Nieco monotematycznie, ale co zrobić. Takie życie.
Nic (rzecz prosta) nie idzie gładko i po prostu. Wczoraj byłem u teścia, rozmawiałem z lekarką prowadzącą i z panią psycholog. Generalnie: nie jest dobrze, a lepiej już było. Współpraca z jego strony z rehabilitantami jest… dosyć średnia. Czasami współpracuje. Czasami nie. Czasami jest nieco bardziej przytomny i świadomy, czasami nie. Przy czym to „czasami nie” jest zdecydowanie częstsze, niż „czasami tak”. O ile na początku – niezależnie od problemów z mówieniem – ewidentnie był przytomny, świadomy i wiedział, co się dzieje, o tyle teraz ewidentnie jest „gdzie indziej”. Wczoraj mówił do mnie coś o Orle Białym (?) i o dwunastu milionach, które ktoś rozdaje. Kto rozdaje, komu? I gdzie, bo sam bym chętnie wziął…? Myślałem, że na takie żarty przynajmniej się uśmiechnie, ale wyraźnie kompletnie nie wiedział, o czym mówię. A w ogóle to on chce, żeby Mietek do niego przyszedł. Mietek Kowalski (imię i nazwisko zmienione, nie znam człowieka, ale nie będę tu wrzucał prawdziwych imion i nazwisk, dla obrazu sytuacji i tak są nieistotne). No więc Mietek ma przyjść. Mietek! MIETEK, ty ch…, gdzie jesteś?!
…i tak dalej.
Lekarka kazała mi potem stanąć z boku, tak, żeby mnie nie widział, żeby mi pokazać jego splątanie. Zadawała mu pytania (bardzo sympatycznie, z uśmiechem, z życzliwością). Jedyne pytanie, na które odpowiedział „poprawnie”, dotyczyło tego, jak się nazywa.
Gdzie pan jest, panie L.?
Na Mazowszu.
No dobrze, ale gdzie na Mazowszu? Czy jest pan w domu?
Nie.
Czy jest pan w szpitalu?
Nie.
No to gdzie pan jest?
Na Mazowszu.
A ile pan ma lat?
49.
Nieee, no panie L. (uśmiech, żartobliwy ton). Ja wiem, że pan świetnie się trzyma, ale chyba pan ma trochę więcej lat…
Nie, 49.
…i tak dalej.
Lekarka powiedziała, że trochę „dla świętego spokoju” wyślą go na tomografię głowy, czy nie ma tam żadnych nowych zmian, ale jej zdaniem raczej czysto neurologicznie nic się nie zmieniło. To, co się dzieje, to oczywiście zmiany poudarowe, ale na poziomie psychiatrycznym. Więc jak tomografia nic nie wykaże, to będzie go badać psychiatra. Ale ogólny obraz jest taki, że na razie ta rehabilitacja wiele mu nie daje. I że jak to się nie zmieni i on nie będzie współpracować, to oni go nie będą „trzymać” przez całe szesnaście tygodni, bo to zwyczajnie nie będzie miało sensu.
Co to oznacza? Konieczność załatwienia ZOLu. Wiecie, ile się czeka na miejsce w ZOLu na NFZ? W Warszawie i (dość szerokich) okolicach – około roku.
A co przez ten rok? Podobna placówka, tylko prywatna. Wiecie, ile to kosztuje? Do licha i trochę więcej. Wiecie, skąd mamy wziąć na to pieniądze? Bo ja nie wiem. Jakieś alternatywy? Brak. Nie wezmę go przecież do domu, bo nikt z nas nie ma umiejętności, które pozwoliłby się zająć człowiekiem w takim stanie. W szpitalu, po udarze, pod opieką fachowych pielęgniarek neurologicznych i tak zrobiła mu się odleżyna w jednym miejscu – lekarka to zauważyła; jak byłoby w domu, bez fachowej opieki? Kto by go był w stanie podnosić, umyć, zmienić pampersa? Jakaś rehabilitacja? W razie czego – jakiś lekarz…? Niewykonalne. Nie wspominam już o innych sprawach (choćby o tym, że Piłka za chwilę będzie już mieszkać w Londynie, Pucek zaczął studia we Wrocławiu, Pietruszka wraca na studia, ale daleki jest jeszcze od pełnego powrotu do post-depresyjnej normalności, a ja muszę kiedyś pracować). A nie mówimy o kimś, komu trzeba dać jeść i pomóc mu pójść do łazienki, tylko o człowieku leżącym, który samodzielnie nie jest w stanie nawet usiąść, a sprawną ma jedną rękę i trochę jedną nogę.
Jedyną opcją jest (wybaczcie kolokwializm, ale na eufemizmy nie mam siły) dobranie się do jego pieniędzy. Na pewno musimy zacząć procedurę ubezwłasnowolnienia, bo bez tego zwyczajnie nic nie zrobimy – ale to trwa. Prawnik powiedział o wniosku do sądu „o zabezpieczenie”, żeby sąd pozwolił na wykorzystanie jego pieniędzy (…tych, do których sąd jest w stanie dotrzeć, czyli tych, które są w banku) na opłaty za dom opieki. Sąd może także (i to pewnie na początek będzie konieczne, choć też nie załatwia się tego „od ręki”) wydać decyzję o umieszczeniu go w ZOLu bez jego zgody (bo on może odmówić podpisania dokumentów – albo dlatego, że „nie i już”, albo zwyczajnie nie wiedząc i nie rozumiejąc o co chodzi).
Generalnie fajnie byłoby, gdybyśmy na to wszystko mieli plus minus rok. A mamy w najlepszym razie miesiąc – dwa.
Jakby ktoś z czytających miał jakieś sugestie, to chętnie wysłucham…
***
Pucek zaczął studia we Wrocławiu. Była lekka panika ze znalezieniem pokoju (bo Wrocław wypadł na tyle późno, że akademiki były już „rozdane”). Ostatecznie udało się coś znaleźć – plusy są takie, że stosunkowo tanio (on ma na to własne pieniądze), u bardzo sensownych ludzi (…znajomi znajomych znajomej, oczywiście) i bez konieczności podpisywania „cyrografu” na cały rok akademicki. Jak Puckowi uda się dostać akademik „z drugiego rozdania” (będzie wiadomo w przyszłym tygodniu), to po prostu się przeprowadzi zapłaciwszy tylko za jeden miesiąc. Minus – trochę daleko od uczelni i bez studenckiego towarzystwa. Nic nie jest doskonałe.
Zostawiłem go tam we wtorek, trochę przestraszonego, trochę podnieconego faktem zaczynania nowej przygody i bycie „na swoim”. Generalnie jest OK, mamy kontakt, na zagubionego nie wygląda. Poradzi sobie. Ja odjeżdżając w stronę domu miałem mieszane uczucia: jakoś mi się smutno zrobiło na ten „odlot z gniazda”. Że biedny, mały synek tak sam, w jakimś pokoju, gdzieś na końcu świata… Oczywiście warto tu dodać, że mały synek ma osiemnaście lat, jest wyższy ode mnie (…co akurat nie jest specjalnie trudne) i sam podjął taką decyzję. I na razie wygląda na to, że jest z niej zadowolony. A „koniec świata” też widywało się dalszy. Tylko tatuś przeżywa…
***
Piłka na tydzień w Londynie. Właśnie dziś razem z Mire (koleżanką jeszcze z Cambridge, pochodzącą z Tanzanii) znalazły wreszcie mieszkanie do wynajęcia, gdzie wspólnie zamieszkają. Widziałem zjęcia: ładny „salon”, dwie sypialnie, nawet dwie łazienki (każda będzie miała własną). Niby jeszcze studencko, ale już prawie dorośle. I w fajnym miejscu. Jeszcze na studiach mówiły, że na pierwszym etapie będą razem coś wynajmować (wynajęcie małego mieszkania z dwiema sypialniami wychodzi w przeliczeniu na osobę znacząco taniej, niż samodzielne wynajęcie mieszkania z jedną sypialnią). No i proszę – udało się. Mire jest bardzo pozytywną i sympatyczną osobą, a jako współlokatorka ma tę dodatkową zaletę, że ma pracę, w której siedzi dzień w dzień do dziewiątej wieczorem (w wersji optymistycznej), więc w zasadzie prawie nie ma jej w domu…
***
Pietruszka wraca na studia. To oczywiście dobra wiadomość (…mam nadzieję), ale widać, że to przeżywa i się denerwuje. Oczywiście trochę się o niego boję – a niewiele mogę mu pomóc, bo „ten typ tak ma”, że pomagać mu trudno (już kiedyś tym pisałem).
***
Zaczął się październik. Jest jesień. Trochę się boję pomyśleć, gdzie będziemy za miesiąc. Trzymajcie kciuki, bo jest jednak sporo niewiadomych i parę całkiem realnych czarnych scenariuszy…
