Koncertowo…

Zupełnie nieoczekiwanie byliśmy na koncercie. I to jakim…

Chrzestny tata Pietruszki zadzwonił ni z tego ni z owego koło środy, że w ramach prezentu urodzinowego dla chrześniaka zaprasza nasz wszystkich na koncert. Wszystkich się nie dało, bo koncert był późny wieczorem – ale Pucek z radością przyjął ofertę przenocowanie u Ulubionego Kolegi, bo koncerty (zwłaszcza o takich porach) niespecjalnie go bawią.

A my we trójkę, ze Starszymi Potworami, pojechaliśmy do Warszawy, do klubu Progresja, na koncert Moyi Brennan z zespołem.

Gdybyście nie wiedzieli, kto zacz – to może skojarzycie  Máire Brennan – głos słynnego zespołu Clannad. To ta sama osoba.

 

Spróbuję jutro – pojutrze napisać coś więcej, ale…

Niesamowita, muzyczna podróż. Przez Irlandię, przez różne wspomnienia… Dużo, dużo muzyki.

Dzięki, B&J. Pietruszka był zadowolony, ale – paradoksalnie – to chyba mnie zrobiliście największy prezent.

Ferie

No, bo ferie były. Tylko jakoś nie mogłem się zebrać, żeby coś napisać.

Wyjechaliśmy sobie na tydzień. Najpierw na Dolny Śląsk, do rodziny M., gdzie zawsze jesteśmy mile widziani i gdzie możemy oddawać się słodkiemu lenistwu, bo kochana ciocia D. nie pozwala nam nawet zmyć po sobie naczyń. Wyspaliśmy się, wybawili, Potwory nawet pojeździły na nartach…

A potem pojechaliśmy do Zakopanego, do mojej ciotki. Na chwilę, na dwa dni (nie licząc dojazdów).

Dziwne doświadczenie. Kiedyś to były dla mnie najważniejsze miejsca na świecie. W Tatry wracałem jak do domu. Teraz od ładnych paru lat bywam tam tylko z rzadka, „przy okazji”, raz na parę lat… Ale kiedy wszedłem do domu ciotki U. w centrum Zakopanego, poczułem się (przez krótką chwilę) jakby te wszystkie lata nie istniały. Ten dom to jedno z moich „miejsc magicznych”. Kuchnia pachnąca przyprawami i drewnem (dom jest częściowo drewniany). „Salon” (połączony z sypialnią ciotki i jej prywatną łazienką) z wielkim kominkiem i fantastycznym, secesyjnym kredensem z intarsją, z obrazami… Portrety nieżyjącego już wujka U., osoby w Zakopanem niegdyś znanej i szanowanej, długoletniego burmistrza, przedwojennego olimpijczyka… A szerokie, drewniane schody wiodące na górę, do trzech dodatkowych sypialni i łazienki, mają niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju zapach drewnianego domu, z nutą dymu z kominka…

Wujek U. był młodszym bratem mojego dziadka, ojca mojej Mamy. Ciotka – choć była od męża sporo młodsza – dziś jest już dobrze po osiemdziesiątce i zdrowie jej szwankuje (choć humor – ani trochę). Kiedy jej zabraknie, dom odziedziczą jej wnuki z „Hameryki”… Co z nim zrobią? Sprzedadzą?… Bo przecież raczej nie wrócą z Chicago, Nowego Jorku i Ottawy, żeby zamieszkać w Zakopanem. Kiedyś – jako dziecko – marzyłem, że w przyszłości zamieszkam w tym domu. Gdybym wygrał w Lotto, to bym się chyba dogadał ze spadkobiercami i kiedyś ten dom od nich odkupił…

***

Kolana Piłki uniemożliwiły nam jakieś dłuższe wyprawy – przeszliśmy się tylko Doliną Kościeliską, do schroniska i z powrotem. Na niebie nie było jednej chmurki, słońce świeciło, śnieg – aż oczy bolały (dosłownie, bez żadnych poetyckich przenośni). Gdyby nie tłumy turystów, byłoby niemal idealnie.

A następnego dnia wjechaliśmy na Gubałówkę, żeby sobie popatrzeć – a potem pojechaliśmy w objazd po Różnych Ważnych Miejscach w okolicy Zakopanego. Pojechaliśmy przez Brzeziny do Murzasichla… I tam dopiero (patrząc na moje dzieci) zdałem sobie sprawę, że to są Ważne Miejsca – ale dla mnie. Dla nich znaczą niewiele. To znaczy – znają je, oczywiście, z moich opowieści, ale same żadnych wspomnień z nimi związanych nie mają.

A ja?

Do Murzasichla jeździłem dziesiątki razy. W Murzasichlu poznaliśmy się z M. (paradoks: w Warszawie mieszkaliśmy od siebie – w linii prostej – jakieś dwa czy trzy kilometry, ale nie znaliśmy się; a potem spotkaliśmy się 400 kilometrów od domu – i tak się zaczęło). A potem przez parę lat mieliśmy taki rytuał: zawsze jeździliśmy do Murzasichla z grupą przyjaciół na kilka dni w przerwie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Ja przyjeżdżałem zwykle już 26 grudnia, M. dojeżdżała dzień później – ale nie z Warszawy, tylko z C., z Dolnego Śląska, bo święta spędzała u ciotek. Pociąg z Wrocławia przyjeżdżał do Zakopanego o jakiejś nieludzkiej porze: żeby dojechać do Murzasichla M. musiała albo czekać bodaj trzy godziny na autobus, albo wskoczyć w miejski autobus zakopiański i dojechać przez Jaszczurówkę i Cyrhlę do Brzezin (dziś autobus przez Brzeziny dojeżdża do Murzasichla, wtedy tak nie było).

Więc M. jechała do Brzezin, a ja wychodziłem z Murzasichla tak, żeby czekać na Nią na przystanku o siódmej rano. Brałem od Niej plecak i szliśmy sobie szosą w kompletnej, górskiej ciszy (turystów tam wtedy prawie nie było, a już na pewno nie o takiej godzinie…) przez zawsze o tej porze roku zaśnieżony las. I wcale nam się nie spieszyło, choć o globalnym ociepleniu nikt jeszcze (chyba) nie mówił, a termometry pokazywały zwykle co najmniej minus dziesięć… Do domu, w którym zawsze mieszkaliśmy były jakieś cztery kilometry.

Mówiłem o tym moim dzieciom, ale to jednak nie ich wspomnienia. Tylko moje.

 

Tylko dwie rzeczy są nieskończone…

Przepraszam, nie mogę się powstrzymać.

Wiadomość zauważona przypadkiem gdzieś w serwisach BBC. Jakaś amerykańska panna hodowała węża, konkretnie – pytona. Pyton był jeszcze mały (sądząc ze zdjęć – miał jakieś pół metra). Poza wężem panna miała także tak zwane „tunele” w płatkach uszu. No i w czasie zabawy z wężem stało się: wąż zaczął przepełzać przez ten „tunel” w uchu. I się był… zablokował. I nie mógł wyjść. Panna świńskim truchtem udała się do szpitala, gdzie lekarze ucho znieczulili, rozciągnęli nieco bardziej i uwolnili gadzinę. Nie uszkodzili przy tym ani pytona, ani ucha. Brawo!

Co symptomatyczne, rzeczona panna (choć, jak sama mówi, była „really worried”) nie omieszkała oczywiście dokumentować całego wydarzenia na bieżąco na fejsiku czy innym tłiterze, włącznie z wrzucanymi na żywo selfikami na szpitalnej izbie przyjęć. Cytuję: „It all happened SO fast that before I even knew what was going on it was already too late…”

BBC podaje nawet imię i nazwisko bohaterki tych wydarzeń, dzięki czemu będziemy mogli śledzić jej dalszą karierę i oceniać szanse na zdobycie w przyszłości Nagrody Darwina.

Jako rzecze Aunty Acid:

 Zrzut_ekranu_20170202_o_09.41.21

Na Papierze

W czwartek, przed pierwszym w tym roku długim weekendem, spędziłem godzinkę u bardzo życzliwej Pani Notariusz. Poświadczenie przejęcia spadku.

Dlaczego po prawie dwóch latach? Bo nie miałem pojęcia, że to w ogóle potrzebne. Tak, wiem, niby człowiek inteligentny (w miarę…) i wykształcony, a głupi. Ale co zrobić – pierwszy raz w życiu zostałem wdowcem. Zawsze mi się (naiwnie) wydawało, że sprawa spadkowa potrzebna jest wtedy, kiedy są jakieś wątpliwości. Większa ilość spadkobierców, spory między nimi, testament (na przykład przez kogoś kwestionowany), jakieś dzieci z poprzednich małżeństw czy z innych związków… A tu – wydawałoby się – sprawa prosta. Oboje byliśmy jedynakami, żadnych innych dzieci poza trójką Potworów, żadnych wątpliwości co i kto.

A jednak. Okazało się, że trzeba. Bo bez tego nie da się załatwić miliona spraw. Ignorantia iuris non excusat, jak wiadomo.

Na szczęście – dzięki pomocy znajomego prawnika – udało się to załatwić bez konieczności robienia sprawy w sądzie rodzinnym, tylko właśnie przez notariusza. Choć tyle.

Tak więc jestem właścicielem 5/8 naszego domu – pozostałe 3/8 należą do moich dzieci. Czyli nawet, jakbym chciał któreś wyrzucić z domu, to nie będzie proste… Podobnie ma się sprawa z samochodem. Gdybym chciał go sprzedać – muszę uzyskać zgodę sądu rodzinnego (bo Potwory są niepełnoletnie) – a potem albo kupić nowy samochód znowu „na współwłasność” z dziećmi, albo poinformować sąd, w jaki sposób część pieniędzy ze sprzedaży należącą do moich dzieci przeznaczę na ich potrzeby. Trochę to paranoiczne, zważywszy, że mówimy o dziesięcioletnim samochodzie… Cóż zrobić – stulta lex, sed lex.

***

Przyjęcie spadku… Wyszedłem od Pani Notariusz w dziwnym nastroju. Przygasiło mnie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, co. Trzymanie w ręku takiego dokumentu sprawia, że człowiek jakoś wyraźniej – choćby po tych dwóch latach – zdaje sobie sprawę z nieodwracalności zdarzeń. Z tego, że już nigdy. I że już zawsze. I tak dalej.

Około-poetycko (?)

Pucek odrabia lekcje. Ma posegregować rzeczowniki według rodzaju – męski, żeński czy nijaki.

– Obłok… – mówi. – To męski.

– Jasne – potwierdzam. – Męski. „Obłok w spodniach” – dodaję ni z gruszki ni z pietruszki, bo mi się skojarzyło.

– Obłok w spodniach? – pyta zdziwione dziecko. – To znaczy, jak ktoś puści bąka…?

No więc niestety, Majakowski jest spalony. Teraz już zawsze będzie mi się kojarzył…

 

Surrealistycznie z Elementami Kulinarnymi

Piłka siedzi przy stole w kuchni i odrabia jakieś lekcje (artystyczna dusza nie pozwala jej odrabiać ich w sposób banalny, czyli przy własnym biurku). Nagle jednak widzę, że artystyczna dusza przerzuciła się także na strój: Piłka siedzi w kuchni z bosymi stopami. A trzeba wiedzieć, że w Puchatkowie podłoga (zwłaszcza na dole) jest dość zimna (…zwłaszcza zimą).

– Piłka, dlaczego jesteś bez skarpetek? – pytam nieco zdziwiony.

– Bo zdjęłam – pada lakoniczna odpowiedź.

– To widzę – zaczynam się irytować. – Ale dlaczego zdjęłaś?…

– Bo je zalałam.

– Czym je zalałaś? – pytam, mając jednocześnie poczucie, że moje brwi dojechały już w okolice czubka głowy.

– Zupą – odpowiada dziecko z kamiennym spokojem, po czym wraca do zadania z chemii.