Czytam, oglądam, słucham. Śledzę. Przez cały dzień, niemal bez przerwy. Nawet kiedy pracuję, co parę chwil rzucam okiem na wiadomości. Od mnie z domu do Kijowa – jak podają mapy G – jest trochę ponad 800 kilometrów. 10 godzin jazdy. Do Lwowa – połowa tej drogi.
Jutro rano wstanę, zjem śniadanie, mój młodszy syn pojedzie do szkoły, starszy na uczelnię. Córkę dziś odwiozłem do bursy, gdzie mieszka w tygodniu. Będę pracował, kiedy chłopcy wrócą do domu – zjemy obiad, wyjdę z psem na spacer…
A tam – nie na końcu świata, ale głupie kilkaset kilometrów stąd! – toczy się wojna. Dzieci nie chodzą do szkół, bo siedzą w schronach, albo właśnie uciekają do Polski, albo właśnie nie żyją, bo jakiś bandyta zdecydował się strzelać do uciekających cywilów. Studenci nie chodzą na zajęcia, tylko z karabinami w rękach walczą o wolność. I giną.
Nie mogę o tym spokojnie myśleć. Nie mogę. Rozbija mnie wewnętrznie koszmarna bezsilność – bo mam poczucie, że NIC nie mogę zrobić. Jasne, mogę wpłacić jakieś grosze (bo na więcej mnie nie stać) na pomoc dla uchodźców. Mogę pozbierać ubrania po moich dzieciach – pewnie się przydadzą ludziom, którzy z całego swojego życia, które zostawili za sobą, mogli zabrać tylko walizkę czy dwie. Nasz proboszcz – nie spodziewałem się – ogłosił, że w naszym domu parafialnym zamieszkają trzy rodziny z Ukrainy, kobiety z dziećmi. Zgłosił taką możliwość, pierwsza rodzina ma dotrzeć jeszcze w tym tygodniu. Pewnie będzie trzeba jakoś pomóc. W klasie Pucka właśnie przybyło troje uczniów z Ukrainy. Dwoje zna angielski – więc natychmiast znalazły się dzieciaki, które im wszystko na angielski tłumaczą. Jeden chłopiec mówi tylko po ukraińsku – ale w klasie jest uczeń, który ma mamę Ukrainkę i jest dwujęzyczny.
Ale to wszystko nic. NIC. Cały świat patrzy, jak Ukraina walczy o wolność. Kiedy czytam kolejne doniesienia, napełniają mnie na zmianę skrajne emocje. Czasami satysfakcja, że Goliat po raz kolejny dostaje w pysk. Czasami ból, kiedy słyszę o kolejnych ofiarach, zniszczonych domach, płonących miastach.
Mój straszy syn kilka dni temu skończył dwadzieścia lat. Gdybyśmy jakiś zrządzeniem losu urodzili się pięćset kilometrów na wschód, prawdopodobnie teraz walczyłby z karabinem w ręku. Jak o tym pomyślę, wzbiera we mnie uczucie, którego dawno już nie czułem. Miałem nadzieję, że udało mi się je wyrzucić z serca na dobre – a jednak w takich sytuacjach się pojawia. Tak, kiedy myślę o młodych ludziach – takich jak Pietruszka i młodszych – którzy giną (albo są zmuszani do zabijania innych) tylko dlatego, że jednemu skurwysynowi zachciało się wojny…
Zwykle nie jestem wielkim fanem kazań naszego proboszcza (nie ma w nich nic złego, ale ciężko się ich słucha…), ale to, co mówił w Środę Popielcową, bardzo mnie poruszyło (bo też widać było, że i on jest poruszony). Mówił o tym, że w takich sytuacjach – kiedy dzieją się rzeczy straszne, a jednocześnie kiedy wiemy, po której stronie jest słuszność – bardzo łatwo jest pozwolić sobie na nienawiść. Pozwolić sobie na nienawiść. A to już jest trochę klęska.
Od miesiąca zbieram się, żeby coś napisać, bo dzieje się dużo (i nawet, o dziwo nie tylko negatywnie). Dzieje się tyle, że trochę nie mam czasu / siły (niepotrzebne skreślić) siadać do (dodatkowego) pisania. Ale dziś jakoś nie mogę.
Siedem lat. Wszystko jest tak samo. Wszystko jest inaczej.
A ja Wam powiem, że moja córka, znana tu jako Piłka, właśnie dostała oficjalną informację, że się dostała na Cambridge. Przeszła wszystkie etapy rekrutacji, włącznie z dwoma „interview” (on-line na szczęście). Teraz, żeby zacząć studia, musi zrobić już tylko dwie rzeczy.
Po pierwsze – musi dostać na A-levels (brytyjska matura) co najmniej oceny A*, A, A (czyli „po naszemu” szóstkę i dwie piątki). To akurat trudne nie będzie, zważywszy, że ze wszystkich przedmiotów ma na razie prognozowane A* (szóstki).
Po drugie – i tu zaczynają się schody – musi zapłacić za pierwszy rok. 32 840 funtów. Jak podpowiada Google, po dzisiejszym kursie daje to 179 487,84 złotych. Więc jeśli nie znajdą się stypendia albo sponsorzy, to oczywiście nic z tego nie będzie…
Ale nawet jeśli nie będzie – to sam fakt dostania się na Cambridge to już jest coś. A nie licząc Cambridge Piłka dostała się także na St Andrews University (gdzie łatwiej o stypendia) i do Utrechtu (gdzie też jest uniwersytet z top 50, a to UE, więc i kredyty studenckie łatwo dostać).
Gratulację przyjmuję mailowo i telefonicznie – osobiście tylko od zaszczepionych ;-)))
Dziwne to były święta. Summa summarum ostatecznie potoczyły się (prawie) normalnie, ale był moment, kiedy wydawało się, że w tym roku nie będzie ich wcale. To znaczy: nie będzie ich u nas w domu, bo obiektywnie oczywiście Uroczystość Narodzenia Pańskiego raczej odbyłaby się jak co roku…
Tak naprawdę zaczęło się w piątek, na tydzień przed Wigilią. Coś mnie zaczęło boleć w dole pleców. Nie przejąłem się tym specjalnie, bo takie rzeczy czasami mi się zdarzają – siedząca praca, brak kondycji, wiadomo. W sobotę było nieco gorzej. W niedzielę – jeszcze gorzej, ale jeszcze rano poszedłem normalnie do kościoła, a potem nawet pojechałem na chwilę cmentarz (choć idąc alejkami już nieco utykałem). Poważny problem zaczął się w niedzielę po południu. Bolało coraz bardziej, chodzić było coraz trudniej. Wieczorem podjechałem na stację odebrać Piłkę, która wracała od kolegi – i jak wróciliśmy pod dom, miałem już poważny problem z wyjściem z samochodu.
W poniedziałek rano obudziłem się ze wszystkimi klasycznymi objawami tak zwanej rwy kulszowej. Po konsultacji z moją lekarką wziąłem ketonal, pożyczyłem od znajomych kule (bo bez nich nie bardzo byłem w stanie chodzić) i miałem nadzieję, że mi przejdzie za dzień – dwa.
Nie przeszło. Przeciwnie, mimo leków było coraz gorzej. Lekarka zaordynowała nieco mocniejsze leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, które – po kolejnych dwóch dniach – przyniosły analogiczny skutek. Zerowy. Czy raczej – de facto – ujemny, bo nadal było coraz gorzej.
Czwartek przed wigilią był ciężki. Przygotowania do świąt, zupy, choinka, prezenty – a ja byłem w zasadzie unieruchomiony, wszystko musiałem robić na siedząco (a i tak mnie bolało), co godzinę musiałem iść się na kwadrans położyć… Na szczęście Potwory stanęły na wysokości zadania: Pucek samodzielnie, za pomocą harcerskiego noża, ociosał i osadził choinkę (przywiezioną przez niezawodnego kolegę P.), Piłka (przy współudziale Pucka) zrobiła pierogi i uszka, Pietruszka w zasadzie samodzielnie posprzątał cały dom… Znajomi zrobili nam ostatnie zakupy (na szczęście większość rzeczy zdążyłem kupić wcześniej).
Kiedy w czwartek wieczorem kładłem się spać, było już naprawdę kiepsko: trudno było znaleźć tę jedną, jedyną pozycję, w której dało się zasnąć. Ostatecznie jakoś mi się to udało… Obudziłem się o drugiej w nocy i poczułem, że muszę pójść do łazienki. Wstanie z łóżka zajęło mi 10 minut (nie, to nie jest obrazowa przesada: przy łóżku mam budzik). Droga do łazienki (jakieś cztery metry) – kolejne pięć minut. Powrót – kwadrans. I to był w zasadzie koniec imprezy: udało mi się jeszcze położyć (choć każda zmiana pozycji wiązała się z dźgnięciem ostrego bólu, co było przerywnikiem w nieustającym bólu tępym…). I już nic więcej. Nie było żadnej pozycji w której ból byłby choćby na tyle mniejszy, żeby móc pomyśleć o zaśnięciu. Każda próba przesunięcia się o centymetr w łóżku bolała tak, że sama myśl o przewróceniu się na drugi bok była jak plany wyprawy na Mount Everest. Przez pół godziny usiłowałem się w ten sposób ułożyć (nie zacytuję Wam, co wtedy mówiłem, bo chyba zmienilibyście o mnie zdanie), aż doszedłem do wniosku, że nic z tego nie będzie. Postanowiłem wstać, nie do końca mając pomysł, co dalej – ale w łóżku zostać nie mogłem. Wstawanie z łóżka do pozycji siedzącej trwało kolejny kwadrans, próba stanięcia na nogi (mimo podpierania się kulami) spaliła na panewce. Siedzenie bolało tak samo, jak leżenie.
O wpół do czwartej nad ranem uznałem, że po prostu nie dam rady czekać w takim stanie do rana i – pierwszy raz w życiu – zadzwoniłem na pogotowie. Pani dyspozytorka oświeciła mnie, że pogotowie do takich przypadków nie jeździ (cóż – trzeba przyznać, że nie był to stan zagrożenia życia…), ale dała mi numer do nocnej pomocy lekarskiej w szpitalu w G., gdzie nocne wizyty domowe jak najbardziej były obsługiwane. Kolejny telefon, kolejna pani dyspozytorka, która przyjęła zgłoszenie, wszystko zanotowała i powiedziała, że oczywiście lekarz do mnie przyjedzie, ale ma jeszcze dwie wizyty przede mną. Więc będzie najdalej o ósmej rano.
Obudziłem Piłkę (bo tylko ją da się w nocy obudzić telefonem – pójście do pokoju nie wchodziło w grę), która zamknęła psa i otworzyła drzwi. I czekałem, pół siedząc, pół opierając się na kulach. Lekarz pojawił się dopiero o siódmej rano. Muszę powiedzieć, że przez te ponad trzy godziny byłem szczerze przekonany, że te święta spędzę w szpitalu. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej coś mnie tak bolało (…a próg bólu mam naprawdę dość wysoki).
Lekarz bardzo sensowny, wytłumaczył co i jak, zapytał, czy wolę leki doustne, czy w zastrzyku. A co szybciej działa? No zastrzyki, ale wielu ludzi się boi ukłucia. Serio?! Jakby mi powiedział, że konieczne jest walniecie młotkiem w kolano, żeby to przestało boleć, to też bym się zgodził…
Dostałem zatem dwie szpryce w odwłok. Lekarz przepisał mi analogiczne szpryce na kolejne dziesięć dni, dodatkowe leki przeciwbólowe („…ale takie prawdziwe, bo to, co pan kupi bez recepty, to na takie okazje jest zdecydowanie za mało!”), szczegółowo powiedział, jak je brać, a na koniec optymistycznie stwierdził, że zastrzyki powinny zacząć działać… za od pół do półtorej godziny. I poszedł, bo niby co miał robić – za rączkę mnie trzymać?…
Ostatkiem sił (już chyba głównie psychicznych) dowlokłem się z powrotem do łazienki, napuściłem sobie do wanny bardzo gorącej wody i jakimś cudem do niej wlazłem – ciepło rozluźnia mięśnie, więc trochę ulgi przynosi. Przyniosło na tyle, że przysnąłem na kwadrans. Kiedy wychodziłem z wanny, od zastrzyków minęło półtorej godziny… I nic. Ale NIC. Ani trochę lepiej. Jak podniosłem nogę, żeby wyjść z wanny, to omal się nie popłakałem z bólu. Tymczasem na szczęście zjawił się (wezwany z wanny telefonicznie) kolega P. i skoczył wykupić przepisane leki (normalnie posłałbym potwory, ale P. pojechał samochodem, więc było dużo szybciej). Dopełzłem do pokoju, wziąłem leki – i wreszcie, łącznie po dwóch i pół godziny od szprycy, ból ustąpił. NIE-SA-MO-WI-TE uczucie: w ciagu kwadransa po prostu przestało boleć! To znaczy: bolało jak się schylałem, jak zbyt gwałtownie podniosłem nogę etc., ale mogłem chodzić (z kulami) i normalnie funkcjonować. Rzadko w życiu doceniamy takie drobne przyjemności: że na przykład można siedzieć. Na krześle. I to nie boli 🙂
Wieczerza wigilijna odbyła się zatem już prawie normalnie – choć oczywiście nie wszystko było tak przygotowane, jak zwykle. Potraw mniej (choć i tak najedliśmy się po kokardy…), porządek jakby zdecydowanie mniejszy… A jak się koło północy położyłem spać to „odpadłem” chyba w dziesięć sekund: obudziła mnie telefonem znajoma, która jest pielęgniarką i przyjechała mi zrobić zastrzyki. Była dziewiąta rano.
No i teraz codziennie (do 3 stycznia) mam dostawać szprycę w odwłok, biorę leki, więc funkcjonuję w miarę normalnie (choć bez kul po schodach nie mam jeszcze odwagi zejść). Całą lewą nogę mam lekko osłabioną, jakby nieco zdrętwiałą („…tak, to klasyczny objaw” – potwierdziła moja lekarka). Czasami trochę pobolewa, muszę uważać przy schylaniu się, chodzić ostrożnie, nie forsować.
Co dalej? Jak już przejdzie do końca, to trzeba by pójść do jakiegoś rehabilitanta, żeby pokazał ćwiczenia, które potem trzeba robić (żeby nie wróciło). A potem umówić się na wizytę kontrolną do neurologa. Który pewnie zleci jakąś tomografię na wszelki wypadek. Chyba, żeby po trzech tygodniach dalej nie przeszło – wtedy trzeba od razu na badania obrazowe. No.
W porządku, tak też zrobię. Tylko niech już nie wróci taki stan jak w nocy z czwartku na piątek. Przyznam, że to było jedno z najpaskudniejszych doświadczeń w życiu.
***
No i kurczę blade: trzeci rok z rzędu (choć za każdym razem z innych przyczyn) nie byłem na Pasterce. Nie byłem też w kościele w pierwszy ani drugi dzień Świąt. Ciekawe, czy do Nowego Roku dam już radę…
Wczoraj moja córka skończyła osiemnaście lat. Ja wiem, że to do bólu banalne stwierdzenie, ale to naprawdę aż nie do wiary: kiedy zdążyło minąć tyle czasu? Osiemnaście lat, serio?!
Piłka kończy w tym roku (szkolnym) szkołę średnią. Ma już w zasadzie zaklepane miejsce na St Andrews University. Miała już „interview” na Cambridge (wyniki będą w styczniu). A gdyby nawet okazało się, że na żadnej z tych uczelni nie będzie w stanie studiować z powodów finansowych (bo to by wymagało znalezienia stypendiów / sponsorów, co po brexicie nie jest takie proste) – to jest już w zasadzie przyjęta na dwa świetne uniwersytety w Holandii (Groningen i Utrecht). Tylko wybierać. Połączenie inteligencji, niesamowitej pracowitości, wielkiej ambicji – ale też (o czym już kiedyś pisałem) takiego przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych, że „sky is the limit”.
Sto lat.
***
Ogrzewam dom gazem. Piec jest nowoczesny, instalacja też, dom jest ocieplony. Rachunek za gaz przychodzi do nas co drugi miesiąc. Luty / kwiecień / czerwiec / sierpień / październik / grudzień.
Ten grudniowy jest pierwszym po lecie wyższym rachunkiem – bo od przełomu października i listopada w domu zaczyna się już dość regularnie grzać. Ale ponieważ w październiku jeszcze się prawie nie grzeje (na chłodne dni jest kominek), a w listopadzie też jeszcze nie na pełny gwizdek, to ten grudniowy rachunek nie jest jeszcze tak wysoki, jak lutowy (po pełnych dwóch miesiącach normalnego ogrzewania).
Zwykle grudniowy rachunek za gaz wynosił – w zależności od tego, jak chłodna była jesień – od 450 do 550 złotych. Ponieważ w tym roku jesień była chłodna, a ceny gazu już trochę poszły w górę, zakładałem, że tym razem będzie to około 600 złotych, może ciut więcej.
Okazałem się optymistą: rachunek opiewa na 750 złotych. A przecież ta „prawdziwa” podwyżka cen gazu dopiero przed nami: od stycznia ceny mają wzrosnąć o ponad 50%.
A to oznacza, że rachunek lutowy (czyli za gaz zużyty w grudniu i styczniu, plus opłaty przesyłowe i tak dalej), który zwykle wynosił około 1500 złotych, teraz wyniesie zapewne co najmniej 2500. A może więcej.
Przynaglony pytaniami spieszę wszystkich uspokoić: nic mi nie jest, nie piszę nie dlatego, że umarłem, tylko dlatego, że nie mam czasu. Ale mi się zbiera, więc pewnie na dniach coś napiszę. A teraz tylko krótko i w punktach:
Mój covid w zasadzie skończył się, zanim się zaczął. Całe moje chorowanie sprowadziło się do półtora dnia podwyższonej temperatury, dwóch dni lekkiego bólu głowy i zatok i czterech – pięciu dni podrażnionego gardła. Węch zaczął mi wracać już po trzech dniach. W piątek dostałem wynik testu, a już w poniedziałek w zasadzie ten wynik był jedynym objawem choroby… Oczywiście karnie siedziałem w domu do następnej niedzieli, uczciwe dziesięć dni.
„W międzyczasie” natomiast zdarzyło się coś na płaszczyźnie zawodowej… Pewnie o tym parę słów napiszę, ale jeszcze nie teraz. W dużym skrócie – ci Amerykanie, co to się pojawili w lipcu, a potem na jakiś czas zniknęli, w listopadzie wrócili. I nawet się ucieszyłem, bo płacili dobrze i płacili szybko, co w tej branży niestety nie jest częste… No i właśnie współpraca z nimi się skończyła. I to ja im podziękowałem – czy raczej oznajmiłem, że nie widzę możliwości dalszej współpracy. Po prostu nie mogłem postąpić inaczej… Co nie zmienia faktu, że w związku z tym finansowo jestem jeszcze głębiej w czarnej… dziurze niż wcześniej. Rzecz prosta, mój niezniszczalny i nieuleczalny optymizm każe mi do poprzedniego zdania dodać „…chwilowo” – ale to „chwilowo” jest oczywiście właśnie w grudniu. Święta? Jakie święta…?
W środę byłem w Warszawie – musiałem sto spraw załatwić. Od rana mnie trochę głowa bolała, ale nie na tyle, żebym się tym przejął: trudno, zdarza się.
Kiedy wieczorem wróciłem do domu czułem się już dość kiepsko. Zmierzyłem temperaturę – 37,9. Ból głowy (nieprzesadny), zatkane zatoki… Ot, przeziębienie / grypka. Wziąłem aspirynę i poszedłem spać.
Następnego dnia już lepiej, jeszcze trochę zatoki, 37,4… Ale nagle zauważyłem, że kompletnie nie czuję zapachu. Nie mogłem uwierzyć: poszedłem do łazienki, spryskałem sobie rękę wodą kolońską… i nic. Zero. Jakby to była woda z kranu 🙂
No więc telefon do lekarki (i znajomej przy okazji), skierowanie na test. Test typu „drive thru”, jak w MacDonaldzie… No i dziś mam wynik. Pozytywny (co w tej sytuacji jest wiadomością raczej negatywną).
Tak więc, ladies and gentlemen, oficjalnie mam covid-19 (…i mam na to papiery!). Przede mną co najmniej dziesięć dni izolacji w domu (oszaleję!).
A najlepsze, że w gruncie rzeczy nic mi nie jest. Dziś (piątek) czuję się już prawie normalnie, głowa nie boli, zatoki jeszcze trochę, ale bez przesady, gorączki już nie mam. Lekko zadrażnione gardło i lekkie osłabienie – i to w zasadzie wszystko. Zdarza mi się zakaszleć, czy raczej „odkaszlnąć” (raz na godzinę?). Jestem zaszczepiony, więc ryzyko poważniejszych powikłań jest bardzo niewielkie, a na razie wszystko wskazuje na to, że nic złego się nie dzieje.
Ale za to potem… Jako osoba zaszczepiona i JEDNOCZEŚNIE tzw. „ozdrowieniec” będę miał podwójną odporność. Będę po prostu niezniszczalny!
(Jasne, wiem, że to tak nie działa, jaja sobie robię 😉
P.S.
Muszę coś dopisać, bo mnie natchnęła Cytryna. Założenie, że osoby zaszczepione są „z automatu” zwolnione z kwarantanny / izolacji jest CIĘŻKIM IDIOTYZMEM. Czy to ma być „nagroda za to, że się ktoś zaszczepił”?
Jestem chory (oficjalnie, mam wynik testu). Moi dwaj synowie teoretycznie – zgodnie z obowiązującymi przepisami – jako zaszczepieni nie muszą pozostawać w domu, mogą spokojnie iść do szkoły! A przecież, do licha, mogą to paskudztwo z domu zanieść do tej szkoły i kogoś zarazić – bo, jak wiadomo, zaszczepienie wprawdzie zmniejsza nieco ryzyko transmisji, ale go nie eliminuje.
Kto to wymyślił?! Pietruszka i tak od wczoraj siedzi w domu „na zdalnym”, bo jego wydział miał za dużo przypadków. Ale Pucek – w teorii – mógłby spokojnie chodzić do szkoły. Czego oczywiście nie zrobi (jak powiedziała moja koleżanka / lekarka, „zostawienie go przez ten czas w domu to kwestia minimum odpowiedzialności za innych”).
Czyli tak: mój syn ma prawo chodzić do szkoły – mimo że jest oczywiste, że może w ten sposób przenosić wirusa i zakażać innych. Ja za to nie mam prawa wieczorem wyjść na spacer z psem – mimo że idę na pola, gdzie o tej porze nie spotkam żywego ducha i nie mam szans kogokolwiek narazić. Bo nie. Pardon my French, ale:
Wieczór, ciemno, poszedłem z psem na wieczorny spacer. Traf chciał, że zamiast zwykłej trasy „dookoła osiedla” zdecydowałem się pójść do parku, który zaczyna się za ulicą ograniczającą nasze osiedle od północy. Pogoda ładna, ciepło, Lucek w parku dawno nie był (…a lubi). No to ruszamy. Potworom się nie chciało, szedłem sam, więc słuchawki na uszach, w słuchawkach muzyka…
Przechodzę przez ulicę – na trawniku przy alejce „wchodzącej” do parku ktoś leży. Mężczyzna. Leży w pozycji embrionalnej, nie rusza się. Jest ciemno, robi się zimno. Podchodzę, pies na krótkiej smyczy. Młody chłopak – siedemnaście-dwadzieścia lat. Próbuję potrząsnąć, poruszyć, pytam go, co się stało – zero reakcji. Dotykam policzka – zimny. Przez moment myślałem, że nie żyje – ale nie, ruszył się, podniósł, usiadł… Ale dalej zero kontaktu, nic nie mówi, nie podnosi głowy, nie patrzy (więc nie mogę nawet mu w oczy spojrzeć). Za chwilę podnosi się na nogi – ale po przejściu kilku kroków z powrotem ciężko siada na ziemi, obejmując rosnące tam drzewko.
No więc dzwonię na 112. Pani dyspozytorka wypytuje, więc tłumaczę: nie wiem, co mu jest, żyje, ale kontaktu z nim nie ma, alkoholu nie czuję (a w każdym razie nie na tyle, żeby to mogło tłumaczyć takie objawy). Narkotyki? Niewykluczone, skąd mam wiedzieć? Ale widać – podkreślam to głośno i dobitnie – że jest z nim coś bardzo nie tak. Może być pijany? No może, ale nie wygląda na aż tak pijanego, żeby aż tak nie kontaktować. A może jest naćpany. Albo ma udar, cholera wie. Pani decyduje, że przyśle policję.
Panowie niebiescy zjawiają się po kilku minutach. Mówię, co i jak, wskazuję człowieka i czekam. Próbują z nim rozmawiać, podnoszą go, widzę, ze wyciągają mu z kieszeni dokumenty – chłopak niby stoi (podtrzymywany), ale nie reaguje. Trwa to kilka minut, w końcu chcę podejść i powiedzieć, że moim zdaniem powinien go zobaczyć lekarz – ale nie zdążam, bo panowie niebiescy na szczęście podejmują decyzję, że trzeba go zabrać. Nie wiem, czy zawieźli go do szpitala, czy do domu, ale w każdym razie w parku nie został.
Ale…
Alejka przy wejściu do parku. Siódma wieczorem. W parku sporo ludzi, jakieś halloweenowe imprezy się toczą. Grupy dzieciaków (starszych i młodszych) chodzą poprzebierane i zbierają cukierki. Na ławce po drugiej stronie alejki (nie wiem – dwadzieścia metrów dalej?) siedzi grupka młodzieży w wieku podobnym do tego biedaka. I co, naprawdę nikt go nie zauważył? Przez te kilka minut, kiedy czekałem na policję, alejką obok przeszło kilkanaście osób. Stałem kilka metrów dalej, z psem, nikt nie wiedział, że czekam na wezwaną pomoc. Widziałem, jak ludzie patrzyli na niego. I szli dalej.