Mruczanka zrezygnowana

Przerwa w pisaniu była kilkudniowa – nie dało się po prostu. Bo najpierw była Łódź, potem intensywny weekend, a przedtem i potem pwb (zaraz wyjaśnię).

Po kolei.

1. „Pwb.” – to prosty skrótowiec zwrotu używanego w pewnych sytuacjach (w jakich – za chwilę) przez mojego Wielce Szanownego Teścia. Rozwinięcie brzmi „pożar w burdelu”. Brutalne, ale niezwykle celne w sytuacjach takich, jak od mniej więcej tygodnia dzieje się w Wielce Profesjonalnej I Niezwykle Biznesowej Firmie B., w której mam szczęście (niewątpliwe) pracować.

No bo – w dużym skrócie – wygląda to tak, że kiedy z firmy odszedł (do „wyższych rzeczy”) dyrektor wydawniczy, to okazało się – poniewczasie – że był JEDYNYM człowiekiem w B. mającym jakie takie pojęcie o procesie wydawniczym. R. (tak się nazywał) był wymagający do upierdliwości (pardon), ale był fachowcem i dbał o swój dział (i jego pracowników). Po jego odejściu wszystko zaczęło się walić, bez przerwy są opóźnienia, wszystko robi się „na ostatnią chwilę”, w dodatku prezesi zwolnili jedynego (!!!) w B. fotoedytora, wychodząc z założenia, że dziennikarze świetnie sobie poradzą z wyszukiwaniem (lub robieniem) zdjęć. Efekt – pisząc pięć tekstów jednocześnie (bo wcześniej się nie dało, bo planowanie numeru listopadowego odbyło się w połowie października, bo, bo, bo…) musiałem jeszcze ściągać zdjęcia i tracić czas na ich szukanie w Internecie lub wyżebrywanie od firm i ludzi, o których pisałem. Wszyscy chodzili wkurzeni, żarli się, kłócili, biedny Włodzio (szef mój bezpośredni) mało zawału nie dostał… Szopka. Kompletny brak profesjonalizmu. A najgorsze, że z następnym numerem będzie tak samo (opóźnienia się kumulują, jak wiadomo…) – teraz przed nami długi weekend, wracamy do pracy 15 listopada – i co? Ta-daammm! Znowu mamy połowę miesiąca… Cała pociecha w tym, że to już chyba niedługo.

2. Łódź… W Łodzi byłem służbowo, na pewnej konferencji, w czwartek. Poza ładnie odnowioną Piotrkowską – miasto jest szare, ponure… Nawet nie brudne czy zaniedbane, ale po prostu smutne. Atmosfera beznadziei. Przeszedłem się – w wolnej chwili – Piotrkowską, szukając kamienicy, która przed wojną była własnością mojej babci. Nie znalazłem (i nic dziwnego, zważywszy, że nie znałem adresu…). Cała rodzina babci (rodzina żydowska) zginęła w Oświęcimiu. Czyli – obecnie jedyni spadkobiercy kamienicy to (w kolejności) mój Tata, potem ja i moja przyrodnia siostra. Duża (podobno) ładna kamienica, w znakomitym punkcie… Ale Tata absolutnie nie zgadza się na jakiekolwiek działania w tej sprawie. I chyba ma rację – może nawet udałoby się cos od miasta uzyskać – ale co z tego? Natychmiast podniosłyby się głosy, że „Żydzi przychodzą zabierać…”. W takim świecie żyjemy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s