Time after time

To już trzy miesiące. Życie toczy się dalej. Życie rządzi się własnymi prawami – świat nie zatrzymuje się tylko dlatego, że Twój świat się skończył. Codzienność wciąga jak niebezpieczny wir. Aktywność działa trochę jak narkotyk – pozwala zapominać o bólu, o przykrościach, „daje kopa”, każe żyć tu i teraz… I nigdy nie jest jej tyle, żeby za chwilę nie okazało się, że potrzebne jest więcej. Jeden etap „radzenia sobie” automatycznie pociąga za sobą następny, a każdy kolejny przychodzi łatwiej, niż poprzedni. Krok za krokiem, krok za krokiem… I tylko jak zaczynam się zastanawiać nad celem, do którego te kroki zmierzają (czy może raczej – nad sensem ich stawiania), to jakoś nie do końca potrafię go zwerbalizować.

***

A dzisiaj Dzień Matki. Pierwszy bez Niej. Wieczorem (wcześniej się nie da…) przejdziemy się na cmentarz z doniczką małych różyczek. I tyle. Krok za krokiem. Time after time.

Muzycznie (?)

Nie mogę na razie słuchać pewnych gatunków muzyki. Loreena McKennitt na przykład jest chwilowo absolutnie na cenzurowanym – wywołuje tyle emocji, że czuję, jakby mnie coś rozrywało na kawałki. Open Folk – i tym podobne północno-zachodnie klimaty – też. Ale też (to ciekawe…) nie jestem w stanie słuchać Bacha. Ani Rodriga, zwłaszcza „Concierto de Aranjuez” działa za silnie. Po prostu nie mogę, bo chybabym oszalał. Emocje są jak niezwykle precyzyjny mechanizm, który został rozbity, a potem złożony na nowo: wszystko działa, ale lepiej nie dotykać. Na razie.

Mogę za to słuchać Cohena, który z szarością i smutkami radzi sobie bardziej intelektualnie, niż emocjonalnie. Katie Melua też bywa pomocna, zwłaszcza piosenki z „Secret Symphony”. Blues się sprawdza (choć raczej B.B. King, Johnny Lee Hooker czy późny Clapton, niż taki Laurie). No i Passenger (wiem, od sasa do lasa…). Jak usłyszałem tę piosenkę, to mnie kompletnie zatkało. Poczułem się, jakby gość pisał to siedząc w mojej głowie

 

Między nami, oszustami

Pismo z ZUS dostałem. Myślałem, że w sprawie renty rodzinnej, bo już ustawowe 30 dni minęło, ale nie. Pismo dotyczyło zwrotu nadwyżki świadczenia rehabilitacyjnego, które pobierała moja Żona w ostatnich miesiącach życia.

Ponieważ świadczenie wypłacane jest z góry za dany miesiąc, a M. zmarła 22 lutego, ZUS (na podstawie ustawy… etc.) zobowiązuje mnie do zwrotu kwoty tego zasiłku za te ostatnie 6 dni lutego.

To, że każą te pieniądze zwracać – pal sześć. Kwota groszowa, nie o to chodzi. Dobrze, że odsetek nie naliczają. Że dojście do tego zajęło im prawie dwa miesiące – to także mnie nie dziwi, zważywszy jaki B–6 panuje w tej instytucji.

Ale znalazło się w tym piśmie coś, co sprawiło, że mnie mało szlag nie trafił. I nie chodzi o treść, ale o formę.

Otóż, cytuję:

„Zakład Ubezpieczeń Społecznych (tu podany oddział i inspektorat), na podstawie artykułu… ustawy… z dnia… (etc., etc., łącznie siedem linijek tego wstępu) postanawia zobowiązać Pana do zwrotu nienależnie pobranego świadczenia rehabilitacyjnego z funduszu chorobowego w kwocie… za okres… po zmarłej…”

Nienależnie pobranego! Czyli, moi drodzy, to JA nienależnie pobrałem świadczenie? Czyli wziąłem coś, co do mnie nie należało, tak?

Czyli jestem oszust!

Wszystkie odcienie szarości

Regularnie, co jakiś czas, słyszę to samo pytanie. Znajomi, przyjaciele, krewni pytają z troską: „No i jak sobie radzisz?”

Troska jest szczera, intencje oczywiście najlepsze. Ale ja tego pytania po prostu nie znoszę. Bo nie wiem, co właściwie mam na nie odpowiadać.

To znaczy: w zasadzie wiem, co powinienem odpowiedzieć – bo wiem, o co w gruncie rzeczy pytają. Więc odpowiadam: tak, radzę sobie. Tak, trójka dzieci, gotowanie, sprzątanie, pranie, dojazdy. Tak, to trudne. Ale sobie radzę. Jakoś to się wszystko układa. Powoli.

Prawda jest taka, że te wszystkie sprawy, o które większość ludzi pyta, to są sprawy najmniej ważne. Jasne – są pilne i wymagają uwagi i wysiłku, ale… Wszystkie te kwestie „techniczne” i „logistyczne” są do ogarnięcia, jeśli tylko nie jest się kompletną pierdołą. A ja nie jestem. Albo jeśli nie jest się w depresji. A ja nie jestem.

Prawdziwy problem leży przecież zupełnie gdzie indziej. Prawdziwym problemem jest pustka. Pustka, która „objawia się” w tysiącu małych, drobiazgów, głupich sytuacji, szczegółów.

Jak wtedy, kiedy idę przez galerię handlową i mam odruch wejścia do sklepu, w którym zawsze kupowałem dla Niej jakieś drobiazgi — i przypominam sobie, że już nie mam po co.

Albo kiedy szukając czegoś w szafie trafiam na Jej spódnicę, tę wspaniałą, czarno-czerwoną, w której tak fantastycznie wyglądała – i zdaję sobie sprawę, że już nigdy jej nie założy.

Czy wtedy, kiedy patrzę na kwitnące w naszym ogrodzie morele, kiedy widzę, że najdalej jutro zakwitnie też magnolia – i natychmiast mam przed oczami Jej uśmiech na widok tych kwitnących na wiosnę drzew.

Albo kiedy łapię się na tym, że myśl o Wielkiej Wakacyjnej Wyprawie, którą planujemy z Potworami latem, wcale mnie nie kręci – bo mam świadomość, że bez Niej to już nie będzie to.

Albo kiedy zastanawiam się, jak powinienem zareagować na takie czy inne zachowania któregoś z Potworów – i mam odruch, żeby Ją zapytać, co o tym myśli, bo to przecież Ona w lot rozumiała wszystkie dziecięce problemy, smutki czy wątpliwości.

Kiedy widzę, że niektóre z tych zachowań – nawet, jeśli to kompletnie nieuświadomione – wynikają właśnie z Braku, który przecież w ich życiu też się pojawił. I że ja sam nic nie jestem w stanie na to poradzić, że mogę tylko być i wspierać.

I tak dalej, i tak dalej…

Coś w moim życiu się skończyło. Nie wiem, co mnie czeka w przyszłości – może jeszcze wiele wspaniałych chwil – ale wiem, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Tak, zdaję sobie sprawę, że to brzmi absolutnie banalnie.

„Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…” – śpiewał Marek Grechuta. Kiedyś bardzo lubiłem tę piosenkę, wydawała mi się taka… Czy ja wiem? Mądra. Przemyślana.

Ale to nieprawda. To, co było, jest niezwykle ważne. Są wydarzenia, przeżycia, które nas definiują. Bez których nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. Powiedzieć, że ważne jest tylko to, co przed nami, byłoby równoznaczne ze zrezygnowaniem z części siebie. Byłoby w jakimś sensie zdradą tego, co nas ukonstytuowało.

Nie, nie chodzi mi o to, żeby „żyć przeszłością”, bo to oczywiście także do niczego nie prowadzi… Ale to, co było – Jej obecność, nasze wspólne życie przez te dwadzieścia lat (w tym piętnaście pod jednym dachem) – to było największe i najważniejsze, co tu, na tym świecie miałem. Było oparciem, punktem odniesienia.

A teraz mam wrażenie, że wszystko jest szare, nijakie i puste. Bo co z tego, że widzę śnieg na Baraniej Górze, rozgwieżdżone niebo nad Beskidem Żywieckim, piękny witraż ze Świętym Krzysztofem w rybnickim kościele czy półmetrowego zaskrońca wygrzewającego się na asfalcie pod G.? Co z tego – skoro nie mogę Jej o tym opowiedzieć?

Nie (podkreślam raz jeszcze) – nie wpadam w depresję, nie idę się załamywać ani skakać z mostu. Ale – tak zwyczajnie, po prostu, po ludzku – jest mi smutno. I pewnie jeszcze długo, długo tak będzie.

Więc proszę, nie pytajcie mnie „jak sobie radzę”.

Czuję się po prostu cholernie samotny. I Wasza obecność – za którą jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczny! – tej akurat samotności rozproszyć nie jest w stanie.

(Paradoksalnie – fakt, że mam dzieci, sprawia, że poniekąd czuję się jeszcze bardziej samotny. Bo samotność to nie tylko brak kogoś, z kim można pogadać czy do kogo się można przytulić. Samotność to także poczucie, że ciężar, który się niesie – ciężar odpowiedzialności – niesie się samotnie. Więc im większa odpowiedzialność, tym większe poczucie samotności…).

Take This Longing…

– Bo wiesz – mówię w rozmowie z M.M. – czasami czuję się tak, jakbym żył w dwóch światach na raz. Jeden świat to codzienność. Dzieci do szkoły, dzieci ze szkoły, zrobić obiad, posprzątać, pranie wstawić, robotą się zająć… Coś się dzieje, o czymś się rozmawia, dokądś się idzie czy jedzie. Ktoś opowiada jakiś żart, wszyscy się śmieją, ja też się śmieję. Nie, nie zapominam, nie wyrzucam z pamięci, ale po prostu żyję. A potem przychodzi taka chwila, kiedy jest cisza, nikogo nie ma dookoła, nikt nic nie mówi… Na przykład kiedy dzieci są w szkole, albo kiedy już śpią… I wtedy nagle jestem w tym drugim świecie. Nagle wraca świadomość, że to wszystko, ta bieganina, ta codzienność, że to wszystko jest puste. I że po trochu już zawsze takie będzie. I nie, to nie znaczy, że się załamuję, że siedzę i wypłakuję oczy, że wpadam w czarną rozpacz, w dół, depresję. Że się poddaję. Nie, bo ja nie umiem się poddać. Ale w tym drugim świecie, w tej drugiej rzeczywistości, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nic tak naprawdę nie jest ważne, nic w gruncie rzeczy nie sprawia większej radości. Jest szaro jak cholera.

– Tęsknisz – mówi M.M. – Po prostu tęsknisz.

I chyba ma rację. Tak to się właśnie nazywa.

 

Bez Tytułu

Czy ja pisałem, że dom jest pusty?

Nie jest. Po kilku dniach zaczyna się zauważać, że dom wcale nie jest pusty. Przeciwnie: jest zapchany, zagracony po dach. Jest pełen przedmiotów, sprzętów, ubrań, rozwiązań. Pełen kolorów, która Ona wybierała. Kafelków, które Jej się podobały. Zasłon właśnie takich, a nie innych. Książek, których już nie zdążyła doczytać. Długopisów, które gdzieś położyła (zawsze szukała długopisów…) i które teraz wypełzają z różnych ciemnych skrytek. I jeszcze ta ikona, którą dostała pod choinkę, a której w całym zamieszaniu już nie zdążyliśmy powiesić na ścianie.

Są takie przedmioty, z którymi kiedyś trzeba będzie coś zrobić. Kurtka, która wisi na wieszaku. Buty stojące na półeczce pod nim. Sukienki w szafie. Bielizna w szufladzie. Kosmetyki. Apaszki. Biżuteria (niewiele, nie lubiła się „obwieszać”, zakładała jakąś bransoletkę czy wisiorek na specjalne okazje…).

Część pewnie przejmie Piłka. Część trzeba będzie komuś pooddawać.

Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie jestem w stanie o tym myśleć. Jeszcze nie mam siły rozpakować do końca walizki, z którą była w szpitalu. Przymierzałem się ze trzy razy – i nie dałem rady.

Powoli, krok po kroku, trzeba sobie wszystko poukładać na nowo. Wszystko: począwszy od kwestii „technicznych” i rodzinnej logistyki, poprzez różne sprawy pilne i konieczne, aż po te Najważniejsze.

***

W poniedziałek, dwa dni po pogrzebie, kiedy Potwory były w szkole, pojechałem na cmentarz. Stałem tam zupełnie sam (na szczęście), patrząc na te wszystkie szczegóły, których w dniu pogrzebu w ogóle nie widziałem. Na tę górę kwiatów na grobie. Na napisy na wstęgach – kompletnie niesztampowe, w większości bardzo osobiste.

Jeden z wieńców sprawił, że kompletnie się rozkleiłem. Duży, z bardzo kolorowych kwiatów, ze wstążką z napisem „Od małych i dużych przyjaciół ‚Ślimaka’” (‚Ślimak’ to przedszkole, które M. prowadziła). A do wieńca, między kwiatami, przymocowane były czerwone serduszka – ulepione z gliny, poszkliwione na czerwono, wypalone niewątpliwie w piecu w gliniarni u niezawodnej Justynki. Małe, gliniane serduszka, trochę krzywe, trochę nieforemne, każde innej wielkości – i na każdym było imię przedszkolaka, który je zrobił. Przedszkolaków obecnych – i tych, którzy ze ‚Ślimakiem’ pożegnali się już nawet parę lat temu.

Próbowałem te serduszka policzyć, ale nie byłem w stanie.

Ktoś mi powiedział, że ten pogrzeb był „…taki jasny, pełen światła, wyjątkowy”.

Odpowiedziałem, że pogrzeb jest taki, jak człowiek, którego się żegna.

Ostatni Brzeg

Pewnie wszyscy czytający te zapiski już o tym wiedzą…

Dziś (w niedzielę) nad ranem moja Ukochana Żona odeszła. We śnie, po cichu, bez wielkich cierpień. Już nie cierpi, już nic ją nie boli, już nie jest słaba.

Odszedł wspaniały człowiek, cudowna osoba, piękna dziewczyna. Został pusty dom (nigdy bym nie pomyślał, że dom z trójką bez przerwy gadających dzieci może być pusty. Teraz wiem, że może).

Jutro miałaby trzydzieste dziewiąte urodziny.

W czerwcu obchodzilibyśmy szesnastą rocznicę ślubu.

Napiszę coś więcej – ale już nie dziś. Dziś muszę iść spać, bo od wtorku spałem pewnie jakieś dziesięć godzin. Łącznie.

***

Wędrowaliśmy razem. Przemierzyliśmy wiele dróg i wiele szlaków, planowaliśmy jeszcze wiele wspólnych wypraw. Mieliśmy jeszcze kiedyś powtórzyć wyprawę do Szkocji. I dopłynąć na Orkady i Szetlandy. I Irlandia też miała być jeszcze raz. I Pireneje.

A teraz ruszyła w taką Podróż, na Największą Wyprawę – ale beze mnie. Nie potrafię tego zrozumieć.

Krok za krokiem…

Poprzedni wpis niestety się zdezaktualizował: w niedzielę była bronchoskopia, która wykazała, że całe lewe oskrzele (nie tylko główne, ale też oskrzela płatowe) są „zamknięte”, zaciśnięte od zewnątrz naciekiem nowotworu. Pleurodezy nie będzie.

Chirurg – niezależnie od swojego mało sympatycznego sposobu bycia – był bardzo rzeczowy, wyjaśnił mi wszystko i wyraźnie widać było, że też jest mu z tym źle. Co nie zmienia faktu, że nic nie może zrobić. Oskrzele jest zablokowane, płuco się nie rozpręży, więc zabiegu zrobić nie mogą.

Pani Doktor (gorąca linia…) kazała zaraz po wypisie jak najszybciej się zgłosić – jest jeszcze szansa, że uda się tym razem trafić z chemią tak, że zmiany zaczną się trochę cofać. W ekstremalnie pozytywnym przypadku może być nawet tak, że cofną się na tyle, że odblokują to oskrzele.

Ale, umówmy się, szanse są niewielkie. Nawet jeśli chemia zadziała, to jednak zwykle trzeba trzech czy czterech kursów, żeby zobaczyć efekty. A tyle czasu raczej nie mamy…

M. jest w fatalnym stanie. Fizycznie jest strasznie słaba, ma problemy z jedzeniem. Wczoraj chodziliśmy na „spacer” od łóżka do okna w szpitalnym pokoju (jakieś 2,5 metra w jedną stronę) – zrobiliśmy tę trasę bodaj pięć razy, potem jeszcze poszliśmy do łazienki (1,5 metra) i z powrotem – i była wykończona.

Ale po wczorajszych wieściach jest też w fatalnym stanie psychicznym. Ten zabieg to była jakaś nadzieja, jakieś światełko w tunelu (nawet przy świadomości, że droga za tunelem jest krótka). Teraz – w zasadzie został już tylko cud (niekoniecznie taki „z przytupem”, mógłby to być „cud medyczny” – idealnie trafiona chemia, która kupiłaby nam jeszcze trochę czasu).

Ja mam taki charakter, że choćby szansa była jak jeden do miliarda – do końca bym się jej trzymał. Marzena jest inna. I jest jej teraz bardzo źle. A ja NIC nie mogę zrobić.