A ja Wam powiem…

A ja Wam powiem, że moja córka, znana tu jako Piłka, właśnie dostała oficjalną informację, że się dostała na Cambridge. Przeszła wszystkie etapy rekrutacji, włącznie z dwoma „interview” (on-line na szczęście). Teraz, żeby zacząć studia, musi zrobić już tylko dwie rzeczy.

Po pierwsze – musi dostać na A-levels (brytyjska matura) co najmniej oceny A*, A, A (czyli „po naszemu” szóstkę i dwie piątki). To akurat trudne nie będzie, zważywszy, że ze wszystkich przedmiotów ma na razie prognozowane A* (szóstki).

Po drugie – i tu zaczynają się schody – musi zapłacić za pierwszy rok. 32 840 funtów. Jak podpowiada Google, po dzisiejszym kursie daje to 179 487,84 złotych. Więc jeśli nie znajdą się stypendia albo sponsorzy, to oczywiście nic z tego nie będzie…

Ale nawet jeśli nie będzie – to sam fakt dostania się na Cambridge to już jest coś. A nie licząc Cambridge Piłka dostała się także na St Andrews University (gdzie łatwiej o stypendia) i do Utrechtu (gdzie też jest uniwersytet z top 50, a to UE, więc i kredyty studenckie łatwo dostać).

Gratulację przyjmuję mailowo i telefonicznie – osobiście tylko od zaszczepionych ;-)))

Mało świątecznie, bardziej traumatycznie…

Dziwne to były święta. Summa summarum ostatecznie potoczyły się (prawie) normalnie, ale był moment, kiedy wydawało się, że w tym roku nie będzie ich wcale. To znaczy: nie będzie ich u nas w domu, bo obiektywnie oczywiście Uroczystość Narodzenia Pańskiego raczej odbyłaby się jak co roku…

Tak naprawdę zaczęło się w piątek, na tydzień przed Wigilią. Coś mnie zaczęło boleć w dole pleców. Nie przejąłem się tym specjalnie, bo takie rzeczy czasami mi się zdarzają – siedząca praca, brak kondycji, wiadomo. W sobotę było nieco gorzej. W niedzielę – jeszcze gorzej, ale jeszcze rano poszedłem normalnie do kościoła, a potem nawet pojechałem na chwilę cmentarz (choć idąc alejkami już nieco utykałem). Poważny problem zaczął się w niedzielę po południu. Bolało coraz bardziej, chodzić było coraz trudniej. Wieczorem podjechałem na stację odebrać Piłkę, która wracała od kolegi – i jak wróciliśmy pod dom, miałem już poważny problem z wyjściem z samochodu.

W poniedziałek rano obudziłem się ze wszystkimi klasycznymi objawami tak zwanej rwy kulszowej. Po konsultacji z moją lekarką wziąłem ketonal, pożyczyłem od znajomych kule (bo bez nich nie bardzo byłem w stanie chodzić) i miałem nadzieję, że mi przejdzie za dzień – dwa.

Nie przeszło. Przeciwnie, mimo leków było coraz gorzej. Lekarka zaordynowała nieco mocniejsze leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, które – po kolejnych dwóch dniach – przyniosły analogiczny skutek. Zerowy. Czy raczej – de facto – ujemny, bo nadal było coraz gorzej.

Czwartek przed wigilią był ciężki. Przygotowania do świąt, zupy, choinka, prezenty – a ja byłem w zasadzie unieruchomiony, wszystko musiałem robić na siedząco (a i tak mnie bolało), co godzinę musiałem iść się na kwadrans położyć… Na szczęście Potwory stanęły na wysokości zadania: Pucek samodzielnie, za pomocą harcerskiego noża, ociosał i osadził choinkę (przywiezioną przez niezawodnego kolegę P.), Piłka (przy współudziale Pucka) zrobiła pierogi i uszka, Pietruszka w zasadzie samodzielnie posprzątał cały dom… Znajomi zrobili nam ostatnie zakupy (na szczęście większość rzeczy zdążyłem kupić wcześniej).

Kiedy w czwartek wieczorem kładłem się spać, było już naprawdę kiepsko: trudno było znaleźć tę jedną, jedyną pozycję, w której dało się zasnąć. Ostatecznie jakoś mi się to udało… Obudziłem się o drugiej w nocy i poczułem, że muszę pójść do łazienki. Wstanie z łóżka zajęło mi 10 minut (nie, to nie jest obrazowa przesada: przy łóżku mam budzik). Droga do łazienki (jakieś cztery metry) – kolejne pięć minut. Powrót – kwadrans. I to był w zasadzie koniec imprezy: udało mi się jeszcze położyć (choć każda zmiana pozycji wiązała się z dźgnięciem ostrego bólu, co było przerywnikiem w nieustającym bólu tępym…). I już nic więcej. Nie było żadnej pozycji w której ból byłby choćby na tyle mniejszy, żeby móc pomyśleć o zaśnięciu. Każda próba przesunięcia się o centymetr w łóżku bolała tak, że sama myśl o przewróceniu się na drugi bok była jak plany wyprawy na Mount Everest. Przez pół godziny usiłowałem się w ten sposób ułożyć (nie zacytuję Wam, co wtedy mówiłem, bo chyba zmienilibyście o mnie zdanie), aż doszedłem do wniosku, że nic z tego nie będzie. Postanowiłem wstać, nie do końca mając pomysł, co dalej – ale w łóżku zostać nie mogłem. Wstawanie z łóżka do pozycji siedzącej trwało kolejny kwadrans, próba stanięcia na nogi (mimo podpierania się kulami) spaliła na panewce. Siedzenie bolało tak samo, jak leżenie.

O wpół do czwartej nad ranem uznałem, że po prostu nie dam rady czekać w takim stanie do rana i – pierwszy raz w życiu – zadzwoniłem na pogotowie. Pani dyspozytorka oświeciła mnie, że pogotowie do takich przypadków nie jeździ (cóż – trzeba przyznać, że nie był to stan zagrożenia życia…), ale dała mi numer do nocnej pomocy lekarskiej w szpitalu w G., gdzie nocne wizyty domowe jak najbardziej były obsługiwane. Kolejny telefon, kolejna pani dyspozytorka, która przyjęła zgłoszenie, wszystko zanotowała i powiedziała, że oczywiście lekarz do mnie przyjedzie, ale ma jeszcze dwie wizyty przede mną. Więc będzie najdalej o ósmej rano.

Obudziłem Piłkę (bo tylko ją da się w nocy obudzić telefonem – pójście do pokoju nie wchodziło w grę), która zamknęła psa i otworzyła drzwi. I czekałem, pół siedząc, pół opierając się na kulach. Lekarz pojawił się dopiero o siódmej rano. Muszę powiedzieć, że przez te ponad trzy godziny byłem szczerze przekonany, że te święta spędzę w szpitalu. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej coś mnie tak bolało (…a próg bólu mam naprawdę dość wysoki).

Lekarz bardzo sensowny, wytłumaczył co i jak, zapytał, czy wolę leki doustne, czy w zastrzyku. A co szybciej działa? No zastrzyki, ale wielu ludzi się boi ukłucia. Serio?! Jakby mi powiedział, że konieczne jest walniecie młotkiem w kolano, żeby to przestało boleć, to też bym się zgodził…

Dostałem zatem dwie szpryce w odwłok. Lekarz przepisał mi analogiczne szpryce na kolejne dziesięć dni, dodatkowe leki przeciwbólowe („…ale takie prawdziwe, bo to, co pan kupi bez recepty, to na takie okazje jest zdecydowanie za mało!”), szczegółowo powiedział, jak je brać, a na koniec optymistycznie stwierdził, że zastrzyki powinny zacząć działać… za od pół do półtorej godziny. I poszedł, bo niby co miał robić – za rączkę mnie trzymać?…

Ostatkiem sił (już chyba głównie psychicznych) dowlokłem się z powrotem do łazienki, napuściłem sobie do wanny bardzo gorącej wody i jakimś cudem do niej wlazłem – ciepło rozluźnia mięśnie, więc trochę ulgi przynosi. Przyniosło na tyle, że przysnąłem na kwadrans. Kiedy wychodziłem z wanny, od zastrzyków minęło półtorej godziny… I nic. Ale NIC. Ani trochę lepiej. Jak podniosłem nogę, żeby wyjść z wanny, to omal się nie popłakałem z bólu. Tymczasem na szczęście zjawił się (wezwany z wanny telefonicznie) kolega P. i skoczył wykupić przepisane leki (normalnie posłałbym potwory, ale P. pojechał samochodem, więc było dużo szybciej). Dopełzłem do pokoju, wziąłem leki – i wreszcie, łącznie po dwóch i pół godziny od szprycy, ból ustąpił. NIE-SA-MO-WI-TE uczucie: w ciagu kwadransa po prostu przestało boleć! To znaczy: bolało jak się schylałem, jak zbyt gwałtownie podniosłem nogę etc., ale mogłem chodzić (z kulami) i normalnie funkcjonować. Rzadko w życiu doceniamy takie drobne przyjemności: że na przykład można siedzieć. Na krześle. I to nie boli 🙂

Wieczerza wigilijna odbyła się zatem już prawie normalnie – choć oczywiście nie wszystko było tak przygotowane, jak zwykle. Potraw mniej (choć i tak najedliśmy się po kokardy…), porządek jakby zdecydowanie mniejszy… A jak się koło północy położyłem spać to „odpadłem” chyba w dziesięć sekund: obudziła mnie telefonem znajoma, która jest pielęgniarką i przyjechała mi zrobić zastrzyki. Była dziewiąta rano.

No i teraz codziennie (do 3 stycznia) mam dostawać szprycę w odwłok, biorę leki, więc funkcjonuję w miarę normalnie (choć bez kul po schodach nie mam jeszcze odwagi zejść). Całą lewą nogę mam lekko osłabioną, jakby nieco zdrętwiałą („…tak, to klasyczny objaw” – potwierdziła moja lekarka). Czasami trochę pobolewa, muszę uważać przy schylaniu się, chodzić ostrożnie, nie forsować.

Co dalej? Jak już przejdzie do końca, to trzeba by pójść do jakiegoś rehabilitanta, żeby pokazał ćwiczenia, które potem trzeba robić (żeby nie wróciło). A potem umówić się na wizytę kontrolną do neurologa. Który pewnie zleci jakąś tomografię na wszelki wypadek. Chyba, żeby po trzech tygodniach dalej nie przeszło – wtedy trzeba od razu na badania obrazowe. No.

W porządku, tak też zrobię. Tylko niech już nie wróci taki stan jak w nocy z czwartku na piątek. Przyznam, że to było jedno z najpaskudniejszych doświadczeń w życiu.

***

No i kurczę blade: trzeci rok z rzędu (choć za każdym razem z innych przyczyn) nie byłem na Pasterce. Nie byłem też w kościele w pierwszy ani drugi dzień Świąt. Ciekawe, czy do Nowego Roku dam już radę…

Mimo wszystko:

Jubileuszowo i podwyżkowa

Wczoraj moja córka skończyła osiemnaście lat. Ja wiem, że to do bólu banalne stwierdzenie, ale to naprawdę aż nie do wiary: kiedy zdążyło minąć tyle czasu? Osiemnaście lat, serio?!

Piłka kończy w tym roku (szkolnym) szkołę średnią. Ma już w zasadzie zaklepane miejsce na St Andrews University. Miała już „interview” na Cambridge (wyniki będą w styczniu). A gdyby nawet okazało się, że na żadnej z tych uczelni nie będzie w stanie studiować z powodów finansowych (bo to by wymagało znalezienia stypendiów / sponsorów, co po brexicie nie jest takie proste) – to jest już w zasadzie przyjęta na dwa świetne uniwersytety w Holandii (Groningen i Utrecht). Tylko wybierać. Połączenie inteligencji, niesamowitej pracowitości, wielkiej ambicji – ale też (o czym już kiedyś pisałem) takiego przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych, że „sky is the limit”.

Sto lat.

***

Ogrzewam dom gazem. Piec jest nowoczesny, instalacja też, dom jest ocieplony. Rachunek za gaz przychodzi do nas co drugi miesiąc. Luty / kwiecień / czerwiec / sierpień / październik / grudzień.

Ten grudniowy jest pierwszym po lecie wyższym rachunkiem – bo od przełomu października i listopada w domu zaczyna się już dość regularnie grzać. Ale ponieważ w październiku jeszcze się prawie nie grzeje (na chłodne dni jest kominek), a w listopadzie też jeszcze nie na pełny gwizdek, to ten grudniowy rachunek nie jest jeszcze tak wysoki, jak lutowy (po pełnych dwóch miesiącach normalnego ogrzewania).

Zwykle grudniowy rachunek za gaz wynosił – w zależności od tego, jak chłodna była jesień – od 450 do 550 złotych. Ponieważ w tym roku jesień była chłodna, a ceny gazu już trochę poszły w górę, zakładałem, że tym razem będzie to około 600 złotych, może ciut więcej.

Okazałem się optymistą: rachunek opiewa na 750 złotych. A przecież ta „prawdziwa” podwyżka cen gazu dopiero przed nami: od stycznia ceny mają wzrosnąć o ponad 50%.

A to oznacza, że rachunek lutowy (czyli za gaz zużyty w grudniu i styczniu, plus opłaty przesyłowe i tak dalej), który zwykle wynosił około 1500 złotych, teraz wyniesie zapewne co najmniej 2500. A może więcej.

I trochę mnie to przeraża.

Wieści z frontu

Przynaglony pytaniami spieszę wszystkich uspokoić: nic mi nie jest, nie piszę nie dlatego, że umarłem, tylko dlatego, że nie mam czasu. Ale mi się zbiera, więc pewnie na dniach coś napiszę. A teraz tylko krótko i w punktach:

Mój covid w zasadzie skończył się, zanim się zaczął. Całe moje chorowanie sprowadziło się do półtora dnia podwyższonej temperatury, dwóch dni lekkiego bólu głowy i zatok i czterech – pięciu dni podrażnionego gardła. Węch zaczął mi wracać już po trzech dniach. W piątek dostałem wynik testu, a już w poniedziałek w zasadzie ten wynik był jedynym objawem choroby… Oczywiście karnie siedziałem w domu do następnej niedzieli, uczciwe dziesięć dni.

„W międzyczasie” natomiast zdarzyło się coś na płaszczyźnie zawodowej… Pewnie o tym parę słów napiszę, ale jeszcze nie teraz. W dużym skrócie – ci Amerykanie, co to się pojawili w lipcu, a potem na jakiś czas zniknęli, w listopadzie wrócili. I nawet się ucieszyłem, bo płacili dobrze i płacili szybko, co w tej branży niestety nie jest częste… No i właśnie współpraca z nimi się skończyła. I to ja im podziękowałem – czy raczej oznajmiłem, że nie widzę możliwości dalszej współpracy. Po prostu nie mogłem postąpić inaczej… Co nie zmienia faktu, że w związku z tym finansowo jestem jeszcze głębiej w czarnej… dziurze niż wcześniej. Rzecz prosta, mój niezniszczalny i nieuleczalny optymizm każe mi do poprzedniego zdania dodać „…chwilowo” – ale to „chwilowo” jest oczywiście właśnie w grudniu. Święta? Jakie święta…?

Mruczanka pozytywna (niestety…)

W środę byłem w Warszawie – musiałem sto spraw załatwić. Od rana mnie trochę głowa bolała, ale nie na tyle, żebym się tym przejął: trudno, zdarza się.

Kiedy wieczorem wróciłem do domu czułem się już dość kiepsko. Zmierzyłem temperaturę – 37,9. Ból głowy (nieprzesadny), zatkane zatoki… Ot, przeziębienie / grypka. Wziąłem aspirynę i poszedłem spać.

Następnego dnia już lepiej, jeszcze trochę zatoki, 37,4… Ale nagle zauważyłem, że kompletnie nie czuję zapachu. Nie mogłem uwierzyć: poszedłem do łazienki, spryskałem sobie rękę wodą kolońską… i nic. Zero. Jakby to była woda z kranu 🙂

No więc telefon do lekarki (i znajomej przy okazji), skierowanie na test. Test typu „drive thru”, jak w MacDonaldzie… No i dziś mam wynik. Pozytywny (co w tej sytuacji jest wiadomością raczej negatywną).

Tak więc, ladies and gentlemen, oficjalnie mam covid-19 (…i mam na to papiery!). Przede mną co najmniej dziesięć dni izolacji w domu (oszaleję!).

A najlepsze, że w gruncie rzeczy nic mi nie jest. Dziś (piątek) czuję się już prawie normalnie, głowa nie boli, zatoki jeszcze trochę, ale bez przesady, gorączki już nie mam. Lekko zadrażnione gardło i lekkie osłabienie – i to w zasadzie wszystko. Zdarza mi się zakaszleć, czy raczej „odkaszlnąć” (raz na godzinę?). Jestem zaszczepiony, więc ryzyko poważniejszych powikłań jest bardzo niewielkie, a na razie wszystko wskazuje na to, że nic złego się nie dzieje.

Ale za to potem… Jako osoba zaszczepiona i JEDNOCZEŚNIE tzw. „ozdrowieniec” będę miał podwójną odporność. Będę po prostu niezniszczalny!

(Jasne, wiem, że to tak nie działa, jaja sobie robię 😉

P.S.

Muszę coś dopisać, bo mnie natchnęła Cytryna. Założenie, że osoby zaszczepione są „z automatu” zwolnione z kwarantanny / izolacji jest CIĘŻKIM IDIOTYZMEM. Czy to ma być „nagroda za to, że się ktoś zaszczepił”?

Jestem chory (oficjalnie, mam wynik testu). Moi dwaj synowie teoretycznie – zgodnie z obowiązującymi przepisami – jako zaszczepieni nie muszą pozostawać w domu, mogą spokojnie iść do szkoły! A przecież, do licha, mogą to paskudztwo z domu zanieść do tej szkoły i kogoś zarazić – bo, jak wiadomo, zaszczepienie wprawdzie zmniejsza nieco ryzyko transmisji, ale go nie eliminuje.

Kto to wymyślił?! Pietruszka i tak od wczoraj siedzi w domu „na zdalnym”, bo jego wydział miał za dużo przypadków. Ale Pucek – w teorii – mógłby spokojnie chodzić do szkoły. Czego oczywiście nie zrobi (jak powiedziała moja koleżanka / lekarka, „zostawienie go przez ten czas w domu to kwestia minimum odpowiedzialności za innych”).

Czyli tak: mój syn ma prawo chodzić do szkoły – mimo że jest oczywiste, że może w ten sposób przenosić wirusa i zakażać innych. Ja za to nie mam prawa wieczorem wyjść na spacer z psem – mimo że idę na pola, gdzie o tej porze nie spotkam żywego ducha i nie mam szans kogokolwiek narazić. Bo nie. Pardon my French, ale:

People, help the people…

Wieczór, ciemno, poszedłem z psem na wieczorny spacer. Traf chciał, że zamiast zwykłej trasy „dookoła osiedla” zdecydowałem się pójść do parku, który zaczyna się za ulicą ograniczającą nasze osiedle od północy. Pogoda ładna, ciepło, Lucek w parku dawno nie był (…a lubi). No to ruszamy. Potworom się nie chciało, szedłem sam, więc słuchawki na uszach, w słuchawkach muzyka…

Przechodzę przez ulicę – na trawniku przy alejce „wchodzącej” do parku ktoś leży. Mężczyzna. Leży w pozycji embrionalnej, nie rusza się. Jest ciemno, robi się zimno. Podchodzę, pies na krótkiej smyczy. Młody chłopak – siedemnaście-dwadzieścia lat. Próbuję potrząsnąć, poruszyć, pytam go, co się stało – zero reakcji. Dotykam policzka – zimny. Przez moment myślałem, że nie żyje – ale nie, ruszył się, podniósł, usiadł… Ale dalej zero kontaktu, nic nie mówi, nie podnosi głowy, nie patrzy (więc nie mogę nawet mu w oczy spojrzeć). Za chwilę podnosi się na nogi – ale po przejściu kilku kroków z powrotem ciężko siada na ziemi, obejmując rosnące tam drzewko.

No więc dzwonię na 112. Pani dyspozytorka wypytuje, więc tłumaczę: nie wiem, co mu jest, żyje, ale kontaktu z nim nie ma, alkoholu nie czuję (a w każdym razie nie na tyle, żeby to mogło tłumaczyć takie objawy). Narkotyki? Niewykluczone, skąd mam wiedzieć? Ale widać – podkreślam to głośno i dobitnie – że jest z nim coś bardzo nie tak. Może być pijany? No może, ale nie wygląda na aż tak pijanego, żeby aż tak nie kontaktować. A może jest naćpany. Albo ma udar, cholera wie. Pani decyduje, że przyśle policję.

Panowie niebiescy zjawiają się po kilku minutach. Mówię, co i jak, wskazuję człowieka i czekam. Próbują z nim rozmawiać, podnoszą go, widzę, ze wyciągają mu z kieszeni dokumenty – chłopak niby stoi (podtrzymywany), ale nie reaguje. Trwa to kilka minut, w końcu chcę podejść i powiedzieć, że moim zdaniem powinien go zobaczyć lekarz – ale nie zdążam, bo panowie niebiescy na szczęście podejmują decyzję, że trzeba go zabrać. Nie wiem, czy zawieźli go do szpitala, czy do domu, ale w każdym razie w parku nie został.

Ale…

Alejka przy wejściu do parku. Siódma wieczorem. W parku sporo ludzi, jakieś halloweenowe imprezy się toczą. Grupy dzieciaków (starszych i młodszych) chodzą poprzebierane i zbierają cukierki. Na ławce po drugiej stronie alejki (nie wiem – dwadzieścia metrów dalej?) siedzi grupka młodzieży w wieku podobnym do tego biedaka. I co, naprawdę nikt go nie zauważył? Przez te kilka minut, kiedy czekałem na policję, alejką obok przeszło kilkanaście osób. Stałem kilka metrów dalej, z psem, nikt nie wiedział, że czekam na wezwaną pomoc. Widziałem, jak ludzie patrzyli na niego. I szli dalej.

Marudzenie – ciąg dalszy

Jesień. Więc będę narzekać. Wybaczcie, czasami ponarzekać też człowiek musi – a tu jest jedno z nielicznych miejsc, gdzie może. Powodów do narzekania jest po kokardę, rzecz prosta (w końcu jesteśmy Polakami, to nasz sport narodowy!), ale tu tylko kilka z nich.

Jak bumerang wraca problem finansowy. Nawet jak przez chwilę jest lepiej, to za moment znowu idzie gorzej. Zgodnie ze starożytną zasadą zapisaną w mądrych księgach – „Co się polepszy, to się…”. Za każdym razem, jak się wydaje, że wreszcie jakiś przełom i że teraz już będzie lepiej – to zaraz się okazuje, że jednak nie. Ile razy tu już pisałem, że coś nowego się zaczyna, że jakiś nowy projekt, że jakaś ciekawa propozycja, która może wreszcie coś zmieni? I zmieniała… na jakiś czas. A potem – prędzej, czy później, ale za każdym razem – albo coś się sypało, albo zmieniały się zasady, albo jakiś projekt się kończył…

Duży Amerykański Portal zdaje się skończył się (dla mnie) na amen. Naczelny bardzo się sumitował, żałował, bo (jak podkreślał) moje tłumaczenia zawsze były świetne i tak dalej, ale fundusze mu obcięli i teraz większość rzeczy będzie tłumaczył on sam albo któryś z redaktorów. Inni Amerykanie (o których chyba nawet nie zdążyłem tu wspomnieć) pojawili się za to w lipcu, dogadali się błyskawicznie, stawkę dali zacną, płacili w euro i szybko (na umowie była „płatność w ciągu pięciu dni roboczych”, kto się zajmował tłumaczeniami, ten wie, że to zdecydowanie nie jest standard!). No i co z tego? Dwa miesiące współpracy, dwie faktury (rzeczywiście zapłacone błyskawicznie) – i ucichli. Nie wiem, czy im się projekt skończył, czy co… Trzy książki miały być do końca tego roku (pisałem o tym w marcu)… Jedna zrobiona i zapłacona. Druga zrobiona i zapłacona jeszcze nie do końca (czekam na ostatni odcinek wypłaty). Trzecia? Jednak wiosną przyszłego roku. Chyba.

Jedyne, co robię bez przerw na bieżąco – „podwykonawstwo” dla kolegi S. – daje w miarę stały dochód, który wystarcza na jedzenie i na rachunki, ale już na nic więcej. Zresztą na rachunki wystarcza w okresie letnim – bo w zimie, kiedy trzeba doliczyć koszty ogrzewania, to już nie bardzo. Jak do tych rzeczy „na bieżąco” dochodzi jedna czy choćby dwie książki w ciągu roku, to już da się przeżyć. Jak trzy czy cztery – to jest OK.

…ale jak nie?

Fakt, popełniłem w tym roku błąd: pojechaliśmy na tę Korsykę. Myślałem, że skoro pojawili się Amerykanie (i wszystko wskazywało na to, że będzie to dłuższa współpraca) i skoro są te książki, to damy radę. Tymczasem Amerykanie znikli, trzecia książka na razie znikła, druga wciąż się nie do końca zapłaciła… Pewnie powinienem zachować się rozsądnie i z tej wyprawy zrezygnować. Efekt jest taki, że na koncie znowu minus (spory…) i jeszcze mam jakieś długi – co prawda moi wierzyciele się nie dopominają i mówią, żebym się nie przejmował i spokojnie czekał i tak dalej – ale wiecie, jak to jest: to ONI mogą się nie przejmować, a mnie to cały czas z tyłu głowy wisi.

Teraz ktoś się do mnie zgłosił z książką – tematyka taka sobie, ale da się przeżyć, jakieś pieniądze z tego będą. Tyle, że ta książka będzie gotowa do tłumaczenia w grudniu, tłumaczenie zajmie jakieś dwa miesiące, czyli główne pieniądze (jak dobrze pójdzie i nie będzie problemów) dostanę w lutym (…bo w grudniu dostanę jakąś zaliczkę).

Kurczę – ubiegły rok już był spokojniejszy (co prawda głównie za sprawą wielkiego tłumaczenia z Dużego Naukowego Wydawnictwa), po raz pierwszy od paru lat przez cały rok jak wchodziłem na konto, to cyferki były na zielono, czyli na plusie… A teraz od nowa. To strasznie męczące. Psychicznie. Już o tym pisałem (…nie raz): każde wpływające pieniądze są w zasadzie już wydane, uzupełniają tylko minus na koncie. Z głodu nie umrzemy, rzecz prosta, ale…

Ale „niech się coś zdarzy”, jakiś poważniejszy problem, jakaś większa awaria, konieczność zrobienia większego remontu – i jesteśmy w czarnym prezydencie. I nie mówię o sprawach naprawdę poważnych (takich jak remont dachu, który przecież prędzej czy później będzie trzeba zrobić, a o którym na razie nawet nie myślę). Mówię o tym, że miesiąc temu zepsuł mi się rezerwuar w sedesie w dolnej ubikacji – niestety w taki sposób, że nie ma go jak naprawić, trzeba wymienić sedes. I nie wymieniam go, bo nie mam na to pieniędzy. O kupnie zimowych opon do Drakuli już nawet nie wspominam – na razie jest w miarę ciepło.

Jesień. Zima za pasem. Zaczęliśmy się już nieco ogrzewać (nie tylko kominkiem, ale też centralnym, czyli gazem). A gaz już podrożał (u nas) o 12 procent, a wiadomo, że to nie koniec. Jeśli będzie drożeć dalej, to może być naprawdę cienko.

Przydałby się kolejny duży projekt z Dużego Naukowego na przykład, taki jak rok temu. Albo coś innego, ale też na większą skalę i długoterminowo. Jeśli coś takiego się nie pojawi w ciągu najbliższych miesięcy, to mogą być kłopoty.

***

Ale tak naprawdę – przydałoby się coś Nowego. Jakiś Nowy Początek, nowe rozdanie. Już kiedyś o tym pisałem.

Bo do tego wszystkiego, niestety, dochodzi poczucie zmęczenia, swoistego „wypalenia”. Jeszcze jak tłumaczę książkę – zwłaszcza taką, która mi się podoba, albo przynajmniej ma jakiś sens – to nawet mi się chce. Ale reszta… Siedzę nad opisami kolejnych programów telewizyjnych, tłumaczę skróty 50 odcinków kolejnego arcydzieła reality TV (kto, na brodę Nelsona, KTO ogląda 50 odcinków programu opowiadającego o tym, jak policja drogowa w jakimś kraju na końcu świata łapie kolejnych kierowców i każe im dmuchać w alkomat?!) – i mam wrażenie, że za chwilę mnie szlag trafi. Z nudów, ze zniechęcenia, z poczucia braku jakiegokolwiek sensu tego, co robię. To znaczy: sens oczywiście jest taki, że za to płacą, czyli „…dla chleba, panie, dla chleba!” – więc staram się robić to dobrze, nie „odwalam”, przykładam się. Ale satysfakcji za tego nie mam żadnej.

Marudzenie – część 1.

Dziś będę narzekał, marudził i smęcił. Jak ktoś nie ma na to siły – niech się czuje ostrzeżony.

***

Pucek jest w ósmej klasie. Ma trzynaście lat. W tygodniu ma 37 godzin lekcyjnych. Jak łatwo obliczyć, daje do średnio niemal 7,5 lekcji dziennie. W praktyce najmniej lekcji ma w piątek – sześć. Ale za to w poniedziałek – dziewięć. Co prawda trzy z tych dziewięciu lekcji to dwie godziny WF i religia, ale to nie zmienia faktu, że siedzi w szkole od 8:00 do 16:20. To dłużej, niż dorosły człowiek w standardowej pracy na etacie.

Różnica między ósmoklasistą a etatowcem polega jednak nie tylko na wieku, ale także na tym, że kiedy ten dorosły wychodzi z pracy po ośmiu godzinach, to ma robotę za sobą. A ósmoklasista musi jeszcze odrobić lekcje i się czegoś tam nauczyć. Próbowałem rozmawiać z nauczycielami (z których zresztą większość jest dość sensowna) o tym, żeby nie zadawali lekcji z poniedziałku na wtorek, z dnia na dzień. Pani od matematyki nawet to zaakceptowała – coś tam zadaje, ale zaznacza, że to jest tylko do poćwiczenia i jak ktoś nie zrobi, to nie szkodzi. Gorzej z panią od polskiego, która tłumaczy, że gonią z programem, że egzaminy ósmoklasisty i tak dalej. I oczywiście w teorii ma rację… Ale w praktyce to po prostu nie ma sensu: jak trzynastoletni dzieciak kończy szkołę o 16:20, to zanim wróci do domu, zje obiad i chwilę odpocznie, jest godzina 18:00. I jeśli ten trzynastolatek o tej porze zaczyna odrabiać lekcje (po całym dniu spędzonym w szkole, przypomnę), to nie trzeba być psychologiem, żeby zrozumieć, że odrobi je tylko do poziomu „odfajkowano” i że następnego dnia NIC Z NICH NIE BĘDZIE PAMIĘTAŁ. Takie prace domowe są po prostu bez sensu (a do pewnego stopnia są wręcz przeciwskuteczne, bo zniechęcają).

Tyle lat się o tym mówi, tyle lat – i co? I nic. Nic się nie zmienia, czy wręcz zmienia się na gorsze. Ja kończyłem podstawówkę i liceum jeszcze za dawnych, słusznie minionych czasów, ale już kiedy sam pracowałem w szkole (czyli w latach 1995-2000) mówiło się o tym, że programy nauczania są przeładowane, że dzieciom wciska się do głowy mnóstwo teoretycznej wiedzy nijak nie przekładając jej na praktykę, że programy poszczególnych przedmiotów w danym bloku nie są ze sobą zgrane, że listy lektur są kompletnie niedzisiejsze, że… I tak dalej, i tak dalej. Nie wypowiadam się na temat programów matematyki czy fizyki, to nie moja działka, ale patrzę na to, co Pucek robi na polskim, i szlag mnie trafia (co absolutnie nie jest wycieczką pod adresem nauczycielki, tylko baranów od układania programów).

Dzieci lektury czytają. Ja oczywiście rozumiem, że pewne rzeczy w kanonie lektur znaleźć się muszą – i rozumiem, że choć nie wszystkie będą współczesnych uczniów zachwycać, to przynajmniej na podstawowym poziomie muszą oni je poznać. Ale są dwie kategorie problemów z lekturami, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

Pierwsza – to klasyczne, konieczne lektury wrzucone na kompletnie nieodpowiednim etapie edukacji. Do dziś pamiętam, jak siedziałem z Puckiem nad „Balladyną”, którą „przerabiał” w szóstej klasie. Usiedliśmy po prostu, aby przeczytać to razem, bo on nic z tego nie rozumiał. Nie rozumiał problematyki (jedenastolatek i tematy żądzy władzy i dojrzewania do zbrodni…) – ale też nie rozumiał języka, którym ten dramat jest napisany. Mamy XXI w., trochę się zmieniło w języku, w sposobie mówienia, w całej semantyce… W małej, kilkuosobowej grupie nauczyciel mógłby oczywiście posiedzieć nad tekstem z całą klasą, wyjaśniać punkt po punkcie, czytać wspólnie. Ale w publicznej szkole, w klasie liczącej 30+ uczniów? O tym, że Słowacki nie pisał „Balladyny” z myślą o jedenastolatkach, to już nawet nie wspomnę.

Albo Sienkiewicz… O ile uważam, że „Quo vadis” powinno być w kanonie lektur, o tyle reszta… Hmmm… Jakaś część „Trylogii” na pewno powinna się pojawiać – pytanie, czy koniecznie w całości, czy może jednak fragmenty z omówieniem. No i pytanie, na jakim etapie edukacji. Nie zrozumcie mnie źle: sam uwielbiałem „Trylogię”, zaczytywałem się zwłaszcza w „Ogniem i mieczem” w wieku dwunastu lat, do dziś uważam, że nikt chyba (w kategorii prozy) nie pisał tak fantastyczną, soczystą, melodyjną polszczyzną jak Sienkiewicz. Ale dla dzisiejszych młodszych nastolatków to naprawdę bardzo ciężka lektura. A już „Krzyżacy”… Ech.

Druga kategoria – to lektury, które straciły aktualność lekko licząc ze trzydzieści lat temu, ale w spisie lektur trwają, bo tak. Czy rzeczywiście współcześni jedenasto- czy dwunastolatkowie muszą czytać „Tajemniczy ogród”? Jasne, rozumiem, że to „klasyka literatury dziecięcej” – ale powiedzmy sobie szczerze: nie jest to aż tak wybitne dzieło literackie, żeby musiało być wśród lektur obowiązkowych. Całą ważną tematykę w nim poruszoną można spokojnie znaleźć we współczesnych pozycjach dla dzieci i młodszej młodzieży, książkach na podobnym poziomie literackim, a lepiej przyswajalnych dla młodych ludzi wychowanych w innej epoce i w innym świecie niż ich rodzice, że o dziadkach nie wspomnę. To samo mógłbym powiedzieć o paru innych lekturach (jak choćby „Ten obcy” Ireny Jurgielewiczowej, na liście lektur nieodmiennie od bodaj pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat…).

I – co warto dodać – nie mówię o dziecku, które po prostu „nie lubi czytać” – to nie ten problem. U nas w domu dzieciom czytało się od małego, potem czytały same. Pucek nie czyta może tyle, co jego starsza siostra, ale czyta „dla przyjemności” książki odpowiednie dla swojego wieku (…a bywa, że i nieco mniej odpowiednie – ostatnio na tapecie mamy Wiedźmina…).

Polska szkoła (zwłaszcza podstawowa, później jest już nieco lepiej) w wielu aspektach funkcjonuje tak, jakby w kulturze, języku, świadomości społecznej i kulturowej – że nie wspomnę o metodologii nauczania – od stu lat nic się nie zmieniło. I nie jest to wina nauczycieli (choć oczywiście i wśród nich jest wielu „wyrobników” płynących z prądem na zasadzie „byle do emerytury unikając kłopotów”). To wina polityków, dla których oświata jest albo resortem-zapchajdziurą, który można tanio oddać koalicjantowi, w zamian przechwytując ważniejsze ministerstwa, albo (ostatnio coraz częściej) polem do ideologicznych krucjat, w których dzieci są co najwyżej „podmiotem nauczania”, czyli mięsem armatnim w kulturowej wojnie.

Moje starsze dzieci – wybitne jednostki, jak wiadomo 😉 – pod względem nauki zawsze były w zasadzie bezobsługowe. Pietruszka ze swoim ilorazem inteligencji wystrzelonym w kosmos niespecjalnie musiał się dużo uczyć – a nawet jak pojawiały się tematy, które go niespecjalnie interesowały, to odzywała się druga charakterystyczna część jego natury, czyli obowiązkowość i rzetelność (na granicy kompulsji). Trzeba zrobić? To się robi, nawet, jak nudne i bez sensu. Piłka na inteligencję też narzekać nie może, a jak się do tego doda szerokość zainteresowań, zabójczą pracowitość i niesamowitą ambicję, to także nie było w szkole kwestii, z którymi miałaby kłopoty (nawet, jeśli czasami słyszałem sarkastyczne uwagi na temat sensowności tego czy tamtego tematu – z którymi to zresztą uwagami w dziewięciu przypadkach na dziesięć zmuszony byłem się zgodzić).

Pucek niestety jest nieco inny. Nie, nie jest słabym uczniem (do szóstej klasy włącznie zawsze czerwone paski i tak dalej) – ale nie jest ani aż tak błyskotliwy i obowiązkowy jak jego brat, ani aż tak ambitny i pracowity jak jego siostra. Siłą rzeczy to właśnie jego najbardziej „przejechała” pandemia, lockdown i zdalne nauczanie. A teraz musi (on i cała reszta ósmoklasistów) z jednej strony nadrabiać zaległości z klasy siódmej, z drugiej – uczyć się do egzaminów. I to jest dla niego (i nie tylko) po prostu za dużo. Jest zmęczony, zniechęcony, ma za dużo godzin lekcyjnych, za dużo lekcji do odrabiania i tak dalej. A do tego – jak każdy normalny trzynastolatek – chciałby czasami spotkać się z kumplami, pograć w gry, poczytać coś co nie jest obowiązkowe. A jak do tego wszystkiego widzi wszystkie szkolne (czytaj: programowe, ale on jeszcze tego rozróżnienia nie łapie…) absurdy, to zniechęca się jeszcze bardziej, złości, wkurza (zgadnijcie, na kim się to skrupia?). I generalnie mamy poziom narrację z gatunku „szkoła największym wrogiem”.

Ja naprawdę nie jestem tatusiem-wariatem, który uważa, że jego dziecko powinno mieć najlepsze stopnie ze wszystkiego. Nie musi. Widać, że Puckowi bliżej do chemii czy fizyki, niż do literatury i języka polskiego. I w porządku. Boję się tylko trochę, jak będzie z egzaminami i liceum, bo niestety aktualna rzeczywistość polskiej oświaty już na tym etapie promuje wyścig szczurów: jednym z głównych tematów rozmów między rodzicami i nauczycielami jest ostatnio to, jakie były progi punktowe w których liceach (…i dlaczego takie wysokie).

I nie bardzo wiem, jak to wszystko rozgrywać – zwłaszcza, że do tego odchodzą jeszcze inne problemy, które sprawiają, że po prostu mam mniej czasu i sił na to wszystko.

Ale o tym w następnym odcinku (który – niestety – będzie dalszym ciągiem narzekania, choć na Zupełnie Inne Tematy).

P.S.

Właśnie po wrzuceniu tego wpisu trafiłem na najnowsze informacje – Niemiłościwie Nam Panujący Pan Minister od Edukacji ogłosił był, że w programach nauczania dojdzie nowy przedmiot – „historia i teraźniejszość”. Bo (cytuję) „Pokolenie obecnych 20-latków ma ogromne luki w wiedzy z historii. Musimy to zmienić. Dlatego uczniowie pierwszych klas szkół ponadpodstawowych dostaną nowy przedmiot – historia i teraźniejszość. To będzie HiT nie tylko z nazwy”.

Pięknie się to wpisuje w światłe idee Prezesa di Tutti Prezesi, który już w maju, w czasie prezentacji „Polskiego Ładu”, mówił przecież:

„W szkołach średnich wprowadzimy naukę historii dwoma nurtami, tzn. historię powszechną i historię Polski. Dla każdego z tych nurtów będzie przeznaczone dwie, trzy, może więcej godzin w ciągu tygodnia zajęć. Będzie to ogromna zmiana.”

Tak, Panie Prezesie. Ogromna zmiana. Dzieci będą Panu wdzięczne. Dozgonnie.

A niech was wszystkich…

Wezwanie

Właśnie dostałem wezwanie do stawienia się na komendzie policji w G. Data, godzina, groźne ostrzeżenia, co się stanie, jeśli się nie stawię. Już się zacząłem zastanawiać, co mianowicie przeskrobałem (bo jakoś naprawdę nie pamiętam…), kiedy doczytałem, że „w roli świadka”. Ale o co chodzi?

Na wszelki wypadek zadzwoniłem pod podany numer, podając numer sprawy i pytając, czy mogę przynajmniej ogólnie dowiedzieć się, w czym rzecz. Okazuje się, że pan, który w kwietniu kupił ode mnie samochód, został złapany (prawdopodobnie przy próbie jego sprzedaży) na tym, że „przekręcił licznik”.

No żesz… Z jednej strony oszust (marny – bo przecież wiadomo, że od dłuższego czasu wszystkie informacje o przebiegu są w systemie CEPiK). Z drugiej – nasza policja kochana, które ma przecież wszystkie informacje (w systemie jest ostatni przegląd, zrobiony dosłownie na kilka dni przed sprzedażą Zefirka, w Urzędzie Komunikacji jest przesłana tam umowa kupna-sprzedaży, na której widnieje aktualny przebieg), ale i tak musi mnie wezwać jako świadka, tylko po to, żebym powiedział im to, co i tak widnieje w tych dokumentach.

Dobrze przynajmniej, że przesłuchanie odbędzie się na miejscu, w G., i nie muszę tracić dnia na dojazd w dowolne miejsce w Polsce…