…i dalej

Epopei ciąg dalszy. Od poprzedniego wpisu minęły dwa tygodnie. Co się przez ten czas zmieniło?… To zależy, o czym mówimy. Jeśli chodzi o stan fizyczny teścia – w zasadzie nic. Stan jest taki sam jak zaraz po udarze. Jedyna zmiana na plus dotyczy mowy (zaraz po udarze była kompletnie niezrozumiała, teraz można zrozumieć większość z tego, co mówi). Ale po pierwsze ta zmiana zaszła już ponad miesiąc temu, a po drugie – dotyczy wyłącznie strony technicznej, wymowy, artykulacji. Bo co do treści…

W tym miejscu dochodzimy do drugiego punktu, czyli stanu mentalnego (czy też, mówiąc bardziej precyzyjnie, kognitywnego). Tu zmiany są. Wyraźne, konsekwentne, większe z każdym tygodniem. Tyle, że są to zmiany na gorsze. To, co pisałem dwa tygodnie temu, jest już w zasadzie nieaktualne… Teść coś tam mówi, nawet w miarę wyraźnie, ale sensu w tym nie ma. Stopniowe pogarszanie się funkcji kognitywnych jest ewidentne nawet dla kompletnego laika.

W środę tydzień temu zadzwonił do nas lekarz prowadzący z Międzylesia. Bardzo delikatnie i taktownie powiedział nam, że dalszy pobyt teścia w klinice rehabilitacyjnej po prostu nie ma sensu. Spytał, czy możemy przyjechać i porozmawiać. Jasne, mogliśmy.

Rozmowa była dość długa, ale to, co usłyszeliśmy (z ogromną życzliwością i empatią zresztą) można w zasadzie sprowadzić do trzech punktów. Raz: rehabilitacja nic nie daje, po części dlatego, że zapewne nie ma szans (za duże uszkodzenia), po części dlatego, że pacjent nie współpracuje. Dwa: pacjent nie współpracuje, bo ewidentnie już po prostu nie rozumie, o co chodzi, gdzie jest i co mu robią. Cytując lekarza: jest trochę jak małe dziecko, które nie wie, czego od niego oczekują, boi się, cierpi – więc się wyrywa, krzyczy, próbuje odpychać rehabilitantów i fizjoterapeutów. Trzy: w tej sytuacji trzymanie go w klinice rehabilitacyjnej (gdzie, zgodnie z umową z NFZ, pacjent musi mieć dwie i pół godziny rehabilitacji dziennie) jest nie tylko bez sensu, ale wręcz ze szkodą dla pacjenta, bo nie tylko nic nie daje, ale jeszcze powoduje cierpienie.

I to by było tyle, jeśli chodzi o te szesnaście tygodni. Spędził tam trzy.

Co to dla nas oznacza? Że musimy mu poszukać innego miejsca. Oczywiście to nie jest tak, że oni go zaraz wypisują – rozumieją, że znalezienie tego miejsca chwilę potrwa, więc dadzą nam tydzień, może trochę dłużej…

O sytuacji z ZOL-ami pisałem już w poprzednim wpisie. Czas oczekiwania „na NFZ” – około roku. Prywatne – to straszne koszty. Trzeba by szukać takiego prywatnego ZOL-u, który ma też umowę z NFZ, więc pacjent po kilku miesiącach „płatnych” automatycznie – kiedy przyszłaby jego kolejka – przeszedłby na Fundusz. Czy są takie miejsca? Są. Ile te kilka miesięcy kosztuje? Dużo. Bardzo.

I tu wkracza Opatrzność w postaci cudu (w zasadzie nawet bez przenośni). Nagle, w jakiś kompletnie niespodziewany sposób, w czwartek (dzień po rozmowie z lekarzem) okazało się, że jest szansa na ZOL „na NFZ”. W zasadzie od zaraz. Jak i dlaczego – napiszę Wam, jak (…jeśli…) będzie po wszystkim, ale jeśli to się uda, to naprawdę będzie można mówić o cudzie.

Rozmowa w czwartek. Czy zdoła pan jutro złożyć wszystkie papiery? No nie, jutro nie zdołam, musze jechać do Międzylesia po dokumenty, muszę jeszcze kilka rzeczy wydobyć z jego domu. A w poniedziałek? Tak, do poniedziałku zdążę. No to w poniedziałek, jak najszybciej.

Piątek i sobota w biegu, ale w efekcie w poniedziałek rano wszystkie papiery trafiły na miejsce. No, nie wszystkie, oczywiście, bo dziś dostałem telefon, że potrzebują jeszcze tego i tamtego. Jasne, nie ma problemu, całą dokumentację medyczną mam w formie cyfrowej, może być mailem, czy mam przywieźć? Może być mailem. Poszło.

Jutro (w czwartek 15 października, we wspomnienie wielkiej karmelitanki, świętej Teresy z Avila…) będzie decyzja podjęta przez lekarza kwalifikującego do ZOL. Teoretycznie nie ma żadnych racjonalnych powodów, żeby decyzja miała być negatywna. Wszystkie papiery się zgadzają, teść podpisał zgody (…choć Bogiem a prawdą trudno mi powiedzieć, czy rozumiał, co podpisuje… Ale to już między nami). Stan chorego ewidentnie predysponuje go do takiej placówki… Wiecie, co to jest skala Barthel? To takie narzędzie kliniczne do oceniania skali samodzielności pacjenta. Jest ileś tam punktów opisujących podstawowe czynności (jedzenie, ubieranie się, higiena osobista…). W każdym punkcie można dostać 0, 5 lub 10 punktów. 0 oznacza, że pacjent jest w tej sprawie całkowicie niesamodzielny i zależny od innych, 5 – że może to zrobić z pomocą drugiej osoby, 10 – że może to robić samodzielnie. Każdy pacjent, który na skali Barthel ma poniżej 40 punktów uznawany jest za osobę wymagającą stałej, całodobowej opieki.

Teść obecnie ma 5 punktów. I nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić.

Tak więc – jak napisałem – nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby decyzja była negatywna. Ale, jak wiadomo, powody nieracjonalne też często decydują. Jakieś znajomości. Jakieś układy… Więc myślcie o nas jutro ciepło. Bo jeśli to się nie uda, to naprawdę nie wiem, co zrobić. A czas nam się kończy.

***

A ja? Jestem strasznie zmęczony (tak, wiem, że ostatnio powtarzam to do znudzenia). Mam bardzo, bardzo dość. Chciałbym wyjechać choć na kilka dni – ale nie mam na to szans. W ostatnią niedzielę w liturgii mszalnej był śpiewany Psalm 23. „Pan jest moim pasterzem…”. Słowa z drugiego wersetu uderzyły mnie jak nigdy:

Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć…

Wizja tych zielonych pastwisk i wód, nad którymi można usiąść i odpocząć przypomniała mi Szkocję. Bardzo chciałbym się tam teraz wybrać.

Skomentuj