People, help the people…

Wieczór, ciemno, poszedłem z psem na wieczorny spacer. Traf chciał, że zamiast zwykłej trasy „dookoła osiedla” zdecydowałem się pójść do parku, który zaczyna się za ulicą ograniczającą nasze osiedle od północy. Pogoda ładna, ciepło, Lucek w parku dawno nie był (…a lubi). No to ruszamy. Potworom się nie chciało, szedłem sam, więc słuchawki na uszach, w słuchawkach muzyka…

Przechodzę przez ulicę – na trawniku przy alejce „wchodzącej” do parku ktoś leży. Mężczyzna. Leży w pozycji embrionalnej, nie rusza się. Jest ciemno, robi się zimno. Podchodzę, pies na krótkiej smyczy. Młody chłopak – siedemnaście-dwadzieścia lat. Próbuję potrząsnąć, poruszyć, pytam go, co się stało – zero reakcji. Dotykam policzka – zimny. Przez moment myślałem, że nie żyje – ale nie, ruszył się, podniósł, usiadł… Ale dalej zero kontaktu, nic nie mówi, nie podnosi głowy, nie patrzy (więc nie mogę nawet mu w oczy spojrzeć). Za chwilę podnosi się na nogi – ale po przejściu kilku kroków z powrotem ciężko siada na ziemi, obejmując rosnące tam drzewko.

No więc dzwonię na 112. Pani dyspozytorka wypytuje, więc tłumaczę: nie wiem, co mu jest, żyje, ale kontaktu z nim nie ma, alkoholu nie czuję (a w każdym razie nie na tyle, żeby to mogło tłumaczyć takie objawy). Narkotyki? Niewykluczone, skąd mam wiedzieć? Ale widać – podkreślam to głośno i dobitnie – że jest z nim coś bardzo nie tak. Może być pijany? No może, ale nie wygląda na aż tak pijanego, żeby aż tak nie kontaktować. A może jest naćpany. Albo ma udar, cholera wie. Pani decyduje, że przyśle policję.

Panowie niebiescy zjawiają się po kilku minutach. Mówię, co i jak, wskazuję człowieka i czekam. Próbują z nim rozmawiać, podnoszą go, widzę, ze wyciągają mu z kieszeni dokumenty – chłopak niby stoi (podtrzymywany), ale nie reaguje. Trwa to kilka minut, w końcu chcę podejść i powiedzieć, że moim zdaniem powinien go zobaczyć lekarz – ale nie zdążam, bo panowie niebiescy na szczęście podejmują decyzję, że trzeba go zabrać. Nie wiem, czy zawieźli go do szpitala, czy do domu, ale w każdym razie w parku nie został.

Ale…

Alejka przy wejściu do parku. Siódma wieczorem. W parku sporo ludzi, jakieś halloweenowe imprezy się toczą. Grupy dzieciaków (starszych i młodszych) chodzą poprzebierane i zbierają cukierki. Na ławce po drugiej stronie alejki (nie wiem – dwadzieścia metrów dalej?) siedzi grupka młodzieży w wieku podobnym do tego biedaka. I co, naprawdę nikt go nie zauważył? Przez te kilka minut, kiedy czekałem na policję, alejką obok przeszło kilkanaście osób. Stałem kilka metrów dalej, z psem, nikt nie wiedział, że czekam na wezwaną pomoc. Widziałem, jak ludzie patrzyli na niego. I szli dalej.

Jedna myśl na temat “People, help the people…

  1. Byłem, widziałem podobne sytuacje. Pijaczek z rozbitym łbem 60 m od szpitala po 40 min oczekiwania na karetkę i/lub straż miejską sam odprowadziłem do domu bełkoczącego. Bezdomny pod krzaczkiem w listopadową noc po 30 min oczekiwania patrol policji, współczułem chłopakom bo poziom znieczulenia i zapach bijący od osobnika był przytłaczający. Kolega za to uratował życie starszej pani w śpiączce cukrzycowej. Tez pochylił się jako jedyny.
    I chciałbym potępiać obojętność ale osobiste ryzyko (krew, płynu ustrojowe, agresja) sprawia że często wybór obojętności jest wyborem racjonalnym i bezpiecznym.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s