Pandemia, dzień… kolejny

Naprawdę nie jesteśmy w złej sytuacji. Nawet wśród moich bliskich znajomych są ludzie, dla których to, co się teraz dzieje, jest dużo większym problemem. Bo nagle mniej zarabiają. Bo w ogóle nie są pewni, czy za chwile nie stracą pracy. Bo nawet jeśli materialnie jakoś sobie radzą (albo więcej niż radzą), to mieszkają w bloku czy kamienicy i czują się trochę jak w więzieniu. Bo mają małe dzieci, przy których zdalna praca (zwłaszcza w niewielkim mieszkaniu w bloku) jest bardzo trudna.

W moim przypadku – przynajmniej na razie – nie wygląda na to, żeby w najbliższym czasie brakowało roboty. Praca w domu to dla mnie norma, a momentami jest mi wręcz łatwiej, bo rzadziej muszę odrywać się od pracy: nie jeżdżę odbierać Potworów z pociągów i kolejek, na zakupy jadę raz w tygodniu… Mieszkamy w domku, który wprawdzie jeśli chodzi o powierzchnię mieszkalną wielki nie jest (…paru moich znajomych ma większe mieszkania…), ale jednak każdy ma w nim swój pokój, co w sytuacji przebywania pod jednym dachem 24/7 naprawdę ma duże znaczenie. Mamy ogródek, mały co prawda i – uczciwie mówiąc – dość zapuszczony, bo jakoś nie mam ostatnio pary, żeby się nim zajmować, ale jednak nawet przy ekstremalnych ograniczeniach możemy wyjść na dwór. No i mamy Lucjusza, który ostatnio zyskał sobie przydomek „Przepustka”, bo umożliwia wyjście na spacer o każdej porze dnia i nocy (gdyby się chciało). Pies jest bardzo zadowolony, bo spacerów ma więcej niż zwykle – i czas pojedynczego spaceru znacząco się wydłużył…

Największym problemem (dla mnie) jest to, że na co dzień naprawdę bardzo trudno o choćby chwilę tylko dla siebie. O chwilę na pomyślenie, wyciszenie się, refleksję. Albo siedzę nad pracą (usiłując zmieścić się w terminie z książką i robiąc wszystko to, co poza nią…), albo wychodzę ze swojego pokoju – i wtedy natychmiast ktoś coś ode mnie chce.

A że wszyscy mają już tej sytuacji trochę dość, to znacznie łatwiej o wybuchy, nerwy, konflikty, tarcia, zgrzyty i zderzenia. Czyli o sytuacje, w których to ja muszę interweniować i dbać o to, żeby krew się nie polała. Czyli sytuacje, w których to ja – rzecz prosta – ostatecznie dostaję emocjonalnie po głowie najbardziej.

A dookoła wiosna. Cała przyroda ma w nosie ograniczenia, wirusa i pandemię – i żyje własnym, normalnym rytmem. Dziś, kiedy szliśmy z Luckiem na spacer – przedzierając się przez chaszcze nad rzeczką Rokicianką, która płynie zaraz za naszym osiedlem – w najmniej spodziewanym miejscu trafiliśmy na stojącego w bajorku bociana. wyszliśmy zza krzaków i zakrętu na tyle niespodziewanie, że ptaszysko nawet nie zdążyło się przestraszyć, a Lucek (na smyczy) był tak zdziwiony, że nawet nie szczeknął. I staliśmy tak przez dobrą minutę, z jednej strony wielki, czarno-biały ptak, z drugiej Trzech Panów Na Piechotę (Nie Licząc Psa), bo Piłka została w domu. Dzieliło nas może cztery czy pięć metrów. W końcu bociek zreflektował się, przypomniał sobie, że dwunogom ufać nie można (a czworonogom pewnie jeszcze bardziej), machnął wielkimi skrzydłami i odleciał. Jak gdyby nigdy nic.

To, jednak, pocieszające.

2 myśli na temat “Pandemia, dzień… kolejny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s