Mruczanka Poświątecznie Muzyczna

Wybaczcie, ale okołoświąteczne pisanie jakoś mi nie zadziałało. No bo o czym pisać? Święta – wiadomo. Wigilia rodzinnie, później też rodzinnie, tylko w lekkim rozszerzeniu. A potem dojadanie, odsypianie i czytanie, bo kilka ciekawych pozycji się pod choinką znalazło. Ech, ten Mikołaj wie co dobre… Ale o tem potem.

Temat który mi za to po głowie chodzi (i tupie) to szeroko pojęte zjawisko „muzyki świątecznej”. Już się zbierałem żeby coś o tym napisać, ale… Właściwie co? Że jak jeszcze raz usłyszę „Last Christmas”, to kogoś zamorduję?

Powiedzcie, skąd to się bierze, że ludzie tak fanatycznie uwielbiają kicz i miałkość (nie tylko w muzyce, rzecz prosta)? Że jakaś cienka bzdura (taka jak choćby „Last Christmas” właśnie) „chwyci” i potem jest maltretowana w radiu, telewizji i Internecie przed każdymi świętami? Czy raczej maltretowani są nią słuchacze / widzowie…

Nie chcę być źle zrozumiany: naprawdę nie mam nic przeciwko „świątecznej muzyce”. Powiem więcej – wcale nie upieram się, że muzyka bożonarodzeniowa musi koniecznie być tematycznie związana z Tajemnicami Wiary. Ale przecież jest naprawdę sporo – po prostu – DOBREJ MUZYKI. Więc dlaczego w radiu (którego słucham głównie jeżdżąc samochodem) lecą wyłącznie badziewia typu „Las Christmas” albo „kolędy w wykonaniu znanych artystów”, którzy to „znani artyści” śpiewając je chcą głównie pokazać jakimi są artystami, więc „interpretują” ani przez sekundę nie zastanawiając się o czym właściwie śpiewają?…

A przecież jest z czego wybierać… OK, rozumiem że „przeciętny radiosłuchacz” może nie załapać klimatu z „Winter Garden” czy „To Drive The Cold Winter Away” Loreeny McKennitt, że nie każdy zachwyci się klasycznymi wykonaniami renesansowych kolęd czy jazzowymi wariacjami na ich temat. Ale przecież nawet w sferze szeroko pojętej popkultury byłoby czego posłuchać. W 2009 r. Sting wydał album „If On a Winter’s Night” – jest tam kilka naprawdę sensownych piosenek, jak sądzę do przyjęcia dla zupełnie przeciętnego słuchacza. A jeśli słuchacz jest miłośnikiem klimatów półklasycznych? Proszę bardzo, jest bardzo sympatyczna płytka „My Christmas” Andrei Bocellego. Miłe, łatwe w słuchaniu, wpada w ucho. Coś starszego, dla słuchacza mającego kilka lat więcej? Ależ proszę bardzo – „A Christmas Album” Barbary Streisand. Klasyka, ale jak zaśpiewana, jak zaaranżowana! Jest „Merry Christmas” (Mariah Carey). Jest „A Fresh Aire Christmas” (Mannheim Steamroller). Jest „When My Heart Finds Christmas” (Harry Connick Junior). Są w końcu choćby nasze, polskie płyty takie jak (żeby zahaczyć o różne klimaty i gatunki) „Moje kolędy na koniec wieku” Preisnera, „Kolęda dobrych ludzi woli” Pospieszalskich i Steczkowskich czy „Znów się rodzi, moc truchleje” Arki Noego. Dla każdego coś miłego.

Dlaczego, powiedzcie, w przeciętnej stacji radiowej tej muzyki nie uświadczysz? Dlaczego w okresie przedświątecznym nie da się włączyć radia na dłużej niż kwadrans, żeby nie usłyszeć jak jakaś pierdoła żali się, że dała pannie serce na święta, a panna je olała? Albo jak smętny melancholik marzy o białych świętach, ale zamiast ruszyć tyłek z Los Angeles i pojechać w Góry Skaliste woli siedzieć i smęcić, że mu w Kalifornii śnieg nie pada? (No dobra, Bing Crosby przynajmniej głos miał świetny…).

A ja teraz siedzę sobie w domu i odtruwam się, słuchając zupełnie nie-bożonarodzeniowej płyty „Let Them Talk”. Hugh Laurie nie jest zawodowym muzykiem (jak wiadomo), ale nowoorleańskiego bluesa gra kapitalnie. To znaczy – słychać ten jego brak profesjonalizmu, ale to tylko dodaje tej muzyce świeżości i naturalności. Ot, siedzi gość przy fortepianie, obok niego paru innych gości gra na różnych instrumentach – i po prostu dobrze się bawią. A ja razem z nimi.

Jasełka – niejasełka

Zastanawiałem się, czy o tym pisać…

W ubiegłym roku w naszej parafii po raz pierwszy „wystawialiśmy” jasełka. Nowy (wtedy) proboszcz – przy wszystkich naszych „ale”, jakie do niego mamy – to dobry organizator i człek dynamiczny, który lubi jak w jego parafii „się dzieje”. Festyny, mecze („samorządowcy vs. reprezentacja parafii”), koncerty, przedstawienia. No i super.

No więc zrobiliśmy jasełka – nic super-specjalnego, prosty tekst, dzieciaki się nauczyły, był aniołki, pasterze, trzej Mędrcy ze Wschodu, był Herod i diabeł, była Maryja z Józefem i małym Jezuskiem (mały Jezusek był całkiem prawdziwy, miał cztery miesiące i wołali go „Agatka” ;-). Oprawa muzyczna była na poziomie (pani która prowadzi dzieciaki to zawodowy muzyk, jej mąż takoż, jeszcze paru się znalazło – lubię to poczucie, że z tą moją gitarą mam niewiele do roboty, bo są lepsi ode mnie – prawdziwi fachowcy). Jasełka się całej parafii wielce podobały.

No więc – prosta konsekwencja – w tym roku też je przygotujemy. Podział zadań jasny: my z rzeczoną Małgosią przygotowujemy scholę, panie katechetki (całe dwie) wynajdują odpowiedni tekst / scenariusz i rozdają dzieciakom role, tak żeby po świętach wszystko już było gotowe.

Jak powiedzieli, tak zrobili. W ubiegłą niedzielę panie katechetki rozdały dzieciom role, a Małgosi – żeby miała szerszą wizję całości przygotowując muzykę – przesłały mailem cały tekst.

I chwała Bogu.

Jak zobaczyłem ten tekst… Nie mówię o jego poziomie literackim, bo takowego nie posiadał. Ale treści…

Zaczyna się od tego, że Archanioł Gabriel czeka w niebie na aniołka, który miał coś tam załatwić na Ziemi, ale się spóźnia. Padają teksty w rodzaju „gdzie ta lebiega” (tak, to cytat). Okazuje się, że aniołek się spóźnił, bo… ukradł diabłu rogi. A jak wracał do nieba, to zahaczył pupą o wieżę kościoła, więc go ta pupa boli, co wymownie pokazuje (ha, ha, ha).

Potem jest jeszcze fajniej. Archanioł Gabriel robi aniołkowi wyrzuty, że pewnie lepiej by umiał latać, gdyby na lekcjach latania uważał, zamiast uganiać się za anielicami (?!).

Aniołowie, archaniołowie i inne postaci co i rusz łapią się za głowę krzycząc „O Boże!”

Diabeł częstuje swoje dzieci papierosami.

Kiedy pastuszkowie dowiadują się, że Herod ma złe zamiary, to wyciągają… czarne okulary i pistolety (!) oznajmiając, że od teraz będą „ochroniarzami” Pana Jezusa.

Diabeł w scenie kuszenia Heroda mówi do niego m.in. (cytuję) „debilu”, „durna pało”, „frajerze”.

Ot, takie parafialne jasełka. A to tylko najlepsze kwiatki, było tego więcej.

Córka Małgosi (dziewięciolatka) jak zobaczyła swoją rolę i te pistolety, to powiedziała że ona w takich jasełkach nie chce grać. Moje Potwory zareagowały podobnie.

Co robić?

Małgosia pisze maila do Głównej Pani Katechetki. Bardzo grzecznego, kulturalnego, z całym szacunkiem. Że czytaliśmy, że naszym zdaniem to nie pasuje, zwłaszcza że jasełka będą przedstawiane w kościele.

Pani Katechetka odpowiada zdziwiona, w klimacie „Ale o co chodzi?” i wysuwa ważki argument, że te jasełka były „wystawiane” gdzieś-tam w jej rodzinnej parafii i bardzo się podobały.

No więc ja piszę (mniej grzecznie niż Małgosia, ale z pełną kulturą), cytując co bardziej pikantne fragmenty (na czele z tymi „debilami”, „frajerami” i wyciąganiem pistoletów) i pytam czy Pani Katechetka jest zupełnie przekonana, że jest to tekst odpowiedni do wystawiania w kościele, dla małych dzieci.

Nie będę Wam opisywał całej przepychanki i mailowej dyskusji – my w końcu stwierdziliśmy, że do takich jasełek nie podejmujemy się przygotować oprawy muzycznej, Pani Katechetka się obraziła, ale w końcu stanęło na tym, że tekst zmieniamy.

Małgosia miała potem długą rozmowę z drugą panią katechetką (chyba rozsądniejszą), która przyznała że „nie wzięły pod uwagę, że maja w tym brać udział małe dzieci” (dobre i to), natomiast absolutnie nie była w stanie zrozumieć naszych zastrzeżeń co do samego tekstu. No bo to przecież takie wesołe, na pewno wszystkim by się spodobało…

Nie, no jasne. Podejrzewam że jakbyśmy w kościele urządzili taniec na rurze, to też wielu by się podobało – waliliby drzwiami i oknami.

***

Kocia Twarz – czy kobiety które są katechetkami (podobno zresztą zupełnie dobrymi!), mają jakieś wykształcenie, wiedzą o co w kościele (i w Kościele) chodzi, nie czują, że coś jest nie tak? Że wyciąganie pistoletów i mówienie o „debilach” i „durnych pałach” w kościele jest nieco nie na miejscu?

Czy aniołek łapiący się za tyłek i „uganiający się za anielicami” to naprawdę właściwy poziom poczucia humoru?

Czy może ja już się zestarzałem i jestem smętnym ponurakiem, który nie łapie tych perełek stylu?

 

Mruczanka (nie bardzo) Patriotyczna

W kinie Puchatki były w sobotę, całą rodziną, no po prostu wydarzenie sezonu. Ale o tym w następnej notce, bo dziś musi być o czymś innym. Musi. („…inaczej się udusi”).

11. listopada. I wszystko to, co się działo w Warszawie. To znaczy: co się działo, wie każdy kto gazety czyta czy TV ogląda (albo śledzi newsy w Internecie). Puchatek natomiast musi się w paru słowach wygadać, bo go rozniesie.

Cała Polska (ta dziennikarsko-internetowo-blogowo-polityczna) podzielona.

Z jednej stroni „patrioci”, chcący manifestować swoje przywiązanie to Ojczyzny, oburzeni na wstrętne lewactwo, które prowokowało burdy i nie dało przejść legalnej manifestacji.

Z drugiej – przeciwnicy faszyzmu, oburzeni że w XXI w. po ulicach chodzą ludzie jawnie odwołujący się do ideologii faszystowskiej i tak dalej.

I te dyskusje w Internecie… I te – z obu stron – natchnione argumenty… I te – także z obu stron – objawy chamstwa, agresji, wulgarności.

I co ma zrobić, powiedzcie, ktoś kto nie odnajduje się po żadnej z tych stron? Kogo nie bawi taki patriotyzm na pokaz przykrywający zwykłe draństwo – ani antyfaszyzm na pokaz, absolutnie nietolerancyjny wobec każdego, kto myśli inaczej?

Spróbujcie mnie zrozumieć: jeden mój dziadek był legionistą Piłsudskiego, walczył w wojnie 1920 r., Lwów zdobywał. W naszej rodzinie zawsze ten 11. listopada był ważną datą. Drugi mój dziadek był Żydem, który cudem uratował się z Holokaustu, a cała jego rodzina (podobnie jak cała rodzina babci) zginęła w Auschwitz. Więc kwestie protestu przeciwko faszyzmowi też dobrze łapię.

No i co?

Kto choć trochę uczył się historii i wie czym przed wojną była ONR, powinien dobrze się zastanowić, czy na pewno ludzie którzy dziś uważają się za jej spadkobierców to towarzystwo, w którym chce się świętować. Program przedwojennej ONR – nadal widoczny na stronach internetowych „dzisiejszej” ONR – jak widać nie jest przez tych ludzi uznawany za „błędy przeszłości”, tylko akceptowany.

Combat 88 i inni jawni faszyści – którzy na czas Marszu grzecznie milkną i „tylko” idą i demonstrują… To patrioci? W czym się ich patriotyzm wyraża – w „hailowaniu”, kiedy akurat dziennikarze nie widzą? W powoływaniu się na ideologię, w imię której wymordowano kilka milionów Polaków? Na takich „patriotach” koledzy mojego dziadka z AK wykonywali wyroki w imieniu Państwa Podziemnego…

Kibole, z twarzami zawiniętymi szalikami, dla których „Żydzi i pedały” są takim samym wrogiem, jak policja, którzy rzucają kamieniami i podpalają wozy transmisyjne – to patrioci? Wolne żarty…

Nie, to nie moja bajka. Z takimi ludźmi nie pójdę ramię w ramię – choćby w imię najszlachetniejszych haseł… Bo to tylko hasła.

Ale druga strona?… Mój Boże… W dużej części NAPRAWDĘ durne lewactwo, dla którego „faszyzmem” jest każda postawa choć odrobinę bardziej na prawo od ich przekonań.

Ludzie którzy oburzają się (słusznie) na to, że w marszu idą faszyści – a sami przynoszą flagi z sierpem i młotem albo inne symbole równie zbrodniczej i podłej ideologii.

Anarchiści, którzy gdyby mogli rozwaliliby wszystko dookoła w imię swoich chorych idei.

Jawni bolszewicy, którzy w imię „walki z faszyzmem” wysadziliby pół świata, a potem wzięli się za drugie pół w imię równości i sprawiedliwości społecznej.

Obie strony są siebie warte. Obie są równie przekonane o wielkości swojej misji. Obie uważają za kanalię każdego, kto myśli inaczej.

Oglądam teraz jakieś programy w telewizji, dyskusje – z jednej pani Szczuka, z drugiej pan Terlikowski… Kurczę, czy oni sami nie słyszą tego, że nawet argumenty którymi się usprawiedliwiają są dokładnie takie same?

Pan Terlikowski – że te bandy kiboli to tylko chuligańskie wybryki, że przecież większość uczestników marszu szła spokojnie, a media tylko na tych chuliganach się skupiały. I słowa o tym, że tych chuliganów – bandytów, nazywajmy rzeczy po imieniu! – organizatorzy marszu sami na ten marsz zaprosili!

A pani Szczuka – że niemieccy anarchiści którzy zaatakowali grupę rekonstrukcyjną i inni tego typu – to tylko chuligańskie wybryki… I tak dalej, jak wyżej. I też ani słowa o tym, ze organizatorzy blokady sami tych Niemców i innych anarchistów zaprosili.

I ta obrzydliwa licytacja, kto bardziej nabroił, to więcej kamieni rzucił. I jednego słowa typu „głupio wyszło”, i nawet najgłupszego „przepraszamy”. Nie, to oni są winni. No i oczywiście media, wstrętne, że „jednostronnie pokazywały”.

A media też nielepsze. Z jednej – różne „Gazety Polskie” i inne „Nasze Dzienniki”, dowodzące że spokojni jak baranki uczestnicy marszu zostali zaatakowani przez dzikie hordy agresywnych lewaków.

Z drugiej strony – „Wyborcza”, która dowodzi że agresywni byli w zasadzie tylko uczestnicy marszu, a po stronie blokady był spokój, porządek i tylko kilka „incydentów”.

A g… prawa. Obie strony były – są – siebie warte.

Hej słyszycie mnie? Jesteście TACY SAMI. Szkoda tylko, że musicie to sobie nawzajem okazywać akurat w Taki dzień.

 

Mruczanka Muzycznie Wkurzona

Potwory uwielbiają oglądać w telewizji program „Jaka to melodia”. Poziom intelektualny tego arcydzieła telewizyjnej rozrywki jest moim zdaniem idealny właśnie dla ośmio- czy dziewięciolatków, a że program jest stosunkowo nieszkodliwy, specjalnie się nie sprzeciwiamy.

Czasem przechodząc rzucam okiem. Dziś też rzuciłem. I padłem.

Kategoria – „Marek Grechuta”. Prowadzący podpowiada, że chodzi o tytułową piosenkę z drugiego albumu Grechuty, wydanego w 1971 r. Uczestniczka teleturnieju mówi, że chodzi o „Niepewność” (bo to zapewne jedyna piosenka Grechuty, jaką w ogóle kojarzy). Ja rzucam, że „Korowód”, po chwili okazuje się że miałem rację (i znowu zapunktowałem u Potworów…). „A zatem posłuchajmy”, proponuje prowadzący.

I słuchamy. Na scenę pakuje się jakiś słodko wyglądający blondynek z fryzurką potraktowaną kubełkiem żelu (co pozwolę sobie już przemilczeć…) i śpiewa „Korowód”.

A za nażelowanym blondynkiem stoi części publiczności zgromadzonej w studio – głównie (w pierwszym rzędzie) długowłose i długonogie panienki w krótkich miniówach. I co robią te panienki?

Tak, rzecz prosta – tańczą. Podrygują, wyginając śmiało ciało dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej robiły to w rytm jakiegoś super-hiper-disco-przeboju.

A nażelowany blondynek śpiewa słowa, które – jeśli się w nie wsłuchać – chwytają za gardło i sprawiają, że człowiekowi (…myślącemu?…) ciarki  chodzą po plecach.

Kto pierwszy szedł przed siebie, Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy z nas rozpoznał? Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic,
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?
Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie? (…)
 
Kto pierwszy był fakirem, kto pierwszy astrologiem?
Kto pierwszy został królem, a kto chciał zostać bogiem?
Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc za ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem? Kto będzie nim ostatni? (…)
 
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu…
 

A ja wyginam śmiało ciało…

Ludzkości nie zgubią wojny, choroby, AIDS czy wielka asteroida. Nasz świat wykończy bezmyślność, totalny brak refleksji. Kiedyś ktoś przyciśnie jakiś guzik nie dlatego, że będzie zbrodniarzem – ale dlatego, że będzie idiotą nieprzyzwyczajonym do zastanawiania się nad tym, co robi.

Tak będzie, zobaczycie.

 

Mruczanka (Bez)Finansowa

Noż, Kocia Twarz, znowu to samo. Jeden pracobiorca winien Puchatkowi 2,5 tysiąca. Drugi – nieco więcej. Gmina (!) winna Puchatkom (czyli przedszkolu) 1,5 tysiąca zaległej dotacji (bo nagle zabrakło w kasie, wypłącili tylko część i to z opóźnieniem, druga część miała być dziś. Nie ma).

Razem, jak łatwo obliczyć, daje to ponad 6,5 tysiąca.

Tymczasem stan konta Puchatków wynosi 2,5 tysiąca… na minusie. I rachunek za gaz na tysiąc złotych wisi do zapłacenia z terminem do czwartku.

Cholera By To Wzięła. Hej. 

Mruczanka Drogowa

Siedzę, pracuję. Pracy dużo, czasu mało, jak zwykle. Spieszę się, bo zaraz Potwory wrócą ze szkół i przedszkoli i już nie będzie tak cicho.

A tu telefon. Dzwoni Takie Jeden. Gadka – szmatka. Taki Jeden cierpi na kompletny brak inteligencji emocjonalnej i w związku z tym zupełnie nie czuje, że nie mam czasu i ochoty z nim rozmawiać w tej chwili, co staram się jednoznacznie, acz grzecznie dać mu do zrozumienia. Niestety, jestem zbyt dobrze wychowany, żeby powiedzieć mu „Słuchaj, Tak Jeden, spadaj na bambus”.

A on pitoli o wszystkim i o niczym. Przez kwadans, albo i dłużej. A co u ciebie? A u mnie to i tamto. A na takim kursie byłem, bardzo ciekawym. A Kowalska mówiła…

Niektórym po prostu nie da się subtelnie i aluzjami. Nie chwytają. Takim nie wystarcza nawet karteczka „Nie przeszkadzać” na drzwiach czy status „zajęty” na Skype.

Najchętniej (gdybym nie miał w domu małych dzieci) powiesiłbym sobie na drzwiach taki oto znak drogowy (pożyczony z adkuchni.blox.pl):

 

Mruczanka Telekomunikacyjna

Zgodnie z wczorajszą obietnicą krótki opis dokonań zdobywczyni Zaszczytnego Drugiego Miejsca w konkursie – czyli (fanfary!) TP SA.

Puchatek od ładnych paru lat jest właścicielem łącza internetowego znanego pod dumną nazwą „Neostrada” (choć Bogiem a prawdą rzeczywiście przypomina toto autostrady… w Polsce).

To, że od maja 2010 r. dosyć regularnie – mniej więcej co miesiąc – powraca problem ze zrywaniem połączenia, to już chyba kiedyś pisałem. Połączenie się zrywa, po chwili loguje ponownie… Jeśli dzieje się to raz na godzinę – pal sześć. Jeśli co dwie minuty, to nie da się ukryć, że w zasadzie uniemożliwia pracę.

Do tego dochdodzi fakt, że za każdym razem kiedy Puchatek usiłuje zgłosić ten problem, kolejna średnio rozgarbięta panienka z infolinii usiłuje mu wmawiać, że to na pweno wina jego (Puchatka) routera, bo „tak pokazuje program diagnostyczny”.

Tyle, że po jakims czasie problem znika i sieć działa normalnie – a Puchatek, choć jest człowiekiem wierzącym, to jednak nie aż na tyle żeby uwierzyć w samonaprawiające się urządzenia elektroniczne.

Ale to wszystko pikuś (Pan Pikuś!).

Po aferze z „brakiem możliwości technicznych” ze strony Netii (patrz poprzedni wpis) Puchatek szybko wycofał rezygnację z Neostrady (konkurencji na razie nie ma, a Internet necesse est). Uprzejmy pan z TP zaproponował Puchatkowi, że za te same pieniądze co dotąd miał łącze 2 Mb, teraz będzie miał (uwaga, uwaga!) 6 Mb.

– Ale to zadziała? – zapytał Puchatek podejrzliwie.

– Zadziała, zadziała – pan z TP zatarł ręce – sprawdziłem w komputerze, pańskie łącze taką szybkość obsłuży.

No więc od 1. stycznia miał Puchatek mieć 6 Mb. Ale pan uśmiechając się dodał, że ponieważ 1. stycznia jest Nowy Rok (np, faktycznie, kto by pomyślał…), to tę zwiększoną szybkość podłączą Puchatkowi już dwa – trzy dni wcześniej.

No i rzeczywiście, podłączyli. Dokładnie o 15:45 dnia 29. grudnia.

Puchatek zna tę godzinę dokładnie, bo w tym właśnie momencie stracił był jakiekolwiek połączenie z Internetem i nie odzyskał go przez kolejne 3 dni.

Bo okazało się, rzecz prosta, że liczące sobie jakieś ćwierć wieku kabelki wiszące pomiędzy centralą a Chatką Puchatków nie są w stanie zapewnić takiej szybkości transferu. Zdechł pies.

Trzy dni dzwonienia (z komórki…), awantur, tłumaczenia, irytacji – dopiero po takim czasie udało się pracownikom TP wyjasnić, że 6 Mb nie pójdzie (na szczęście potwierdził to na piśmie Pan Monter przysłany z zewnętrznej firmy, który jak usłyszał że mieli Puchatkowi dać 6 Mb, to się obśmiał tak, że się mało nie udusił).

TP dała się więc łaskawie namówić na coś, co się fachowo nazywa „migracja”, a oznacza po prostu powrót do starych, dobrych 2 Mbps.

Potem jeszcze jeden pełny dzień (1. stycznia) kiedy kable najwyraźniej dochodziły do siebie, bo mimo opuszczenia transferu do 2 Mb połączenie zrywało średnio co trzy minuty – i już od wczoraj Internet działa. Znowu. Tak, jak dawniej. Czyli nie, żeby rewelacyjnie – ale da się wytrzymać.

Nie mogły kolejne patałachy przysłać tego samego Pana Montera zanim podpisali umowę i uszczęśliwili Puchatka podwyższeniem transferu?

To co – należy się Zaszczytne Drugie Miejsce? Należy.

Puchatek żyje nadzieją, że już w tym roku pojawi się jednak na Puchatkowym Osiedlu możliwość podłączenia się do sieci u niezależnego, lokalnego providera. I że 31. grudnia 2011 r. będzie ostatnim dniem toksycznego związku z TP SA.

Czyli – c.d.n.

Miejmy nadzieję.

Mruczanka Rozstrzygająca Konkurs, czyli Słów Kilka o Wolności Wyboru

Konkurs nie był na puchatkowym blogu ogłaszany – konkurs jest nieustający i trwa bez przerwy.

Chodzi o konkurs na największego patałacha / badziewiarza / cieniasa / nieudacznika roku w kategorii „Firmy i Instytucje Świadczące Usługi Puchatkowi”.

Długo, naprawdę długo zaszczytne pierwsze miejsce w tej kategorii zajmowały (na zmianę albo ex aequo) dwie firmy: Polskie Koleje Państwowe i Telekomunikacja Polska. Mówiąc szczerze – długo, dłuuugo nie było nikogo, kto choćby zbliżyłby się do tych dwóch bezspornych liderów. Ten niepowtarzalny poziom usług, to wyjątkowe w skali europejskiej podejście do klienta, ten uroczy, artystyczny (zapewne, bo jakże to inaczej wytłumaczyć?…) burdel panujący w tych instytucjach wydawały się być poza wszelką konkurencją.

Ale oto w minionym roku Pańskim 2010 znalazł się godny konkurent! Znalazł się pretendent do tytułu który zdołał popisać się takim poziomem nieudacznictwa, że Puchatkowi – choć zaprawiony w bojach – łapy opadły i jeszcze leżą.

A więc, żeby dłużej nie trzymać wszystkich w napięciu:

Panie i Panowie, Ladies and Gentlemen, Towarzysze i Towarówki! W tegorocznym konkursie pierwsze miejsce zajmuje… (tu prosimy werble)… And the winner is…:

NETIA SA !!!!!

Tak, właśnie TA Netia. Ta od „wolności wyboru”. Ta od rewelacyjnych reklam z rewelacyjnym Tomaszem Kotem. Ta, która miała nas uwolnić od konieczności utrzymywania toksycznych związków z TP SA.

A teraz uzasadnienie werdyktu w postaci krótkiej (względnie) Historii Pewnego Telefonu.

Puchatek od dłuższego czasu był już klientem Laureata – miał mianowicie obsługiwany przez Netię telefon. Internet natomiast wciąż jeszcze dostarczała mu (Puchatkowi znaczy) stara, (nie)dobra TP SA.

No i jakoś tak pod koniec września ubiegłego (już) roku na całym puchatkowym osiedlu w mieście G. pojawiły się ulotki reklamowe Netii. Że super oferta, że „Intiernet z tieliefonom za adin zloty” i tak dalej.

Puchatek pomyślał sobie – „Czemu nie?”. Weźmie od rzeczonej Netii rzeczony pakiet, uwolni się na dobre od TP SA, będzie miał szybsze łącze (4 Mb!), a w dodatku zapłaci taniej (bo pakiet).

Jeden telefon pod numer z ulotki – i już następnego dnia zjawił się u Puchatka pan „przedstawiciel handlowy” (dawniej to się nazywało po prostu „akwizytor”… I komu to przeszkadzało…).

Pan Przedstawiciel Handlowy (nazywajmy go dalej panem PH) roztoczył był przed Puchatkiem wizję jak z kolorowej książeczki. Netia – mówił – postawiła w mieście G. nową centralę, na światłowodach. Inna jakość Internetu, lepsze parametry połączeń… Żyć nie umierać. Jedna wada: nowa centrala, więc będzie nowy numer telefonu.

OK., Puchatek ze starym numerem nie był emocjonalnie związany (zwłaszcza, że coraz częściej dzwoniły do Puchatka różne firmy z Niezwykle Atrakcyjną Ofertą). Zgodnie z zaleceniem pana PH złożył więc w Netii rezygnację z dotychczasowej linii, a w TP SA rozwiązanie umowy Neostrady z dniem jej wygaśnięcia, czyli z końcem roku. I podpisał z panem PH piękną umowę z firmą Netia na pakiet Internet + telefon. Wprawdzie okazało się, że „promocja się już skończyła i założenie kabla będzie kosztowało 100 zł, a routery też już nie kosztuja złotówkę, tylko kolejne 100”, ale to przecież pikuś (pan Pikuś!). Może stare ulotki mieli?…

A potem – zgodnie z sugestią pana PH – czekał był Puchatek grzecznie na monterów z Netii, którzy mieli założyć nowy, lepszy kabelek i nowe, lepsze gniazdko.

Pan monter zjawił się po trzech tygdoniach (spokojnie, myślal Puchatek, mamy czas). Popatrzył, pomyślał, głową pokiwał i oznajmił, że żeby Puchatkowi podłączyć rzeczone lepsze, to on musi pociagnąć bodaj ze 30 metrów kabla od jakiejś tam podcentralki. I że on to zrobi, ale musi mieć na to zgodę z Netii, więc przyjdzie za parę dni.

No i…? Tak, zgadliście – nie przyszedł. Przyszedł za to list. Do skrzynki. Nawet nie polecony. „Szanowny Panie, nawiązując do podpisanej przez Pana umowy numer… informujemy, że niestety (uwaga, teraz będzie najlepsze) nie ma możliwości technicznych podłączenia tej usługi w pana miejscu zamieszkania, w związku z czym umowę uznajemy za rozwiązaną”.

Łapiecie? Ulotki, przedstawiciel handlowy, cały cyrk – a teraz nie ma możliwości technicznych. Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego te patałachy nie sprawdziły tego wcześniej, zanim dostarczono te ulotki etc.?

Ale nie, to nie koniec. Teraz, jak u Hitchcocka, napięcie dopiero zacznie rosnąć…

Puchatek najpierw szybko pofatygował się do TP SA żeby wycofać rozwiązanie umowy (bo inaczej od 1. stycznia zostałby bez Internetu). A potem zadzwonił był do Netii z awanturą. Niewielką. A jak już się wyawanturował, to zażądał, żeby wycofano w takim razie jego rezygnację z dotychczasowego numeru telefonu.

– Niestety, proszę pana, to niemożliwe – odpowiedział miły młody człowiek z infolinii. – Wycofać rezygnację można tylko do dziesięciu dni po jej złożeniu.

Puchatek zdaje sobie sprawę, że te zapiski czytają także damy, dlatego nie zacytuje tego, co powiedział miłemu młodemu człowiekowi. Wystarczyło to jednak, żeby miły etc. przełączył Puchatka do jakiegoś Znacznie Ważniejszego Pana (ZWP).

ZWP powiedział że oczywiście, że natychmiast, że to się rozumie, że bez dwóch zdań. Wycofał rezygnację, i jeszcze zaproponował Puchatkowi podpisanie nowej umowy dzięki której miałby Puchatek tańszy abonament telefoniczny (przy tych samych warunkach).

Dobre i to. Nowa umowa miała obowiązywać od 8. grudnia. Rzeczywiście, bodaj 10. grudnia przyszła już zupełnie nowa faktura, na niższą sumę. Suuuper.

Cieszył się był Puchatek… Do 21. grudnia. Bo tego dnia puchatkowy telefon zamilkł. Na amen. Awaria? Zerwane przez śnieg kable? Chyba nie, bo Neostrada działała jak zwykle (czyli tak sobie, ale jednak).

Co się stało? Tak, znowu zgadliście: niezależnie od tego ZWP który podpisał z Puchatkiem  nową umowę, jakiś idiota z innego działu nie zauważył wycofania rezygnacji i spokojnie wysłał do TP SA (właściciela kabli) infrmację, że ten klient z telefonu inumeru zrezygnował.

A TP SA z właściwym sobie refleksem wyłaczyła Puchatkowi telefon.

Kolejne telefony do Netii wykazały, że w dodatku dotychczasowy numer Puchatka został już „przekazany do TP SA”, więc oni nic już zrobić nie mogą. „Będzie pan musiał podpisać umowę z TP SA” – oznajmiła Puchatkowi jakaś kolejna panienka z infolnii.

Podusmowując: Pakietu z Netii Puchatek nie ma. Nie ma nowego Internetu, nie ma nowego telefonu. Ale za to starego też nie ma.

W związku z tym wszystkich którzy znali puchatkowy numer stacjonarny prosi Puchatek o kontakt na maila albo na numer komórkowy, to Puchatek poda nowy numer stacjonarny (internetowy VoIP, w zupełności wystarczy).

A gdyby ktoś z firmy Netia okazał się na tyle łebski, że korzystając z Google’a znajdzie ten wpis i będzie chciał odebrać nagrodę (…albo podać Puchatka do sądu za szarganie dobrego imienia firmy…) niech dzwoni. Najlepiej na dotychczasowy numer stacjonarny. I czeka tak długo, aż mu krzesło pod tyłkiem zbutwieje.

A jakby się przypadkiem dodzwonił, to usłyszy najwyżej że może Puchatkowi skoczyć tam, gdzie pan może pana majstra

Morał: Wolność wyboru w dziedzinie telekomunikacji w Polsce (poza wielkimi miastami) nie istnieje. TP SA, Netia – nieważne. Ten sam syf, ten sam bajzel, to samo podejście do klienta.

Howgh.

P.S. Żebyście nie pomyśleli, że Puchatek w ten sposób chwali swojego dotychczasowego Dostawcę Internetu, czyli TP SA – w następnej notce krótka historia badziewiarstwa w wykonaniu tej jakże zasłużonej instytucji. Netii nie przebije, ale Zaszczytne Drugie Miejsce jak najbardziej się należy.

No.

Do Pani Profesor Magdaleny Środy

Szanowna Pani Profesor,

chciałem napisać do Pani osobiście – niestety nie znam Pani adresu (gdybym mógł napisać bezpośrednio – oczywiście podpisałbym się imieniem i nazwiskiem; tutaj tego nie zrobię). Wiem, że szanse iż przeczyta Pani te słowa są niewielkie, ale może jakimś cudem ktoś je Pani przekaże.

Nie byłem zwolennikiem Lecha Kaczyńskiego. Prywatnie uważałem go za marnego prezydenta. Nie głosowałem na niego, nie głosowałem na PiS.

Osobiście jestem głęboko zdziwiony ideą pochowania prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu. Nie to miejsce, nie ten człowiek, brak jakichkolwiek racjonalnych przesłanek.

Mimo to kiedy przeczytałem Pani słowa w portalu internetowym gazeta.pl (cały tekst TUTAJ), poczułem się głęboko zniesmaczony.

Słowa „(Jarosław Kaczyński) Musiał zaspokoić swoje ego – pochować brata na Wawelu” są po prostu wstrętne. Nawet, jeśli są prawdziwe (czego nie wiem) – są wstrętne. Równie wstrętne i małe jak insynuacje z Radia Maryja na temat ludzi dla których pogrzeb Lecha Kaczyńskiego będzie „weselem”.

Choć w wielu sprawach nie zgadzam się z Pani poglądami, zawsze Panią szanowałem jako osobę światłą i uczciwą. Niestety – tym razem zachowała się Pani na poziomie, który dotychczas kojarzyłem raczej z ojcem Rydzykiem.

Myślę, że człowiek kulturalny i wykształcony nawet jeśli jest rzeczywiście głęboko przekonany o słuszności tak postawionej tezy, w takiej sytuacji – i w takim czasie – powinien umieć powstrzymać się od jej wygłaszania. Jeśli tego nie umie – niczym nie różni od o. Rydzyka i jego otoczenia.

Z Wyrazami Szacunku.