Mruczanka (G)astronomiczna

Puchatek z całą Chatką spędził dzisiaj uroczy dzień w Mieście Stołecznem. Z punktu widzenia Potworów – sto atrakcji: kolejka WKD, autobus, tramwaj i różne tego typu przyjemności, których nasze (tak, trzeba to wprost powiedzieć…) wiejskie (no dobrze, nich będzie że „podmiejskie”) dzieci na co dzień nie mają.

Generalnie wyprawa przebiegła bez zakłóceń, jeśli nie liczyć faktu, że Piłeczka (przypomnę – aktualnie w wieku 15 miesięcy) urządziła w kolejce dziką awanturę jakiejś pani, która ośmieliła się trzymać rękę na poręczy TUŻ OBOK rączki piłeczkowego wózka. Bezczelna awanturnica (mówię o córce mojej…) posunęła się do tego, że złapała ową panią za rękaw płaszcza i zaczęła SIŁĄ odciagać od swojego wózeczka. Oczywiście zmuszeni byliśmy ją powstrzymać (a rzeczoną panią przeprosić…), co spotkało się ze stanowczym protestem. A że Piłeczka zna na razie tylko jeden sposób stanowczego protestowania, już po chwili cały wagonik kolejki WIEDZIAŁ, że coś jest nie tak. Podejrzewam, że ludzie na końcu wagonika podejrzewali nawet jakieś akty fizycznej przemocy wobec niewinnego (he he he…) dziecięcia. No, ta sobie w życiu poradzi. Tylko po kim ona to ma???

Ale najlepsze wydarzyło się po powrocie. Pietruszka już w drodze do domu zaczął straszliwie marudzić. Szybko okazało się, że jest po prostu głodny („okazało się” to znaczy Wyrodni Rodzice załapali o co chodzi, bo Pietruszka takich subtelnych stanów jeszcze nie pojmuje). A jak Pietruszka głodny, to zły. Oj, zły. Ryk, kwik, rzężenie o WSZYSTKO. Po wejściu do domu Wyrodni Rodzice rzucili się do przygotowywania obiadu, ale żeby im dziecko tym, czasem z głodu nie padło (…a raczej nie zawyło się na śmierć…), M. zastosowała sposób stary, sprawdzony i zwykle bardzo skuteczny – RODZYNKI. Miseczka tychże – i Pietruszka (wciąż bucząc) zaczął pysio napełniać. Tymczasem obiadek „się zrobił”. A na obiadsek były (odgrzewane, co tu kryć…) ruskie pierogi, w Chatce Puchatka uwielbiane pasjami.

Pietruszka siadł do stołu, wciąż jeszcze w nastroju lekko wyjącym. „Pierożki” owszem, chętnie… Ale zaraz, zaraz, a kto powiedział, że można juz zabrać rodzynki?!

I nasz Pietruszka, lat trzy i (prawie) miesiąc, zajadał ruskie pierogi zagryzając rodzynkami. Kęs pierożka, dwa rodzynki, znowu pierożek, znowu rodzynki… De gustibus…

…To się zdaje się nazywa kuchnia typu „Fusion”.

Puchatek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s