… I tak dalej. Wiem to dobrze. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przez ten brak czasu jestem zmęczony, bardziej drażliwy, łatwiej się denerwuję (także na moje dzieci), że czasami niepotrzebnie robię z igły widły. Że powinienem odpocząć, że powinienem – właśnie – mieć trochę czasu tylko dla siebie, bez nich. Wiem to – tylko co z tego?

Z czego mam zrezygnować? I jak? I jakim kosztem?

Ostatnio złapałem się na tym (był akurat jeden z tych dni, kiedy Pucek szedł do szkoły „na rano”, więc koło wpół do pierwszej był już w domu), że marzę o tym, żeby zadzwonił któryś z puckowych kolegów (co się zdarza dość często) i zaprosił go do siebie. Bo ja przecież mam tyle roboty, bo książka się sama nie zrobi, bo jakieś inne tłumaczenia… A tu Pucek w domu, więc spokojnie pracować się nie da…

Jak sobie to uświadomiłem, to mi się jakoś smutno zrobiło. Nie mam dla niego czasu, ciągle się „rozmijamy”, wiem, że mu tego czasu ze mną brakuje… A ja tylko myślę, jakby się go tu pozbyć z domu na kolejne parę godzin. Ale co mam zrobić? Gdybym wygrał w jakieś Lotto, rzuciłbym tę robotę w cholerę – ale dopóki to nie nastąpi, musze robić to, co robię. Tak, wiem, pracuję w domu, więc i tak nie jest najgorzej (gdybym musiał chodzić do pracy „nine to five”, to już w ogóle nie wiem, jakby to wszystko wyglądało). Ale co z tego? Co z tego, że „nie jest najgorzej”, skoro nie jest też dobrze…