Takie sobie marudzenie…

Wybaczcie, że mało piszę. Nie dlatego, bynajmniej, że nic się nie dzieje (…choć naprawdę nie dzieje się nic…), bo dzieje się dużo. Ale jakoś nie mam siły. Nie mogę się zebrać. Co, rzecz prosta, jest bez sensu, bo właśnie powinienem się zebrać, bo to pisanie pomaga mi zebrać myśli, zobaczyć pewne rzeczy jaśniej, spojrzeć z dystansu.

Ale co z tego, skoro nie mogę. Poczucie zapętlenia, niemożności, bezsilności sprawia, że kiedy chcę usiąść i coś napisać, jakiś wewnętrzny głos mówi „…ale po co… nie mam siły… nie chce mi się…”. Nienawidzę poczucia bezsilności. Nienawidzę sytuacji, kiedy po prostu nic nie mogę zrobić, kiedy jedyne, co mi zostaje to czekanie, aż sprawy się ułożą.

Tak, mam pełną świadomość tego, że to oczekiwanie (…i realna nadzieja, że sprawy się rzeczywiście ułożą) jest efektem tego, że wcześniej zadziałałem, że podjąłem określone decyzje. I mam świadomość, że były to słuszne decyzje.

Ale to nic nie zmienia. Konieczność patrzenia, jak „sprawy powoli się układają” – bez możliwości interwencji, zmiany czegoś, przyspieszenia ich… – jest dla mnie torturą. Tym większą, że patrzę na czyjeś cierpienie, czyjeś zmagania. I nie jestem w stanie pomóc „tu i teraz”.

Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły (choć niektórzy z Was je znają…). Ale tych pozostałych też proszę – westchnijcie w intencji…

***

Tymczasem – o czym tu dotąd nie pisałem – poza wszystkim innym przede mną naprawdę wyjątkowa wyprawa. Po Wielkanocy wyruszam w miejsce naprawdę niezwykłe. Niezwykłe przez swoje położenie, niezwykłe przez fakt, że tam jeszcze nie byłem, niezwykłe przez odległość (ostatni raz tak daleko od domu byłem ponad trzydzieści lat temu, jak podróżowałem po Stanach; to będzie porównywalna odległość, choć miejsce dużo mniej oczywiste, a przez to – z perspektywy Wędrowca – jeszcze bardziej pociągające). Nie będzie to wyprawa turystyczna (choć oczywiście jakiś element Wielkiego Wędrowania też się w tym znajdzie). Więcej szczegółów może następnym razem (…taki mały cliffhanger…).

No i powinienem się cieszyć i być nakręcony samą wizją… Ale jestem tylko trochę. To, o czym pisałem na początku, sprawia, że boję się tego czasu. Tak, jak dzieliłem się w rozmowie z kilkoma osobami, które też tam jadą: paradoksalnie nie boję się drogi, nie boję się wyprawy, związanych z nią wyzwań (jestem Jaś Wędrowniczek, Włóczykij, Wędrowiec, droga to mój żywioł…) – boję się tego, co zostawiam za sobą tu, w domu.

Ale może niepotrzebnie. Może właśnie tak ma być. Może właśnie to moje zniknięcie na dwa tygodnie sprawi, że coś się szybciej ruszy do przodu. Może doda energii, zmobilizuje do działania. Chcę mieć taką nadzieję.

***

Taka myśl, która ostatnio wraca i domaga się przemyślenia: z odwagą – czy też, patrząc z drugiej strony, ze strachem – jest tak samo, jak z miłością (tą w znaczeniu Agape) czy z przebaczeniem. Tu nie chodzi o uczucia (w sytuacji zagrożenia tylko głupiec się nie boi), ale o świadomą decyzję. Odwaga to nie brak uczucia strachu – ale zdolność robienia tego, co właściwe, mimo strachu.

***

A mówiłem Wam, że Piłka przebiegła ten półmaraton w Cambridge? Coraz częściej się zastanawiam, czy jednak jej nie podmienili w szpitalu jako noworodka…

***

Passenger na koniec. Posłuchajcie. Bardzo mnie ta piosenka poruszyła. Ten człowiek jest naprawdę świetnym „tekściarzem” (poza wszystkim). To kolejny utwór (po tym, który wrzuciłem w poprzednim wpisie) z muzycznej adaptacji książki „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” autorstwa Rachel Joyce.

…ale mnie nic nie minęło…

Dziś (technicznie rzecz biorąc – wczoraj, jest już po północy…) minęło dziesięć lat od śmierci M. Dziesięć lat. Dekada. Tak, wiem, że to brzmi jak kompletny banał, ale to przerażające, w jakim tempie leci czas. Jakieś rozmowy, jakieś spotkania, dziś (wczoraj…) była u nas w parafii msza w Jej intencji, na której zjawiło się sporo znajomych – także takich, z którymi z różnych powodów dość dawno się nie wdziałem. Wszyscy, z którymi rozmawiałem – włącznie z naszym proboszczem, kiedy „zamawiałem” tę rocznicową mszę – reagowali tak samo: To już dziesięć lat?! Niemożliwe!

A jednak. Dużo się przez te dziesięć lat wydarzyło. Wiele dobrych rzeczy. Sporo kiepskich. Życie płynie (…kolejny banał), świat się turla do przodu. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo przecież naprawdę nie dzieje się nic.

Ale… You must keep on walking, mr Fry.

Introspekcyjnie

Dziś uświadomiłem sobie pewien problem, który ma ogromny wpływ na wiele rzeczy w moim życiu – ze szczególnym uwzględnieniem relacji z bliskimi, w tym także (czy może – przede wszystkim) z moimi dziećmi. Problem, który decyduje o tym, jakim jestem ojcem (i że nie takim świetnym, jak się niektórym wydaje).

Paradoks polega na tym, że problem jest poniekąd pochodną pewnej bardzo pozytywnej cechy – czy może umiejętności – która często (częściej, niż by się chciało) okazuje się w życiu bardzo potrzebna. Niestety – jak wiadomo – każdy kij ma dwa końce.

W dodatku – co także sobie uświadomiłem – to nie jest kwestia wyboru, nauczenia się, przyzwyczajeń, a raczej „fabrycznego oprogramowania”, czyli tego, co Fabryka dała. Co – z drugiej strony – rodzi pewien optymizm, bo skoro Fabryka dała, to pewnie jednak wiedziała, co robi…

Wiecie, w czym jestem tak naprawdę dobry? OK, nie licząc gadania i operowania językiem… Potwierdzi to każdy, kto mnie zna i widział mnie w działaniu: to, co wychodzi mi najlepiej, to gaszenie pożarów. Czyli to, co w sferze korporacyjnej czy PR nazywa się „crisis management”. A w zasadzie – część tegoż (bo że nie całość – o tym niżej).

Kiedy coś się dzieje – coś złego, trudnego, niespodziewanego – i kiedy w związku z tym trzeba podjąć konkretne działania, opanować żywioł, zminimalizować szkody, a docelowo zlikwidować zagrożenie i przywrócić normalność… Kiedy coś się wali, pali, przydarza i wybucha – wtedy się sprawdzam. Potrafię zachować spokój, działać szybko i sprawnie, zachować racjonalne myślenie mimo emocji, nie wpadać w panikę. Potrafię świetnie dostosować się do sytuacji, nawet kiedy nie mam żadnych środków, planów czy schematów. Jestem mistrzem improwizacji w sytuacjach kryzysowych.

I to się sprawdza. I to jest potrzebne. Kilka razy w życiu usłyszałem coś, co do dziś uznaję za największy komplement – że jestem „dobrym przyjacielem na kłopoty”. Bo zawsze znajdę wyjście, bo zawsze jakoś rozwiążę problem, bo zawsze jakimś cudem dotrę do celu.

Tyle, że prawdziwy „crisis management” powinien obejmować także przygotowania do (ewentualnej) sytuacji kryzysowej. Planowanie, systemy, procedury – wszystko to, co pozwala zapobiec powstawaniu sytuacji kryzysowych. Zgodnie z zasadą, że „lepiej jest zapobiegać, niż leczyć”.

A w tym, niestety, jestem kiepski. I nie chodzi o nieumiejętność przewidywania, bo przecież myślenie idzie mi generalnie nie najgorzej. Ale nie potrafię dobrze planować. To, że potrafię świetnie reagować na trudne sytuacje i sobie z nimi radzić, sprawia, że za mało energii wkładam w przygotowywanie się na nie i zapobieganie im. A to, niestety, ma konsekwencje. A najgorsze jest to, że to nie ja (…nie tylko ja) te konsekwencje ponoszę.

Kiedyś wszystko było dużo łatwiejsze, bo była M. Ona nie przepadała za improwizacją, nie była w tym dobra, w takich sytuacjach zdawała się na mnie – za to była mistrzynią planowania i przewidywania. Zawsze potrafiła zauważyć słabe punkty moich pomysłów i wizji. Kiedy planowaliśmy wakacyjną wyprawę (to tylko przykład), ja – pełen entuzjazmu – przedstawiałem Jej „szeroką wizję”, tego, co możemy zrobić, gdzie pojechać, co zobaczyć. A Ona myślała, myślała, myślała – a potem pytała: „A co z tym? A jak załatwimy to? Co zrobimy tu? Jak zmienimy trasę, jeśli to i to nie wyjdzie?”. I tak dalej. I te jej „uwagi” zawsze były celne, jej planowanie zawsze było właściwe. A kiedy potem – już w trasie – coś szło inaczej, niż w planach (…bo przecież zawsze coś idzie inaczej…), wtedy wkraczałem ja, mistrz improwizacji, mentalny MacGyver. Uzupełnialiśmy się.

A potem Jej zabrakło. I niestety zabrakło też planowania, przewidywania, jasnej wizji. Kiedy są kłopoty, problemy, kiedy coś się wali, kiedy nadchodzi kolejny kryzys – tak, wtedy ja się sprawdzam. I wtedy słyszę od różnych znajomych czy przyjaciół, że jestem takim świetnym ojcem, bo potrafię wybrnąć z problemu, znaleźć rozwiązanie, bo wiem, jak w takiej trudnej sytuacji z moimi dziećmi rozmawiać.

I to wszystko prawda – ale czasami myślę, że gdybym był naprawdę świetnym ojcem, to do dużej części tych kryzysowych sytuacji po prostu nigdy by nie doszło. Bo byłbym uważniejszy, bo potrafiłbym wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze, bo umiałbym – jak mówił Morihei Ueshiba – zwyciężać bez walki, lub przynajmniej zwyciężać przed walką.

A czasami, niestety, jest tak, że kiedy już dojdzie do kryzysu, to taki kryzys zostawia trwałe ślady. Blizny. Gaszenie pożarów to cenna umiejętność, ale każdy pożar – nawet szybko i sprawnie zgaszony – zostawia po sobie zniszczenia. Zgliszcza. A nie wszystko i nie zawsze udaje się odbudować. Czasami wolałbym umieć przewidzieć pożar i umieć mu zapobiec. To by chyba było lepsze. Zwłaszcza dla moich dzieci.

Challenger

Tuwim podobno mawiał: „Obywatele, chwalcie się sami, nikt za was tego lepiej nie zrobi”. No to się pochwalę…

Dziś (29 stycznia) premiera. Polecam, kawał naprawdę ciekawej i świetnie napisanej literatury faktu, autorstwa Adama Higginbothama (tego od „O północy w Czarnobylu”). Opowieść o jednej z najsłynniejszych katastrof w historii lotów kosmicznych.

I nawet wczoraj było co nieco na gazeta.pl…

Sound of Silence…

Trochę nie mam siły pisać. Jest taka dziwna zależność w moim życiu, że zawsze jak się wydaje, że wszystko się wali, że zostały już tylko gruzy i zgliszcza, to okazuje się, że jednak jest w tym wszystkim jakaś droga, że otwiera się nowa perspektywa, że coś się na tych gruzach jednak da zbudować.

Niestety, ten medal ma też drugą stronę, swój negatyw, lustrzane odbicie: czasami mam wrażenie, że zawsze, jak już się wydaje, że jest lepiej – że jest dobrze, że wszystko się jakoś układa – to wyskakuje coś, co ten obrazek burzy. Jakiś kolejny problem, kolejny dołek, kolejna przeszkoda.

Tak, to oczywiście prawda stara jak ludzkość, odwieczny cykl strapienia i pocieszenia, tak rzeczowo opisany przez Ignacego Loyolę.

To tym bardziej trudne, że ja – dawno już doszedłem do tego wniosku – naprawdę nie mam dużych wymagań. Nie oczekuję od życia rzeczy wielkich. Wstrząsających przeżyć, wybuchów emocji, największych wspaniałości. Milionów na koncie. Naprawdę. To, co mam, zupełnie mi wystarcza. Nie musi być rewelacyjnie. Nie musi być wspaniale. Nie potrzebuję wielkich wydarzeń, żeby się zachwycić.

Czasami chciałbym tylko, żeby było normalnie. Zwyczajnie. Spokojnie. Żeby nie musieć się martwić o codzienność, o przyszłość. O bliskich.

No i właśnie: ile razy tę normalność osiągam (czy, w każdym razie, już mi się wydaje, że ją osiągam…), tyle razy dzieje się coś, co ją zaburza. I bardzo często jest to coś, na co nie mam żadnego wpływu – albo mam wpływ bardzo niewielki.

Hey, Mr. Tambourine Man, play a song for me – I’m not sleepy and there ain’t no place I’m goin’ to…

Kompletnie nieznany…

Właśnie wróciliśmy z kina (ja plus Potwory młodsze, Pietruszka siedział i kończył jakiś projekt na studia, który musiał oddać do dziś).

Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że powstaje film o Bobie Dylanie, a główną rolę ma zagrać Timothée Chalamet, byłem zaskoczony – i nie było to zaskoczenie pozytywne. Ale potem gdzieś na YouTube zobaczyłem zwiastun „Kompletnie nieznanego”, w którym Chalamet śpiewał „Like a Rolling Stone” – i robił to zaskakująco dobrze. I już wiedziałem, że będę chciał ten film zobaczyć.

Można by dużo pisać. Chalamet jako Dylan jest po prostu świetny: nie usiłuje kalkować specyficznego stylu mówienia, akcentu, charakterystycznej maniery śpiewania – a jednak robi to w taki sposób, że kiedy śpiewa (…a śpiewa świetnie!), to naprawdę brzmi jak Dylan. Monica Barbaro jako Joan Baez wypada kapitalnie (swoją droga – nie myślałem, że ta dziewczyna ma taki głos!). Edward Norton w roli Pete’a Seegera jest po prostu genialny. O każdym aktorze można by kilka zdań napisać.

Ale to wszystko przeczytacie w prasowych recenzjach; ja chciałem napisać o czymś innym.

To, że muzyka Dylana jest dla mnie ważna – że szczególnie ważne są dla mnie jego teksty – dobrze wiecie, bo nie raz tu o nich wspominałem. A „Kompletnie nieznany”, wbrew pozorom nie jest do końca filmem biograficznym. To w zasadzie nie jest biografia Dylana, który w gruncie rzeczy do końca – zgodnie z tytułem – pozostaje „zupełnie nieznany” (…kamyczek do ogródka tłumacza: takie tłumaczenie tytułu byłoby zdecydowanie lepsze; to „kompletnie” to jednak w tym kontekście kalka z angielskiego). Po ponad dwóch godzinach filmu dalej nie wiemy, „skąd się wziął”, jaka była jego historia, co z tego, co o sobie opowiadał było prawdą, a co fantazją.

Bo też nie o to tu chodzi. To nie jest biografia człowieka. To jest – nie wiem, jak to inaczej napisać – biografia jego twórczości. Historia artysty, który pisał (teksty, muzykę) i śpiewał – i przez to pisanie i śpiewanie istniał i chciał być odbierany. Reżyser zrobił rzecz (pozornie) bardzo prostą: zamiast tworzyć opowieść o artyście, dał po prostu zabrzmieć jego muzyce, pokazując ją w kontekście (historycznym, społecznym, ludzkim).

Dla mnie szczególnie poruszający był motyw artysty, który nie chce dać się zaszufladkować. W filmie pokazano to poprzez pierwszy „wielki przełom” w twórczości Dylana – słynny występ na Newport Folk Festival w 1965 roku – ale przecież takich „przełomów” w jego karierze było więcej: zawsze, kiedy ludziom już się wydawało, że „znają” Boba Dylana, Bob Dylan wkraczał na nowe ścieżki. Nie dał się zaszufladkować jako „artysta folkowy”, jako autor zaangażowanych protest-songów, jako rockman… Muzyka (instrumentarium, aranżacja) była dla niego zawsze tylko narzędziem. Miał coś do przekazania i chciał przekazywać to tak, żeby ludzie go słyszeli. Mógł to robić z towarzyszeniem akustycznej gitary i harmonijki – ale równie dobrze mógł to robić w ostrej, rockowej estetyce. Nie obchodziło go, co inni – muzycy, artyści, eksperci – uznają za „właściwą” drogę. W filmie kapitanie widać to w jego zderzeniu z Pete’em Seegerem (którego skądinąd bardzo szanował i który był na pewnym etapie jego mentorem), w kapitalnej scenie starcia z Joan Baez w czasie wspólnego koncertu, ale także wtedy, kiedy by zmęczony, a chwilami wręcz wściekły z powodu rosnącej sławy i tego, że ludzie rozpoznawali go na ulicy. To, co miał do powiedzenia – co NAPRAWDĘ miał do powiedzenia – przekazywał w swoich piosenkach.

Jest w filmie genialna scena, kiedy Dylan (czyli Chalamet) na jednym z wcześniejszych festiwali w Newport – już nieco zmęczony, zirytowany sławą i próbami zaszufladkowania go – śpiewa The Times They Are A-Changin’. Niesamowite napięcie – folkowi „puryści” za kulisami są zachwyceni, publiczność podchwytuje refren – i nie można oprzeć się wrażeniu, że ludzie nagle zaczynają naprawdę rozumieć o czym ten człowiek śpiewa. Że nagle mają świadomość tego, w jak przełomowych czasach przyszło im żyć; tego, że już zaraz, już za chwilę wszystko będzie inaczej, że coś się kończy, że zaczyna się coś zupełnie nowego. A jednocześnie my – siedzący przed ekranem i znający historię – wiemy, że Dylan śpiewa także o swojej muzyce, które nieustannie się zmienia, bo musi się zmieniać, i także już za chwilę nie będzie taka sama; na ekranie zdają się to w tym momencie rozumieć tylko dwie osoby: Joan Baez (która wcale nie jest tym zachwycona) i Johnny Cash (wręcz przeciwnie). Scena, przy której ciarki chodzą po plecach.

O Dylanie jako człowieku dużo się z tego filmu nie dowiemy. O Dylanie jako artyście i twórcy… Wiele.

Muzycznie – adwentowo

Od paru dni się zbieram, żeby coś napisać, ale jakoś nie mogę się zebrać. To nawet nie jest tak, że jakoś szczególnie dużo się dzieje, bo nie dzieje się więcej niż zwykle… Chwilami dzieje się nawet mniej. Przynajmniej zewnętrznie. Siądę. Napiszę. Jeszcze przed świętami, słowo.

Ale dziś tylko krótko.

Gdybyście szukali muzyki na te ostatnie dni Adwentu… Jest taka absolutnie genialna płyta adwentowo-bożonarodzeniowa, zatytułowana „Waiting for the Light”. Chór (żeński) warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina nagrał „A Ceremony of Carols” Benjamina Brittena – dwunastoczęściowy utwór na głosy solowe, trzygłosowy chór i harfę. Kolejne części oparte są na kolejnych tradycyjnych, angielskich (głównie) kolędach. Rzecz piękna – ale już zdecydowanie świąteczna. Gdzie zatem Adwent?

Pierwsza część płyty to osiem utworów młodego polskiego kompozytora muzyki (głownie) chóralnej, Jana Krutula. Tak, tego samego, o którym wspominałem kilka wpisów temu.

Janek napisał siedem krótkich, absolutnie przepięknych utworów opartych na siedmiu Antyfonach Wielkich, prowadzących liturgię Kościoła przez ostatnich siedem dni Adwentu. Fortepian, chór i instrument perkusyjny – w każdej antyfonie inny. Każda ma zupełnie inny nastrój, inne brzmienie, inny klimat – nawiązujący do treści. Zaczynają się łagodnie, narastają do „szczytu” czwartej antyfony („O Clavis David”), a potem znowu opadają łagodnie do finałowej „O Emmanuel”.

Ósmy utwór – stanowiący przejście między adwentowymi antyfonami a bożonarodzeniowym utworem Brittena – to niesamowita pieśń „O Magnum Misterium”, będąca swego rodzaju hymnem nocy wigilijnej.

Posłuchajcie. Naprawdę warto. To dość nowoczesne utwory, ale niezwykle „słuchalne”. W harmoniach, które pisze Janek, jest coś tak niezwykłego, coś tak do głębi poruszającego… Nigdy chyba nie słyszałem jeszcze muzyki, która tak naturalnie oddaje klimat Adwentu. Na warsztatach, na których byłem w lecie, autor opowiadał nam o tych antyfonach, zrobił całe wprowadzenie, tłumacząc, dlaczego takie a nie inne motywy, skąd takie brzmienia w poszczególnych fragmentach, dlaczego takie właśnie instrumentarium… Niezwykłe to było. Ale nawet bez całego tego wprowadzenia – wystarczy zamknąć oczy i posłuchać (uprzednio przeczytawszy same antyfony, żeby rozumieć ich treść).

Gdybyście chcieli posłuchać – wszystkie można zaleźć na YouTube, tylko trzeba sobie włączać po kolei. Ale można całą płytę znaleźć także na Spotify i na Tidalu – zwłaszcza ten ostatni serwis (jeśli tylko jesteśmy podłączeni do szybkiego internetu) proponuje jednak DUŻO wyższą jakość dźwięku, co w przypadku tej akurat muzyki naprawdę ma znaczenie.

Posłuchajcie. Ja mam wrażenie, że za każdym razem wyprawiam się do innego świata.

Puk, puk…?

Siedzę sobie, pracuję, idzie mi powoli (bo książka ciekawa, ale styl Autorki niełatwy). Najpierw na wpół świadomie, potem coraz bardziej zdając sobie z tego sprawę, słyszę, że gdzieś leci z głośników solówka do „Knockin’ On Heaven’s Door” (w wersji Guns’n’Roses). Leci. Leci. Powtarza się…

Minęło chyba dobre pięć minut, zanim do mnie doszło, że to nie radio, tylko syn mój młodszy, tutaj znany jako Pucek, rżnie Gunsów. Serce rośnie 🙂

Jesiennie i literacko

Trudno mi się ostatnio zebrać do tego, żeby coś napisać. I nawet nie do końca wiem dlaczego – bo pracy nie mam więcej niż zwykle. Chyba chodzi o jesień, która nigdy nie była moją ulubioną porą roku. Zimno, mokro, ciemno i w ogóle nic się nie chce. Pisać też. A z drugiej strony mam świadomość, że to pisanie mi dobrze robi, że pomaga poukładać sobie w głowie różne myśli… Może powinienem podjąć taką świadomą decyzję, żeby częściej tu pisać. Raz na tydzień na przykład. Tyle, że takie konkretne postanowienia nie są moją mocna stroną. Zobaczymy.

Skończyłem poprzednią książkę, która, choć bardzo ciekawa, była – zwłaszcza w swojej końcowej części – lekturą poniekąd dość przygnębiającą (nie mogę na razie szczegółów zdradzać, bo książka jeszcze nie wyszła). Miałem nadzieję, że następna będzie nieco lżejsza – ale nic z tego: opowieść w zupełnie innym wymiarze, ale niestety pokazująca bardzo nieprzyjemną stronę ludzkiej natury. Świetnie napisana, dynamiczna, pokazująca znaną historię w zupełnie innym świetle… Ale niewątpliwie przygnębiająca.

***

Tymczasem codzienne życie toczy się zwykłym trybem. Pietruszka wygląda na zadowolonego ze studiów magisterskich – w drugiej połowie września znowu chodził trochę „nakręcony”, niepewny, czy dobrze wybrał – i siłą rzeczy w kiepskim humorze… Ale teraz wygląda na to, że jest dobrze. Wraca z zajęć zmęczony, ale w humorze (co u niego rzadko idzie w parze), zdarza się nawet, że coś opowiada. Ja co prawda niewiele z tego rozumiem, ale cieszę się razem z nim.

Piłka – niezależnie od wszystkich „normalnych” (dla niej) codziennych sukcesów – aplikuje na studia magisterskie (Masters). Z jednej strony – te trzy konkretne kursy magisterskie, które ją interesują, są w samych lokalizacjach z górnej półki (Oxford, jakiś drugi ośrodek w Anglii, którego nie pomnę, i Harvard). Z drugiej – ona jest w sytuacji, w której może do tego podchodzić absolutnie na luzie – jeśli dostanie się (i zdobędzie odpowiednie stypendium) w jednym z tych trzech miejsc, to świetnie; ale jeśli nie uda się zdobyć stypendium, to też nie szkodzi: tak, jak pisałem, ma już zagwarantowaną pracę w jednej z największych i najbardziej prestiżowych kancelarii prawnych w Wielkiej Brytanii, do której zostanie przyjęta niezależnie od magisterki. Więc w razie czego może spokojnie iść do pracy (dobrej, przyzwoicie płatnej, dającej „dobry wpis w CV”), a za dwa albo trzy lata i tak pójść na magisterkę na koszt pracodawcy, który w zamian zażąda np. podpisania cyrografu na kolejne trzy lata – ale to, jak mówi Piłka – jest „wliczone w koszty”.

Poza tym Piłka – namówiona przez swoją przyjaciółkę z Tanzanii – zaczęła… biegać. BIEGAĆ. Piłka. Jak ktoś ją zna, to nie uwierzy. Biega dwa – trzy razy w tygodniu po 5-7 kilometrów. Na samą myśl dostaję zadyszki. No i teraz koleżanka ja namówiła, żeby pobiegły w półmaratonie. W maju. Właśnie zaczęły się przygotowywać. Zawsze, jak człowiek pomyśli naiwnie, że nic go już w życiu nie zaskoczy, to rzeczywistość mówi „…potrzymaj mi piwo!”.

Pucek gra na gitarze, potem długo, długo nic, a potem jeszcze się uczy. Egzaminy zdaje. Nie jest źle. Tylko na kolegów się wkurza, bo zdaje się, że traktują tę ich „kapelę in statu nascendi” zdecydowanie mniej poważnie, niż on. Ale w szkole muzycznej Yamahy, do której chodzi od reku, powstaje jakiś zespół – więc chodzi na próby i może coś z tego wyniknie. Czy w przyszłości będę znany jako „ojciec tego gitarzysty z kapeli X”? Czemu nie… 😉

***

Przeczytałem jedną (na razie) książkę tegorocznej noblistki, pani Han Kang. I muszę powiedzieć, że jej wrażliwość i styl bardzo do mnie trafiają. Na pewno sięgnę po kolejne. To zupełnie inna literatura, niż twórczość zeszłorocznego laureata, Jona Fossego: mniej intelektualna, bardziej emocjonalna – i nie da się ukryć, że czuje się w tym wrażliwość wyrosłą z zupełnie innej kultury, z zupełnie innego świata opowieści, poezji, sztuki. Zawsze zastanawiam się – trochę z zawodowej ciekawości – jak to jest tłumaczyć literaturę pochodzącą z tak zupełnie innego kręgu kulturowego, z tak innego świata. Bo przecież język to nie tylko zestaw słów plus reguły ich łączenia. To także – właśnie – wrażliwość, archetypy, kody kulturowe i wyrastający z tego wszystkiego sposób myślenia i postrzegania świata. Na ile – nie znając tego świata, tej wrażliwości, tych kodów – jesteśmy w ogóle w stanie zrozumieć, „co poeta miał na myśli”? Czy praca tłumacza przekładającego z języka koreańskiego, japońskiego albo – czy ja wiem? – tajskiego nie jest znacznie bardziej frustrująca? Kiedy tłumaczy się książki z angielskiego (…francuskiego, włoskiego, hiszpańskiego czy choćby norweskiego), tłumacz porusza się jednak w ramach jednej przestrzeni kulturowej (nawet, jeśli bogatej i zróżnicowanej). Przy koreańskim czy chińskim – jak mi się wydaje – to musi być znacznie trudniejsze. Z jednej strony zawsze odwołujemy się do jakiegoś ogólnoludzkiego doświadczenia, z drugiej – to doświadczenie jednak wyraża się w konkretny sposób. Język determinuje myślenie tak samo, jak myślenie determinuje język.

Polecam (przy okazji) najnowszą książkę Harukiego Murakamiego („Miasto i jego nieuchwytny Mur”), w której pisarz wraca (po części) do świata znanego z powieści „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland”. Na końcu znajdziemy kilka słów od tłumaczki, która wyjaśnia, dlaczego pewne rzeczy oddaje tak, a nie inaczej, i na jakie zabiegi edytorskie zdecydowała się, żeby lepiej oddać sposób myślenia – no właśnie – specyficzny dla języka zupełnie innej kultury, spoza kręgu literatury euro-amerykańskiej. Po tych wyjaśnieniach książkę zupełnie inaczej się czyta…

Muzycznie, podróżniczo, motoryzacyjnie…

Równo miesiąc minął od ostatniego wpisu, a tyle się w tym czasie wydarzyło, że jakbym chciał wszystko i ze szczegółami opowiedzieć, to bym tu siedział do rana. Siłą rzeczy na razie będą tylko główne punkty i jedynie najważniejsze szczegóły…

O czym zatem wspomnieć warto:

1. Jeszcze przed ostatnim wpisem byłem na wyjeździe rekolekcyjno-warsztatowym. Dużo muzyki, mnóstwo fantastycznych ludzi, naprawdę cudowny czas. Byłem członkiem ekipy organizującej to wydarzenie, ale od strony czysto muzycznej postacią numer jeden był Janek Krutul – dyrygent chóralny, znakomity kompozytor „młodego pokolenia”, wykładowca na akademii muzycznej w Warszawie i w Białymstoku. Niesamowite, co jeden profesjonalista jest w stanie w ciągu kilku dni wydobyć z bandy amatorów. Wrzućcie sobie jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę na YouTube i zobaczcie, jakie rzeczy śpiewaliśmy (no dobra – ja jak wiadomo nie śpiewam, ale grałem i mogłem w tym uczestniczyć). Niezwykłe doświadczenie.

2. A potem, na początku września – tak, jak pisałem wcześniej – wyjechałem sobie sam, zostawiając całą trójkę Potworów (bo Piłka na wakacjach w domu…) na pastwę losu. Przeżyli, wszyscy troje. Pies i kot też przeżyły, więc chyba nie było bardzo źle.

A ja przez pełne osiem dni (nie licząc dnia podróży „tam” i dnia podróży „z powrotem”) jeździłem sobie po Sardynii. I to też, powiem Wam, było niezwykłe doświadczenie. Dziwne miejsce – trochę przypominające Korsykę, ale na większym luzie, bardziej w klimacie „slow-life”. Piękne wybrzeża, cudowne góry (sporo niższe niż na Korsyce), malownicze drogi, dużo ciszy, mili ludzie i najlepsza kawa, jaką piłem w życiu (…gdybyście kiedyś byli na Sardynii, pojedźcie koniecznie do Sant’ Antioco – miasteczka na wyspie o tej samej nazwie – do małej kawiarni, gdzie podają kawę z lokalnej palarni Taberlet; kawa kosztuje +/- tyle samo, co w dowolnej innej kawiarni, czyli espresso za 1 euro, espresso macchiato za 1,20; i nie, palarnia Taberlet nie płaci mi za reklamę :-).

Widziałem na Sardynii kilka miejsc naprawdę przepięknych, przeżyłem kilka naprawdę niezwykłych chwil. Opowiem Wam coś więcej, ale już nie dziś.

3. No i rzecz bardziej przyziemna, ale też ważna: mamy już następcę ś.p. Draculi, która – zgodnie z przewidywaniami – przeniosła się do krainy wiecznych części samochodowych (…naprawdę nie bardzo było co naprawiać). Po pełnym rozliczeniu leasingu okazało się, że po tym, co firma leasingowa wzięła dla siebie, pozostała jeszcze całkiem uczciwa kwota z ubezpieczenia, która trafiła do mnie. Taka sama kwota, jaką trzy lata temu włożyłem jako „wkład własny” w leasing Draculi. Co oznaczało, że mam tyle samo na „wkład własny” w leasing kolejnego auta. Poszukiwania w sieci trwały dość długo, ale zakończyły się powodzeniem. Potem kwestie finansowe, leasing, bank i takie różne…

No i od wczoraj jeździmy Czerwoną Strzałą:

Czerwona Strzała jest Oplem Astrą w wersji Sports Tourer. „Sports” oznacza nieco mocniejszy silnik i pare bajerów sugerujących „sportowość” tego skądinąd typowo rodzinnego samochodu. „Tourer” znaczy tyle, że jest to kombi. Strzała jest w wieku wczesnoszkolnym – ma sześć lat. Przyjechała z Niemiec. Niemiec płakał, jak sprzedawał i tak dalej. Zdjęcie z sieci, to nie nasz egzemplarz (my nie mamy takich bajeranckich alu-felg), ale poza tym dokładnie taki. Wliczając w to kolor, który powinien nosić nazwę katalogową „czerwony jak jasny gwint”.

„Mam nadzieję, że posłuży ci dłużej, niż poprzedni” – podsumował nieco złośliwie kolega J. I za to go lubię 🙂

Półtora tygodnia biegania za samochodem (zakończonego wyprawą po Czerwoną Strzałę na odległość czterystu pięćdziesięciu kilometrów od domu) oznacza, że narobiło mi się nieco zaległości w pracy, które teraz muszę nadrabiać. Ale to już – jak mawiał Kipling – zupełnie inna historia…