Step By Step

Zmęczony jestem. Książka się tłumaczy. Ostatnio jakby szybciej – nie wiem, czy nabrałem rozpędu, czy po prostu te kolejne rozdziały są nieco prostsze… Ale tak czy owak mam lekkie opóźnienie. Więc długi, majowy weekend spędzam na upojnym klepaniu w klawisze. Szlag by.

Za to w sobotę byłem na koncercie. Znajomy mnie zaprosił – miał trzy bilety, ale zapomniał, że córka ma na dniach maturę i się uczy. Więc spytał, czy nie chciałbym z nim pojechać. Chciałem. Z G. do Gdańska jest 390 kilometrów (najszybszą trasą, nie najkrótszą). Jak się wyjedzie o piętnastej, to się spokojnie zdąży na dwudziestą na koncert – i już koło 3 nad ranem jest się z powrotem w domu. „Jak za studenckich czasów”. Trochę miałem wyrzutów sumienia, że całe jedno popołudnie bez pracy… Ale pomyślałem, że raz można. Kiedy ja ostatni raz gdzieś byłem bez Potworów…?

Starsze Potwory zostały w domu („Oooo, wolna chata!” – ucieszył się Pietruszka). Pucek nocował u kolegi i też był tym faktem zachwycony.

A ja pojechałem do Gdańska, na koncert Hansa Zimmera. Muzyka piękna, ale też sama oprawa niezwykle efektowna. Światła, wizualizacje nawiązujące do tytułów filmów… Sam Zimmer grał na pianinie i gitarze. Do tego kilkunastu muzyków „małego zespołu” (gitary, basy, saksofony, cztery (!) duże zestawy perkusyjne – począwszy od typowego „rockowego”, poprzez różne marimby, ksylofony i dzwony rurowe, skończywszy na wielkich kotłach orkiestrowych). Do tego orkiestra symfoniczna (no dobrze, nie cała – smyczki i dęte) i chór.

Jedna wada (aż mi się przypomniał koncert Lauriego sprzed dwóch lat, zresztą kolega też był ten sam) – nagłośnienie. Odnoszę wrażenie, że inżynierowie dźwięku domyślnie ustawiają wszystkie koncerty (i imprezy plenerowe niestety też) tak, jakby główną grupą docelową byli ludzie, którzy od dwudziestu lat słuchają zbyt głośnej muzyki przez słuchawki i mają przytępiony słuch. Wszystko przesterowane, przy czym bas i perkusja – bardziej, niż reszta. Przy kawałkach bardziej orkiestrowych było OK (choć nieco za głośno), ale tam, gdzie klimat był bardziej rockowy, musiałem zatykać lekko uszy, żeby w ogóle słyszeć linię instrumentów czy chór. Bo inaczej słychać było wyłącznie perkusję z basem w tle…

 

Ściana? Znowu?…

Czasami jest tak, że po prostu nic nie działa. Że w którą stronę się człowiek nie obróci, trafia na ścianę. Wszystko pod górkę, wszystko nie tak. Jak już się jakieś okienko wydaje otwierać – to i tak się okazuje, że prowadzi do nikąd. Ja nie potrafię siedzieć i czekać – więc próbuję, kombinuję, wymyślam kolejne rozwiązania, robię nieustanną burzę mózgów (czy raczej – burzę mózgu).

I nic. Każde rozwiązanie okazuje się chybione. Każda decyzja – błędna. Im bardziej jakiś pomysł wydaje się logiczny i spójny – tym bardziej bierze w łeb. Tam, gdzie szukało się rozwiązania – trafia się na kolejny problem, który dodaje się do pozostałych (jakby ich było mało).

I to cholerne poczucie, że jestem z tym wszystkim sam, że sam muszę sobie z tym jakoś radzić. I że nie mogę pozwolić na to, żeby moje dzieci poczuły to obciążenie.

Jasne, i tak je czują (dzieci zawsze wiedzą i czują więcej, niż nam się wydaje – nauczyłem się tego już dawno…). Ale to JA muszę je przez to wszystko przenieść. Muszą czuć, że mają oparcie – zwłaszcza teraz, kiedy część ich świata i tak się już zawaliła. Więc nie, nie mogę sobie pozwolić na chwile słabości. Bo oni mają tylko mnie.

Więc sobie nie pozwalam. Dobrze, że nie jestem typem depresyjnym… Bo pewnie już bym się załamał. A tak to tylko sobie czasami pomarudzę i idę dalej. Do kolejnej ściany.

Hello darkness, my old friend, I’ve come to talk with you again…

 

Bez wyjścia

Rzadko ostatnio piszę… Trochę nie mam czasu, trochę nie mam siły. Książka się tłumaczy – wolniej, niż powinna… – a jeszcze jakieś inne drobiazgi, które są drobiazgami jeśli chodzi o wymiar, ale nie zawsze jeśli chodzi o ilość czasu, który trzeba na nie poświęcić.

Siedzę zatem i piszę. I ciągle mam wrażenie, że za mało, że nie zdążę. Że powinienem więcej.

A jednocześnie stukając w klawiaturę cały czas jednym uchem słyszę odgłosy dochodzące z dużego pokoju. I niestety często jest to dźwięk włączonego telewizora. Pucek siedzi i ogląda kreskówki. Ogląda ich za dużo. Tak, wiem, że inne dzieci oglądają znacznie więcej, że średnia w Polsce… I tak dalej. Ale co z tego. Powinienem spędzać z nim więcej czasu. Ze starszakami też, oczywiście. Ale starszaki już trochę zajmują się sobą, odrabiają lekcje, czytają, śpiewają… A on? Nie ma w domu towarzystwa w swoim wieku, a nie zawsze można pójść do koleżanki Hanki czy któregoś z kolegów. Jasne, są gry, są klocki… Ale co to za przyjemność bawić się nimi samemu?

Powinienem się nim zająć. Powinienem zadbać o to, żeby tę godzinę czy półtorej spędzał na zabawie ze mną, a nie przed telewizorem. Ale nie mogę – bo muszę pracować. Muszę, bo trzeba mieć za co żyć i tak dalej. „Nie, żeby mi się chciało”, cytując klasyków… Po prostu muszę utrzymać cały ten interes.

Więc stukam w klawisze tłumacząc kolejne (mniejsze lub większe) bzdury i cały czas myśląc, że to wszystko nie tak powinno być. Ale co mam zrobić?

Jestem sam. Muszę pracować, żeby ich utrzymać. Muszę też być przy nich, kiedy mnie potrzebują. Tylko kompletnie nie wiem, jak jedno z drugim pogodzić. Jeśli spędzę z Puckiem tyle czasu, ile bym chciał – tyle, ile on potrzebuje – to nie zdążę z tłumaczeniami i nie będziemy mieli za co żyć. Jeśli mam zdążyć – to muszę pracować tyle, ile pracuję (a w zasadzie powinienem nawet trochę więcej, tylko nie mam kiedy, bo jeszcze zakupy, obiad, bo jeszcze lekcje trzeba odrobić). A to znaczy, że Pucek będzie siedział przed telewizorem i oglądał kreskówki.

Sytuacja bez wyjścia.

Za parę lat byłoby łatwiej. Jak Pucek będzie starszy, jak pójdzie do gimnazjum… Jasne. Ale teraz jest teraz, a nie za parę lat. I moje dziecko mnie potrzebuje. Moje dzieci mnie potrzebują. A zamiast mnie mają telewizor, bo ja muszę siedzieć i tłumaczyć bzdety, żeby one miały co jeść i w co się ubierać.

Tak, wiem, że mogłoby być dużo gorzej. Mógłbym pracować „nine to five”, być cały dzień poza domem, widywać się z nimi tylko wieczorami i tak dalej. Jasne, zawsze może być gorzej.

Ale kiedy siedzę i słyszę zza ściany kolejny odcinek „Fineasza i Ferba” (na przykład), to chce mi się krzyczeć.

Czasami naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie wiem. Boję się, że za parę lat oni już się tak oddalą, że… Boję się, że Pucek ucierpi na tym najbardziej. Że to się tak czy inaczej odbije na jego życiu. Że jakby mało było tego, że stracił Mamę, to jeszcze tata nie ma dla niego czasu, bo siedzi i pracuje.

Tylko jakie, do cholery, tata ma wyjście…?

Jakby ktoś wiedział, jakie cyferki wypadną w Lotto w najbliższym czasie, to niech się zgłosi. Jakoś się dogadamy…

Rok

Aż trudno uwierzyć, że to już rok. Dużo ludzi pamiętało, dużo dobrych słów, dużo ciepłych myśli. Jestem za nie wdzięczny, jasne. Tylko co to zmienia.

Mówi się, że czas leczy rany. Nie wierzcie w to. Nie leczy. Tak, czas sprawia, że rany mniej bolą. Ale to nie jest zdrowienie.

To jest habituacja.

Literacko…

Jednego dnia – wczoraj – odeszło dwoje wielkich (choć bardzo różnych) pisarzy.

Harper Lee napisała jedną wielką książkę, a potem ponad pół wieku milczała – dopiero pod koniec życia wydała drugą powieść, która zresztą de facto była pierwotną wersją tej pierwszej (mówię oczywiście o „Zabić drozda” i wydanej w ubiegłym roku „Idź, postaw wartownika”). Można powiedzieć, że Lee była „pisarką jednaj książki” – ale jakiej!

Umberto Eco napisał znacznie więcej… „Imię róży” i „Wahadło Focaulta” to książki, które dużo dla mnie znaczą. Pozostałe powieści może nieco mniej, ale to jednak kategoria „Wielka literatura”. A wszystkie „Zapiski…”? A fantastyczna korespondencja z kardynałem Martinim – naoczny dowód, że pozostając na różnych pozycjach można prowadzić dyskusję pełną kultury, szacunku dla adwersarza, nie wspominając o erudycji i poczuciu humoru? A „Lector in fabula”?

Lee dostała nagrodę Pulitzera. Eco nie dostanie już literackiego Nobla – na zawsze pozostanie w gronie „wiecznie nominowanych”, choć w ciągu ostatniej dekady uhonorowano tą nagrodą przynajmniej dwóch czy trzech pisarzy zdecydowanie mniejszej klasy.

57 lat temu jednego dnia zginęło w katastrofie trzech znakomitych muzyków (Holly, Valens i Richardson) – w historii rock and rolla mówi się o „dniu, w którym umarła muzyka”. To oczywiście typowa dla popkultury przesada i stosowanie podobnej konstrukcji  w stosunku do literatury ocierałoby się o śmieszność. Literatura nie umarła i nie umrze – ale wczoraj na pewno poniosła wielką stratę… (Tak, wiem, to z kolei ociera się o banał).

Ferie…

Trzy dni w Beskidzie Żywieckim (z czego śniegu starczyło dokładnie na trzy godziny nart dla Potworów). Trzy dni w C., u rodziny M.

Trochęśmy odpoczęli. Robiliśmy różne śmieszne rzeczy. Gadaliśmy o różnych śmiesznych sprawach. Zwiedziliśmy jeden zamek, w którym jeszcze nie byliśmy. Ot, takie parę dni na (nieco większym) luzie.

***

Książkę zacząłem. Z jednej strony – te trzy i pół miesiąca to wcale nie tak dużo. Z drugiej – rzecz nie tylko ciekawa, ale też dobrze napisana i stosunkowo łatwo się tłumaczy. Ano, zobaczymy.

***

Kolejny semestr szkoły. Kolejne parę miesięcy.

***

A już niedługo minie rok…

 

 

…Do Tej Samej Rzeki?

Osiem lat temu (…jak ten czas leci…) tłumaczyłem coś dla pewnego Bardzo Szacownego Wydawnictwa. Wydawnictwo okazało się (…wtedy) szacowne głównie siłą rozpędu i marki, bo współpraca okazała się dość mało sympatyczna – i nie chodziło tylko o zbyt długi czas oczekiwania na pieniądze. Wtedy miałem ochotę wywiesić na drzwiach logo Szacownego Wydawnictwa z dopiskiem „Tych państwa nie obsługujemy”.

Teraz Szacowne Wydawnictwo zwróciło się do mnie z nową propozycją tłumaczenia. Osiem lat, emocje opadły – a że książka ciekawa i do rzeczy, to się zgodziłem. Pieniądze stosunkowo niewielkie (w przeliczeniu na stronę tekstu…) – ale efekt skali sprawia, że może to mieć sens. Tyle, że wyjaśniłem pani redaktor prowadzącej, jakie miałem przejścia – i (nie ukrywam) wymusiłem pewne zmiany w umowie: korzystniejszy rozkład płatności i miesiąc, a nie cztery (!) na „przyjęcie” tłumaczenia. Podobno jestem pierwszym tłumaczem, któremu się to w tym wydawnictwie udało – co pośrednio świadczy o tym, że mnie jakoś cenią. O.

Na tłumaczenie mam trzy i pół miesiąca. Gdybym zajmował się tylko tym – to czasu aż nadto. Ale, jak wiadomo, jest jeszcze parę innych rzeczy, które robić muszę, bo nawet, jeśli są mniej ciekawe, to zdecydowanie lepiej płatne. Trzeba będzie się sprężać. Co w mojej obecnej sytuacji życiowej łatwe nie będzie.

O Tym, że Nieszczęścia Chodzą Parami

Najpierw – w sobotę  przed świętami – dziura ja krater po bombie. Prawe, przednie koło. Huk był taki, że myślałem, że mi to koło odpadło – ale nie: koło na miejscu, tylko opona w naleśnik. No nic – koło zmienione (zapasowe na szczęście zadbane i w dobrym stanie), w poniedziałek do wulkanizatora. Da się tę opnę naprawić? Ano, nie da się. Opona do wyrzucenia, felga do lekkiego prostowania.

No dobrze. Felga naprostowana, opona zmieniona (…wszystkie cztery zmienione – akurat były do wzięcia od Puchatkowego Ojca, zimówki, po jednym zimowym sezonie, czyli prawie nowe, bo Ojciec zimą jeździ bardzo niewiele. A że Tatusiowe Autko przeniosło się do samochodowego raju, to opony zostały.)

Jeździmy, jeździmy, niby wszystko OK (nawet na autostradzie, nawet przy 140 km/h…) – ale jednak nie do końca. Przy przejeżdżaniu przez progi spowalniające wyraźnie słychać, że w prawym, przednim zawieszeniu cosik zgrzyta. Ano – trzeba sprawdzić, bo może dziura uszkodziła nie tylko oponę…

Już się prawie z mechanikiem umawiałem, kiedy…

Ostatni Piątek, koło trzeciej po południu. Śnieg wali jak głupi, a pod śniegiem – podła warstewka lodu (o tym lodzie, żeby było jasne, wiem TERAZ. Wtedy nie wiedziałem). Skręcam w prawo z osiedlowej uliczki w drugą osiedlową  uliczkę, jadę ostrożnie (bo śnieg…), na liczniku mam szalone 15 km/h. Skręcam… Ja skręcam. Samochód nie całkiem. To znaczy – zmienia położenie względem osi jezdni, ale sunie dalej, po tym ukrytym lodzie, bokiem, w prawie tę samą stronę, co przed skręceniem kierownicy. I BUMS! – bokiem lewego przedniego koła w krawężnik. Koło cofnięte o jakieś 3 czy 4 centymetry. Zdołałem tylko dotelepać się do mechanika. I teraz czekam na wyrok – czy to tylko wahacze i takie tam (pół biedy), czy na przykład oś do wymiany. Bo jak to drugie, to aż się boję pomyśleć, ile ta zabawa będzie kosztować. Zwłaszcza, że jeszcze to lewe przednie do sprawdzenia, plus klocki hamulcowe chyba warto już zmienić, plus filtr paliwa, który już i tak powinien być zmieniony chwilę temu.

A tymczasem jeżdżę (…bo przecież czymś muszę…) takim śmiesznym autkiem pożyczonym od znajomych, którzy go na razie nie używają. Hyundai Galloper się toto nazywa. Terenówka, wysoka, pordzewiała, ma ze 20 lat. Na wielkich, potężnych oponach. Czuję się, jakbym siedział na drabinie i patrzył z góry na innych kierowców. Nie mówiąc o tym, że jak widzę przed sobą dziurę w asfalcie, to się tylko uśmiecham…