Literacki Nobel dla Louise Glück

Muszę przyznać z niejakim wstydem, że po raz pierwszy od dosyć dawna po ogłoszeniu decyzji Akademii Szwedzkiej zorientowałem się, że laureatka jest mi kompletnie nieznana. Nie „nie czytałem za wiele”, nie „nie znam za dobrze” – po prostu „nie znam”. A szybkie przejrzenie noty biograficznej w Wikipedii zdecydowanie sugeruje, że Louise Glück nie jest „mało znaną poetką” – poważnymi nagrodami literackimi, które w życiu zdobyła, można by obdzielić kilku twórców.

Cóż, trzeba będzie to nadrobić. Z szybkiej kwerendy internetowej wnioskuję, że jak dotąd nikt jej chyba na polski nie tłumaczył (w każdym razie żadnego chyba z jej zbiorów poezji po polsku nie wydano, może pojedyncze wiersze gdzieś się ukazywały?).

Cóż, trzeba będzie nadrobić zaległości… 🙂

Miał być koncert, jest pandemia…

Na koncert miałem iść. Bilety sobie kupiłem. Rok temu. Koncert miał być 8 października. W Warszawie, na Torwarze. Od dłuższego czasu zastanawiałem się, czy będzie, czy jednak go odwołają. Jeszcze kilka dni temu organizator przysłał maila, że koncert będzie, tylko środki bezpieczeństwa, maseczki, oświadczenie o tym, że nie jestem chory i w ogóle… Trochę byłem w rozterce, bo z jednej strony tak się na ten koncert cieszyłem, a z drugiej – druga fala pandemii i 2 tysiące nowych przypadków dziennie (…a mówimy tylko o tych zdiagnozowanych…) nieco mnie zniechęcały.

Ale sprawa szybko rozwiązała się sama: dziś kolejny mail, że jednak cała trasa koncertowa odwołana. Bo pandemia w natarciu, bo Wielka Brytania wpisała Polskę na listę krajów „do kwarantanny” i w ogóle. Trochę można się tego było spodziewać…

Tym jednak, co jest najbardziej irytujące, nie jest nawet sam fakt, że jak już raz w życiu sobie kupiłem bilety, to akurat koncert odwołali. Najbardziej irytująca była dalsza część wiadomości od organizatora – ta o zwrocie pieniędzy za bilety. Jasne, trzeba wejść na stronę, przeklikać swoje i organizator pieniądze zwróci. Ale – cytuję:

Zgodnie z postanowieniami tarczy antykryzysowej czas procesowania zwrotów, może się wydłużyć do 180 dni licząc od momentu rozwiązania umowy. 
Zwroty będą realizowane w ciągu 180 dni od daty odwołania koncertu na podstawie decyzji Parlamentu (…)

Organizatorem koncertu jest Eventim – wielka, międzynarodowe firma. Tak, zdaję sobie sprawę, że z powodu pandemii odwołano mnóstwo koncertów i że firma nie ma z tego powodu lekko. Dlatego słowa bym nie powiedział, gdyby czas zwrotu pieniędzy za bilety zamiast tydzień (bo tyle maksymalnie powinno to trwać w normalnej sytuacji) liczył miesiąc. Czy nawet dwa miesiące.

Ale PÓŁ ROKU?!

Czy tylko ja mam wrażenie, że „tarcza antykryzysowa” jest tu tylko pretekstem…?

***

Szkoda. Naprawdę szkoda. Zwłaszcza, że nowy album Katie zapowiada się naprawdę ciekawie.

I znowu wrzesień…

Szybko jakoś te wakacje minęły… Tu nad morze, tu w Bieszczady, a tu proszę – już pierwszy września. Kiedy kończyłem Dużą Książkę, miałem takie plany, że ho ho. Że to zrobię, tamto, i jeszcze owo. Że tu posprzątam, tam zrobię porządek, to wywiozę a tamto przestawię. I co? I pstro: udało mi się z tego zrobić może dziesięć procent.

I żebym jeszcze mógł powiedzieć, że OK – niewiele zrobiłem, ale przynamniej odpocząłem… Ale też nie do końca. Nie czuję się bardzo wypoczęty, mówiąc szczerze. A rok szkolny, który się zaczyna, może dać w kość.

No bo raz, że pandemia. Nikt nic nie wie, kilkaset nowych zarażeń dziennie, dzieci wracają do szkół – a władze (przepraszam czytelników o wrażliwszych uszach) rżną głupa, z jednej strony zwalając na dyrektorów i samorządy całą odpowiedzialność, z drugiej odmawiając im de facto nie tylko pomocy, ale nawet możliwości podejmowania samodzielnych decyzji o przejściu w razie czego na nauczanie zdalne czy „hybrydowe”. A pan minister oświaty (!) twierdzi, że pójście dzieci do szkół nie zwiększy liczby zarażeń, bo „sama szkoła nie zaraża” (nie wymyśliłbym tego).

I nie chodzi mi o to, że dzieci nie powinny do tej szkoły iść (bo na ten temat trwają dyskusje w całej Europie, zdania fachowców są podzielone) – ale o to, że nasze władze kochane najwyraźniej nie mają pojęcia, co z tym wszystkim robić i wciąż, niezmiennie działają według tradycyjnego, staropolskiego „jakoś to będzie” (czy, w wersji z XXI w., „zmieścisz się śmiało”). Witamy na pokładzie Szalonego Autobusu, w którym jedyne, co działa sprawnie, to kontrola biletów.

W szkole u Piłki KAŻDY uczeń, nauczyciel i pracownik będzie CO TYDZIEŃ miał test na COVID-19. Jak ktoś okaże się „pozytywny” – ląduje na kwarantannie, a szkoła na ten czas przechodzi w tryb zdalny, po czym wracają do niej tylko ci, którzy „zdadzą” kolejny test po dwóch tygodniach. Strategia brzmi rozsądnie. Testy kosztują rodziców po 200 zł miesięcznie (Piłka, jako stypendystka, nie płaci).

Skoro ona jest badana (pierwszy test już zaliczyła, z wynikiem negatywnym, co w tym przypadku jest pozytywne…), to trochę tak, jakbyśmy wszyscy byli badani, bo w końcu mieszkamy pod jednym dachem.

Ale w szkole Piłki jest +/- 200 uczniów – i są to uczniowie, dla których rodziców 200 złotych miesięcznie to kwota „na waciki”. A jak to rozegrać u Pucka, gdzie w szkole jest około 500 dzieciaków + przedszkolaki z nowo otwartego oddziału? Albo u Pietruszki – w dużym warszawskim liceum, gdzie tych uczniów jest ponad tysiąc? Przecież wszystkie te środki ostrożności, mycie rąk i tak dalej to w gruncie rzeczy kompletna fikcja… Jak będzie „ognisko”, to będzie – i rozwinie się zanim ktokolwiek się zorientuje.

***

Ale nie samą pandemią żyje człowiek…

Pietruszka w klasie maturalnej. Jeśli wirus „walnie” i trzeba będzie przejść na dłuższy czas na nauczanie zdalne, to naprawdę nie będzie fajnie. A w dodatku Pietruszka wciąż nie jest pewien, co właściwie chce studiować. To znaczy: wiadomo, że nauki ścisłe, wiadomo też, że raczej w kierunku uniwersyteckim, niż politechnicznym. Ale tak konkretnie – to za przeproszeniem czarna dziura.

Pucek… Ech, Pucek ma lat dwanaście i chyba coraz szybciej wchodzi w nastolatkowość. Strasznie łatwo się irytuje, o wszystko się pieni, marudzi jak nieboskie stworzenie (na dowolny temat), wszystko mu się nie podoba (zwłaszcza jeśli chodzi o szkołę, a ZWŁASZCZA szkołę w pandemicznej rzeczywistości). To źle, tamto źle, i w ogóle jak to może być, że jest pierwszy września, a nauczyciele JESZCZE nie wiedzą, w której grupie on ma przychodzić na WF! No skandal po prostu.

A jak do tego dorastania dodać fakt, że jedną z cech konstytutywnych Pucka jest nienaginalny, ośli upór (w każdej, najdrobniejszej sprawie), to może się okazać, że ten rok może być bardzo trudny. Albo trzy lata.

A ja żyję cichą nadzieją, że jednak pandemia nas nie dopadnie i że Potwory pochodzą do tych swoich szkół choćby jakiś czas. Bo jeśli ten semestr będzie wyglądał tak, jak poprzedni – z nauką zdalną i dziećmi w domu 24/7 – to jedyne istotne pytanie będzie dotyczyć tego, kto oszaleje pierwszy…

***

A poza szkołą i poza pandemią…

Czekam, kiedy pani redaktor z Dużego Wydawnictwa odezwie się do mnie w sprawie tej kolejnej książki, co to ponoć ją dla mnie miała. Jeśli się odezwie – to może nie będzie tak źle. Ale jeśli nie…

Jakby to powiedzieć: wielkimi krokami zbliża się kilka inwestycji, których tak czy owak trzeba będzie dokonać. Na pierwsze miejsce wśród nich wysuwa się na razie sprawa samochodu.

Nie da się ukryć, że Zefirek się kończy. Ma piętnaście lat i problemy zdrowotne, które zapewne dałoby się wyleczyć, ale koszt kuracji mógłby dorównywać rynkowej wartości Zefirka, więc, jakby to powiedzieć, większego sensu to nie ma. Do końca tego roku szkolnego powinniśmy zamienić Zefirka na coś młodszego.

Ale na co? Kupić kolejnego staruszka, żeby za dwa lata mieć ten sam problem – to też trochę kiepski pomysł. Kupić (jak kiedyś) samochód trzy- czy czteroletni – pomysł super, ale nierealny finansowo. Trzeba zatem mierzyć w środek skali.

Po dłuższych analizach doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze – żeby to miało ręce i nogi, i żeby na parę lat mieć spokój, to optymalny stosunek wieku do ceny będzie miało auto sześcio-siedmioletnie (nowsze też może być, tylko żeby było w takiej cenie…). Czyli graniczny rok produkcji to 2013.

Po drugie – przyzwyczailiśmy się do większych pojazdów, ale umówmy się: jest nas czworo i więcej raczej nie będzie. Nie potrzebujemy już samochodu wielkości Zefirka – w zupełności wystarczy nam „normalny” samochód osobowy, a ze względu na zamiłowanie do podróży niech to będzie kombi. Na co dzień żadna różnica, na długą wyprawę wakacyjną zawsze można kupić „trumnę” na dach, a ceny takich samochodów są niższe o 15 do 20 procent od ceny dowolnego vana z tego samego rocznika i z takim samym przebiegiem. Mam już nawet dwa czy trzy modele, które „by się nadały”.

Wszystko to nie zmienia faktu, że żeby to miało sens, to na samochód w takim wieku – i we w miarę dobrym stanie – trzeba wydać jakieś 20 – 25 tysięcy. Więc jak nie będzie nowej książki (…albo jakiejś wygranej w Lotto…) to nie ma o czym mówić.

***

A poza tym – bez zmian.

Bieszczady revisited…

Prawie już zapomniałem, jakie piękne są Bieszczady… Prawie już zapomniałem, ile radości daje wędrowanie przez góry, ciepło słońca na twarzy, wiatr szumiący w koronach drzew, falujące trawy i śpiew ptaków w ciszy. Tak, wiem, że to co piszę jest do obrzydliwości sentymentalne – ale zrozumcie: od sześciu lat nie byłem w górach. To znaczy: byłem / bywałem (Alpy, Pireneje, co tam chcecie…), ale tylko przejazdem, tylko podziwiając z okien samochodu, albo co najwyżej z perspektywy spokojnego spaceru doliną. Bo tak a nie inaczej się życie toczyło, bo choroby, bo dzieci, bo Piłka ze swoimi chorymi stawami chodzić po górach za bardzo nie może, więc…

Ale w końcu się udało. Chłopcy bardzo chcieli po górach połazić, Piłka postanowiła, że zostanie w domu, bo miała ochotę na parę chwil w samotności i z książką (…o, jakże ją rozumiem!). A my pojechaliśmy na tydzień w Bieszczady, razem ze znajomymi i ich trzema córkami.

Trochę się bałem, szczerze mówiąc, jak to z tymi górami będzie. Bo raz – że te sześć lat przerwy w „chodzeniu”; dwa – że (co nie jest bez znaczenia) jest mnie dziś niestety sporo więcej, niż te sześć lat temu.

Okazało się jednak, że nie było tak źle. Jasne, tempo wchodzenia pod górę miałem dużo wolniejsze niż kiedyś, częściej musiałem przystawać, żeby złapać oddech, a zanim doszedłem na górę, byłem cały mokry. Ale co z tego? Doszedłem, a kiedy już byłem na górze, spokojnie szedłem dalej. I czułem (…i to czucie przekładało się na fakty…) że mógłbym tak iść, iść, iść…

Żeby to pokazać obrazkowo: żółtym szlakiem z Wetliny na Przełęcz Orłowicza według mapy idzie się dwie godziny. Dawniej (…czyli +/- ćwierć wieku temu…) pokonywałem tę trasę w godzinę i kwadrans. Teraz szedłem pełne dwie godziny (odliczam kilka minut przestoju kiedy okazało się, że Pucek obtarł sobie piętę i trzeba było użyć plasterka). Ale kiedy doszliśmy na przełęcz, idąc dalej przez połoninę – i przez Osadzki Wierch – nie czułem się zmęczony, a kiedy doszliśmy do końca i zeszliśmy na dół, na Berehy, to JA rzuciłem propozycję, żeby z marszu iść jeszcze na Caryńską (co oznaczałoby powrót do domu mocno późnym wieczorem), a MŁODZIEŻ oznajmiła, że już dziś nie da rady 🙂

Więc chyba nie jest tak źle…

***

Drugiego dnia w Bieszczadach okazało się, że schodzi mi powietrze z lewego przedniego koła. Krótkie poszukiwania – i okazało się, że właśnie niedaleko miejsca, w którym mieszkaliśmy (kilka kilometrów) jest bodaj jedyny w tej części gór warsztat samochodowy, w którym zajmują się także wulkanizacją. Pojechałem. Poczekałem, aż pan Czesio (tak stało na tabliczce) skończy dokręcać tłumik trzem sympatycznym dziewczynom z Kielc, którym także problemy samochodowe zakłóciły wakacje. A potem pan Czesio zajął się moim kołem.

Koło – banał, jakiś gwoździk się wbił, trzeba było zlokalizować, wyciągnąć, zrobić uszczelnienie i łatkę. Czekając i rozmawiając z panem Czesiem zobaczyłem wiszącą nad drzwiami warsztatu gitarę, bardzo podobną do mojej pierwszej gitary sprzed trzydziestu pięciu lat. Zagadałem, zapytałem. Od słowa do słowa pan Czesio wyciągnął dwie inne gitary (sprawne, choć jedna była w stanie mocno zużytym) i zaczęła się rozmowa o graniu i muzyce. Pan Czesio – na oko w wieku 60+ – opowiadał, jak mając sześć lat przyjechał z Opola do Cisnej z ojcem, który dostał tu pracę. I jak w szkole stworzyli później zespół muzyczny, jak grali na lokalnych festynach… Już wyobrażałem sobie jakieś ludowo-discopolowe klimaty, kiedy pan Czesio sięgnął po gitarę i całkiem fachowo zagrał „Schody do nieba” Zeppelinów, a potem parę innych kawałków z repertuaru klasyków rocka.

I tak, czekając aż łatka w oponie się utwardzi („…chemia musi mieć czas, żeby złapać”, jak powiedział pan Czesio) siedzieliśmy na starych oponach plumkając na dwóch gitarach i dyskutując o muzycznych fascynacjach.

Takie rzeczy tylko w Bieszczadach.

***

A wieczorami wychodziłem sobie sam na boczną drogę koło domu, w którym mieszkaliśmy. Wystarczyło pójść dwieście metrów w górę – i było kompletnie, absolutnie, doskonale ciemno (19 sierpnia był nów księżyca!). I wreszcie udało mi się popróbować fotografii Drogi Mlecznej. Efekty na razie dość średnie, ale pierwsze koty za płoty…

Jubileuszowo

Tak więc mój rok jubileuszowy dobiegł końca. Bogiem a prawdą – nie bardzo wiem, jak mógłbym go podsumować. Z jednej strony – pewne sprawy posunęły się do przodu, a inne, choć się nie posunęły, to się przynajmniej wyjaśniły. Coś zacząłem, kilka sympatycznych rzeczy się wydarzyło.

Z drugiej strony… Nie wydarzyło się nic, co czyniłoby Prawdziwą Różnicę. Nie zaszła żadna Wielka Zmiana. Nie zrealizowała się żadna ze spraw, na które szczególnie liczyłem. Nie przyszedł żaden Nowy Początek.

Nie, nie czuję sie zawiedziony czy rozczarwany – to nie o to chodzi. Nie myślę życzeniowo, nie myślę magicznie. A jednak podświadomie na coś czekałem. Miałem nadzieję, że kiedy ten kolejny rok minie, coś będzie wyglądało inaczej.

Tak, mam pełną świadomość, że wyrażam się bardzo mało precyzyjnie.

***

Byliśmy nad morzem, jutro może zdążę wrzucić parę zdjeć (zabawa filtrem polaryzacyjnym dała kilka całkiem ciekawych widoczków). Byliśmy u dawno nie widzianych Przyjaciół koło Bydgoszczy. Byliśmy też w C., u cioci, oczywiście. Jeździliśmy po Górach Kaczawskich i wiemy, gdzie są najlepsze lody w Legnicy. Było całkiem miło.

Tyle, że przez te dwa tygodnie w zasadzie ani przez chwilę nie byłem sam.

***

Dziś zadzwoniła do mnie moja siostra – z życzeniami. I powiedziała, że ponieważ chwilowo nie stać ją na żadne prezenty (pandemia to kiepski czas na zmianę pracy, jak się okazuje – ale czasami tak zwany los ma takie a nie inne pomysły), to ma dla mnie prezent w innej formie. Otóż deklaruje się, że w dowolnym czasie (byle została poinformowana z sensownym wyprzedzeniem) przyjezdzie do G. i pomieszka przez tydzień z Potworami, żebym ja mógł sobie gdzieś wyjechać SAM.

O tym wyjeżdżaniu samemu już parę razy tu pisałem… Z różnych powodów (których tu wyjaśniać nie będę – kto wie, ten i tak wie) zostawienie Potworów samych na razie nie jest takie proste (nie mówię, że jest „niemożliwe” – ale właśnie że „nie jest proste”). Ale jeśli ona tu będzie – to będzie OK. I nawet nie chodzi o to, że będzie musiała coś robić – ale po prostu będzie.

Wszystko zatem wskazuje na to, że we wrześniu (a może pod koniec sierpnia? Zobaczymy…) wyskoczę sobie gdzieś sam na kilka dni. Teraz muszę jeszcze wymyśleć, dokąd.

I tak sobie myślę, że to chyba najfajniejszy prezent, jaki dostałem od dawna.

***

A moje dzieci na urodziny sprawiły mi taką oto koszulkę. Kto gra na gitarze, ten zrozumie…

Przed drogą

Lipiec. W niedzielę wyjeżdżamy nad morze – nie jestem może wielkim fanem polskiego wybrzeża Bałtyku, ale nawet cieszę się na ten czas. Chyba mam ochotę oderwać się trochę od codzienności, zwłaszcza po czasie pandemii, izolacji i tak dalej.

Na szczęście bez problemów znalazł się dog-sitter: kolega P., który w przeszłości już chyba ze trzy razy tę rolę pełnił (…w tym jeden raz z TYM psem). Zna dom, zna psa, zna kota. Będzie dobrze.

***

Za dwa tygodnie (…i dwa dni) kończy się mój prywatny Rok Jubileuszowy. Na razie – bez specjalnych fajerwerków. W niektórych sprawach jest nieco lepiej, niż rok temu, w innych – w zasadzie bez zmian. A szkoda, bo właśnie na te zmiany bardzo liczyłem.

Najtrudniej, kiedy coś jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki – i tak daleko jednocześnie.

Już Prawie Lipiec…

Czas biegnie w nieprawdopodobnym tempie. Od ostatniej notatki minęło już ponad półtora miesiąca – nie do wiary. Ale po prostu nie miałem siły: kończyłem Grubą Książkę, tłukąc po 10 stron dziennie stosunkowo niełatwego tekstu z mnóstwem nowego słownictwa (ekonomia!…), milionem tabelek, wykresów, ramek i wyjaśnień. Jednocześnie – oczywiście – robiąc wszystko to, co na co dzień (zarówno domowo, jak zawodowo).

No, ale skończyłem wreszcie. Co prawda nie jest to koniec mojej przygody z tym arcydziełem – teraz sczytuję kolejne rozdziały, które wracają do mnie po pierwszej redakcji i wykłócam się z panią redaktorką o różne drobiazgi, które jej zdaniem powinny być inaczej, a moim właśnie tak. Ale to już są drobiazgi… To były bardzo męczące trzy miesiące (a w zasadzie trzy i pół). Ale też korzyści będą dość wymierne – jest szansa, że (zwłaszcza w sytuacji pandemii…) tegoroczne wakacje zakończą się na finansowym plusie. Pierwszy raz od pięciu lat.

***

Rok szkolny się kończy. Piłka pisała egzaminy (wszystko on-line) – teraz czeka na wyniki, ale jak ją znam, to będzie OK. Pietruszka zdaje się będzie miał na świadectwie czwórkę… jedną. A poza tym same piątki i jedną szóstkę. Co – jak łatwo obliczyć – daje średnią 5,0. W liceum. Jednym z najlepszych w Polsce. No kurczę…

Pucek jak zwykle na koniec roku przypomniał, że w kwestiach szkolnych jest „słabszy” wyłącznie „w porównaniu” ze swoim zmutowanym rodzeństwem: jego średnia na koniec szóstej klasy to 4,92. Nawet, gdyby opuścić mu dwie oceny końcowe, które moim zdaniem są nieco zawyżone (…ten urok osobisty etc.…), to i tak łapałby się na biało-czerwony pasek. Naprawdę, nie mam zastrzeżeń.

***

Wakacje… Plany były takie i owakie, ale wiadomo – korona, pandemia, kryzys i dramat. Więc plany wzięły w łeb. Po raz pierwszy od bardzo dawna całe wakacje spędzimy w Polsce. W lipcu będziemy tydzień nad morzem, potem wpadniemy na dzień czy dwa do znajomych mieszkających pod Bydgoszczą, którzy zapraszają nas od pięciu lat i zawsze się jakoś nie składało. Potem pojedziemy na dwa – trzy dni do G., do cioci. Razem niecałe dwa tygodnie.

A w sierpniu jedziemy na tydzień w Bieszczady, w dodatku ze znajomymi (i ich trzema córkami). Tak, tak, Bieszczady jednak. Z uwagi na obecność progenitury nie będzie to może taka wyprawa, jak te, o których pisałem… Ale zawsze coś. Może się uda przejść przez Połoniny, może dotrzemy na Tarnicę czy Rawki. Piłka powiedziała, że „ona jeszcze nie wie, czy chce w te Bieszczady jechać” – może zostanie w domu. Trochę rozumiem: przy jej problemach zdrowotnych góry nie są dla niej atrakcją. Za długo nie połazi, w górę nie pójdzie, a siedzieć w domu może też w domu… Ano, zobaczymy. Ale mam nadzieję, że chłopaków uda mi się trochę bieszczadzkim bakcylem zarazić.

A, przy okazji: może ktoś ma ochotę wpaść do Puchatkowa na półtora tygodnia w lipcu albo na tydzień w sierpniu, żeby sobie pomieszkać pod Warszawą i powakacjować w zamian za opiekę nad Zwierzyńcem?… Zgłoszenia na priv proszę – ci, którzy ewentualnie byliby zainteresowani, to raczej adres mają 😉

***

…ale prawda jest taka, że (nie mówcie moim dzieciom, OK?) najchętniej pojechałbym w te Bieszczady sam. „Sam” mogłoby oczywiście oznaczać w miłym towarzystwie kilkorga dobrych przyjaciół – ale mogłoby także oznaczać, że SAM sam. Cała ta pandemia i domowa izolacja sprawiły, że marzę o pobyciu choć przez kilka dni jak najdalej od miejsca, w którym aktualnie przebywają moje dzieci. Też tak macie?…

Mało to realne, niestety. Ale może – może, kto wie – jak już wrócimy z tych Bieszczadów, udałoby mi się choć na dwa dni pojechać gdzieś samemu. Może moje dzieci zrobiłyby mi taki prezent na urodziny… Same nie zostaną (Pietrucha już niby pełnoletni, Piłka w grudniu skończy siedemnaście lat, ale Pucek… Ktoś by musiał z nimi zostać. Ano, zobaczymy).

***

A to, co pisałem w lipcu ubiegłego roku o Roku Jubileuszowym… Cóż, do moich urodzin został miesiąc. Na razie nic nie wskazuje, żeby coś wielkiego miało się w tym czasie wydarzyć. Żadne Drzwi Święte mi się nie otworzyły. Ba, nawet furtki żadnej nie widzę, choć w Pewnej Sprawie naprawdę jej wyglądałem i naprawdę miałem nadzieję, że się uchyli.

I trochę mi z tego powodu smutno.

Nostalgicznie…

„Długi majowy weekend” trochę mnie nostalgicznie nastroił. I nie dlatego, że pogoda kiepska, bo to akurat mi nigdy nie przeszkadzało. Chodzi o to, że kiedyś te kilka dni – czasami lekko przedłużone, jeśli akurat kalendarz się sensownie ułożył – to był czas wyjazdowy. Zawsze. Co roku. Bez wyjątków.

W czasach studenckich jeździło się albo w Tatry, albo w Bieszczady. Szczególnie te bieszczadzkie wyjazdy wspominam niezwykle ciepło. Kiedyś (kiedy nie znałem jeszcze M.) pojechaliśmy we czwórkę – z Martą N., jej narzeczonym i jej bratem. Z Baligrodu do Wetliny dojeżdżaliśmy autostopem – zabrał nas kierowca wiozący chleb z piekarni do lokalnych sklepów. Dwie godziny jazdy w oparach zapachu świeżego, jeszcze ciepłego chleba… Do dziś to pamiętam. A potem – następnego dnia – wędrowaliśmy torami bieszczadzkiej wąskotorówki (wówczas – kompletnie nieużywanymi) z Wetliny aż na Moczarne.

Albo innym razem – w większej grupie kumpelsko-przyjacielskiej, kiedy w nocy poszliśmy z Wetliny szosą w kierunku Brzegów Górnych, na Przełęcz nad Berehami – i tam całą ekipą rozłożyliśmy się na asfalcie, na środku szosy, żeby gapić się w gwiazdy (bo noc była ciepła i bezchmurna, księżyc w nowiu, a gwiazdy były takie, jakich w mieście oglądać się nie da…). I kolega Jacek z początku strasznie się denerwował (…pamiętasz, Jacku?). „Dajcie spokój, wstawajcie, leżycie na środku szosy, w nocy, coś was przejedzie!” Ale wytłumaczyliśmy mu, że jesteśmy w środku Bieszczadów, jest druga w nocy, NIC tu o tej porze nie jeździ, a nawet gdyby jechało, to leżymy na przełęczy i każdy samochód będzie widać, kiedy będzie jeszcze trzy czy cztery kilometry od nas. Więc kolega Jacek się uspokoił i podziwiał gwiazdy z nami…

Albo kiedy na środku Połoniny Wetlińskiej koleżanka A., dla przyjaciół Tygrys, po usłyszeniu pewnego kawału (zresztą, mówiąc uczciwie, takiego sobie…) dostała tak histerycznego ataku śmiechu, że nie mogła się przestać śmiać przez dobre kilka minut – i siedziała na ziemi, na środku szlaku turystycznego, wydając z siebie dziwne odgłosy, aż przechodzący turyści upewniali się, czy na pewno nie trzeba wezwać pomocy…

A teraz – izolacja, pandemia, wirus i koniec świata. Wszystko, na co można było liczyć w majowy weekend to spacer po pobliskim lasku.

Droga. Brakuje mi drogi. Wędrowania. Plecaka na plecach, kamieni pod nogami, kilku przyjaciół i tego poczucia, że za najbliższym zakrętem może czekać na nas widok, którego jeszcze nie znamy – i którego nie zapomnimy do końca życia. A w ten majowy weekend brakuje mi tego szczególnie.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Trzeba w to wierzyć.