Step by Step…

Izolacja mnie męczy. Codzienność staje się jeszcze bardziej monotonna i przewidywalna. Wstaję rano, wychodzę z psem, siadam do pracy. Siedzę przy niej do wczesnego popołudnia. Wychodzę z psem. Robię obiad. Jemy obiad. Wracam do pracy. Robi się wieczór. Wychodzimy z psem (albo wszyscy, albo część). Da capo al fine.

Piłka ma swoje lekcje on-line, pisze kolejne eseje, zastanawia się nad wyborem A-levels. Pietruszka też ma lekcje, potem długo siedzi nad zadaniami, narzeka, że dużo im zadają („narzekam więc jestem”). Pucek trochę marudzi, trochę już wszedł w rytm tej izolacji. Przydałby mu się nowy komputer (stary laptop po starszym bracie już się naprawdę sypie…), ale o tym realnie będzie można pomyśleć dopiero za jakiś czas.

A ja? Wstaję rano. Wychodzę z psem. Siadam do pracy…

Brakuje mi przestrzeni. Wczoraj (w niedzielę) korzystając z łaskawości Niemiłościwie Nam Panujących, którzy raczyli otworzyć lasy, pojechaliśmy do Puszczy Kampinoskiej. Piłka została w domu, ale ja doszedłem do wniosku, że muszę chłopaków przegonić po lesie, bo inaczej wszyscy zwariujemy. Po złożeniu dwóch z trzech tylnych siedzeń okazało się, że do naszego Zefirka zmieszczą się trzy osoby i trzy rowery (rowerom trzeba było tylko zdjąć przednie koła, osoby weszły bez odkręcania czegokolwiek). Pojechaliśmy do Górek Kampinoskich i zrobiliśmy jakieś dwadzieścia kilometrów po puszczy. Trochę łagodnych ścieżek, trochę piachu, parę stromych podjazdów, parę szalonych zjazdów… Zajęło nam to jakieś trzy i pół godziny. Las, zieleń, cisza, nieprawdopodobny śpiew ptaków. Pierwszy raz od jakiegoś czasu naprawdę poczułem, że żyję.

Ratuje mnie (tak po ludzku) pisanie (i tu, i tam). I muzyka – nawet jeśli czasu na nią niewiele. Ale dziś na przykład na wieczorny spacer z psem poszedłem sam (…no, to znaczy sam z psem), bo Potwory akurat nie były zainteresowane. I chodziłem sobie sam (…z psem) w ciemności (…z latarniami), po pustym parku, a Norah Jones ciepłym głosem śpiewała mi w słuchawkach (bo tak mnie akurat naszło). Pół godziny sam na sam z muzyką i własnymi myślami. Kto w czasach izolacji ma dzieci w domu, ten wie, jaka to łaska…

***

Ale zdarzają się w całym tym koszmarze chwile naprawdę pozytywne. Ot, spora grupa muzyków (dokładnie – jeśli wierzyć nagłówkom – 141 muzyków, 5 kotów i jedna papuga…) zebrała się razem, żeby on-line, pozostając w domach (oczywiście) wspólnie nagrać absolutnie odjechany kawałek.

I jedno, że kawałek irlandzki (co, jak wiadomo, dla mnie samo w sobie jest już plusem) – ale drugie, że zrobili to razem, siedząc we własnych domach w 141 miejscach, w kilkunastu (albo kilkudziesięciu, nie liczyłem) krajach świata. Wzięła w tym udział całkiem spor grupka Polaków, ale też Brytyjczycy, Amerykanie, Irlandczycy (rzecz prosta), Australijczycy, Kanadyjczycy, Malezyjczycy, Filipińczycy…

Powiem tak: to jest chyba najbardziej zakręcona i pozytywna rzecz, jaką widziałem (…słyszałem…) od początku tej całej wirusowej zabawy. Zobaczcie sami:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s