Daleko, daleko… Część 2.

Jeśli ktoś się zaniepokoił, że będę teraz wrzucał tu opis całego pobytu na Filipinach, dzień po dniu – to spieszę uspokoić: takich planów nie ma. Chcę raczej – w kilku „blokach tematycznych” – opowiedzieć o ogólnych wrażeniach, przeżyciach i zaskoczeniach związanych z tą wyprawą. Dziś chcę powiedzieć trochę więcej o tej „inności”, o której wspomniałem w poprzednim wpisie – głównie w odniesieniu do przyrody.

Pisałem już, że księżyc „leży” na niebie poziomo, a za to Wielki Wóz „stoi” prawie w pionie. To, oczywiście, wynika z tego, że byliśmy na bardzo małej szerokości geograficznej: tak jak pisałem Bacolod na Negros leży kilka stopni nad równikiem (dla porównania – Warszawa to 52 stopnie i 13 minut szerokości północnej, a miejsce, w którym wcześniej byłam najdalej na południe – Dallas w Teksasie – to 32 stopnie i 46 minut). Co jeszcze z tego wynika? Dzień i noc są przez cały rok prawie równe: różnica czasu miedzy najdłuższym a najkrótszym dniem na Negros wynosi raptem czterdzieści pięć minut (u nas – prawie dziesięć godzin!). W czasie, kiedy tam byliśmy, słońce wschodziło przed szóstą rano – i zachodziło kwadrans po szóstej po południu.

Temperatury… Cóż, możecie sobie wyobrazić. Przez całe dwa i pół tygodnia termometr ani razu nie pokazał mniej niż 26-27 stopni – tyle było bodaj dwa razy. W nocy. W dzień w zasadzie nie zdarzały się temperatury poniżej trzydziestu, a bywało i koło czterdziestu. Na szczęście byliśmy tam w porze suchej: zdarzało się, że po południu przeszła burza, ale trwała plus minus kwadrans. Prawie cały czas wiał także lekki wiatr (…bądź co bądź byliśmy na wyspie, stosunkowo niedaleko od oceanu), dzięki czemu naprawdę dało się wytrzymać. Były trzy dni, które dla nas – Europejczyków z Północy – były naprawdę trudne. Pierwszy – kiedy niemal cały dzień lało. Drugi – następnego dnia, kiedy mokra ziemia parowała i w powietrzu była koszmarna wilgoć, która w połączeniu z temperaturą rzędu 38 stopni naprawdę dawała się we znaki. Trzeci – kiedy było koło czterdziestu stopni i w ogóle nie wiał wiatr, a powietrze było absolutnie nieruchome. Na szczęście w sypialniach i w sali, gdzie odbywały się wspólne spotkania, była klimatyzacja…

Przy okazji pogody wychodzi mnóstwo tych „inności”. Ot, choćby: jesteśmy (my, ludzie z Północy…) przyzwyczajeni do tego, że kiedy w lecie zaczyna padać, to można potem pootwierać okna, bo deszcz sprawia, że temperatura spada i robi się bardziej rześko… Niestety, w tropikach to tak nie działa. Jeśli jest 38 stopni i zaczyna padać, to dalej jest 38 stopni – tyle, że dodatkowo jest wilgotno.

Zupełnie inna jest otaczająca natura. Kiedy szliśmy z domków, w których mieszkaliśmy (o nich w innym „odcinku”…) do sali spotkań czy do jadalni (…o niej też wspomnę…), wszędzie otaczała nas zieleń. Jeśli szło się myśląc o czymś innym, można było odnieść wrażenie, że (nie licząc temperatury) idzie się przez park w dowolnym polskim mieście. Trawa pod nogami, krzewy, drzewa… Normalka. Ale wystarczyło skupić wzrok na dowolnej mijanej roślinie, drzewie czy krzaku, żeby natychmiast uświadomić sobie, że to jest inne, niż u nas. Rosły tam rzeczy, których w życiu wcześniej na oczy nie widziałem – oraz takie, które w Polsce widuje się w doniczkach, a tam przybierały formę ogromnych krzewów czy wysokich drzew. Koło naszego domku rosły na przykład żółte kokosy (zwane też zdaje się malajskimi) – zamiast klasycznych, „włochatych” orzechów rosły na nich kokosy intensywnie żółte, przypominające nieco melony, a nad owocami wyrastały jakieś dziwne kłącza czy odnogi, przypominające nieco „twarzołapy” z horrorów o ksenomorfach:

Wszędzie także rosły palmy – nie tylko te „zwykłe”, znane nam z filmów i pocztówek, ale także palmy zwane tam „foxtail”, czyli „lisi ogon”, ze względu na niezwykły, pierzasty kształt liści:

Na terenie rosły też między innymi mangowce – a zaprawdę, powiadam Wam, nie masz mango nad filipińskie mango! Jeśli jedliście tylko te mango, które można kupić w sklepie w Polsce, to nawet sonie nie wyobrażacie, jak jest różnica w smaku…

Kilka obrazków na koniec dzisiejszego odcinka, żeby pokazać Wam inność tego, co nas tam otaczało (dziś tylko flora, fauna następnym razem).

Daleko, daleko… Część 1.

No i tak to właśnie jest: napisałem „spróbuję jutro” – i od tego czasu minęło dwa i pół tygodnia. Najpierw w panice nadrabiałem różne zaległości z tego czasu, kiedy nie było mnie w Polsce, potem się nazwalało pracy mnóstwo, do tego milion spraw, o których nie będę opowiadał, ale przez które bardzo ciężko było mi się zabrać do napisania czegokolwiek.

Ale może to nawet lepiej… Bo przez te dwa i pół tygodnia sporo spraw mi się poukładało w głowie i może dzięki temu łatwiej mi będzie bardziej spójnie Wam o tym opowiedzieć. Co nie zmienia faktu, że będzie to opowieść w odcinkach – bo gdybym chciał opisać wszystko za jednym zamachem, to pewnie spędziłbym przy klawiaturze dobre kilka godzin. A na to nie mam siły.

Na początek zatem – krótkie wprowadzenie. Co, skąd i dlaczego.

Jeszcze w ubiegłym roku Agaja – jedna z nielicznych osób, które tu regularnie zaglądają (możecie ją zaleźć w komentarzach) – wraz ze swoimi mężem, K., zaproponowali mi, abym pojechał z nimi na Filipiny. Oni jeżdżą tam dość regularnie od dobrych kilku lat, prowadząc rekolekcje Ruchu. Skąd Ruch Światło-Życie na Filipinach? To długa historia, której nie będę tu opowiadał – ciekawych odeślę do miejsca, gdzie można sobie o tym poczytać i posłuchać. Potrzebowali kogoś, kto z jednej strony w miarę swobodnie mówi po angielsku (bo w tym języku prowadzone były całe rekolekcje – w jednym z kolejnych „odcinków” napiszę dlaczego), a z drugiej – kogoś, kto zna Ruch nie tylko na poziomie „przeczytania materiałów formacyjnych”, ale rzeczywiście żyje w tej duchowości. Uznali, że spełniam oba warunki…

Nie od razu podjąłem decyzję (miałem różne wątpliwości, różne trudności wydawały się być przeszkodą…), ale w końcu – jak już wiecie – poleciałem.

Najpierw krótko o samej podróży… Jak popatrzycie na mapę – albo jeszcze lepiej na globus – to zobaczycie, że Filipiny są naprawdę Bardzo Daleko. Jak powiedział jeden z moich znajomych – jest oczywiście na świecie kilka miejsc, gdzie jest dalej. ale już nie tak znowu dużo… Wystarczy powiedzieć, że z Manili do Darwin w Australii samolot leci już tylko niecałe pięć godzin. Jasne, jak popatrzymy w linii prostej, to odległość z Warszawy do Bacolod jest niewiele większa niż z Warszawy choćby do Los Angeles. Tyle, że z Warszawy do Los Angeles można polecieć bezpośrednio. Do Bacolod – nie. Żeby dostać się na wyspę Negros w rozsądnym czasie, ale i za rozsądne pieniądze, najlepiej lecieć liniami lotniczymi z Bliskiego Wschodu: Emirates albo Qatar Airways (my lecieliśmy tą drugą opcją). Sam lot z Warszawy do Dohy (Katar) trwa nieco ponad pięć godzin. Potem trzeba poczekać na dość wygodnym (i klimatyzowanym) lotnisku w Dosze i zapakować się na pokład „głównego” połączenia Doha – Manila. Dziewięć godzin. A potem z Manili trzeba jeszcze – już lokalnymi Philippine Airlines – dolecieć do Bacolod na Negros, co zajmuje godzinę z groszami. Jak łatwo policzyć, same loty to już ponad piętnaście godzin – nie licząc czasu na przesiadki w Dosze i w Manili. A czasu na przesiadki musi trochę być, bo nie można ryzykować, że w razie jakiegoś spóźnienia samolot nam ucieknie. Realnie zatem podróż z Warszawy do Bacolod zajmuje co najmniej dobę – a raczej półtorej.

Lecieliśmy we czworo – Agaja i K. z Poznania, Dawid z Krakowa i ja. Na miejscu miała do nas dołączyć jeszcze Ewa, animatorka Ruchu, Polka na co dzień mieszkająca w Kenii.

Dawno nie byłem tak daleko i trochę się bałem, jak zniosę bardzo długi lot… Niepotrzebnie. Na lotnisku w Manili – czyli już po dobie w podróży – wszyscy siedzieli zmęczeni czekając już tylko na ostatni samolot, a ja chodziłem jak nakręcony, „zwiedzając” wszystkie zakamarki. Najwyraźniej włączył mi się „tryb podróżny”…

Manilę niestety widzieliśmy tylko z okiem autobusu, który – jadąc przez miasto – przewoził nas z terminala międzynarodowego na krajowy. Zaledwie kwadrans jazdy, ale to wystarczyło, żeby uświadomić sobie coś, co dotąd wiedziałem tylko teoretycznie: byliśmy w Azji.

Dokładniej: w dalekiej, południowo-wschodniej Azji. Bo odległość z Polski na Filipiny to nie tylko kilometry… Jak byłem w USA – także w Los Angeles – to odległość była podobna, ale wciąż (teraz to widzę) pozostawałem w kręgu świata euro-amerykańskiego. W obrębie szeroko rozumianego Zachodu. Mimo wszystkich różnic kulturowo jesteśmy sobie stosunkowo bliscy. Ale tutaj…

To naprawdę był Drugi Koniec Świata. Wszystko było inne. Począwszy ruchu ulicznego, poprzez roślinność, sposób bycia ludzi, wygląd domów, zwyczaje – a skończywszy na tym, że dzień i noc były prawie równe (w USA najdalej na południe byłem w Teksasie, tu byliśmy ledwie cztery stopnie nad równikiem!), a kiedy na niebie wschodził księżyc w pierwszej kwadrze, to nie był „rogalikiem”, tylko „łódeczką”: „leżał” poziomo. Za to Wielki Wóz stał na niebie prawie w pionie. Każde spojrzenie na niebo, na krajobraz, na dowolną mijaną roślinę wywoływało taki specyficzny dysonans poznawczy: niby wszystko jest jasne, ale… nic się nie zgadza. Trochę o tych różnicach (na każdym poziomie) napiszę w kolejnych „odcinkach”.

Na razie skończę na tym, że z Warszawy wyruszyliśmy w piątek (25 kwietnia) wcześnie rano, a w Bacolod wylądowaliśmy w sobotę o trzeciej po południu – ale czasu lokalnego, czyli o dziewiątej wieczorem czasu polskiego (tak, sześć godzin różnicy). Ponad półtorej doby…

Ale powitanie, jakie nas czekało na miejscu – gościnność, otwartość i radość naszych Gospodarzy – było warte każdej minuty w podróży.

Ale o tym już w następnym odcinku. Będzie oczywiście trochę zdjęć – dziś już tylko… lotnisko w Manili 🙂

Za górami, za lasami, na dalekich morzach…

Obiecałem, że napiszę – i oczywiście po raz kolejny mi się nie udało. Niewiele brakowało, a spełniłbym obietnicę dopiero po powrocie. Jutro dzień będzie szalony, na pewno nic nie napiszę, a pojutrze rano wyruszam. A po-pojutrze rano będę już za górami, za lasami…

Tym razem tych gór (…i lasów) będzie naprawdę sporo. Drugi raz w życiu będę tak daleko od domu. Pierwszy był w roku 1993, kiedy w ciągu półtora miesiąca autobusami i autostopem przejechałem wzdłuż i wszerz całe Stany Zjednoczone. Pojutrze rano zaczynam wyprawę na porównywalną odległość (…sumarycznie chyba nawet nieco większą), tylko w zupełnie przeciwną stronę. Czyli równie daleko, ale za to kierunek jest nieco mniej oczywisty. Jasne, jest na świecie jeszcze parę miejsc, gdzie jest dalej – ale już nie tak bardzo dużo…

W sobotę rano (czasu miejscowego, w Polsce będzie wtedy środek nocy) będę w Manili, a wczesnym popołudniem (czasu miejscowego) w Silay, niedaleko Bacolod na wyspie Negros.

Tak, Panie i Panowie – lecę na Filipiny. Wyjeżdżam w piątek rano, wracam 13 maja.

Dodam (…żebyście nie pomyśleli, że wygrałem w Lotto…): nie, nie będzie to wyprawa turystyczna (choć, rzecz prosta, to i owo na pewno uda się zobaczyć – na czele z aktywnym wulkanem Kanlaon). Razem z grupą animatorów z Ruchu będziemy tam prowadzić dwie krótkie serie rekolekcji. Czyli jadę na misje…

Co, jak, dlaczego, jak do tego doszło – to naprawdę długa historia, którą nie omieszkam się z Wami podzielić, ale już raczej po powrocie. Jutro czeka mnie wielkie pakowanie i załatwianie tysiąca Bardzo Ważnych Spraw, więc chyba muszę już kłaść się spać.

Powiem Wam tylko jedno: tak się złożyło, że akurat jak tam będziemy, odbędzie się konklawe i (najprawdopodobniej) zostanie wybrany nowy papież. Jednym z „papabile” – wymienianym wśród piątki najbardziej prawdopodobnych kandydatów – jest były arcybiskup Manili, kardynał Luis Antonio Tagle. Więc gdyby się okazało, że to on zostanie nowym biskupem Rzymu – to byłoby naprawdę niesamowite doświadczenie, móc być świadkiem jego wyboru w jego ojczyźnie.

***

Cieszę się na ten wyjazd, oczywiście, jak głupi… To niesamowite „combo”:

  • bardzo daleko;
  • Azja (pierwszy raz);
  • wyspy…
  • …na Pacyfiku (!)
  • prawie na równiku (będziemy dokładnie 4 stopnie nad równikiem)
  • …no i w ogóle kompletny Koniec Świata

…czyli wszystko to, co Tygrysy lubią najbardziej.

Co nie zmienia faktu, że jest kilka spraw, które moją radość nieco przytępiają. Kilka spraw, o które się martwię (nie tam, nie w podróży – ale w tym, co zostawiam tu, w domu). Więc tych z Was, którzy mają takie zwyczaje, proszę o duchowe wsparcie…

Takie sobie marudzenie…

Wybaczcie, że mało piszę. Nie dlatego, bynajmniej, że nic się nie dzieje (…choć naprawdę nie dzieje się nic…), bo dzieje się dużo. Ale jakoś nie mam siły. Nie mogę się zebrać. Co, rzecz prosta, jest bez sensu, bo właśnie powinienem się zebrać, bo to pisanie pomaga mi zebrać myśli, zobaczyć pewne rzeczy jaśniej, spojrzeć z dystansu.

Ale co z tego, skoro nie mogę. Poczucie zapętlenia, niemożności, bezsilności sprawia, że kiedy chcę usiąść i coś napisać, jakiś wewnętrzny głos mówi „…ale po co… nie mam siły… nie chce mi się…”. Nienawidzę poczucia bezsilności. Nienawidzę sytuacji, kiedy po prostu nic nie mogę zrobić, kiedy jedyne, co mi zostaje to czekanie, aż sprawy się ułożą.

Tak, mam pełną świadomość tego, że to oczekiwanie (…i realna nadzieja, że sprawy się rzeczywiście ułożą) jest efektem tego, że wcześniej zadziałałem, że podjąłem określone decyzje. I mam świadomość, że były to słuszne decyzje.

Ale to nic nie zmienia. Konieczność patrzenia, jak „sprawy powoli się układają” – bez możliwości interwencji, zmiany czegoś, przyspieszenia ich… – jest dla mnie torturą. Tym większą, że patrzę na czyjeś cierpienie, czyjeś zmagania. I nie jestem w stanie pomóc „tu i teraz”.

Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły (choć niektórzy z Was je znają…). Ale tych pozostałych też proszę – westchnijcie w intencji…

***

Tymczasem – o czym tu dotąd nie pisałem – poza wszystkim innym przede mną naprawdę wyjątkowa wyprawa. Po Wielkanocy wyruszam w miejsce naprawdę niezwykłe. Niezwykłe przez swoje położenie, niezwykłe przez fakt, że tam jeszcze nie byłem, niezwykłe przez odległość (ostatni raz tak daleko od domu byłem ponad trzydzieści lat temu, jak podróżowałem po Stanach; to będzie porównywalna odległość, choć miejsce dużo mniej oczywiste, a przez to – z perspektywy Wędrowca – jeszcze bardziej pociągające). Nie będzie to wyprawa turystyczna (choć oczywiście jakiś element Wielkiego Wędrowania też się w tym znajdzie). Więcej szczegółów może następnym razem (…taki mały cliffhanger…).

No i powinienem się cieszyć i być nakręcony samą wizją… Ale jestem tylko trochę. To, o czym pisałem na początku, sprawia, że boję się tego czasu. Tak, jak dzieliłem się w rozmowie z kilkoma osobami, które też tam jadą: paradoksalnie nie boję się drogi, nie boję się wyprawy, związanych z nią wyzwań (jestem Jaś Wędrowniczek, Włóczykij, Wędrowiec, droga to mój żywioł…) – boję się tego, co zostawiam za sobą tu, w domu.

Ale może niepotrzebnie. Może właśnie tak ma być. Może właśnie to moje zniknięcie na dwa tygodnie sprawi, że coś się szybciej ruszy do przodu. Może doda energii, zmobilizuje do działania. Chcę mieć taką nadzieję.

***

Taka myśl, która ostatnio wraca i domaga się przemyślenia: z odwagą – czy też, patrząc z drugiej strony, ze strachem – jest tak samo, jak z miłością (tą w znaczeniu Agape) czy z przebaczeniem. Tu nie chodzi o uczucia (w sytuacji zagrożenia tylko głupiec się nie boi), ale o świadomą decyzję. Odwaga to nie brak uczucia strachu – ale zdolność robienia tego, co właściwe, mimo strachu.

***

A mówiłem Wam, że Piłka przebiegła ten półmaraton w Cambridge? Coraz częściej się zastanawiam, czy jednak jej nie podmienili w szpitalu jako noworodka…

***

Passenger na koniec. Posłuchajcie. Bardzo mnie ta piosenka poruszyła. Ten człowiek jest naprawdę świetnym „tekściarzem” (poza wszystkim). To kolejny utwór (po tym, który wrzuciłem w poprzednim wpisie) z muzycznej adaptacji książki „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” autorstwa Rachel Joyce.

…ale mnie nic nie minęło…

Dziś (technicznie rzecz biorąc – wczoraj, jest już po północy…) minęło dziesięć lat od śmierci M. Dziesięć lat. Dekada. Tak, wiem, że to brzmi jak kompletny banał, ale to przerażające, w jakim tempie leci czas. Jakieś rozmowy, jakieś spotkania, dziś (wczoraj…) była u nas w parafii msza w Jej intencji, na której zjawiło się sporo znajomych – także takich, z którymi z różnych powodów dość dawno się nie wdziałem. Wszyscy, z którymi rozmawiałem – włącznie z naszym proboszczem, kiedy „zamawiałem” tę rocznicową mszę – reagowali tak samo: To już dziesięć lat?! Niemożliwe!

A jednak. Dużo się przez te dziesięć lat wydarzyło. Wiele dobrych rzeczy. Sporo kiepskich. Życie płynie (…kolejny banał), świat się turla do przodu. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo przecież naprawdę nie dzieje się nic.

Ale… You must keep on walking, mr Fry.

Introspekcyjnie

Dziś uświadomiłem sobie pewien problem, który ma ogromny wpływ na wiele rzeczy w moim życiu – ze szczególnym uwzględnieniem relacji z bliskimi, w tym także (czy może – przede wszystkim) z moimi dziećmi. Problem, który decyduje o tym, jakim jestem ojcem (i że nie takim świetnym, jak się niektórym wydaje).

Paradoks polega na tym, że problem jest poniekąd pochodną pewnej bardzo pozytywnej cechy – czy może umiejętności – która często (częściej, niż by się chciało) okazuje się w życiu bardzo potrzebna. Niestety – jak wiadomo – każdy kij ma dwa końce.

W dodatku – co także sobie uświadomiłem – to nie jest kwestia wyboru, nauczenia się, przyzwyczajeń, a raczej „fabrycznego oprogramowania”, czyli tego, co Fabryka dała. Co – z drugiej strony – rodzi pewien optymizm, bo skoro Fabryka dała, to pewnie jednak wiedziała, co robi…

Wiecie, w czym jestem tak naprawdę dobry? OK, nie licząc gadania i operowania językiem… Potwierdzi to każdy, kto mnie zna i widział mnie w działaniu: to, co wychodzi mi najlepiej, to gaszenie pożarów. Czyli to, co w sferze korporacyjnej czy PR nazywa się „crisis management”. A w zasadzie – część tegoż (bo że nie całość – o tym niżej).

Kiedy coś się dzieje – coś złego, trudnego, niespodziewanego – i kiedy w związku z tym trzeba podjąć konkretne działania, opanować żywioł, zminimalizować szkody, a docelowo zlikwidować zagrożenie i przywrócić normalność… Kiedy coś się wali, pali, przydarza i wybucha – wtedy się sprawdzam. Potrafię zachować spokój, działać szybko i sprawnie, zachować racjonalne myślenie mimo emocji, nie wpadać w panikę. Potrafię świetnie dostosować się do sytuacji, nawet kiedy nie mam żadnych środków, planów czy schematów. Jestem mistrzem improwizacji w sytuacjach kryzysowych.

I to się sprawdza. I to jest potrzebne. Kilka razy w życiu usłyszałem coś, co do dziś uznaję za największy komplement – że jestem „dobrym przyjacielem na kłopoty”. Bo zawsze znajdę wyjście, bo zawsze jakoś rozwiążę problem, bo zawsze jakimś cudem dotrę do celu.

Tyle, że prawdziwy „crisis management” powinien obejmować także przygotowania do (ewentualnej) sytuacji kryzysowej. Planowanie, systemy, procedury – wszystko to, co pozwala zapobiec powstawaniu sytuacji kryzysowych. Zgodnie z zasadą, że „lepiej jest zapobiegać, niż leczyć”.

A w tym, niestety, jestem kiepski. I nie chodzi o nieumiejętność przewidywania, bo przecież myślenie idzie mi generalnie nie najgorzej. Ale nie potrafię dobrze planować. To, że potrafię świetnie reagować na trudne sytuacje i sobie z nimi radzić, sprawia, że za mało energii wkładam w przygotowywanie się na nie i zapobieganie im. A to, niestety, ma konsekwencje. A najgorsze jest to, że to nie ja (…nie tylko ja) te konsekwencje ponoszę.

Kiedyś wszystko było dużo łatwiejsze, bo była M. Ona nie przepadała za improwizacją, nie była w tym dobra, w takich sytuacjach zdawała się na mnie – za to była mistrzynią planowania i przewidywania. Zawsze potrafiła zauważyć słabe punkty moich pomysłów i wizji. Kiedy planowaliśmy wakacyjną wyprawę (to tylko przykład), ja – pełen entuzjazmu – przedstawiałem Jej „szeroką wizję”, tego, co możemy zrobić, gdzie pojechać, co zobaczyć. A Ona myślała, myślała, myślała – a potem pytała: „A co z tym? A jak załatwimy to? Co zrobimy tu? Jak zmienimy trasę, jeśli to i to nie wyjdzie?”. I tak dalej. I te jej „uwagi” zawsze były celne, jej planowanie zawsze było właściwe. A kiedy potem – już w trasie – coś szło inaczej, niż w planach (…bo przecież zawsze coś idzie inaczej…), wtedy wkraczałem ja, mistrz improwizacji, mentalny MacGyver. Uzupełnialiśmy się.

A potem Jej zabrakło. I niestety zabrakło też planowania, przewidywania, jasnej wizji. Kiedy są kłopoty, problemy, kiedy coś się wali, kiedy nadchodzi kolejny kryzys – tak, wtedy ja się sprawdzam. I wtedy słyszę od różnych znajomych czy przyjaciół, że jestem takim świetnym ojcem, bo potrafię wybrnąć z problemu, znaleźć rozwiązanie, bo wiem, jak w takiej trudnej sytuacji z moimi dziećmi rozmawiać.

I to wszystko prawda – ale czasami myślę, że gdybym był naprawdę świetnym ojcem, to do dużej części tych kryzysowych sytuacji po prostu nigdy by nie doszło. Bo byłbym uważniejszy, bo potrafiłbym wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze, bo umiałbym – jak mówił Morihei Ueshiba – zwyciężać bez walki, lub przynajmniej zwyciężać przed walką.

A czasami, niestety, jest tak, że kiedy już dojdzie do kryzysu, to taki kryzys zostawia trwałe ślady. Blizny. Gaszenie pożarów to cenna umiejętność, ale każdy pożar – nawet szybko i sprawnie zgaszony – zostawia po sobie zniszczenia. Zgliszcza. A nie wszystko i nie zawsze udaje się odbudować. Czasami wolałbym umieć przewidzieć pożar i umieć mu zapobiec. To by chyba było lepsze. Zwłaszcza dla moich dzieci.

Challenger

Tuwim podobno mawiał: „Obywatele, chwalcie się sami, nikt za was tego lepiej nie zrobi”. No to się pochwalę…

Dziś (29 stycznia) premiera. Polecam, kawał naprawdę ciekawej i świetnie napisanej literatury faktu, autorstwa Adama Higginbothama (tego od „O północy w Czarnobylu”). Opowieść o jednej z najsłynniejszych katastrof w historii lotów kosmicznych.

I nawet wczoraj było co nieco na gazeta.pl…

Sound of Silence…

Trochę nie mam siły pisać. Jest taka dziwna zależność w moim życiu, że zawsze jak się wydaje, że wszystko się wali, że zostały już tylko gruzy i zgliszcza, to okazuje się, że jednak jest w tym wszystkim jakaś droga, że otwiera się nowa perspektywa, że coś się na tych gruzach jednak da zbudować.

Niestety, ten medal ma też drugą stronę, swój negatyw, lustrzane odbicie: czasami mam wrażenie, że zawsze, jak już się wydaje, że jest lepiej – że jest dobrze, że wszystko się jakoś układa – to wyskakuje coś, co ten obrazek burzy. Jakiś kolejny problem, kolejny dołek, kolejna przeszkoda.

Tak, to oczywiście prawda stara jak ludzkość, odwieczny cykl strapienia i pocieszenia, tak rzeczowo opisany przez Ignacego Loyolę.

To tym bardziej trudne, że ja – dawno już doszedłem do tego wniosku – naprawdę nie mam dużych wymagań. Nie oczekuję od życia rzeczy wielkich. Wstrząsających przeżyć, wybuchów emocji, największych wspaniałości. Milionów na koncie. Naprawdę. To, co mam, zupełnie mi wystarcza. Nie musi być rewelacyjnie. Nie musi być wspaniale. Nie potrzebuję wielkich wydarzeń, żeby się zachwycić.

Czasami chciałbym tylko, żeby było normalnie. Zwyczajnie. Spokojnie. Żeby nie musieć się martwić o codzienność, o przyszłość. O bliskich.

No i właśnie: ile razy tę normalność osiągam (czy, w każdym razie, już mi się wydaje, że ją osiągam…), tyle razy dzieje się coś, co ją zaburza. I bardzo często jest to coś, na co nie mam żadnego wpływu – albo mam wpływ bardzo niewielki.

Hey, Mr. Tambourine Man, play a song for me – I’m not sleepy and there ain’t no place I’m goin’ to…

Kompletnie nieznany…

Właśnie wróciliśmy z kina (ja plus Potwory młodsze, Pietruszka siedział i kończył jakiś projekt na studia, który musiał oddać do dziś).

Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że powstaje film o Bobie Dylanie, a główną rolę ma zagrać Timothée Chalamet, byłem zaskoczony – i nie było to zaskoczenie pozytywne. Ale potem gdzieś na YouTube zobaczyłem zwiastun „Kompletnie nieznanego”, w którym Chalamet śpiewał „Like a Rolling Stone” – i robił to zaskakująco dobrze. I już wiedziałem, że będę chciał ten film zobaczyć.

Można by dużo pisać. Chalamet jako Dylan jest po prostu świetny: nie usiłuje kalkować specyficznego stylu mówienia, akcentu, charakterystycznej maniery śpiewania – a jednak robi to w taki sposób, że kiedy śpiewa (…a śpiewa świetnie!), to naprawdę brzmi jak Dylan. Monica Barbaro jako Joan Baez wypada kapitalnie (swoją droga – nie myślałem, że ta dziewczyna ma taki głos!). Edward Norton w roli Pete’a Seegera jest po prostu genialny. O każdym aktorze można by kilka zdań napisać.

Ale to wszystko przeczytacie w prasowych recenzjach; ja chciałem napisać o czymś innym.

To, że muzyka Dylana jest dla mnie ważna – że szczególnie ważne są dla mnie jego teksty – dobrze wiecie, bo nie raz tu o nich wspominałem. A „Kompletnie nieznany”, wbrew pozorom nie jest do końca filmem biograficznym. To w zasadzie nie jest biografia Dylana, który w gruncie rzeczy do końca – zgodnie z tytułem – pozostaje „zupełnie nieznany” (…kamyczek do ogródka tłumacza: takie tłumaczenie tytułu byłoby zdecydowanie lepsze; to „kompletnie” to jednak w tym kontekście kalka z angielskiego). Po ponad dwóch godzinach filmu dalej nie wiemy, „skąd się wziął”, jaka była jego historia, co z tego, co o sobie opowiadał było prawdą, a co fantazją.

Bo też nie o to tu chodzi. To nie jest biografia człowieka. To jest – nie wiem, jak to inaczej napisać – biografia jego twórczości. Historia artysty, który pisał (teksty, muzykę) i śpiewał – i przez to pisanie i śpiewanie istniał i chciał być odbierany. Reżyser zrobił rzecz (pozornie) bardzo prostą: zamiast tworzyć opowieść o artyście, dał po prostu zabrzmieć jego muzyce, pokazując ją w kontekście (historycznym, społecznym, ludzkim).

Dla mnie szczególnie poruszający był motyw artysty, który nie chce dać się zaszufladkować. W filmie pokazano to poprzez pierwszy „wielki przełom” w twórczości Dylana – słynny występ na Newport Folk Festival w 1965 roku – ale przecież takich „przełomów” w jego karierze było więcej: zawsze, kiedy ludziom już się wydawało, że „znają” Boba Dylana, Bob Dylan wkraczał na nowe ścieżki. Nie dał się zaszufladkować jako „artysta folkowy”, jako autor zaangażowanych protest-songów, jako rockman… Muzyka (instrumentarium, aranżacja) była dla niego zawsze tylko narzędziem. Miał coś do przekazania i chciał przekazywać to tak, żeby ludzie go słyszeli. Mógł to robić z towarzyszeniem akustycznej gitary i harmonijki – ale równie dobrze mógł to robić w ostrej, rockowej estetyce. Nie obchodziło go, co inni – muzycy, artyści, eksperci – uznają za „właściwą” drogę. W filmie kapitanie widać to w jego zderzeniu z Pete’em Seegerem (którego skądinąd bardzo szanował i który był na pewnym etapie jego mentorem), w kapitalnej scenie starcia z Joan Baez w czasie wspólnego koncertu, ale także wtedy, kiedy by zmęczony, a chwilami wręcz wściekły z powodu rosnącej sławy i tego, że ludzie rozpoznawali go na ulicy. To, co miał do powiedzenia – co NAPRAWDĘ miał do powiedzenia – przekazywał w swoich piosenkach.

Jest w filmie genialna scena, kiedy Dylan (czyli Chalamet) na jednym z wcześniejszych festiwali w Newport – już nieco zmęczony, zirytowany sławą i próbami zaszufladkowania go – śpiewa The Times They Are A-Changin’. Niesamowite napięcie – folkowi „puryści” za kulisami są zachwyceni, publiczność podchwytuje refren – i nie można oprzeć się wrażeniu, że ludzie nagle zaczynają naprawdę rozumieć o czym ten człowiek śpiewa. Że nagle mają świadomość tego, w jak przełomowych czasach przyszło im żyć; tego, że już zaraz, już za chwilę wszystko będzie inaczej, że coś się kończy, że zaczyna się coś zupełnie nowego. A jednocześnie my – siedzący przed ekranem i znający historię – wiemy, że Dylan śpiewa także o swojej muzyce, które nieustannie się zmienia, bo musi się zmieniać, i także już za chwilę nie będzie taka sama; na ekranie zdają się to w tym momencie rozumieć tylko dwie osoby: Joan Baez (która wcale nie jest tym zachwycona) i Johnny Cash (wręcz przeciwnie). Scena, przy której ciarki chodzą po plecach.

O Dylanie jako człowieku dużo się z tego filmu nie dowiemy. O Dylanie jako artyście i twórcy… Wiele.