Mruczanka Do Załamania I Z Powrotem

W zasadzie miało być o tym, że Puchatek wczoraj został był wreszcie uznany za uprawnionego do prowadzenia pojazdów mechanicznych po drogach publicznych. Pojazdów o masie całkowitej do trzech i pół tony, żeby nie było.

Ale wczoraj działo się tyle, że to skądinąd radosne wydarzenie zeszło było na drugi (trzeci? ósmy?) plan.

Przedszkole…

Cały czas wydawało nam się, że głównym „stoperem” jest / będzie sanepid. Ale wczoraj zjawili się panowie strażacy z wydziału prewencji – i okazało się, że sanepid to mały pikuś.

Okazało się bowiem, że pan rzeczoznawca, który opiniował projekt pod względem przewpożarowości (czy jak to się tam nazywa fachowo…) wyraził się (także na pismie) nieco nieprecyzyjnie.

To, że w takich warunkach (sala przedszkolna na piętrze i określona długość drogi ewakuacyjnej) wymagane jest odcięcie klatki schodowej z obu stron drzwiami przeciwpożarowymi (takie duże, ciężkie, blaszane, żeby broń Boże w razie pożaru małe dziecko nie było w stanie ich samo otworzyć…) – to już M. wiedziała i zaakcpetowała, i wliczyła w koszty. Drzwi są kupione, czekają na montaż – choć prywatnie Puchatek uważa, że pomysł jest z kilku powodów absolutnie bezsensowny.

Okazało się jednak, że NIEZALEŻNIE od tych drzwi wymagane jest zamontowanie na klatce schodowej (cytuję) „…czujki przeciwdymowej z siłownikiem hydraulicznym”, czyli takiego ustrojstwa, które, kiedy wyczuje dym, automatycznie otwiera okno, żeby ten dym wywiało.

Panowie Strażacy Prewencyjni nie potrafili Puchatkowi odpowiedzieć na żadne z trzech logicznych pytań:

– Jeśli klatka schodowa odcięta jest z obu stron ognioodpornymi drzwiami, to skąd mianowicie ma się wziąć na niej dym?

– Jeśli klatka schodowa odcięta jest z obu stron ognioodpornymi drzwiami, a znajduje się na niej jedno okno, to jakim cudem po jego otwarciu dym ma się ulotnić? (Osobom nie rozumiejącym proponuje Puchatek eksperyment: spróbujcie nadymić w małym, zamkniętym szczelnie pomieszczeniu, a następnie wywietrzyć to pomieszczenie przez otwracie JEDNEGO okna z JEDNEJ strony. Powodzenia.)

– Co mianowicie miałoby się palić na klatce schodowej, składającej się z ośmiu schodków, podestu i kolejnych ośmiu schodków? Płytki ceramiczne? Tynk na ścianach? Czy może metalowa poręcz?

Okazało się jednak, że logika nie ma tu nic do rzeczy – urządzenie być musi i koniec, bo takie są przepisy.

A takie urządzenie (czujka + siłownik + elektronika + centralka ze sterującym mikroprocesorem + kable + projekt + odbiór) to koszt rzędu 7 – 8 tysięcy złotych polskich. Nowych. Do tego hydranty i parę innych atrakcji – razem jak obszył 10 tysięcy. Nowych. Polskich.

Po pierwsze – ani Puchatki, ani Współpracownicy Współprzedszkolni takich pieniędzy nie mają.

Po drugie – niby nie problem, znalazłyby się możliwości pożyczenia i w ogóle… Ale weź człowieku i podejmij decyzję wpakowania (bezpowrotnego…) 10 tysięcy w cudzy (bądź co bądź) budynek.

M. się po prostu załamała. „Po co mi to było?”

Zadzwoniliśmy do pana rzeczoznawcy, który (parę miesięcy temu) tenm nieszczęsny projekt zatwierdził (za co wziął był trzy stówy, choć zajęło mu to kwadrans). Pan rzeczoznawca dziś rano przyjechał powtórnie. Zaczęły się debaty.

I co? I okazało się, że w ciągu pół godziny dało się znaleźć „furtkę” w przepisach. Że można uznać, że jest drugie wyjście z budynku, a wtedy już nie trzeba tych oddymiaczy i tak dalej.

Wniosek – w cywilizowanym świecie urzędnicy są od tego, żeby ludziom pomagać.

W Polsce ich jedynym zadaniem jest egzekwowanie przestrzegania przepisów. Jak powiedział Puchatkowi znajomy architekt, kiedy usłyszał całą historię łącznie z żalami Puchatka na brak logiki:

„Stary, jaka logika? Tu chodzi o paragrafy i przepisy. Zrozum, rzecz nie polega na tym, żeby budynek się nie spalił, ale na tym, żeby spalił się – choćby do fundamentów – zgodnie z przepisami”.

Nic dodać, nic ująć…

Mruczanka Krawiecka Poniekąd…

Tak, tak, ubiegły tydzień dostarczył Puchatkom wrażeń niezapomnianych. Najpierw sanepid-blues, a potem – konkretnie w piątek wieczorem – Piłeczka raczyła była złomotać się z rowerku prosto na metalowy płotek pod sklepikiem.

Eefekt: Piłeczkę trzeba było zawieźć do szpitala, gdzie pocerowali jej czaszkę. W pierwszej chwili wyglądało to strasznie: jakieś litry krwi lejące się z głowy jak na tanim horrorze. W szpitalu okazało się – rzecz prosta – że w zasadzie nic jej nie jest. Ot, przecięła sobie skórę na głowie (dwa szwy), ale nic poza tym.

Zdolne dziecko.

Jeśłi talent do rozbijania sobie łepetyny odziedziczyła po Babci Małgosi, czyli Puchtka Osobistej Mamie – to Puchatek dziękuje bardzo i czeka z utęsknieniem na moment, w którym Piłeczka znajdzie sobie mężczyznę i wyjdzie za mąż. I niech ją mąż wozi do szycia… 😉

No i mamy Piłeczkę Skancerowaną. Pod włosami, na szczęście.

Mruczanka O Takich Różnych…

Dzieje się tyle, że nie ma kiedy o tym pisać.

Przedszkole ruszyło – założenie było takie, że ruszy na razie nieoficjalnie, pod koniec września będzie odbiór przez sanepid i strażaków – i od października będzie działało juz w pełni legalnie.

Ruszyło w poniedziałek.

Działało do środy.

Bo w środę przyszła… kontrola z sanepidu i nakazała NATYCHMIAST zamknąć imprezę, bo niezarejestrowane, bo nieodebrane, bo będzie źle.

Pan i z sanepidu – prywatnie zupełnie sympatyczna – powiedziała wprost, że dopóki wszystko nie jest zarejestrowane i zgłoszone, to jej „…w zasadzie nic do tego”, że przecież „…nie chodzę po domach i nie sprawdzam, gdzie się dzieci bawią”. Ale…

Ale musiała przyjść, bo ktoś doniósł. Że dzieci, że przedszkole, że bez zezwoleń…

Wkróce też dowiedzieliśmy się, kto był tak miły. Otóż w budynku, w którym piętro zajmuje nasze mini-przedszkole, na parterze wynajmuje mieszkanie pewien pan doktor z miasta Ł., który w tygodniu pracuje w G. w… sanepidzie. I pan doktor sie wzburzył (że bez zezwolenia).

Nie używam zwykle takich słów, ale powiedzcie sami: CO ZA GNIDA. Jeśłi jest takim służbistą i naprawdę uważa, że tak być nie powinno – mógł przecież jak człowiek przyjść i powiedzieć coiś w stylu: „Proszę pań, tak nie wolno, proszę przerwać tę działalność do czasu odbioru budynku, bo będę musiał zainterweniować!”.

Ale pan doktor wolał iść i złożyć donos, i przysłać kontrolę…

Dowcip polega na tym, że dopóki przedszkole nie jest zgłoszone, dopóki nie ma działalności gospodarczej, to panie z sanepidu (ani nikt inny) zgodnie z prawem mogą sobie… skoczyć. No bo – na logikę – jeśłi kilku ludzi (powiedzmy, że znajomych) chce zosatwiać swoje dzieci pod opieką dwóch zaprzyjaźnionych pań, to to jest wyłącznie ich sprawa, nieprawdaż?

Jedyny urząd, który ewentualnie mógłby czuć sie zaniepokojony, to skarbówka (no bo jak to – może za tę opiekę coś płacą? A wtedy powinni podatki odporowadzać?). Ale sanepid???

Czyli – zgodnie z prawem można by było powiedzieć pani z sanepidu coś w stylu „spadaj na bambus, kobieto, i nie nachodź nas w prywatnym domu!”.

Tyle, że – jak wiadomo – sanepid to mafia. Państwo w państwie. Pogonisz, do sądu pójdziesz, wygrasz nawet – i co z tego, skoro później NIE ODBIORĄ budynku, albo będą robić kontrole co trzy dni. I ZAWSZE coś znajdą, bo przepisy według których sanepid działa są tak niespójne, że nie ma możliwości przestrzegania wszystkich na raz…

Na szczęście (w nieszczęściu) pani z sanepidu, jako rzekłem, jest normalna, więc zrobiła, co musiała, a teraz sama nam doradza, co robić, żeby szybciej skończyć wszystkie prace i mieć „odebrany” lokal.

A pan doktorek (@#*%@#!!!) poczuł się chyba głupio, bo najpierw opieprzył go właściciel domu, potem wszyscy sąsiedzi zaczęli na niego patrzeć jak na pluskwę… Więc najpierw się usprawiedliwiał, że on MUSIAŁ (biedaczek…) sprawę uruchomić, bo „…ktoś w tej sprawie dzwonił z Warszawy” (jasssne, a w Warszawie wiedzieli, bo zadzwonili z Waszyngtonu, gdzie zobaczyli nasze przedszkole na zdjęciach z satelity szpiegowskiego…). A potem sam przylazł (…a idź w krzaki, poteflonie!) i zaczął doradzać, co by tu jeszcze zrobić, żeby wszystko było dobrze i żeby nikt sie nie przyczepił. Wyraźnie stara się zrehabilitować. Czyli – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Tyle, że na razie przedszkole jest zamkniete, a żeby lokal mógł zostać „odebrany” trzeba jeszcze zrobić sto tysięcy rzeczy – drobnych, ale upierdliwych i czasochłonnych. M. się potwornie denerwuje, chciałaby już od października zacząć oficjalnie (no bo rodzice i dzieci czekają…).

A Puchatek kombinuje, kombinuje, kombinuje…

…jaki można by panu doktorowi zrobić porządny kawał. Taki, żeby mu w pięty poszło, ale na poziomie, bez chamstwa i naprawdę na wesoło…

Macie jakieś pomysły?

Mruczanka Przed-Przedszkolna

Przedszkole, któr ma prowadzić M., rusza za tydzień. M. umiera z nerwów, bo lokal przedszkolny wciąż jest jeszcze in statu nascendi. Trwa wyścig z czasem. Wczoraj Puchatek z kolegą Kubą (mężem Dorotki, czyli Pani Przedszkolanki Numer Dwa) gruntowali całe pomieszczenie. No bo tynk świeży, nigdy nie malowany, trzeba zagruntować przed pierwszym malowaniem.

Pierwsze malowanie będzie w poniedziałek. Najśmieszniejsze, że do sali przedszkolnej, która znajduje się na piętrze, trzeba było wchodzić po drabinie przez okno, bo na dole Pan Glazurnik układał płytki na podłodze, więc przejście było zablokowane…

Wszystko wskazuje na to, że w poniedziałek za tydzień gotowa już będzie sala dla dzieci i mała łazienka (z malutkimi kibelkami o wysokości 33 cm… rozczulające, słowo daję…). I będzie można zacząć. Pozostałe pomieszczenia – pokój nauczycielski, kuchnia i łazienka dla dorosłych (bo przepisy sanepidu mówią jasno – pani przedszkolanka nie ma  prawa zrobić siusiu w tej samej łazience, co dzieci…) – będą gotowe do końca września. Wtedy dopiero nastąpi odbiór przez sanepid i przedszkole ruszy oficjalnie.

Ale od przyszłego poniedziałku ma ruszyć „wstępnie”, nieoficjalnie. No i M. umiera ze strachu…

***

Jutro Puchatki kupują auto! Szkoda, że Puchatek wciąż jest Puchatkiem Nieuprawnionym Do Poruszania Się Po Drogach Publicznych.

Drugie podejście do egzaminu na prawo jazdy poszło wprawdzie nieco lepiej, niż pierwsze (zaliczył Puchatek przynajmniej wszystkie rozrywki na placu manewrowym), ale – zdaniem pana egzaminatora – nie na tyle dobrze, żeby dać Puchatkowi prawo jazdy.

Tyle, że wszystkie „zarzuty” pana egzaminatora sprowadzały się do stwierdzenia, że Puchatek jeździ jeszcze niepewnie. Ano, Puchatek uważa, że PEWNIE to będzie jeździł za jakiś rok. Jak mu dadzą szansę…

Zobaczymy. Następne podejście 20 września.

Mruczanka Z Doprawdy Niespodziewaną Pointą

Na wakacjach dzieci Puchatka poznały nową koleżankę. Koleżanka miała na imię Sonia (co już samo w sobie było mocno kłopotliwe, bo Pietruszka oczywiście nie omieszkał był oznajmić radośnie: „Sonia? To jak piesek!”; na szczęście rodzice rzeczonej koleżanki nie usłyszeli…).

Sonia miała trzy i pół roku, czyli wiekowo plasowała się dokładnie w pół drogi między Potworami. Ale pozory mylą – we wspólnych zabawach to ona (najczęściej) wiodła prym – bo od Piłeczki była starsza, a od Pietruszki-filozofa miała większą siłę przebicia.

Są dzieci, które – nie umiejąc jeszcze mówić „R” zastępują je głoską „L” („plosiak” zamiast „prosiak”). Są też takie, które dosyć długo pozostają na wczesnodziecięcym etapie, na którym „L” także jest za trudne, więc pozostaje „J” („pjosiak”). Sonia należała do tych ostatnich.

Pewnego dnia Potwory z Sonią bawiły się w festiwal (pomysł Soni, rzecz prosta). Zabawa polegała na tym, że jedno z trójki (najczęściej Sonia, rzecz prosta) stało na krześle i śpiewało, a pozostali grali rolę publiczności (czyli siedzieli na podłodze, słuchali i klaskali na koniec).

Któraś piosenka Soni wymagała jednakowoż zaangażowania większej ilości statystów i wykonawców. Toteż Sonia, lat – przypomnę – trzy i pół, zwróciła się do siedzącego obok i czytającego gazetę Puchatka, mówiąc (cytuję fonetycznie, tak, jakem usłyszał):

„To ja będę śpiewała, oni będą słuchali, a ty będziesz chujem”.

***

Muszę powiedzieć, że dopiero po kilku sekundach doszło do mnie, co trzyipółletnia Sonie miała na myśli…

…no bo na ucho trudno odróżnić „u” od „ó”… Nieprawdaż?

Mruczanka Podróżna – Reaktywacja

…Bo tak naprawdę, to przecież po to powstało to miejsce. Żeby – w braku możliwości podróżowania „w realu” – móc przynajmniej wędrować po świecie własnych myśli i Słów.

Kiedyś myślałem, że chodzi o to, żeby Odkrywać. Żeby poznawać nowe miejsca, żeby docierać tam, gdzie nikt jeszcze nie dotarł. Żeby czasami – choćby czasami! – czuć to, co czuł Amundsen stając na Biegunie Południowym czy Mallory, kiedy dochodził do szczytu Mount Everestu.

Później (może to kwestia wieku?) zrozumiałem, że nie w tym rzecz. Nie chodzi o to, żeby gdzieś być pierwszym. Nie chodzi nawet – w gruncie rzeczy – o to, żeby dotrzeć w takie czy inne, konkretne miejsce.

Tak naprawdę cały smak życia polega na samym podróżowaniu. Na „dążeniu do”. Kiedy dziś zastanawiam się nad wszystkimi moimi – naszymi – zwariowanymi wyprawami myślę, że naprawdę najważniejsze było właśnie podróżowanie. Kiedy w 1992 dojechaliśmy do Paryża, byliśmy szczęśliwi i dumni – ale z perspektywy widzę, że samam droga była dla mnie dużo ważniejsza, niż widok wieży Eiffela czy Luwr. Kiedy potem podróżowałem po Szkocji i Irlandii, wspaniale było docierać do konkretnych miast czy okolic, ale naprawdę wspaniałe było samo PODRÓŻOWANIE przez te piękne miejsca.

Nie da się dojechać tak daleko, żeby nie chciało się jechać dalej. Oto cała tajemnica: navigare necesse est. Vivere non est necesse.

Nie jest konieczne także docieranie do celu czy osiąganie zaplanowanego kresu podróży. Najważniejsza jest Droga (mówimy oczywiście o podróżach doczesnych, geograficznych; w wymiarze Ostatecznym cel oczywiście się liczy, ale… w wymiarze Ostatecznym cel jest jednocześnie Drogą. Na szczęście.)

Kiedyś to było dla mnie bardzo ważne rozróżnienie – nie jestem odkrywcą. Nie jestm nawet podróżnikiem, bo podróżnik podąża dokądś. Jestem wędrowcem.

Mruczanka – Come Back

Wakacje bez choroby – jak wiadomo – zupełnie się nie liczą. Wiedzą o tym wszyscy użytkownicy małych dzieci.

Puchatek spieszy zatem donieść, że te wakacje były w normie i jak najbardziej się liczą. Pogoda nad morzem była bardzo sympatyczna, kwatery miłe, towarzystow okoliczne takoż, co nie zmienia faktu, że najpierw wirusik dopadł Pietruszkę, potem Piłeczkę, a na końcu także M. Wróciły Puchatki znad morza w czwartek wieczorem w stanie nie nadającym się do spożycia. Leczenie trwa.

***

Dużo jest do napisania. Trochę przemyśleń znad morza, trochę wydarzeń bieżących, trochę reflekcji natury ogólnej (głównie z dziedziny „socjologii kurortu”).

Na razie napiszę tylko tyle:

Kiedyś nie lubiłem jeździć nad morze. „Nad morze” kojarzyło mi się właśnie wyłącznie z tłumem na plaży, co się smaży gdy słońce praży. Nie, żebym nie lubił się w wodzie pochlapać i poskakać przez fale – ale ile można? Godzinka na plaży zupełnie wystarcza. Dwie – maksimum.

Zawsze wolałem góry. I dalej wolę, żeby nie było. Ale…

„Zrozumiałem” morze, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Szkocji. Tam zobaczyłem inne morze – nie „turystyczne”, nudne, plażowe, ale tajemnicze, nastrojowe. Tam po raz pierwszy zrozumiałem, co czuli ludzie dawno, dawno temu, kiedy nie wiedzieli jeszcze, co jest „za morzem”. Zrozumiałem, co czuli ludzie siedzący na skałach, słuchający szumu fal i patrzący w kierunku horyzontu…

Dziś wiemy, co jest „za morzem” (wystarczy wziąć mapę do ręki), a jednak coś w człowieku siedzi z tamtych czasów. Jakiś atawizm, jakiś archetyp morza jako symbolu podróży, odkrywania, poznawania nieznanego, przejścia…

Poszedłem sobie któregoś dnia (a raczej nocy) na plażę zupełnie sam, M. i Potwory dawno już spali. Siadłem na piasku, patrzyłem w horyzont w świetle księżyca i gwiazd (tak, tak, wiem – to brzmi do obrzydliwości sentymentalnie…). Gdybym obrócił się w lewo, zobaczyłbym światła latarni morskiej i portu w Kołobrzegu. Gdybym spojrzał w prawo – niewątpliwie ujrzałbym kolorowe latarnie Ustronia.

Ale kiedy patrzyłem na północ (a może to był Najdalszy Zachód?) widziałem to samo, co widzieli ludzie tysiąc lat temu. To samo, co widziały Elfy wypływając z Szarych Przystani.

…A daleko, na horyzoncie, nad morzem szalał sztorm. Widać było ciężkie chmury, rozświetlane błyskawicami. Na kilka chwil świat był znowu młody i czekał na odkrycie.

Mruczanka Informacyjna

Puchatek informuje, że wyjeżdża. Na wakacje (trudne słowo).

Puchatek ma nadzieję, że pogoda przez całe najbliższe dwa tygodnie NIE BĘDZIE taka, jak wczoraj, bo jak będzie – to się Puchatek razem z M. i Potworami powieszą stanowczo. Gdyż Puchatki jadą nad morze. Całkiem Bałtyckie, niestety.

W związku z powyższym Puchatek pozdrawia i ogłasza:

ZAMKNIĘTE Z POWODU URLOPU DO DNIA 21 SIERPNIA.